środa, 31 sierpnia 2011
Pic na wodę. Fotomontaż

Zauważyłem, że nie tylko Czadoblogowi nie podoba się sposób rozprowadzania biletów na mecz Polska - Niemcy, który odbędzie się w Gdańsku. Nie podoba się to także zorganizowanym grupom kibicowskim Lechii, które m.in. z tego  powodu zapowiedziały już bojkot tego spotkania. Nie przypuszczałbym, że Czadobloga może coś łączyć z kibicami Lechii, a jednak: zarówno gdańscy kibice jak i  Czadoblog nie chcą przystać na tolerowanie sztucznego tworu, jakim jest Klub Kibica Reprezentacji. 

Dla kibiców Lechii mam jednak złe wieści. Owszem, problem stanie się ciałem kiedy nie będziecie chcieli przychodzić na ten stadion, ale nie 6 września tylko po 6 września. To, że nie będzie Was w zorganizowanej grupie podczas meczu z Niemcami organizatorów spotkania nie obchodzi, a wręcz przeciwnie:-) Wasz protest może zauważyć jedynie Czadoblog... Tym razem stadion o dźwięcznej nazwie PGE Arena i tak zapełni się bez Was:-)

A poza tym tak naprawdę nie wierzę, że Was na tym meczu, drodzy kibice Lechii, zabraknie. Świadczy o tym sposób w jaki formułujecie protest. Nie napisaliście, że ''wspólnie postanowiliście o braku dopingu''. Napisaliście, że ''wspólnie postanowiliście o braku zorganizowanego dopingu''. To jednoznacznie sugeruje, że na własną rękę, indywidualnie, będziecie jednak wstępować do Klubu Kibica Reprezentacji Polski (albo już wstąpiliście) i będziecie się starać o wejście na stadion już 6 września. Po mojemu ten Wasz protest to jedynie pic na wodę, fotomontaż. Mylę się?:-D:-D:-D Jeśli się mylę, chętnie odszczekam ten fotomontaż:-D:-D:-D

A poza tym myślicie, że bez Waszego zorganizowanego dopingu tenże podczas meczu z Niemcami w jakikolwiek sposób ucierpi? Nie bądźcie naiwni, panowie...

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

PS1 Trenował kiedyś 11-letniego Manuela Neuera, ale w polskiej lidze jakoś nie chcą skorzystać z jego doświadczenia.

PS2 Zdarzył się powrót na Cichą. Po 10 latach. Myślicie, że takie powroty się udają?

Jak to szybko się zmienia: jeszcze parę dni temu piłkarz, który wrócił na Cichą był łączony z Podbeskidziem. Zamiast niego do Bielska-Białej trafi zawodnik, który grał w Lidze Mistrzów.

wtorek, 30 sierpnia 2011
Nie zabijajmy polskiej ligi

Fatalny przykład Hiszpanii powinien nam dać do myślenia. Tamta liga stała się ligą dwóch gigantów, a pewne mechanizmy powodują, że oba monstra jeszcze bardziej rosną, rosną i będą rosły w siłę. Jako że tak rosną i są coraz wspanialsze, ich kibiców na całym świecie w ogóle nie obchodzi, że coś jest nie tak. Fani żyją w przeświadczeniu o wielkości tych drużyn i uważają, że - jako kibice - są częścią tej niezwykłej wspaniałości. Tak naprawdę już teraz zadowala ich odpowiedź na proste pytanie - kto w najbliższej kolejce wygra wyżej: my czy oni? Pozostałe drużyny są już tylko potrzebne jako zwierzyna łowna i kwiatek do kożucha.

Bardzo mnie bulwersuje, że dwa największe hiszpańskie kluby otrzymują najwyższe kwoty ze sprzedaży praw telewizyjnych. Łącznie na ich konto wpłacana jest około połowa z 600 milionów euro, jakie otrzymują hiszpańskie kluby. Obawiam się, że rozpaczliwa odezwa prezesa Villareal - klubu, którego wczoraj Barcelona bardzo efektownie pociągnęła manitą nic nie da.

Łudzę się, że w Polsce nigdy nie dojdzie do podobnej sytuacji, która dziś niszczy hiszpański futbol, ale tylko łudzę... Jestem przekonany, że wkrótce głos zabiorą ''rzecznicy jedynej szansy polskiego futbolu''. Ci rzecznicy jedynej szansy polskiego futbolu nadzwyczaj jasno i klarownie przedstawią sytuację. - Wóz albo przewóz - zaznaczą. Ich argumentacja pójdzie w takim kierunku: Oczywiście nikt z nas nie chce kryzysu polskiej ligi. Ale polska piłka umrze, jeśli nie będzie potrafiła przeciwstawić się narastającej zagranicznej dominacji. Chcąc nie chcąc musimy działać tak samo. Co jest lepsze: mieć same słabe kluby, które w większej liczbie biją się o coraz mniej wart tytuł mistrza Polski czy kilka rzeczywiście w miarę mocnych drużyn, które zdominują krajową rywalizację, ale będą jednocześnie na tyle silne żeby pokazać się w Europie? 

Kibice klubów wybranych do grupki silnych będą zachwyceni, a jako że będzie ich dużo, wywrą wrażenie, że cała opinia publiczna popiera ideę. Oczywiście nie będzie to słowo, które stanie się ciałem za sprawą jakiejś pisemnej regulacji. Ono stanie się ciałem w codziennym praniu.

Kibice klubów niewybranych do grupki silnych pobuntują się, pobuntują, ale czas będzie płynął, będzie płynął, będzie płynął, będzie płynął...

W efekcie zrobi swoje. Zamiast buntu będzie zadowolenie, że ''wyróżniający się piłkarz z naszego miasta dostał niepowtarzalną szansę pokazania się w Europie w barwach któregoś z kilku najsilniejszych polskich klubów''. Będzie duma: ''to synek od nas, patrzcie jak daleko zaszedł...'' Nikomu nie przyjdzie już do głowy, że kiedyś mógłby do czegoś dojść nie wyjeżdżając... Zwierzynie łownej i kwiatkowi do kożucha nie przyjdzie już do głowy, że można nie być zwierzyną i kwiatkiem. Ba, zwierzo-kwiatki pierwsi z oburzeniem zakrzyczą tych, którzy ten porządek rzeczy będą starali się zmienić...

Na koniec pytanie retoryczne za sto punktów: które kluby Waszym zdaniem są najbardziej predestynowane do obrony polskiego honoru w piłkarskiej Europie?:-))) Które staną się naprawdę silne?:-)))

PS Omega jest zasępiona. 

PS1 Szykuje się najbardziej hitowy transfer do śląskiego klubu w tym okienku. On pociągnie drużynę!

niedziela, 28 sierpnia 2011
Gerard Cieślik znowu gra

Właśnie wróciłem z meczu Ruchu z Jagiellonią. Warto było pójść na Cichą.

Co mi się podobało:

a) że słupek w bramce na prawo od trybuny głównej jest solidarny z Gerardem Cieślikiem i Teodorem Peterkiem czyli piłkarzy, którzy zdobyli w ekstraklasie więcej goli niż goniący ich Tomasz Frankowski. Właśnie nasz przyjaciel słupek powstrzymał strzał z rzutu karnego Frankowskiego. To sprawiedliwe rozwiązanie, bo - czego sędzia nie zauważył - Rafał Grodzicki faulował Dawida Plizgę jednak przed polem karnym;

b) że silna psychika popłaca. Igor Lewczuk miał prawo się załamać po tym w jaki sposób potraktował go trener Michał Probierz w Jagiellonii. Tymczasem Lewczuk się nie załamał i teraz w Ruchu udowadnia, że Probierz odstawiając go od składu działał na szkodę Jagiellonii. Dziś prezentuje na tyle przyzwoitą formę, że kibice zaczynają zapominać o Krzysztofie Nykielu. To obrońca, a przeprowadził najpiękniejszą indywidualną akcję meczu: w 39 minucie założył Łukaszowi Tymińskiemu siatkę, obiegł go i posłał petę zza pola karnego, którą bramkarz Jagiellonii jednak obronił. Lewczuk brał także udział w akcji po której padła jedyna, zwycięska dla Ruchu, bramka tego meczu;

c) że Waldemar Fornalik ma cenną umiejętność, którą teoretycznie powinien mieć każdy trener, ale tylko teoretycznie - potrafi wycisnąć ze swojego zespołu maksimum. Obecnie Ruch, powiedzmy sobie szczerze, przesadnie nie straszy składem więc w grze z Jagiellonią nie był faworytem. Tymczasem w tym zespole każdy wie co ma robić i wie, że musi naprawdę się zmęczyć. Bo jak się nie zmęczy to trener zauważy. - Żyjecie? - pytał Dariusz Smagorowicz, właściciel Ruchu schodzącego z boiska Arkadiusza Piecha. - Nie żyjemy - zdołał odpowiedzieć bardzo zmęczony Piech, który (a użyjmy tego sformułowania, co tam) ''dał z siebie wszystko'';

d) naturalna skromność i nieśmiałość podczas wywiadów Pawła Abbotta. Jest bardzo autentyczny w tym co mówi i jak mówi. Ciekawe tylko czy ta autentyczność nie została wcześniej przećwiczona na Wyspach przez specjalistów od pijaru:-) Ale nawet jakby została przeszkolona to i tak nieważne. Grunt, że mi się podoba:-) Niech ta jego skromność idzie w parze ze skutecznością (strzelił już w tym sezonie trzy bramki) i będzie git;

Co mi się nie podobało: 

a) że coś złego dzieje się z Rafałem Grodzickim. Ostatnio w każdym meczu można mieć do niego zastrzeżenia. Dziś nie chodzi mi o spowodowanie karnego (bo przecież karnego być nie powinno), ale klopsowatą interwencję z 37 minuty, którą Frankowski mógł wykorzystać;

b) że słupek w bramce pod łukiem gdzie była Omega (którą w tym miejscu serdecznie pozdrawiamy) nie jest solidarny z Maciejem Jankowskim i mu się postawił:-)

Co mnie zdumiało:

a) że Gerard Cieślik znów gra na Cichej. Nie, że ogląda mecze (dzisiejsze zwycięstwo nad Jagiellonią rzeczywiście oglądał), ale gra! G-R-A!

A że młodszy od pierwowzoru o 72 lata to już mniej ważne. O co chodzi? Na ten temat więcej w ostatnim akapicie meczowej relacji Wojtka Todura.

PS jest dziś niepotrzebny.

piątek, 26 sierpnia 2011
To ma być lider...

Właśnie wróciłem z meczu Górnika Zabrze z zespołem z Poznania, który obecnie przewodzi w ligowej tabeli. No i jak po takim spotkaniu nie stwierdzić, że Górnik powinien walczyć o mistrzostwo, a wyśniony przez Stanisława Oślizło piętnasty tytuł z okazji nowego stadionu jest realny? Skoro tak efektownie Górnik puknął lidera? A lider i tak pozostał liderem?

Poznańska drużyna była tym razem wyjątkowo rachityczna. Gdyby na Śląsku panował dziś doskwierający ziąb, a nie obezwładniający upał to zakaszlałaby się na śmierć... Kibice w przerwie wycierali chusteczkami czoła i pytali się nawzajem zdziwieni: ''jak to możliwe, że w tak grającym zespole jest tylu reprezentantów?''. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że mecz ułożył się dla Górnika idealnie, ale przecież nie jest tak, że sam się ułożył. Zabrzanie pomogli mu się tak ułożyć i tyle.

Co mi się podobało:

a) coraz większa regularność w odpalaniu petard przez Aleksandra Kwieka. Niech odpala tak co drugi, trzeci mecz - to wystarczy:-)

b) że górnicy wzięli sobie do serca nauki Adama Nawałki. Przed meczem dużo czasu poświęcili na analizę gry rywala i wyszło im, że nie wolno pozwolić poznaniakom na rozgrywanie piłki, bo wtedy pozostaje tylko za nimi biegać. No więc zabrzanie rzucili się na gości od samego początku jak sfora wygłodniałych psów. Dało to efekt: oni grali, a poznaniacy biegali;

c) że górników stać było na taki futbol w takich warunkach. Nie chodzi nawet o upał, ale o nieprawdopodobną wręcz duchotę. Fajnie, że zrealizowali plan: w takiej duchocie na pewno łatwiej bronić wyniku niż próbować odrabiać straty o czym obie drużyny dobitnie się przekonały;

d) że górnicy dokonali pozornie niemożliwego. Sprawili, że całkiem zapomnieliśmy o Artiomie Rudniewie. Łukasz Skorupski wcale nie musiał go powstrzymywać. To niewiarygodne, ale po dzisiejszym meczu nasuwa się tylko jedno pytanie: jakim cudem ten zawodnik zdołał zdobyć w tym sezonie aż osiem goli? Przyglądałem mu się z uwagą i z tego mojego przyglądania wynika tyle, że nawet najlepszy napastnik nie zrobi nic jeśli nikt mu nie poda. Rudniew został po prostu po mistrzowsku odcięty od świeżych dostaw i zwiądł jak moja ulubiona surfinia kiedy nie było mnie w domu, bo nie miał jej kto podlewać*. Łotysz oddał jedynie dwa strzały: w 33 minucie po rogu z woleja w stronę Ramienia Perseusza, a w 76 minucie jeszcze dalej, bo w sąsiedztwo Galaktyki Andromedy;  

e) bohaterstwo maskotki Górnika. Rozmawiałem z nią w przerwie: w tym ukropie ledwo zipała. Jeśli myślicie, że to co jej wystaje jest jej prawdziwym brzuchem to jesteście w błędzie. Tak naprawdę to dwie wydatne poduszki. Myślę, że maskotka zrzuciła dziś jakieś dziesięć tysięcy kalorii...

f) że element humorystyczny wprowadził do gry Krzysztof Kotorowski. Nie dość, że wznawiając grę w kółko wybijał piłkę na aut to jeszcze mógł przepuścić bramkę, która na pewno kandydowałaby do grupy najdziwniejszych goli w historii zabrzańskiego stadionu. W 28 minucie Michael Bemben wykonał najwyższą centrę nowoczesnej Europy; myślę, że po takim kopnięciu piłka dałaby radę wpaść na dach dziesięciopiętrowego bloku. Wznooooooosiła się, wznosiła się, wzno-siła-się, na chwilkę stanęła, a potem spa-da-ła, spadała, spaaaaaaaadaaaała i... Kotorowski z najwyższym trudem wybił ją na róg. Ale ja Kotorowskiego w tym momencie winiłbym najmniej! Zwalmy na słońce...

Co mi się nie podobało:

a) że górnicy mogli rywala dziś zmiażdżyć i nie wykorzystali okazji. Mogli pojechać z nim nawet piątką. Jak jest okazja dokopać - trzeba dokopać...

b) zwycięzców się nie sądzi, ale w Górniku był dziś jeden piłkarz, którego gra nie przypadła mi do gustu. Po zawodniku występującym na jego pozycji oczekiwałbym znacznie więcej kreatywności. To nie jest tylko moje zdanie, wiem, że jedna z dawnych wielkich gwiazd Górnika ma podobne...

c) że sędzia nie zastosował przywileju korzyści w 48 minucie. Gdyby zastosował, Adam Banaś w ogóle nie musiałby strzelać karnego...

Kogo zauważyłem:

a) Michała Probierza na trybunach;

b) Franciszka Smudę na trybunach;

c) kogoś z Young Boys Berno na trybunach;

d) że kiedy przy piłce w okolicach środka boiska znajdował się Dariusz, tfu, Adam Marciniak, kibice prosili go żeby strzelał, strzelaaaaaał! Chyba pamietacie dlaczego?:-) Marciniak dziś się bardzo zgrzał (korzystając z okazji w II połowie wsadził na głowę kubeł z wodą), ale nie na tyle, żeby tym razem uderzać z połowy. Może szkoda?:-) 

PS Omega nie może uwierzyć, że Ruch niedawno przegrał z takim zespołem 0:3.

* na szczęście surfinię udało się uratować, nie wiem jak będzie z Rudniewem.

Przeistoczenie

Kiedy zadam Wam pytanie który piłkarz ze Śląska w najbardziej spektakularny sposób przeistoczył się z napastnika w obrońcę jestem przekonany, że wskażecie na Łukasza Piszczka.

Dziś to najlepszy prawy obrońca Bundesligi, ale ja dobrze pamiętam swoją rozmowę z ojcem tego piłkarza tuż przed Euro 2008. Kazimierz Piszczek był pierwszym trenerem syna. - Wziąłem go na trening, jak miał 7-8 lat. Bez fałszywej skromności przyznam, że się wybijał. Jako dziecko wyprzedzał równolatków o 2-3 lata. Kiedy przeszedł do Gwarka Zabrze, strzelał mnóstwo goli. W meczu na Stadionem Śląskim zdobył ich osiem, wypracował dwa karne. Gwarek wygrał bodaj 11:0 - wspominał Piszczek senior. Piszczek jako napastnik wymazywał dotychczasowe rekordy strzeleckie Gwarka. Jeszcze jako 19-latek był bohaterem eliminacyjnego turnieju do mistrzostw Europy. W austriackiej miejscowości Gleisdorf polska reprezentacja wywalczyła awans do finałów ME, a w decydującym meczu z Finlandią Piszczek (wówczas uczeń czwartej klasy Technikum Gazowniczego w Zabrzu) strzelił dwa gole.

Kariera Piszczka może budzić podziw, ale ja Wam nieśmiało przypomnę, że dawno temu grał zawodnik, który zarówno napastnikiem jak i obrońcą był już na reprezentacyjnym poziomie. Kiedy debiutował w 1933 roku z Belgią w systemie 2-3-5 wchodził z rezerwy na prawego łącznika. Sześć lat później, cztery dni przed wybuchem II wojny światowej wygrywał z aktualnymi wicemistrzami świata. Ostatni mecz w kadrze zagrał na lewej obronie. Podejrzewam, że gdyby urodził się dziś - byłby gwiazdą światowego formatu. A tak - zostało mu ''tylko'' pięciokrotne mistrzostwo Polski z Ruchem Wielkie Hajduki. W Ruchu zaczynał na środku ataku i potrafił walnąć pięć goli w meczu. A potem stał się żelaznym obrońcą i imponował wspaniałym wykopem piłki...

Panie, panowie - o Naszym Bohaterze możecie przeczytać w tym miejscu. Omega zdążyła go uwielbiać...

PS Tak przy okazji, skoro wspominam o Łukaszu Piszczku to może przypomnę jak (nie) przeszedł do Górnika Zabrze w 2004 roku. To był ''majstersztyk'' Zbigniewa Koźmińskiego, który powiedział wtedy: - Znam tego zawodnika. To obiecujący piłkarz, ale nas na niego nie stać. Gwarek żąda za niego pieniędzy, a takie zasady nas nie interesują. Na razie to tylko obiecujący zawodnik, trudno wydawać na takiego masę pieniędzy. Co innego kiedy się wypromuje, pokaże z dobrej strony, wtedy moglibyśmy Gwarkowi wypłacić konkretny procent z jego dalszych transferów.

No to Piszczek przeszedł do Zagłębia Lubin, a co było dalej - wiecie...

czwartek, 25 sierpnia 2011
Ten synek zatrzyma Rudniewa?

Bardzo rzadko zdarza się żeby miejsce w bramce wielkiego uznanego klubu zajmował na stałe 20-letni młokos. Tym bardziej, że chodzi o klub, który właściwie zawsze miał dobrych fachowców na tej pozycji.

Czy Łukasz Skorupski ma szanse się z nimi w ogóle porównać? Oczywiście nie chcę tego zawodnika zagłaskać, ale trzeba przyznać: to naprawdę utalentowany chłopak. W dodatku z tą cechą, która moim zdaniem jest u bramkarza najważniejsza (o jaką cechę chodzi wyjaśni Wam wywiad z bramkarzem, który przeczytacie tutaj. Szczerze wierzę, że to właśnie Skorupski będzie w stanie powstrzymać niezwykle skutecznego ostatnio Artioma Rudniewa (5 goli w ostatnich dwóch ligowych meczach, aż 8 bramek w całym sezonie, który przecież dopiero się rozpoczął). Mecz Górnika z gośćmi z Poznania przecież już jutro!

W Górniku można wyliczyć wielu poprzedników Skorupskiego, którzy byli tak dobrzy, że zagrali w pierwszej reprezentacji Polski. Bohaterowi tego wpisu się to jeszcze nie udało.

W latach 50. pokazał się Józef Machnik. Jest on w ogóle pierwszym jakimkolwiek zawodnikiem Górnika, który wystąpił w biało-czerwonych barwach. Ogółem zagrał w kadrze dwa mecze w 1956 roku. Mało kto pamięta, że słynna zacięta rywalizacja Kostka - Gomola miała w Górniku swój pierwowzór. Wcześniej Machnik w równie zacięty sposób rywalizował z bardzo utalentowanym Józefem Kaczmarczykiem, który - podobnie jak Machnik - mógł, a właściwie powinien trafić do reprezentacji. Trafił, ale... do więzienia. Padł ofiarą intryg i został skazany na dwa lata za rzekomo wrogą postawę wobec Polski Ludowej i gloryfikowanie hitleryzmu... To bezpowrotnie złamało mu karierę.

W latach 60. ozdobą Górnika była wspomniana rywalizacja na linii Hubert Kostka - Jan Gomola. Ten pierwszy trafił do Zabrza w 1961 roku z Unii Racibórz, ten drugi - trzy lata później z Kuźni Ustroń. Byli znakomici, oczywiście świetnie to dostrzegali koledzy z drużyny więc zdecydowali się złożyć kierownictwu klubu zdumiewającą propozycję. Na wniosek piłkarzy obaj bramkarze mieli w Górniku dokładnie takie samo wynagrodzenie i taką samą premię za zwycięstwa. Wszystko po to żeby nie stracili motywacji do gry i treningów, kiedy siadali na ławce, bo ktoś przecież musiał na niej usiąść... W efekcie zdarzało się, że jeden z nich łapał w klubie, a drugi - w reprezentacji! Ogółem Kostka bronił w kadrze 32 razy (1962-72, zdobył mistrzostwo olimpijskie), a Gomola - 7 razy (1966-71).

Ale trzeba dodać w tym miejscu ciekawostkę: mało kto pamięta, że właśnie w trakcie tej legendarnej rywalizacji w jednym sezonie na mistrzostwo dla Górnika i tak zdołało zapracować aż pięciu golkiperów. W 1965 grali w lidze - oprócz Gomoli i Kostki -jeszcze Kobzik, Szołtysek i Sitek!

W latach 70. do reprezentacji trafił Andrzej Fischer, który załapał się nawet na słynne mistrzostwa świata w 1974 roku (ogółem zagrał dwa mecze w 1974 roku). Osiągnął chyba więcej niż mógł, Górnik rozstał się z nim bez żalu, gdy ten miał zaledwie 27 lat. W 1979 roku Fischer trafił do GKS-u Żory i to był właściwie koniec jego poważnego ligowego grania;

W latach 80. karierę reprezentacyjną mógł zrobić zdolny Aleksander Famuła. Wywalczył pozycję pierwszego bramkarza Górnika już w wieku 21 lat! Wybrał inną drogę: pod pretekstem skorzystania z toalety oddalił się od drużyny na lotnisku we Frankfurcie podczas powrotu Górnika z amerykańskiego tournee. Zmarnował parę sezonów, ale ostatecznie zrobił karierę w Bundeslidze (Karlsruher), gdzie przegrał rywalizację dopiero z Olivierem Kahnem. Do reprezentacji trafił za to Eugeniusz Cebrat, który uczynił to jako najstarszy bramkarz Górnika w historii (zaliczył sześć występów w 1985 roku, gdy miał już 30 lat). W jakiś sposób znów powtórzyła się historia z wewnątrzklubową rywalizacją, ale tylko do pewnego momentu, bo Józef Wandzik dość szybko ją wygrał; zarówno w bramce klubowej jak i reprezentacyjnej. Jako bramkarz Górnika Wandzik zaliczył w kadrze 32 występy (w latach 1985-90), był rezerwowym na MŚ w Meksyku, a potem dołożył jeszcze 20 występów w kadrze już jako gracz Panathinaikosu.

W latach 90. Górnik nie miał ani jednego bramkarza, który zagrałby w reprezentacji. Zdumiewające jest, że do tego grona nie można zaliczyć Aleksandra Kłaka, który w kadrze grał w latach 1992-97, a w Górniku w latach 1993-95. Okresy się nakładają, ale akurat kiedy Kłak był na Roosevelta żadnego meczu w kadrze nie zaliczył...

W latach 00. nastąpił jeden malutki reprezentacyjny epizodzik, który Górnik może wrzucić na własne konto. Otóż jedną, jedyną malutką ostatnią minutkę towarzyskiego meczu z Irlandią Północną zaliczył w 2002 roku Andrzej Bledzewski, który podstawowym zawodnikiem Górnika został kiedy miał zaledwie 20 lat i pozostawał nim przez pięć i pół sezonu. Dziś gra w Miedzi Legnica...

W latach 10. żaden bramkarz Górnika nie zagrał jeszcze w kadrze. Będzie ciężko, bo urodzaj na tej pozycji mamy wyjątkowy, ale gdybym jednak miał kogoś obstawiać - postawiłbym na Łukasza Skorupskiego.

PS Oczywiście bramkarz Górnika musi pamiętać, że nic nie jest za darmo, nic nie jest na zawsze, a młodość niekoniecznie zwycięża wszystko. Dobrze byłoby gdyby 20-letni wychowanek MKS Zaborze wiedział jak potoczyły się losy wspomnianych Aleksandra Famuły czy Andrzeja Bledzewskiego.

PS1 Świat bardzo się zmienia, ale ciągle jest mały. W Zaborzu zaczynał Skorupski, ale w Zaborzu zaczynał również wspomniany Kaczmarczyk. Był jednym z trzech wychowanków znakomitej drużyny Preussen Zaborze, którzy po wojnie zdążyli jeszcze zdobyć z Górnikiem Zabrze mistrzostwo Polski (oprócz niego także Antoni Franosz i Henryk Czech).

PS2 Omega Skorupskiego chyba w akcji nie widziała, ale jego wielkich poprzedników w Górniku - owszem. Ale Omega o bramkarzach Górnika w ogóle dziś nie myśli - co innego zaprząta jej wskazówki...

środa, 24 sierpnia 2011
Wszystko już było

Ten wpis ma nam uzmysłowić, że kołowroty historii mielą czasem w zaskakujący sposób. Zmieniają się wszystkie okoliczności, cały nasz świat, ale jedno jest niezmienne.

Piłka nożna!;-)

Warto wszystkim uświadomić, że konferencja w sprawie budowy stadionu w Zabrzu, która rozpocznie się w Urzędzie Miasta dokładnie za kwadrans (czyli w południe) wcale nie jest pierwszą konferencją prasową w tym mieście dotyczącą zagadnienia. Być może niektórzy nie pamiętają ale inauguracyjna konferencja w tej sprawie odbyła się w zabrzańskim Urzędzie Miasta już dość dawno, bo... 14 marca 1933 roku.

Podano wtedy szczegóły budowy obiektu. Plany stadionu zaprezentował diplomgartenbauinspektor Werner. Zarząd miasta z oberbürgermeisterem Maksem Filluschem na czele bardzo zaangażował się w przedsięwzięcie. Poświęcenie stadionu wyznaczono na 19 kwietnia 1934 roku. Zapowiedziano, że obiekt będzie miał siedemdziesięciometrową trybunę, a pojemność całości ma wynieść 20 tysięcy. Skrupulatni urzędnicy zdradzili również listę ważnych gości na uroczystościach otwarcia: gauleiter Helmuth Brückner będący oberpräsidentem Provinz Schlesien, Josef Adamczyk, landeshauptmann Provinz Schlesien, a także gausportführer Reneker z Breslau oraz Flöter, pełniący funkcję ''reichssportführera für Oberschlesien''.

To niektóre szczegóły konferencji prasowej sprzed 78 lat. O szczegółach dzisiejszej konferencji prasowej - przeczytacie tutaj. W jej trakcie doszło do podpisania umowy między firmą Polimex Mostostal, która zrealizuje inwestycję, a spółką Stadion w Zabrzu. W uroczystości wzięły udział władze miasta z Małgorzatą Mańką-Szulik, prezydent Zabrza na czele, a także przedstawiciele Górnika Zabrze, spółki Stadion, Polimeksu Mostostalu oraz inwestorzy przedsięwzięcia.

PS W latach 30. za osobisty wkład w inwestycję odznaczono 135 robotników. Ciekawe jak będzie tym razem... Wiadomo, że w szczytowym momencie na placu budowy będzie przebywało 300 robotników.

PS1 Omedze trudno się pogodzić z faktem, że starszy o 5 lat stadion ciągle jest na chodzie, a ona nie może...  

PS2 Niech ten zabrzański stadion powstanie w miarę szybko, bo niektórzy już się podniecają, że w ich mieście chodzi na mecze więcej kibiców niż w Zabrzu:-D:-D:-D

wtorek, 23 sierpnia 2011
Legia Warszawa nie zarobi

Wiadomo, że rozwój futbolu niesie za sobą efekty uboczne, a gwałtowny rozwój futbolu niesie za sobą gwałtowne efekty uboczne. W Polsce jesteśmy świadkami tej drugiej opcji. Teraz chodzi tylko o to żeby efekty uboczne nie skręciły za bardzo w stronę gdzie umościła się paranoja. Bo zaskakujące przeszkody jakie zaczynają spotykać tych kibiców, którzy są zaangażowani i uwielbiają futbol, zaczynają wręcz zatrącać o paranoję. O co chodzi? Oddaję głos Czytelnikowi Czadobloga, który właśnie do mnie napisał.

''Ostatnio w każdym z magazynów piłkarskich (Polsat Sport, Canal+) słychać utyskiwania, że na ligowych meczach jest mało kibiców (przykład spotkanie Korona-Wisła). Tymczasem w poniedziałek dzwoniłem do klubu Legia Warszawa z pytaniem czy mogę z żoną przyjechać na najbliższy mecz ligowy z Podbeskidziem, za 10zł wyrobić Kartę Kibica Legii (posiadanie karty jest warunkiem zakupu biletu, tak jest w regulaminie) kupić bilet i oglądnąć spotkanie.
 
Z góry zaznaczam, że nie chcę jechać na wyjazd zorganizowany z grupą kibiców, nie chcę siedzieć w klatce dla przyjezdnych. Chcę pojechać na kilka dni do Warszawy i przy okazji zobaczyć mecz Legia - Podbeskidzie, kupując dwa (nietanie) bilety i tym samym dać zarobić gospodarzowi obiektu czy klubowi.
 
Co się okazuje? Jak poinformowano mnie w Punkcie Obsługi Kibica Legii, ponieważ mam już kartę kibica z innego klubu ekstraklasy (Podbeskidzie) i jeśli ten klub karty wyrabia w tzw. "Systemie Ekstraklasy" (przypuszczam, że tak) to mój PESEL jest w tymże systemie i w związku z tym na Legię karty kibica, a tym samym biletu już nie kupię i na stadion nie wejdę.
 
To jest jakaś paranoja. Jak kluby chcą zapełnić powstające wielkie stadiony skoro robą takie utrudnienia? Czy będąc na delegacji w Gdańsku i mając wolną chwilę na mecz Lechii tez nie wejdę? Czy na mojego ukochanego Górnika już też nie pojadę?
 
(...) Dlaczego zwykły kibic, który chciałby (na własną rękę) pojechać na mecz ekstraklasy do innego miasta nie może normalnie w kasie kupić biletu (nawet wcześniej wyrabiając kartę kibica danego klubu) i oglądnąć mecz jednocześnie dając zarobić klubowi drużyny gospodarza? Czy w XXI wieku tak trudno stworzyć system komputerowy z jednym wzorem Karty Kibica, za pomocą której można wejść na każdy stadion, a którą np. dystrybuował by PZPN albo Ekstraklasa? (...)''.
 
Jakiś bardzo mądry przedstawiciel  PZPN powinien jak najszybciej znaleźć wyjście z tej sytuacji. Bo czy polski futbol stać na stratę dobrze sytuowanych kibiców, którzy mają fantazję jeździć po kraju i oglądać mecze?
 
A na miejscu właścicieli Legii zastanowiłbym się co robić. Bo czy odmowa sprzedaży biletu takiemu kibicowi nie jest przypadkiem działaniem na szkodę spółki?
 
PS Omega jest ze starej szkoły. Ugościłaby wszystkich z wyjątkiem tych, którzy obrzucają ją kamieniami.
 
PS1 Czasem marzenia się spełniają. Nie zawsze jest tak, że młody zawodnik musi mieć menedżera żeby dostać przynajmniej szansę pokazania się na ligowym poziomie, szansę pokazania się w odpowiednim towarzystwie. Tego faceta właściwie nikt nie znał, nawet w ojczyźnie. Przyjechał na obóz, potrenował, podpisał kontrakt. Klub nie musiał płacić ani poprzedniej drużynie, ani nawet menedżerowi, bo piłkarz nie miał menedżera. A teraz jest rewelacją pierwszoligowych rozgrywek! 
 
PS2  Ruch Chorzów: narzędzie wojenne.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Nie chcę należeć!!!

Generalnie mam tak, że nie lubię formalnie należeć. W całym życiu należałem tylko dwa razy, w podstawówce. Do zuchów - bo pani wychowawczyni zapisała wszystkich, a ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mogę odmówić oraz do ministrantów w katowickiej parafii św. Józefa, którą serdecznie pozdrawiam (łapnięcie za dzwonki przed podniesieniem to było wielkie przeżycie, które do dziś pieszczę we wspomnieniach. Wszyscy moi koledzy dzwonili starannie i w konkretnym podniosłym stylu, a jak ja raz dorwałem się do dzwonków to gwałtownie wzdrygnął się cały kościół i to by było na tyle jeśli chodzi o mój bezpośredni kontakt z dzwonkami. A dorwałem się tylko dlatego, że msza była o 6 rano i byłem wtedy jedynym ministrantem:-)

Potem jakiekolwiek należenie mnie już bardzo irytowało i zniechęcało. Z założenia olewam wszystkie organizacje, które pod jakimś kątem mogłyby mnie obejmować, na przykład Klub Dziennikarzy Sportowych. Nigdy nie należałem do Klubu Dziennikarzy Sportowych - ale czy to oznacza, że nie jestem dziennikarzem sportowym? Nie sądzę, jakoś żyję bez legitymacji tej organizacji. Daję radę.

Podobnie jest z kibicowaniem. Uważam się za kibica reprezentacji Polski, ale nie mam zamiaru należeć do żadnego Klubu Kibica Reprezentacji Polski, który sygnuje swoim autorytetem PZPN. Ten klub dotąd ani mnie ziębił ani parzył, ale przyszedł moment kiedy muszę zakrzyknąć: ŻE-NA-DA.

Uważam za skandal fakt, że w zdobyciu biletów na mecz polskiej reprezentacji czyli dobra wspólnego ktokolwiek ma pierwszeństwo. Przecież wszyscy zostaliśmy powołani! 

Oficjalny Klub Kibica Reprezentacji Polski powstał nie tak dawno. Podobno jest on ''odpowiedzią na potrzebę lepszej komunikacji z kibicami oraz wynika z chęci dostarczenia sympatykom piłki nożnej aktualnych i unikalnych informacji, a także atrakcyjnych ofert, produktów i usług.'' Ble-ble-ble, które zacytowałem mam oczywiście gdzieś, najgorsze, że zrzeszona w tym klubie ekipa ma pierwszeństwo w dostępie do zakupu biletów na mecze reprezentacji, po raz pierwszy na spotkania z Meksykiem i Niemcami. To oznacza, że właściwie nie mam szans zobaczyć tych meczów jako zwykły kibic, bo masa ludzi chce iść na mecz i bez problemu zapłaci/zapłaciło za to cenę ''zapisania się''.

Nie jestem przecież gorszym kibicem tylko dlatego, że jestem kibicem niezrzeszonym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że inicjatorzy Klubu Kibica Reprezentacji Polski mają to gdzieś. Na jednego niechętnego Czadobloga jest stu albo i więcej entuzjastów. Ale mimo wszystko w tym zalewie zachwytu i gromadnym należeniu warto zwrócić uwagę na pewien dziwaczny problem... Oczywiście formułka odbijajaca jest klasycznie przewidywalna: PZPN się dopiero uczy...

PS Omega też nigdy nie należała do Stowarzyszenia Przedwojennych Zegarów Piłkarskich, a jednak daje radę...

niedziela, 21 sierpnia 2011
Potrzeba matką wynalazków

Wróciłem (z lekkim opóźnieniem, wybaczcie) z meczu Polonii Bytom z Niecieczą.

Po tym spotkaniu najciekawszą kwestią jest dla mnie kto zagra na bramce w barwach Polonii w kolejnym ligowym spotkaniu.

Tym razem gospodarzom punkt w grze z liderem uratował debiutujący w tym sezonie w Polonii Juraj Balaz. To zaskoczenie, bo choć Słowak w Polonii jest od 2009 roku zdążył wystąpić wcześniej w jednym tylko spotkaniu w ekstraklasie.

Grający w poprzednich meczach Seweryn Kiełpin tym razem siedział na trybunach. Jest z tym związana ciekawa historia.

W środę okazało się, że Kiełpin nie... jest już zawodnikiem Polonii! Wszystko dlatego, że wcześniej złożył pismo proszące o rozwiązanie kontraktu z winy klubu, który zalegał mu z wypłatami. Działacze prosili Kiełpina o jeszcze trochę czasu, ale bramkarz nie chciał czekać i ostatecznie PZPN przychylił się do jego prośby. Kiełpin nie miał cierpliwości, bo okienko transferowe ma przecież swoje ramy, a pojawiła się ponoć realna szansa na transfer. Zawodnikiem interesować się miał GKS Katowice.

Nieoczekiwanie jednak GKS podpisał właśnie kontrakt z Krzysztofem Kozikiem, ostatnio zawodnikiem Piasta Gliwice. Tym sposobem Kiełpin został na lodzie i dlatego chciałby jak najszybciej do Polonii wrócić. Podobno w szatni dostał ostrą... - szukam właściwego określenia -... reprymendę, ale ostatecznie koledzy z zespołu postanowili mu dać szansę. W poniedziałek bytomski klub ma negocjować z Kiełpinem.

Jego atuty są jednak mniejsze niż choćby parę dni temu.

Po pierwsze dlatego, że to Kiełpin chce, a właściwie musi. Polonia może. Chłopak stoi pod ścianą, bo istnieje groźba, że na rundę jesienną nie znajdzie innego klubu;

Po drugie dlatego, że Balaz coś właśnie udowodnił. Pokazał, że można mu zaufać i na niego starać. Znów sprawdziło się, że potrzeba jest matką wynalazków;

Po trzecie dlatego, że - co dla Kiełpina chyba jest niespodzianką - Polonia szykuje się do negocjacji z jeszcze jednym bramkarzem! Nie chodzi o Jerzego Dudka, ale jednak o bramkarza z głośnym ponoć nazwiskiem w Polsce. Może okazać się, że wszystko będzie kwestią ceny...

PS A poza tym Omega.

 
1 , 2 , 3
Archiwum