piątek, 30 sierpnia 2013
UEFA za dużo sobie pozwala

Dziwię się, że nikt nie protestuje. Jakim cudem dziś wieczorem nie mógł się odbyć żaden poważny mecz z wyjątkiem jednego? Otóż UEFA zaczęła uważać, że wszystko jest jej folwarkiem i swego czasu wymyśliła idiotyczny nakaz, że nagle wszyscy ludzie w Europie muszą oglądać jakiś meczyk o bzdurną stawkę. Dlatego nic innego nie może odbyć się o tak świetnej porze dla rozgrywania piłkarskich spotkań jak piątkowy wieczór, bo przecież kibicowskie zainteresowanie mogłoby się rozproszyć. To jakiś absurd! PZPN oczywiście schował głowę w piasek, bo przecież w grę wchodzą ogromne odszkodowania (nie mam wątpliwości, że według PZPN-u to oczywiście sprawa spółki Ekstraklasa a nie związku).

Rozumiem poważne powody. Takie jakie przyświecały władzom województwa śląskiego 7 grudnia 1924 roku. Wtedy na boisku 1.FC Katowice odbył się pierwszy w historii mecz polskiego Śląska z niemieckim Śląskiem. Jak doniósł "Kattowitzer Zeitung", dwa dni wcześniej publicznie "zakomunikowano, że z uwagi na mecz w niedzielę od godziny 12 obowiązuje na terenie aglomeracji zakaz gry w piłkę nożną, bo o godzinie 14 rozpoczyna się wspomniane spotkanie".

Wtedy chodziło jednak o powody praktyczne czyli o możliwość zabezpieczenia tego wyjątkowego przecież wydarzenia przez śląską policję. Dziś to zwykłe fanaberie jakichś napuszonych grubasów z UEFA (albo chudzielców, obojętne). Szanowni i dostojni wymyślają jakieś bzdurne ustalenia, które - czy nikt tego nie zauważa? - godzą przecież w interesy jej poszczególnych członków. Tym razem terminy meczów nie mogą kolidować ze spotkaniem o jakiś wydumany Superpuchar. W Polsce oczywiście wszyscy uszy po sobie położyli. Nikt nie spytał: "a co mnie mnie obchodzi jakiś meczyk Chelsea z Bayernem o sztucznie wykreowaną pseudostawkę?" Rozumiem finał Ligi Mistrzów. Ale Superpuchar?! Przecież ten z bożej łaski Superpuchar to jakaś wydmuszka, która tak naprawdę nic nie znaczy. Stowarzyszenie Europejskich Lig Zawodowych wystąpiło do UEFA o zniesienie tego idiotycznego nakazu, a federacja się do tego łaskawie przychyliła. Ale to dopiero za rok. A dziś przez te idiotyzmy musiałem zrezygnować z czegoś smakowitego. Wiecie: Canal+ mnie rozpuścił powodując, że teraz każdy mecz ekstraklasy odbywa się każdy w innym terminie. Odzwyczaiłem się więc, że Górnik i Ruch grają o tej samej porze.  Dzięki decyzji Canal + mogłem zobaczyć mecze obu drużyn w jeden weekend - albo w telewizji albo nawet na żywo. Nie chcę więc wracać do starych przyzwyczajeń!

PS Myślałem, że tylko mnie się to nie podoba. Przepraszam, myliłem się. Jest jeszcze ktoś. To trener Michał Probierz.

PS1 Rozwalił mnie Grzegorz Mielcarski, który po golu na 2:2 w Jedynym Meczu, Który Miał Prawo Odbyć Się Dziś Wieczorem stwierdził, że to "wyśniony finał". Przepraszam: finał czego?

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie Górnika powinna powstać jak najszybciej.

środa, 28 sierpnia 2013
Sos patriotyczny. Odruch wymiotny

Z autentycznym zadziwieniem obserwowałem wczoraj histerię, która przetoczyła się przez media z powodu meczu Legii ze Steauą. Z tej sieczki jasno wynikało, że kibicowanie Legii w tym meczu było moralnym obowiązkiem nie tylko każdego warszawiaka (jestem ciekawy czy zastosowali się fani Polonii), ale i wręcz każdego mieszkańca kraju nad Wisłą (już widzę to szaleństwo w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu czy sympatycznych uzdrowiskach na Górnym Śląsku). Moim zdaniem to z jeden z najbardziej prymitywnych sposobów budowania poczucia wspólnoty jaki można sobie wyobrazić. Wyobraziłem sobie właśnie, że pod stadion Legii podjechało kilkadziesiąt beczkowozów z gęstym, zawiesistym, patriotycznym sosem i podlało cieczą wszystko znajdujące się w zasięgu telewizyjnej relacji. Brrrrr...

Nie jest tak, że jestem głuchy na argumenty. Przemawia do mnie na przykład konkretny argument, że mogę "dobrze życzyć Legii, bo mieszkam blisko i mógłbym oglądać mecze Ligi Mistrzów dojeżdżając na nie rowerem". Rozumiem również kombinowanie pod hasłem "dobrze życzę Legii, bo dzięki temu mogłaby zarobić i na stałe zagościć w ChL", choć właśnie tego z konkretnych powodów chciałbym uniknąć (do tego dlaczego jeszcze wrócę).

Ale argument, że dzięki awansowi Legii mógłbym wpaść w patriotyczną ekstazę i unieść się wysoko tak - jedynie mnie rozśmiesza.

Cały błąd i cała żenada polega na tym, że Legię, która jest przecież całkiem dzielną drużyną próbowało się właśnie wepchnąć w rolę reprezentacji Polski. W tym sensie, że miała dać nadzieję całemu umęczonemu polskiemu społeczeństwu. Miała dać tysiącom umęczonych codzienną niedolą Polaków Ligę Mistrzów na którą czekamy już prawie dwie dekady. Legia przez chwilę stała się wręcz Mesjaszem Biało-Czerwonego Narodu. Sorry Batory, ale takie cudowanie i ten histeryczny ton jest nieznośny i dostrzegalny się z daleka. No i jak to zwłaszcza u nas - budzi przekorę.

Jeszcze jedno. W jaki sposób zespół, którego najważniejszym piłkarzem jest Słowak, któremu tyły trzyma Cypryjczyk z brazylijskimi korzeniami, a gole strzela zagorzały fan Partizanu Belgrad ma u mnie wywołać gesty patriotyczne? Oczywiście w tym słowacko-cypryjsko-brazylijsko-serbskim melanżu nie ma nic złego, tak właśnie buduje się klubową piłkę i nie mam nic przeciwko żeby Dossa Junior albo Kuciak zagrali kiedyś w silnym górnośląskim klubie. Ale zespół par excellence ligowy powinien wywoływać radość jedynie u własnych kibiców. Nie jestem kibicem Legii dlaczego więc jej zwycięstwo miałoby wywoływać u mnie radość?

Argument, że jestem małym zawistnym śląskim skurczybykiem przez którego przemawia jedynie zazdrość całkowicie do mnie nie trafia. Przeze mnie przemawia jedynie pragmatyzm. Powtarzam: uważam, że w interesie klubów, którym dobrze życzę nie jest żeby Legia wyrąbała sobie stałe miejsce w ChL. Ze względu na szmalec, którym zostałaby obsypana, a który sprawiłby nierówność. Być może przed tą nierównością nie da się w dłuższej perspektywie obronić, ale zawsze lepiej zyskać trochę czasu niż nie zyskać:)

A jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał tłumaczę slowly step by step:

a) w meczu ze Steauą nie kibicowałem przeciw Legii w sensie "żeby nie awansowała". Kibicowałem żeby nie zarobiła a że akurat wiąże się to z awansem to już nie moja wina;
b) kibicowałem żeby nie zarobiła, bo to byłby gigantyczny zarobek zdobyty poza ligą a użyty jednak przeciw krajowym konkurentom;
c) gdybym kibicował jej żeby awansowała w dwumeczu ze Steauą kibicowałbym wbrew interesom klubów, które lubię, bo lepiej dla nich jeśli mierzą się z rywalem posiadającym mniej pieniędzy niż więcej.
Czy to jest zrozumiałe? 

Dla mnie nieoglądanie nierówności o której wspominam jest o niebo ważniejsze niż oglądanie Legii w Lidze Mistrzów. Czy to oznacza, że nie jestem polskim patriotą?

Nie wydaje mi się, że to miałby być akurat powód.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie Górnika powinna powstać jak najszybciej.

17:29, pavelczado , żal
Link Komentarze (110) »
wtorek, 27 sierpnia 2013
Hosanna

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Ogniem i mieczem

Pamiętacie w jaki sposób kończy się I tom "Ogniem i mieczem"?

Otóż tak:

- Co się stało? Mów!

- Bar*... wzięty!**

Tym razem wzięty przez GKS Katowice. Andrzej Bahr może sprawić, że katowiccy piłkarze będą biegać jak nakręceni. Jak kiedyś zawodnicy Wisły! To może jest przez niektórych uważane za szczegół drugiego planu, ale może mieć również ogromne znaczenie. W każdym razie zapowiada się urozmaicony i nieszablonowy trening. Bahr w Krakowie potrafił zajmować zawodników... trójkolorowymi piłkami o różnej wielkości. Sprzęt dzieci z zerówki i pierwszej klasy miał według Bahra doskonale poprawiać piłkarzom koordynację.

Bahr pracował w Wiśle od 2002 roku, za pierwszej kadencji Henryka Kasperczaka był trenerem przygotowania ogólnego grup juniorskich. Potem pokazał się u trenera Okuki, u trenera Nawałki (kiedy drugim trenerem był Kazimierz Moskal), u trenera Skorży, u trenera Kasperczaka, u trenera Maaskanta, u trenera Moskala... Zrezygnował z niego dopiero trener Probierz, który wolał już własnego specjalistę. W Wiśle Bahr zajmował się jednak nie tylko przygotowaniem fizycznym, ale i... rozpracowaniem rywali w europejskich pucharach (jeździł na mecze ligowe w różne części Europy) - tak właśnie było u trenera Moskala. Ciekawe czy teraz w Katowicach będzie podobnie? Jeśli tak - na Bukowej chyba będzie nowość, bo dotąd chyba żaden drugi trener nie odpowiadał za dwie, teoretycznie tak odległe sprawy - przygotowywanie fizyczne i rozpracowywanie rywali.

Bahr ma jeszcze jedną zaletę - niezwykle chłodną głowę i godny podziwu refleks. W 2008 roku uratował przed linczem sędziego Tomasza Mikulskiego, który w meczu Wisły z Odrą Wodzisław pokazał 12 żółtych kartek i dwie czerwone. Uratował przed własnymi piłkarzami, chronił arbitra własną klatą jak lew!

PS Praca Bahra może w Katowicach wypalić, ale nie przyjmujmy tego na razie za pewnik. Pamiętacie kadencję Wojciecha Stawowego? Wtedy w GieKSie przygotowaniem fizycznym zajmował się Ryszard Szul, który był również specjalistą od tych spraw za najlepszych czasów Henryka Kasperczaka, kiedy Wisła miażdżyła Schalke! A jednak na Bukowej coś nie poszło...

PS1 Klubowa telewizja GKS-u Katowice była ciekawa co Czadoblog sądzi o tym co dzieje się w GieKSie. Powstał z tego wywiad, który możecie zobaczyć - TUTAJ.

PS2 Dziś planowałem początkowo wpis o Pieście. Pełniejszy będzie chyba jednak po meczu ze Śląskiem. W każdym razie przykro widzieć, że w gliwickiej drużynie - zauważcie - nie działają skrzydła. Podgórskiemu i Izvoltowi, których jako piłkarzy bardzo cenię - dziś pękła chłodnica albo zepsuł się alternator.

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie Górnika powinna powstać jak najszybciej.

*zdaję sobie sprawę - nie każdy musi wiedzieć, że wcale nie chodzi o najlepszy bar w mieście, taki z najlepszymi alkoholami. Na wszelki wypadek przypominam, że chodzi o twierdzę i miasto, którego nazwę zainspirowała... tęsknota królowej Bony.

** to jeden z najpiękniejszych cliffhangerów w historii.

niedziela, 25 sierpnia 2013
Opcja galicyjska w GieKSie

Kazimierz Moskal nowym trenerem GKS-u Katowice. Nie powiem, że to dla mnie niespodzianka:) Kazimierza Moskala nie znam, chyba pierwszy raz zdarzyło mi się, że wcześniej niż jakiegoś trenera zdążyłem poznać jego ciocię. Nie kituję - ciotkę nowego szkoleniowca GieKSy zapoznałem dość w niecodziennych okolicznościach:)

Ten wybór może być dla GKS-u bardzo ciekawą opcją. Ciekawe jest również kto przy nowym szkoleniowcu przejmie obowiązki kaprala, bo Kazimierz Moskal lubi zajmować się trenerką ale niekoniecznie opieprzaniem ludzi. A czasem mam przeświadczenie, że zawodnikom Katowic taki kapral jak z "Kajka i Kokosza" ewidentnie by się przydał.

Przy okazji tego wyboru pragnę zauważyć najważniejszy w dziejach katowickiego klubu kierunek importu. Dla GKS-u to Kraków, a właściwie cała Galicja. Marian Dziurowicz miał do tego kierunku ewidentną słabość.

Pewne jest, że bez Galicji GKS nie zaszedłby tak daleko jak zaszedł. Na ławce trenerskiej zasiadali tu z większymi i mniejszymi sukcesami Orest Lenczyk, Adam Musiał i Adam Nawałka. Właściwie nie przyjął się przeszczep tylko Wojciecha Stawowego.

A piłkarze? Na przełomie lat 80. i 90. powstała teza, że GieKSa ściąga graczy z Galicji żeby nie narażać się na przykre niespodzianki nielegalnych wyjazdów piłkarzy za granicę czyli do Niemiec (patrz: Rudy albo Hetmański). Dlatego, że piłkarzom z Galicji trudniej byłoby w  Niemczech znaleźć krewnych mogących pomóc. Ale mnie wydaje się, że to trochę naciągana teoria. Kierunek krakowski najzwyczajniej się w GieKSie sprawdził. Przykłady? Z Wisły przyszli Marek Świerczewski (pochodzi z Nowego Sącza), Janusz Nawrocki (pochodzi z Krakowa) i Zdzisław Strojek (pochodzi z Dębicy). Dwaj pierwsi byli tak dobrzy, że jako zawodnicy GKS-u grali w kadrze. Z kolei ten trzeci zdobył gola w meczu z Bordeaux, gdzie grało trzech PRZYSZŁYCH mistrzów świata z Zizou na czele. Ale Kraków to nie tylko Wisła. Z Cracovii ściągnięto obrońcę Piotra Nazimka i napastnika Mirosława Kubisztala. Zwłaszcza transfer tego drugiego zawodnika był znakomitym strzałem. Pochodzący spod Tarnowa piłkarz stworzył najlepszy tercet ligowych napastników jakich kiedykolwiek w Polsce widziałem (podkreślam - chodzi o tercet). Atak K-F-K był atakiem marzeń, choć dopiero kiedy się rozpadł stało się to oczywistością. Z klubów krakowskich przyszło na Bukową jeszcze paru innych zawodników, z reguły były to transfery udane (na przykład Paweł Brożek).

Z perspektywy czasu sądzę, że tak naprawdę nie udało się jedynie dwom piłkarzom sprowadzonym z Wisły (fenomenu Arkadiusza Wołowicza nie zrozumiem nigdy, jak to możliwe, że utrzymał się w GieKSie aż cztery i pół sezonu, w dodatku w tak silnej GieKSie. Słabo spisywał się również Dariusz Marzec).

Na zakończenie - skoro o Galicji w GieKSie mowa - muszę przypomnieć postać jeszcze jednego piłkarza, dziś całkowicie zapomnianego, a przecież był to nietuzinkowy zawodnik. Jeśli myślicie, że prekursorem dalekich wyrzutów z autu był w Polsce Tomasz Hajto - bardzo się mylicie. Fantastyczny pod tym względem był w latach 80. Zbigniew Krzyżoś, który do Katowic przyszedł z Górnika Siersza (w Trzebini do dziś chyba lubią GKS, bo ostatnio widziałem tam dumne hasło na cześć katowickiego klubu).

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna zostać wybudowana jak najszybciej.

sobota, 24 sierpnia 2013
Tajemnica rozwiązana. Pani Anna

Pamiętacie TO ZDJĘCIE? Zrobione przez mojego kolegę z redakcji Grześka Celejewskiego zrobiło karierę w sieci w lipcu 2012 roku. Zostało pstryknięte podczas manifestacji kibiców GKS-u Katowice, którzy protestowali pod Urzędem Miasta przeciw tzw. fuzji GieKSy z "Polonią Warszawa".

Zastanawialiśmy się potem kim jest ta zaangażowana fanka. Czy może przyłączyła się do manifestacji przypadkowo?

Dziś rozwiązałem zagadkę. Fankę wypatrzyłem na sektorze podczas meczu GKS-u Katowice z Miedzią Legnica. Siedziała w koszulce z hasłem "Jestem z Katowic, jestem za GieKSą". Zagadałem i już wiem wszystko.

Pani Anna kibicuje GKS-owi od lat 70. Ma 63 lata. - W 1970 roku przyjechałam do Katowic z Pomorza. W kibicowanie wciągnął mnie syn. Kiedyś bałam się go puszczać na stadion, wie pan jak to jest. Przyszłam zobaczyć i już zostałam. Teraz syn siedzi na blaszoku, a ja na trybunie głównej. Jeszcze w zeszłym roku siadałam na blaszoku, ale teraz boli mnie kręgosłup więc przeniosłam się tutaj - uśmiecha się. 

Tacy kibice to skarb dla klubu. Im więcej takich ludzi jak pani Anna na każdym stadionie tym lepiej.

Pani Anna mogła się dziś cieszyć z wyjątkowego zwycięstwa GKS-u. Wyjątkowego, bo tak naprawdę katowiczanie powinni dziś wysoko przegrać. Widać, że Miedź pod okiem Rafała Ulatowskiego to groźny zespół. - Powinniśmy byli ten mecz rozstrzygnąć do przerwy - komentował Ulatowski, który po konferencji prasowej jeszcze dziesięć minut siedział i patrzył w ścianę. Był załamany.

Fakt, że Miedź nie wygrała trzema bramkami to zasługa tylko i wyłącznie jednego człowieka. Łukasz Budziłek znowu potwierdził klasę, ten facet jest niesamowity. Nie tylko fruwał między słupkami, ale i znakomicie czuł dystans, raz dalekim wybiegiem uratował sytuację sam na sam. Uwierzcie - gdyby Miedź wygrała 4:1, nikt nie powinien się dziwić. W całym meczu GieKSa oddała jeden celny strzał. Z rzutu karnego do bramki dziesięć minut przed końcem trafił Sławomir Duda. - Taki mecz może kosztować dziesięć lat życia - komentował prezes Wojciech Cygan.

Mój uczeń z ogólniaka* trener Tomasz Owczarek może czuć się spełniony. Wykonał powierzone mu zadanie i ten jeden mecz wygrał. Przyszłość przed nim, ale musi jeszcze uzupełnić trenerskie wykształcenie. Będzie mógł się przyglądać pracy następcy Rafała Góraka (któremu Blaszok elegancko podziękował stosownym transparentem) i nadal się uczyć jako szkoleniowiec rezerw. W każdym razie nowego trenera GieKSy dziś na Bukowej nie było.

A Miedź? Nie moja bajka, ale legniccy działacze powinni wytrzymać ciśnienie. Po stylu gry widać, że to tylko kwestia czasu kiedy przyjdą zwycięstwa.

PS Relacja meczowa - TUTAJ. 

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. 

*Wyobraźcie sobie, że miałem kiedyś praktyki w szkole jako nauczyciel historii:) 

Działo się!

Właśnie wróciłem z meczu w Zabrzu. To były moim zdaniem wyjątkowo udane Wielkie Derby Śląska! Uwielbiam mecze w których zarówno gospodarz mógł wygrać, przegrać i zremisować jak i gość mógł wygrać, przegrać i zremisować.

Emocjami i zaskakującymi zwrotami zdarzeń można by obdarzyć kilka spotkań. Czy ktoś spodziewał się, że Górnik tak szybko obejmie prowadzenie? Czy ktoś spodziewał się, że Ruch w tak spektakularny sposób wyrówna akurat w momencie kiedy nic na to nie wskazywało? Czy ktoś spodziewał się, że Górnik znów tak szybko po przerwie obejmie prowadzenie? No i czy ktoś spodziewał się, że straci je w tak kuriozalnych okolicznościach tuż przed końcem? Trudno wyobrazić sobie gorszy moment i gorszy sposób na stratę gola, do tego w tak prestiżowym meczu. Nie wiem czy bramkarz Norbert Witkowski zdoła jeszcze usnąć w tym miesiącu... Ładnie zachował się Mateusz Zachara, strzelec pierwszego gola dla gospodarzy. - To był wielki błąd naszego bramkarza, ale niech się nie załamuje. Każdy przecież popełnia błędy - stwierdził.

Mecz miał moim zdaniem dwóch konkretnych bohaterów, zresztą starych dobrych kumpli, co niejeden tytuł mistrzowski wspólnie zdobyli.

U gospodarzy zaczarował mnie Radosław Sobolewski. Po dzisiejszym meczu twierdzę, że właśnie takiego piłkarza Górnikowi w środku pola brakowało a jego sprowadzenie było strzałem w dziesiątkę. Nie chodzi o bardzo wysokie umiejętności czysto piłkarskie, ale również o autorytet w drużynie. Musielibyście widzieć ten uspokajający gest w stronę Olkowskiego, kiedy ten niedokładnie podał mu piłkę, musielibyście widzieć sposób w jaki dyrygował Kosznikiem żeby przegrał piłkę z lewej strony na prawą do Olkowskiego. Sobolewski to piłkarz niezwykle ambitny, który - jak można zaobserwować - potrafi umiejętnie rozłożyć siły, bo przecież nie jest już nastolatkiem. Jest skuteczny nie tylko w destrukcji - choć wydaje się, że to jest jego główne zadanie. Potrafi rozpocząć atak, a jak jest potrzeba potrafi puścić się za piłką w pościg bez pamięci jak szczeniak i wywalczyć rzut wolny pod bramką rywala w dodatku już w samej końcówce. Na nasze warunki to bardzo cenny zawodnik, a chyba tylko jedna jego cecha powoduje, że nie gra w jeszcze lepszej drużynie: nie ma już przecież idealnej kondycji. W obecnym sezonie na razie częściej schodzi w końcówce niż nie schodzi. Teraz schodził w 83. minucie i dostał owację na stojąco.

U gości zaczarował mnie Marek Zieńczuk. Strzelił wręcz re-we-la-cyj-ne-go gola. Grzegorz Kapica, król strzelców ekstraklasy z sezonu kiedy Polska zdobyła trzecie miejsce na świecie, przyznał, że już tylko dla tego jednego nagłego ruchu nogą warto było przyjechać na to spotkanie. To było jak ruch pędzlem Rembrandta albo dłutem Rodina, bez kitu. Zgadzam się z Grzegorzem Kapicą w stu procentach, tym bardziej, że historia tego gola jest niecodzienna. Prawda jest taka, że dziewięciu na dziesięciu zawodników nie zdecydowałoby się uderzyć w ten sposób nadlatującej piłki. Inna prawda jest taka, że dziewięciu na dziesięciu z tych, którzy zdecydowaliby się jednak oddać w tej sytuacji strzał na bramkę, połamałoby najwyżej pierwsze krzesełka montowane za bramką na stadionie (obiekt ma szansę stać się najpiękniejszym stadionem w południowej Polsce). Zwróćcie uwagę na jeszcze jedno. Zieńczuk strzelił gola gorszą prawą nogą ("chyba nie zdarzyło mi się strzelić gola prawą nogą dwa razy z rzędu. Aż do teraz"). Także dlatego, że lewą kopać... nie chciał. W wyjątkowo dziwaczny sposób doznał obowiem urazu. Zahaczył korkami o... zraszacz ukryty na murawie! Wyobrażacie sobie?! - Gdybym był w lankach pewnie bym tylko ujechał. Ale byłem we wkrętach. No i zablokowało mi kolano. To może być coś poważnego - mówił mi niepocieszony. Niektórzy już się zastanawiają czy Ruch nie powinien Górnika podać do sądu o odszkodowanie jeśli kontuzja Zieńczuka okaże się poważna, a pauza długa...

Jedno jest pewne: gdyby przepisy stanowiły, że w piłce nożnej wolno strzelać jedynie z pola karnego to Ruch byłby w samym ogonie ligi, bo trzeba by mu odebrać aż pięć punktów (punkt z "Lechem", punkt z Lechią, dwa punkty z Legią - tylko dwa, bo Kuświk strzelił gola z bliska oraz punkt z Górnikiem).

Kiedy tuż po meczu rozmawiałem pod szatnią z Zieńczukiem, obok pieklił się w stronę sędziów Jacek Zieliński. Nie dajcie się zmylić jego spokojowi i wymijającym słowom na konferencji. Trener Ruchu był wściekły, że arbiter nie przyznał gościom rzutu karnego (to znaczy w 59. minucie przyznał, ale na szczęście go odwołał, bo Kosznik nie dotknął piłki ręką. Nie przyznał za to kiedy powinien, gdy rękę zaliczył Mączyński w 66. minucie).

Ruch miał jeszcze kilka znakomitych okazji, zwłaszcza w drugiej połowie. Z drugiej strony Górnik też stworzył ich mnóstwo, była m.in. poprzeczka (Zachara). Ogólnie zabrzanie - trzeba to przyznać - lepiej grali w piłkę. Nadszedł jednak doliczony czas gry i Norbert Witkowski zaliczył babola roku. Ale po drugiej stronie też były babole. Na przykład przy pierwszej straconej przez Ruch bramce Bartłomiej Babiarz z lewej obrony podał do środka wprost między stoperów - Marka Szyndrowskiego i debiutującego w ekstraklasie Adriana Mrowca. - To była trudna odchodząca piłka. Wiedziałem, że do niej nie dojdę i odpuściłem. Na nieszczęście rywale to wykorzystali - powiedział mi Mrowiec. Zabrzanie byli w tym momencie bezlitośni jak wilcy. 

Także te babole powodują, że dyskusje na Górnym Śląsku o tym meczu będą się toczyć wyjątkowo długo. Emocje, ładne akcje i gole powodują, że to była znakomita reklama futbolu! To były prawdziwe Wielkie Derby Śląska! Jeśli Obie Wielkie Drużyny będą nadal prezentować taką formę - powinny mieć pewne miejsce w pierwszej ósemce. Różnica? Ruch by się ucieszył. Górnik czułby niedosyt.

PS Klasyczna relacja  - TUTAJ.

PS1 Adam Nawałka jest po meczu rozczarowany. Po meczu zakazał Stanisławowi Sętkowskiemu dawać tradycyjnego koguta piłkarzowi Górnika. Ptaszysko uratowało w ten sposób życie i wraca do kurnika. Z kolei Jacek Zieliński nie wie czy jest rozczarowany.

PS2 Podczas meczu kibice Górnika  nagrodzili brawami dzieci, które przygotowały sektorówkę. W Zabrzu trwa akcja, która ma na celu pomoc w wyremontowaniu kilka domów dziecka.

PS3 A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 22 sierpnia 2013
Jak zwolnić kolegę

Po dwóch latach z okładem Rafał Górak przestał być trenerem GKS-u Katowice. Jego odejście uzmysławia mi po raz kolejny, że... prezesowanie klubowi piłkarskiemu to nie jest fiku-miku. Nie chodzi mi w tej chwili nawet o potrzebne umiejętności lecz o przeżycia czysto emocjonalne.

Pogadałem chwilę z Wojciechem Cyganem. Miał rozterki, nie zazdroszczę mu. Pamiętajcie, że zanim został w GieKSie prezesem pracował w niej już wcześniej. Na innym stanowisku nie był władny decydować o losie trenera i z Górakiem zdążył się zakolegować. W dodatku jeszcze nigdy dotąd w prezesowskiej karierze szkoleniowca nie zwalniał choć już trzy lata temu - kiedy zostawał na krótko tymczasowym kuratorem w katowickim klubie - jedno z pierwszych pytań od dziennikarzy brzmiało: "czy byłby pan w stanie zwolnić trenera". Cygan odparł wtedy, że tak - czym nieźle musiał ówczesnego szkoleniowca GKS-u Roberta Moskala nastraszyć... Od teorii do praktyki trochę trzeba się jednak przespacerować. A pamiętajmy, że Cygan jest w takim wieku, że ciągle zdecydowana większość trenerów jest od niego starsza. Obecny prezes jest dziś przecież tylko trochę starszy od Piotra Dziurowicza kiedy ten rozstawał się z klubem w 2005 roku. 

Ciekawiły mnie motywy podjęcia decyzji o zwolnieniu trenera właśnie teraz. Cygan: - Proszę wyobrazić sobie, że Rafał Górak zostaje i wygrywa w sobotę po ciężkim boju z Miedzią Legnica 1:0 albo 2:1. Ale w kolejnej kolejce przegrywamy mecz w Łęcznej w stylu z Bełchatowa. Co ja wtedy powiedziałbym ludziom, którym GKS leży na sercu kiedy przyszliby do mnie i zauważyli, że dwa kolejne tygodnie zostały zmarnowane?

Nie wiedziałbym co odpowiedzieć na miejscu prezesa. A Wy? Cobyście doradzili? Pamiętajmy przy tym, że Katowice - choć start w tym sezonie jest mocno nieszczególny - ciągle marzą o ekstraklasie. Bo powiedzcie: kogo GieKSa tak naprawdę ma się w tej lidze bać? Od której drużyny jest na papierze słabsza?

A Wojciecha Cygana boli fakt, że GKS w porównaniu z poprzednim sezonem został wzmocniony, a na boisku wcale tego nie widać, mało tego - jest wręcz przeciwnie, na razie katowiczanie grają gorzej niż wiosną.

Jedno jest pewne: prezes nie może być kolegą trenera. Bo potem bardziej boli. Ale co zrobić kiedy stają się kolegami gdy prezes nie jest jeszcze prezesem? Nie ma dobrego rozwiązania. Cygan pokazał jednak, że rządzi. Jest szefem, który zdecydował.

PS O złych i dobrych momentach Rafała Góraka w GieKSie przeczytacie - TUTAJ. To były na pewno dwa ciekawe lata. Wypada za nie trenerowi podziękować.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna zostać wybudowana jak najszybciej.

wtorek, 20 sierpnia 2013
Twarde śląskie mięso

Trzy lata temu z okładem Ruch Chorzów dwa razy wygrał w eliminacjach Ligi Europejskiej z Szachtiorem Karaganda. Gdyby wtedy ktoś zapewnił mnie, że jeden klub tej pary w 2013 roku będzie o krok od Ligi Mistrzów - otwarłbym szampana, bo byłbym pewien, że chodzi o niebieskich. Kiedy Ruch opuszczał Karagandę po zwycięstwie obsługa kazachskiego lotniska gratulowała chorzowianom zwycięstwa i krzywiła się na samą myśl o piłkarzach Szachtiora, którym wręcz odradzała lot na rewanżowy mecz do Chorzowa. W tym rewanżu Ruch znów wygrał, a Kazachowie narzekali tym razem nawet nie na wynik tylko na... zbyt twarde śląskie mięso (ponoć to smakosze, którzy perfekcyjnie opanowali przyrządzanie dań z baraniny i koniny).

W 2010 roku Szachtior zagrał u siebie z Ruchem w następującym składzie:

Sarana - Dżordżević, Kislicyn, Danajew, Tarasow - Borantajew (72. Borowskij), Bogdanow Ż, Finonczenko, Vicius, Suczkow (62. Skorych) - Dżidić

Tłustym drukiem wyróżniłem piłkarzy, którzy wystąpili także w meczu Szachtiora sprzed... paru godzin. To dwumetrowy Bośniak Aldin Dżidić, którym kiedyś interesowały się ponoć jakieś kluby angielskie i niemieckie, reprezentant Litwy Giedyminas Vicius oraz Kazach Andriej Finonczenko, uwielbiany przez miejscowych fanów, bo jest z nich, urodził się w Karagandzie.

Ten ostatni zdobył dziś nawet gola. Wyjątkowo ważnego, bo tak się składa, że Szachtior wygrał właśnie u siebie z Celtikiem Glasgow 2:0.

Skład Szachtiora wyglądał dziś tak: Mokin - Simcević, Mały, Vasiljević, Parywajew - Finonczenko (82. Ziańkowicz), Canas, Vicius, Dżidić, Ghazarjan - Chiżniczenko. 

Teraz kazachskiej ekipie wystarczy remis albo nawet minimalna porażka w Szkocji żeby zagrać w fazie grupowej Ligi Mistrzów! Aż wierzyć się nie chce... A jeśli dodać, że kiedy Szachtior grał z Ruchem to jego dyrektor sportowy Władimir Niderhaus twierdził, że jego klub ma niższy budżet od Ruchu - to tym bardziej. Niderhausa pamiętam jeszcze jako piłkarza, oglądałem go w Wołgogradzie w pucharowym meczu z Odrą Wodzisław w 1997 roku. Ten przedstawiciel mniejszości niemieckiej w Kazachstanie obok znakomitego Olega Wierietiennikowa był gwiazdą ówczesnego Rotoru.

Gdzie dziś Ruch?

Gdzie dziś Szachtior?

PS Omega też nie może uwierzyć.

Dlaczego nie ma mnie na Facebooku

Doceniam Facebook jako kanał porozumiewania się. Kanał dwustronny - kontaktujesz się z kim chcesz i kontaktuje się z tobą kto chce. Doceniam jako kanał reklamowy i informacyjny: firmy różnego autoramentu mogą przekazywać dzięki niemu treści, z którymi chcą dotrzeć do użytkowników. Siłą Facebooka jest powszechność. Bardzo wygodne narzędzie.

Zawodowo wprawdzie bardzo doceniam, jednak prywatnie na Facebooku mnie nie znajdziecie. Nie przeszkadza mi jego powszechność, nie jestem wcale hipsterem. Otóż wydaje mi się, że okno we Facebooku jest jak witryna w różowej dzielnicy Amsterdamu (wydaje, bo w Holandii jeszcze nie byłem). Witryna jest twoim gospodarstwem i chcesz pokazać co masz w sobie najbardziej atrakcyjnego. Witryna (czyli Facebook) sama w sobie nie jest niczym złym, to świetne narzędzie, problemem jest jak się ją wykorzystuje. Jest jednak w tym wynalazku coś skłaniającego do diabelstwa i chyba nie ma na to rady.

Zauważam więc ułomność, bo definicja "atrakcyjnego" może być i jest różnie rozumiana. Zdążyłem się zorientować, że atrakcyjny stajesz się chyba wtedy gdy lubią cię ludzie atrakcyjni. Pojęcie "ludzie atrakcyjni" też rozumiana jest różnorodnie. Mogą to na przykład być cudzoziemcy.

Jeden z internautów po zajściach w Gdyni napisał:

"Wstyd przed zagranicznymi znajomymi na fejsie przez samo tylko bycie Polakiem to już teraz chyba za mało".

Kiedy czytam coś takiego odechciewa mi się jeść i pić. Przyznam, że gdyby facet, który to napisał zrobił coś tak skandalicznego, że zainteresowałyby się tym media - na pewno bym się za niego nie wstydził. Generalnie nigdy nie wstydzę się za coś na co nie mam osobistego wpływu. Musiałbym zwariować, bo zwielokrotnione poczucie wstydu towarzyszyłoby mi nawet w snach. Dlatego zgadzam się z innym internautą, który zaproponował malkontentowi wystosowanie suchego i konkretnego  oświadczenia:

"Z powodu rozróby w Gdyni drastycznie spadła liczba 'lajków'. Uprasza się znajomych o dalsze 'lajkowanie', gdyż z tym pożałowania godnym incydentem nie miałem nic wspólnego."

Reasumując: nie ma mnie na Facebooku z trzech powodów. Pierwszy: denerwowałbym się, a po co? Drugi: nie posiadam firmy, której towary chciałbym zareklamować. Gdybym posiadał pewnie na Facebooku bym się znalazł. Trzeci: uważam, że będąc tam nieobecnym prywatnie nie tracę dosłownie nic. Potrafię się skontaktować z kim chcę. Potrafi się ze mną skontaktować kto chce. No i zawsze możecie mnie znaleźć i podyskutować na Czadoblogu:) Niezmiennie zapraszam.

PS Omega Facebooka raczej nie kojarzy. A czwarta trybuna w Zabrzu jeszcze się nie narodziła więc nie może się wypowiedzieć.

PS1 Miłośnicy Facebooka zawsze mogą mnie próbować przekonać, że jednak coś tracę jako ja. Tylko co takiego?

PS2 Oczywiście znam, szanuję i cenię wielu ludzi, którzy używają Facebooka także prywatnie. Fakt, że go używają nie ma dla mnie znaczenia. Używają, bo lubią. A skoro lubią to wszystko jest w porządku. 

10:18, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum