poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Ostatnio na Bukowej poczułem coś pierwszy raz od lat

Na meczach GKS-u Katowice w obecnym sezonie czuję coś dziwnego. Ostatni raz czułem to tam wiele lat temu.

Stwierdzenie, że im człowiek starszy, tym większym staje się pragmatykiem, to banał. Stwierdzenie, że w futbolu liczy się przede wszystkim wynik, to kolejna oczywistość. Wydawało mi się, że zbiegnięcie się tych dwóch stwierdzeń w pewnym momencie życia człowieka interesującego się piłką jest całkowicie naturalne. Ale na Bukowej zacząłem mieć wątpliwości...

Wiadomo, że w Katowicach czeka się na coś fajnego od wielu lat. Tak wielu, że pisanie słowa „wielu” przez jedno „e” jest już powoli uznawane za dezynwolturę i bezczelność. W GieKSie zdecydowano się całkowicie nie tyle przemodelować, co przewalić drużynę. Pojawił się tabun piłkarzy, których nazwiska – poza paroma oczywistymi wyjątkami – nic nie mówiły.

Stwierdzenie, że GKS nigdy nie grał ładnie, zawsze polegało to na wyrywaniu wygranych z gardła i ciągłej walce, nie jest zgodne z prawdą. Pamiętam mecze GieKSy z drugiej połowy lat 80., które były zajmujące, piękne i efektowne. Chciało się to oglądać. Potem przyszedł czas, że publika zaczęła cenić przede wszystkim zaangażowanie, co moim zdaniem zawsze świadczy o ograniczaniu kibicowskich ambicji, bo kibic silnych drużyn zawsze chce zwycięstw. Tylko kibic drużyn najsilniejszych chce zwycięstw efektownych, a przy okazji meczowych zdarzeń, o których będzie można opowiadać latami.

Ale może konkretnie. Ostatnie dziesięć lat GKS grał generalnie bardzo brzydko. Stwierdzenie, że ładnie grał ponoć za Jerzego Brzęczka, to jakiś dziwaczny absurd ze źle zawiązanymi sznurówkami. Jacek Paszulewicz rozpoczął zupełnie nowy projekt, przy czym trzeba pamiętać, że też będzie rozliczany tylko i wyłącznie ze skuteczności, a nie z piękna. Bo GKS ma wreszcie awansować do ekstraklasy. Jak powtarza się co roku od lat.

Na razie idzie mu co najwyżej średnio: w pięciu meczach dwa razy wygrał, dwa razy przegrał i raz zremisował. Tabela jest jeszcze spłaszczona; kto przed chwilą był na dole, za chwilę może być na górze i na odwrót. Natomiast wyczuwam coś, czego dawno nie było. Otóż GKS obecnie gra ŁADNIE. Nie napiszę, że pięknie, bo to za duże słowo, ale gra ładnie.

Zastanawiałem się, skąd się to bierze, i wydaje mi się, że odpowiedzią jest obsesja trenera Paszulewicza. Wydaje się, że dla niego ewidentnie najważniejsze jest nienaganne przygotowanie fizycznie. W ostatnim meczu – oczywiście biorę poprawkę, że z nie najsilniejszymi Wigrami Suwałki – jego piłkarze byli szybsi, bardziej wybiegani, bardziej zdecydowani. Pewność siebie tego rodzaju pozwala na dokonywanie wyborów, które przy okazji są również efektowne. Drybling Daniela Rumina w pierwszej połowie, kilka szybkich wymian – to było coś, co na chwilkę przypomniało mi koniec lat 80. na Bukowej. Ta mołojecka bezczelność - o to chodzi!

Zaskakujący jest fakt, że dają radę chłopcy, którzy jeszcze w zeszłym roku grali gdzieś po III ligach, gdzie słońce mówi dobranoc (albo przynajmniej dzień dobry). Rumin czy Dominik Bronisławski potrafią grać.

Powtarzam jednak: celem jest awans. Nie da się zrobić dobrego wyniku bez konkurencji. W GieKSie ciągle pojawiają się więc nowi piłkarze z ekstraklasowym doświadczeniem – w ataku Arkadiusz Woźniak, w obronie – Jakub Wawrzyniak (nie zadebiutował, bo nie spełnia jeszcze wymogów trenera pod względem fizycznym, musi popracować. Pojawiają się, ale nie ma tam zawahania, żeby pożegnać się z tymi, którzy oczekiwań nie spełniają – do takich trzeba niestety zaliczyć 31-letniego słoweńskiego napastnika Dalibora Volasa. Nie sądzę, żebyśmy go jeszcze zobaczyli...

Argentyńscy ludzie futbolu niezmiennie zachwycają się Barceloną Guardioli. Podkreślają, że argentyńska „la nuestra” z dawnych czasów to ten sam pień, to samo DNA. Podkreślają, że by móc osiągnąć coś takiego, potrzebne są: „chęć do biegania, odwaga, czas i cierpliwość”*. Oczywiście krojąc te przenikliwe założenia na naszą pierwszoligową miarę (nie wymagajmy od Paszulewicza, żeby robił na Bukowej Barcelonę, już jeden taki trener tu był i mu nie wyszło), warto dostrzec, że pierwszego i drugiego na Bukowej nie brakuje. Trzecie i czwarte to raczej kwestia działaczy i kibiców.

Przy takim założeniu może okazać się, że piękno wróci na Bukową szybciej, niż moglibyśmy przypuszczać.

*Vicente Muglia „Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim” (wyd. Mandioca, 2018), s. 27

 

piątek, 17 sierpnia 2018
Proporczyk

W 1976 r. reprezentacja Polski zagrała na Stadionie Śląskim towarzyski mecz z Argentyną. Kiedy goście wychodzili na rozgrzewkę, jeden z nich (chcę wierzyć, że to Mario Kempes) wręczył ten proporczyk chłopcu do podawania piłek. Chłopak nie wiedział, co z tym proporczykiem zrobić, więc wręczył go trenerowi, który opiekował się wówczas nastolatkami. A teraz, po latach, kilka dni temu, trener wręczył go mnie.

Tak się składa, że akurat tego dnia w Chorzowie debiutował w reprezentacji choćby Zbigniew Boniek. Jednocześnie był to przedostatni mecz w Polsce, w którym rolę selekcjonera pełnił Kazimierz Górski, który po igrzyskach w Montrealu, gdzie srebrne medale uznano za porażkę, pożegnał się ze stanowiskiem.

Historia z proporcem ma drugie dno.

Proporczyk to swoista reklamówka: przedstawia Argentynę jako miejsce rozgrywania mistrzostw świata, które odbędą się w tym państwie dwa lata później, w 1978 r.

Stawiający na ofensywny futbol trener Cesar Luis Menotti przywiózł do Chorzowa głodną sukcesów młodą reprezentację. Na poprzednim mundialu w 1974 r., tak udanym dla Polaków, Argentyńczycy kompletnie zawiedli, przegrywając m.in. z Biało-Czerwonymi 2:3.

W Chorzowie zagrało ośmiu piłkarzy, którzy za dwa lata zdobędą u siebie mistrzostwo (napastnicy Mario Kempes, Leopoldo Luque i Rene Houseman, obrońcy Jorge Olguin i Alberto Tarantini, pomocnicy Osvaldo Ardiles i Ruben Gallego, a obrońca Jorge Killer był na mundialu rezerwowym).

Zdumiewający przypadek: tak się złożyło, że akurat w dniu tego meczu, czyli 24 marca 1976 r., w Argentynie doszło do zamachu stanu. W efekcie władzę przejęła prawicowa junta. Armia zajęła najważniejsze miejsca w Buenos Aires, m.in. budynek telewizji. Wojskowi uznali, że zostawią w ramówce tylko jedną pozycję bez zmian: był to właśnie mecz w Chorzowie, który transmitowała argentyńska telewizja.

Argentyńscy piłkarze o zamachu dowiedzieli się tego samego dnia, już na Śląsku. Martwili się o rodziny. Jako profesjonaliści podeszli do meczu w pełni przygotowani i wygrali z Polską 2:1. Marcelo Trobbiani, świetny zawodnik Boca Juniors, który zagrał w Chorzowie na prawej pomocy, z przejęciem dopytywał po meczu argentyńskich piłkarzy, czy może wiedzą, co dzieje się z ich bliskimi.

Tymczasem Fernando Niembro, członek komitetu organizacyjnego mistrzostw świata, wydał oświadczenie w hotelu Silesia, gdzie stacjonowali Argentyńczycy. Zapewnił, że mundial odbędzie się w jego kraju, a nie zostanie przeniesiony do Brazylii.

Junta, która rozpoczęła brutalny terror wobec opozycji, zdawała sobie sprawę z siły mundialu. Argentyna dostała jego organizację jeszcze w 1966 r. Menotti, subtelny intelektualista o szerokich horyzontach, rzeczywiście mógł mieć dylemat: bardzo źle znosił nacjonalistyczną retorykę, przekonywał, że z rządem jego reprezentacja nie ma nic wspólnego, ale bardzo chciał wygrać mundial. Trudno mieć o to do niego pretensje – tak samo jak trudno mieć pretensje do polskich piłkarzy, którzy tak świetnie grali na mistrzostwach w 1974 i 1982, a w kraju rządzili komuniści.

Teraz proporczyk wisi u mnie i przypomina o tamtych zdarzeniach każdego dnia.

sobota, 04 sierpnia 2018
Anglicy chcą największy talent Ruchu Chorzów

Byłem dziś na meczu Ruchu Chorzów. Był to mój pierwszy mecz na Cichej w tym sezonie. 

W pierwszym składzie gra tam bardzo zdolny chłopak Mateusz Bogusz (rocznik 2001). Dziś strzelił pierwszego gola wśród seniorów, zresztą bardzo ładnego i podkreślającego jego talent. Dowiedziałem się z dobrego źródła, że na Cichą wpłynęła oferta angielskiego Brighton (Brighton & Hove Albion Football Club gra obecnie w Premier League). Czy Ruch przyjmie ofertę? Przyznam, że wolałbym oglądać tego chłopaka na Cichej - wszystko jest kwestią jak bardzo Ruch potrzebuje tych pieniędzy...  

Po tym co dziś zobaczyłem, trudno mi uwierzyć, że chorzowianie mogliby mieć kłopot z utrzymaniem, a tak wieszczyli niektórzy pesymiści po porażkach w dwóch pierwszych meczach. Dziś grali efektownie i skutecznie a cztery bramki były bardzo ładne. Ruch wygrał 4:0! Kiedy tak było ostatni raz? O ho ho...

Archiwum