wtorek, 30 września 2008
Najlepszy hymn klubowy ever

Każdy szanujący się klub piłkarski ma swój hymn. 

Są hymny dostojne i skoczne, monumentalne i kameralne, patetyczne i swojskie; są hymny wyrykiwane i śpiewane z zadumą; hymny podczas których milknie się ze wzruszenia i takie na które nie zwraca się uwagi; hymny dojrzałe i infantylne; hymny uwiebiane i znienawidzone; hymny, które są powodem do dumy i takie przez które człowiek spóźnia się na mecz, żeby ich przypadkiem nie słyszeć; hymny komponowane przez znanych kibiców-artystów i hymny nieznanego autorstwa; są hymny kicze i hymny cacuszka; są takie hymny, że aż krew szybciej płynie z wrażenia i takie, że lepiej przesiąść się ze wstydem do sektora gości; hymny pamiętające początki miejscowego futbolu i hymny-młodziaki; hymny, które stały się hymnami ”przez samo się” i hymny, które stały się hymnami, bo takie były odgórne decyzje klubowych zarządów. Słowem są hymny lepsze i gorsze, hymny udane i nieudane. 

Mój ulubiony hymn klubowy? Jest taki. Ujął mnie melanżem bezpretensjonalności, prostoty i rozbuchanej energii. To hymn nieoficjalny, lecz kiedy działacze puszczają go przed meczami przez megafony, lud reaguje bardzo spontanicznie. Prosta melodia, bardzo prosty tekst - to sumuje się w przekaz zawierający gigantyczne emocje. A refren to wręcz ”majstersztyk kibicowskiej twórczości”. Właściwie śmiało mogę w tym miejscu użyć słowa "przebój". Zdarzyło mi się nawet parę razy nucić ten hymn w samochodzie, kiedy wracałem z meczu do domu. Bo w ucho wpada wyjątkowo!

Niektórzy powiedzą, że to utwór niskich lotów artystycznych. Może tak, może nie. Najważniejsze, że spełnia swoje zadanie: po jego wysłuchaniu/wyśpiewaniu/wyryczeniu kibice/piłkarze daliby się pokroić za klub jeszcze bardziej niż daliby się pokroić zazwyczaj;-)

Marcin Babko, najlepszy specjalista od muzyki rockowej jakiego znam, w jednym z tekstów określił kiedyś zespół Horrorshow (to wykonawcy hymnu), jako "zespół ska grający tę muzykę na sposób punkowy". Utwór moim zdaniem dobrze oddaje więc charakter klubu, któremu jest poświęcony. Stylistyką rzeczywiście bardziej pasuje do Jarocina niż do auli uniwersyteckiej. Po prostu: od "working class" dla "working class"...

Zresztą sami posłuchajcie:

A Wam który hymn klubowy podoba się najbardziej? 
niedziela, 28 września 2008
Górnik w żałobie

Tak jak o sławnym prezesie Górnika Eryku Wyrze mówiło się, że zastał zabrzański klub drewniany, a zostawił murowany, tak o trenerze Gezie Kalocsayu można powiedzieć, że zastał drużynę murowaną, a zostawił marmurową. Z Górnikiem był mistrzem Polski w 1967 roku, dwukrotnie świętował zdobycie Pucharu Polski (1968 i 1969). Za jego czasów Górnik stał się firmą znaną i uznaną w całej Europie i nie tylko. Piłkarze Górnika opowiadali mi, że to właśnie ten szkoleniowiec nauczył ich nowoczesnej taktyki. To Kalocsay zbudował zespół, który dotarł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, choć on już go wtedy nie prowadził.

Który obcokrajowiec zrobił tyle dla śląskiej piłki? Z Kalocsayem może się równać chyba tylko Michal Vican, legenda chorzowskiego Ruchu.

Doktor praw Geza Kalocsay zmarł w piątek w Budapeszcie. Miał 95 lat.

 

kalocsay i jego drużyna

 

 

Na zdjęciu Geza Kalocsay (pierwszy z lewej) i jego sławna drużyna: prezes Eryk Wyra, Stefan Florenski, Jan Gomola, Jerzy Musiałek, Henryk Latocha (to z jego archiwum mam to zdjęcie) oraz Alfred Olek.

sobota, 27 września 2008
Matołectwo w imię postępu

Zirytowała mnie ta wiadomość: Komitet Wykonawczy UEFA, który obraduje w Bordeaux postanowił, że od sezonu 2009/2010 rozgrywki piłkarskiego Pucharu UEFA zostaną przemianowane na Ligę Europejską.

Mnie gmeranie przy nazwach bardzo denerwuje. Co komu przeszkadzało określenie "Puchar UEFA?" Co prawda przestałem te rozgrywki uważnie śledzić od czasu, gdy wprowadzono absurdalny podział na grupy, w których nie obowiązuje system mecz i rewanż, a także gdy dopuszczono do udziału zespoły z trzecich miejsc Ligi Mistrzów, ale przecież w końcowej fazie "to" nadal przypominało stary dobry Puchar UEFA.

Teraz "to" się będzie dumnie nazywać Liga Europejska. Kibice bedą bardziej szczęśliwi i uśmiechnięci, piłkarze będą lepiej grać, sponsorzy będą bardziej dopieszczeni, a szychy z UEFA będą zasypiać i budzić się z przekonaniem, że nienagannie wypełniają swoją ważną misję. Misję ulepszania i rozwijania futbolu. Jest super, jest super, więc o co mi chodzi?

A o powiększeniu liczby finalistów mistrzostw Europy to już mi się nawet pisać nie chce, bo zniszczę zaraz klawiaturę. Drażni, że przy tak ważnych dla milionów ludzi sprawach majstruje sobie paru kolesi i nic nie można z tym zrobić. 

PS Nieocenione WikiPasy przypomniały mi o pewnej okrągłej, bardzo ciekawej, rocznicy. Dokładnie sto lat temu, czyli 27 września 1908 roku, Diana Katowice zmierzyła się z reprezentacją Krakowa. Był to pierwszy taki kontakt piłkarski pruskiego Śląska z Galicją. O szczegółach przeczytacie tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i wreszcie tutaj Zwróćcie uwagę na brzmienie nazwisk zawodników grających w Dianie. Mieszanka bardzo charakterystyczna dla śląskich klubów piłkarskich tamtego okresu. Zwróćcie też uwagę jak przyjazne były to wtedy kontakty. Po meczu krakowska młodzież kibicowska chcąc wyrazić uznanie dla bramkarza Diany za jego wspaniały występ, wzięła go na ręce. Gdzie te czasy, gdy boiskowych herosów znoszono z boiska w ten romantyczny sposób... Wiem, wiem   - uniemożliwia to groźba zakazu stadionowego;-)

czwartek, 25 września 2008
Jaromir Nohavica pyta o Boruca

Do wielkiego meczu z Czechami na Stadionie Śląskim już tylko trzy tygodnie. Zrobiliśmy zatem krótki wypad na futbolowe pogaduszki z Jaromirem Nohavicą. Legendarny czeski bard zasadniczo wywiadów nie udziela, jak sam twierdzi, odpowiedział już na wszystkie pytania świata, ale rozmowie o piłce nożnej nie mógł się jednak oprzeć. Pan Jarek uwielbia futbol całym swym jestestwem. Tak ma od czasów, kiedy ojciec pierwszy raz zaprowadził go na Bazaly, stadion Banika Ostrawa. Nohavica ukochał Banika żarliwie, dziś tysiące fanów z Ostrawy śpiewają z nim piosenkę dobrze znaną polskim kibicom:

Nohavica o futbolu opowiada z pasją, gwałtownie, szybko, zaśmiewa się, gestykuluje. Jeśli wszyscy Czesi wiedzą o polskiej piłce tyle co on, to biało-czerwoni są już rozpracowani do najmniejszego szczegółu i Leo Beenhakker nie będzie musiał robić zamkniętych treningów;-) Nohavicę frapowało m.in., czy Boruc zdąży wrócić do kadry na mecz z Czechami? Czy może jednak zagra Fabiański?
Pieśniarz wyjeżdża właśnie na długie tournee po Ameryce, wściekał się trochę, że meczu w Chorzowie nie zobaczy. Może rewanż?
A teraz (oczywiście jeśli nie jesteście z Pragi) możecie z nim zaśpiewać. Dobrý den sportu zdar, fotbalu zvláště!
 

PS A potem jeszcze był krótki wypad do miejscowej księgarni. Lubię jak mi wśród tomiszcz szczęka opada. No i właśnie w Ostrawie mi opadła. Daj Boże, żeby u nas pojawiło się coś tak fajnego! Cholerna książka... Czy ja zawsze muszę chodzić spać o 3 w nocy?

atlas czeskiego futbolu

środa, 24 września 2008
Franz Smuda jak nie Franz Smuda

Fajnie jest odwiedzić stare kąty po ponad trzydziestu latach. W latach 1971-74 Franciszek Smuda kopał piłkę w Piaście Gliwice (był przez kolegów z drużyny bardzo lubiany. Nazywali go ”Fianek”, bo miał  kłopoty z prawidłową wymową spółgłoski ”r”.). Teraz pokazał się na stadionie przy Okrzei już jako trener zespołu grającego dziś najlepszą piłkę w Polsce. Lech wystąpił w Gliwicach w 1/16 finału PP.

Starsi gliwiccy kibice pewnie pamiętali Smudę z dawnych czasów, choć spiker raczej już nie, bo zaanonsował gościa jako... ”Franciszka Skibę”. Smuda przełknął to bez mrugnięcia okiem. Był w Gliwicach wyjątkowo rozluźniony. Trudno się dziwić: Lech rozgniótł i pożarł gospodarzy w kwadrans, potem trwał jedynie proces trawienia. W pewnym momencie zauważyłem scenkę jedyną w swoim rodzaju. Zaskoczony nie wierzyłem własnym oczom, wiadomo przecież jak bardzo trener Franciszek Smuda przeżywa mecze, jak strasznie jest podczas nich napięty, jak niebywale skoncentrowany. Tymczasem w drugiej połowie uśmiechnięty Franz przez moment w ogóle nie patrzył na boisko! Odwrócił się na chwilkę w stronę trybun i... zaczął dowcipkować z bardzo przychylnie nastawionymi do niego kibicami z Gliwic (na stadionie Piasta pierwszy rząd krzesełek jest może półtora metra za ławką rezerwowych). Wyobrażacie to sobie?! Zaśmiewali się chłopaki na całe gardło. Strasznie mi się to spodobało - fajnie, że tam gdzie zwykle w stronę trenera lecą wyzwiska (do budy!, do budy!) znalazło się miejsce na pogaduchy. Nie myślcie wcale, że pan Franciszek mógłby stracić kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami; pośmiał się, pożartował, ale kilka minut później ryknął jak to tylko on potrafi (w natężeniu wrzasku może mu chyba dorównać jedynie Henryk Górnik, drugi trener Gieksy) na swojego piłkarza, żeby ”grał do przodu, a nie do tyłu!”. A było wtedy już 3:0 dla Lecha. Ale jemu było mało.

smuda

Jaka jest tajemnica zachowania Smudy? To żadna tajmnica: atmosferę zawsze budują wyniki, a Franz dorobił się po prostu dobrej drużyny i tyle. Lech potwierdził, że jest w gazie, kapitan gliwiczan Mirosław Widuch przyznał mi smętnie, że poznaniacy grali z nimi ”w dziada”. Obiektywna publika doceniła gości, a kiedy zmieniani Murawski i Stilić schodzili z boiska, brawa rozlegały się po całym stadionie!  

PS Jak są zwycięstwa to i humor dopisuje. Jak ich brakuje, to wesołość opuszcza człowieka w ekspresowym tempie. Pamiętam, że kiedy Smuda nie tak dawno pracował w rodzinnych stronach na Śląsku, to wcale nie był taki wyluzowany. 

PS2 Okazuje się, że na przedmeczowe zgrupowanie wcale nie trzeba zaszywać się w ośrodku na końcu świata. Piłkarze Lecha przedmeczową noc  spędzili w pewnym pięknym hotelu przy ul. Zwycięstwa, głównej reprezentacyjnej ulicy Gliwic. Jeśli kiedykolwiek miałbym polecać nocleg w Gliwicach, to właśnie tam! Wspaniała architektura, ładne wnętrza, wokół tętni życie. Żyć, nie umierać... Może to jest właśnie dobra metoda na formę? Gdybym to ja był piłkarzem i przedmeczowe noce przyszłoby mi spędzać w Gutowie Małym, szlag by mnie trafił...

wtorek, 23 września 2008
Gieksa i Górnik bez Ruchu nie mogą żyć. I odwrotnie

Śląski Klasyk czyli mecz GKS-u z Górnikiem był znakomitą reklamą piłki nożnej. Mnóstwo goli, piękne akcje, fantastyczne strzały, nagłe zwroty akcji, pełny stadion, żywiołowy doping - czego chcieć więcej!? Zachwyceni i dumni z siebie byli wszyscy, zarówno przegrani jak i wygrani. Słusznie.

 

madejski słucha kasperczaka

blaszok podczas derbów z Górnikiem 

Podczas takich meczów aż trudno sobie wyobrazić co kibicowanie może zrobić z człowieka. Kiedy sędzia zakończył dogrywkę jakiś rozchwiany emocjonalnie fan Górnika podszedł na trybunie głównej do prezesa gości Jędrzeja Jędrycha i - prawie szlochając ze szczęścia - upadł przed nim na kolana...  całując go rękę! Tak mocno przeżywał koniec fatalnej passy zabrzan!

Obie drużyny pokazały, że mają potencjał znacznie większy niż tylko walka o uniknięcie spadku. Obaj trenerzy - Henryk Kasperczak i Adam Nawałka - mają prawo być usatysfakcjonowani. Obecny na meczu Rafał Ulatowski, asystent Leo Beenhakkera, też był zachwycony widowiskiem -  rozpływał się w pochwałach nad Madejskim, cieszył się, że Pazdan gra na środku obrony z Hajtą i może się od niego uczyć, ale zauważał także talenty Kapiasa i Janoszki, podkreślając, że nie samą ekstraklasą selekcja żyje. 

Na tym pięknym Śląskim Klasyku jest właściwie tylko jedna rysa. Szkoda, że fantastycznie dopingujący swoje kluby kibice z Katowic i Zabrza nie wytrzymali; kilkakrotnie prawie cały stadion z nieskrywaną zaciętością, z rozbuchaną zajadłością, z niecodzienną zgodnością, ryknął zaśpiew o tym, że w Chorzowie są panie, które ”wszyscyśmy powinni szanować za ich nienaganną konduitę”. Cały stadion aż drgał, kiedy publika stwierdziła, że ”kto nie skacze ten z Chorzowa, hej, hej”. Gdyby wszystkie bluzgi wyszczekane pod adresem Ruchu załadować na węglarki to sznur wagonów ciągnąłby się od Katowic aż do kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej...

Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że dla szalikowców lżenie Ruchu stało się ważniejsze niż sam mecz. Jest to dla mnie niezrozumiałe, bo zamiast cieszyć się niezwykłym wydarzeniem jakiego nie było na Śląsku od trzech lat (ostatni raz obie drużyny spotkały się w oficjalnym meczu na zakończenie sezonu 2004/05) kibice marnują energię na wyzywanie klubu, który nie powinien ich tego dnia obchodzić. Przecież Ruch nie miał z tym spotkaniem kompletnie nic wspólnego. Czyżby to były jakieś dziecinne kompleksy?

Wiem jedno: wygrają ci, którzy uznają, że znienawidzony rywal nie jest godzien ich bluzgów. Drwiąca obojętność przechodząca w niezwracanie uwagi będzie o wiele gorszym policzkiem niż bluzgi. Którzy szalikowcy zrozumieją to pierwsi?

Mało tego; dla mnie oczywisty jest fakt, że Ruch, Gieksa i Górnik są jak Kargul z Pawlakiem - żyć bez siebie nie mogą. Gdyby któryś z tych klubów upadł na zawsze, nagle w sercach wrogich kibiców pojawiłaby się pustka. No bo jak smakowałoby życie gdyby nie było meczów Ruchu z Górnikiem albo z Gieksą? Powiedzmy sobie szczerze: to nie byłoby życie. To byłaby wegetacja.

 

 

 

 

PS Trochę żałuję, że nie doszło do karnych. Na Bukowej jakiś czas temu wycięto zardzewiałe jupitery, dlatego konkurs jedenastek musiałby się odbywać już w zapadających ciemnościach. Jestem pewien, że z powodu tak niecodziennych okoliczności o tym meczu mówiłoby się latami, a jego legenda rosłaby, rosła - jak kula śnieżna - z pokolenia na pokolenie... Ale i tak dzisiejszy Śląski Klasyk trafia na moją subiektywną listę spotkań o których warto pamiętać.

 

 

 

 

poniedziałek, 22 września 2008
Drużyny, które bardzo chciałbym zobaczyć (2)

Niedawno prezentowałem ekipy z przeszłości, które chciałbym popodziwiać, jednak los sprawił, że za późno się urodziłem. Tutaj przedstawiłem pięć najbardziej pożądanych przeze mnie wycieczek w przeszłość. Dziś: kolejne pięć plus wyróżnienie specjalne spoza Śląska.

6. Szombierki Bytom 1980

Na własne oczy chciałbym sprawdzić, czy rzeczywiście był to "najsłabszy mistrz Polski w dziejach". Zieloni jakoś się tak wcisnęli między wielką Wisłę z końca lat 70. i wielki Widzew z I połowy lat 80. Zdecydował o tym trenerski geniusz Huberta Kostki, który wprowadził w Bytomiu iście morderczy reżim. Z tym epitetem "najsłabszy mistrz" to bym się jednak wstrzymał, przecież Szombierki wywalczyły wtedy mistrzostwo na trzy kolejki przed końcem. W Pucharze Europy też wstydu nie przyniosły: wyeliminowały turecki Trabzonspor, dopiero potem nie dały rady CSKA Sofia, klubowi który w tamtych czasach był właściwie reprezentacją Bułgarii. Faktem jest, że wielkich indywidualności wtedy w Szombrach nie było, nie licząc reprezentacyjnego napastnika ś.p. Romana Ogazy (niezbyt chcianego w Górniku Zabrze) oraz solidnego  bramkarza Wiesława Surlita (niezbyt chcianego w Widzewie i Legii).

I na chwilkę, jeśli można, przeniósłbym się na momencik do 1965 roku, żeby przekonać się jak to w ogóle jest możliwe żeby w 85 minucie przegrywać z wielką Legią 2:4, i ostatecznie wygrać 5:4...

7. GKS Katowice 1986-88

Moim zdaniem to był najlepszy, najbardziej romantyczny okres w dziejach Gieksy. Z małego klubiku przekształciła się w zespół marzący o mistrzostwie, do tego z najnowocześniejszym (w tamtym okresie) stadionem w Polsce. Ta drużyna urodziła się 1 maja 1986 roku, po fantastycznym finale PP z Górnikiem na Stadionie Śląskim (przez to niektórzy fani nazywają 1986 "katowickim rokiem przełomu"). W tamtym okresie GKS grał nie tylko skutecznie, ale przede wszystkim z fantazją do której już nigdy nie był w stanie nawiązać. Kawaleryjski atak K-F-K znaczył w Katowicach tyle co w Chorzowie i Poznaniu tercety A-B-C. Piękna Gieksa skończyła się w jesienią 1988 wraz z odejściem Furtoka i Rudego, a choć potem jeszcze długo należała do najlepszych, utraciła już ten niepowtarzalny ofensywny, radosny styl. Na zawsze.

8. reprezentacja Górnego Śląska 1937-38

Od lat 20. kadra okręgu rozegrała gigantyczną ilość pamiętnych meczów. Najbardziej aktywna była w latach 30., można rzec, że to był jej złoty okres. Niezwykle prężni działacze potrafili zaprosić niezwykłych przeciwników, takich jak drużynę Kraju Basków (tak silnej drużyny śląscy kibice przedtem nie widzieli. W latach 30. Euzkadi była piłkarską potęgą na skalę światową, w reprezentacji Hiszpanii jej gracze stanowili większość) albo Wolverhampton Wanderers, ówczesnych wicemistrzów Anglii. Mecze budziły ogromne zainteresowanie, żył nimi cały Śląsk. To była niecodzienna możliwość zobaczyć w jednej drużynie Ślązaków z przeróżnych klubów  - Ruchu, Naprzodu Lipiny, AKS-u, Dębu... 

9. Germania Königshütte 1942-45

Tak naprawdę wcześniej i później to był AKS Chorzów - wybitna śląska drużyna z wybitnymi śląskimi piłkarzami, reprezentantami Polski. W czasach wojny, po likwidacji Ruchu, AKS/Germania wygrała walkę o prymat w regionie z VR Gleiwitz, najlepszym śląskim klubem po niemieckiej stronie przedwojennej granicy. Ekipa z Królewskiej Huty grała na najnowocześniejszym na Górnym Śląsku stadionie, który jeszcze w 1927 r. uroczyście otworzył prezydent Ignacy Mościcki (dziś możecie sobie w tym miejscu zrobić zakupy w supermarkecie). Gwiazdą, alfą i omegą tamtej drużyny był Leonard Piontek. Germania trzykrotnie wywalczyła mistrzostwo Górnego Śląska i uczestniczyła dzięki temu w mistrzostwach Niemiec*. Nazwy Germania używano tylko oficjalnie, kibice zawsze mówili, że idą na AKS**. 

10. Naprzód Lipiny 1920-61

Bo to kwintesencja śląskiego futbolu. Przy okazji nie ma drugiej drużyny tak niespełnionej jak ta i tak tragicznej. 

Wyróżnienie specjalne: Widzew Łódź 1977-84

Tamten zespół był jednym z nielicznych w dziejach futbolu nad Wisłą, który budził sympatię dosłownie wszędzie. Kiedy grał i wygrywał w pucharach z największymi trzymała za niego kciuki właściwie cała Polska. Sam darłem się, kiedy Smolarek trzymał piłkę w narożniku podczas wyjazdowego meczu z Borussią MG w 1984 roku. To zapada w pamięć - mało kto wie, ale do dziś na Śląsku widzewskie sentymenty są ciągle mocne. I nie chodzi mi wcale o zupełnie dla mnie niezrozumiałą sztamę między szalikowcami Ruchu i Widzewa (dlaczego Widzew, a nie choćby ŁKS, wytłumaczy mi to ktoś? Czy tylko dlatego, że ktoś z kimś kiedyś obalił halbę?), ale o ludzi urodzonych w pierwszej połowie lat 70. do dziś mieszkających w województwie śląskim, dla których Widzew ciągle jest pierwszym klubem. Oj, znam takich;-) 

 

* w mistrzostwach Niemiec Germania spotkała się z Vienną, najlepszą wówczas drużyną austriacką. Chorzowianie odpadli, ale jeden z nich grał... nadal. Ernest Kubisz, przedwojenny mistrz Polski z Ruchem w latach 40 trafił właśnie do Vienny. Dla niektórych Kubisz  jest pierwszym polskim mistrzem na obczyźnie! W 1942 zdobył z Vienną mistrzostwo Austrii.

** jak to możliwe, że w całej Polsce za grę w piłkę w latach 1939-45 groziła kara śmierci, a Ślązacy kopali ją sobie w najlepsze?! Niektórzy z was krzykną: "zdrajcy, zdrajcy"! Przeczytajcie więc.

czwartek, 18 września 2008
Ligowe debiuty Kasperczaka. Musi się umościć

Tysiące kibiców Górnika już zaciera z niecierpliwości ręce. ”Przyszedł Henryk Kasperczak i odmieni klub jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Piłkarze będą grali nowocześnie, do przodu i z pierwszej piłki! Już w piątek ligowy debiut Henry'ego ze Śląskiem Wrocław, w którym KSG zetrze rywala na proch i pył!”

Może zetrze, a może nie zetrze. Zalecam powściągliwość. Bo choć Ryszard Wieczorek, były trener Górnika sądzi, że Śląsk nie ma w tym meczu żadnych szans, to moim zdaniem nie jest to do końca takie pewne. Wynika to z panakasperczakowej statystyki.

Poniższe zestawienie* przedstawia dotychczasowy bilans ligowych debiutów Kasperczaka we wszystkich klubach, w których pracował. Obiektywnie trzeba przyznać, że bilans nie zwala z nóg: 1 zwycięstwo - 5 remisów - 3 porażki, bramki 8:9.

W Metz: 2 grudnia 1979 z Paris St.Germain na wyjeździe - 0:2; 

W Saint-Etienne: 11 sierpnia 1984 z Olympique Ales na wyjeździe - 0:0;

W Racingu Strasbourg: 17 lipca 1987 z Valenciennes u siebie - 3:0;

W Racingu Paris: 22 lipca 1989 z Monaco u siebie - 0:0;

W Montpellier: 21 lipca 1990 z Cannes na wyjeździe - 1:2;

W Lille: 12 marca 1993 z Nantes u siebie - 1:1;

W Bastii: 8 sierpnia 1998 z Montpellier u siebie - 2:2; 

W Shenyang Ginde: 11 marca 2001 z Dalian Shide na wyjeździe - 0:1;

W Wiśle Kraków: 19 marca 2002 z GKS-em Katowice u siebie - 1:1;

W Górniku Zabrze: 19 września 2008 ze Śląskiem Wrocław u siebie - ?:?

Cóż; nie wygląda to nadzwyczajnie, bo wbrew obiegowym opiniom - rozpowszechnionym zwłaszcza w Afryce - Kasperczak nie jest człowiekiem, który bawi się różdżką. Ale mnie osobiście jego brak różdżki wcale nie uwiera. Zauważcie: on nigdy nie zmienia drużyn, ani stylu ich gry, natychmiast po przyjściu. Jego podejście do futbolu doskonale było widać podczas pierwszego treningu w Zabrzu. Kasperczak w trakcie zajęć tylko spacerował i się przyglądał, spacerował i się przyglądał, spacerował i się przyglądał. Czasem zamienił parę słów z asystentem Jerzym Kowalikiem. I dalej się przyglądał.

Kasperczak z Kowalikiem na treningu Górnika

Kasperczak to człowiek spokojny. Nie podejmuje po przyjściu gorączkowych decyzji, które wstrząsają drużyną. Pewne jest, że w Górniku nie przeprowadzi rewolucji personalnej, nie ustawi na Roosevelta szafotu i jeszcze przed meczem ze Śląskiem albo tuż po nim nie zetnie paru wyżelowanych głów.  Bo on jest z tych trenerów, którzy lubią się w nowym miejscu powolutku, nazwijmy to, umościć. Tak, żeby nic nie uwierało. Tak, żeby nic nie przeszkadzało. Dopiero potem można zacząć działać. Zacząć uczyć swojego spojrzenia na futbol. Bo grunt to dobre wyniki na dłuższym dystansie.

Tak więc Drodzy Kibice Górnika - jeśli ze Śląskiem będzie 0:0, 1:1, albo nawet 0:1 czy 1:2 - nie wpadajcie w panikę. Pamiętajcie o statystyce;-)

* zestawienie przygotował Grzegorz Kaczmarzyk, największy miłośnik futbolowej statystyki jakiego znam. Dzięki Grzesiu

Górnik dobrze to rozegrał z Kasperczakiem

Pisze Michał Pol, że jest sprawa, która kładzie się cieniem na hucznie odtrąbionym powrocie do Zabrza Henryka Kasperczaka. Chodzi o klauzulę w kontrakcie, według której trener może w każdej chwili opuścić Górnika, jeśli tylko otrzyma ofertę prowadzenia naszej reprezentacji. Dla Michała to przejaw "naszej przeraźliwej zaściankowości", bo marzenia trenera nie powinny być priorytetem dla właścicieli klubów.

Nie zgadzam się.

Dla mnie publiczne ogłoszenie tej klauzuli (dżentelmeńskiej umowy?) to dobry ruch Górnika. Klub daje w ten sposób wyraz poważnego traktowania tych, dla których istnieje - kibiców. Nie chowa trupa w szafie, ale od razu, na wstępie, odsłania niewygodne obwarowania.

Czy lepiej byłoby zachować dyskrecję? Moim zdaniem nie. Wyobrażacie sobie osłupienie śląskiej publiki, gdyby po (tfu, tfu) dwóch październikowych porażkach naszej reprezentacji w meczach eliminacyjnych, Kasperczak nagle porzucił Górnika, żeby zająć miejsce Beenhakkera? Wtedy całe Zabrze rzeczywiście mogłoby się poczuć jak naiwna, porzucona na plaży dziewczyna w letnią noc. Chcielibyście być w skórze działaczy, którzy musieliby wtedy stanąć przed ścianą zawiedzionych fanów żeby spróbować się wytłumaczyć? Oj, trudno byłoby obłaskawić kibicowskie poczucie krzywdy...

Szefowie Allianza (to Allianz stoi za ściągnięciem Kasperczaka) są jednak starymi biznesowymi wyjadaczami. Skalkulowali wszystkie "za" i "przeciw", więc zastanawiali się także nad ewentualną reakcję opinii publicznej na wiadomość o niewygodnej klauzuli w kontrakcie. Ujawniając ją, zażegnali już w zarodku gniew kibiców. Oni ten gniew wypuścili już teraz, przez wentyl, jak powietrze z dętki...

Szefowie zabrzańskiego klubu przeszczepili na futbolowy grunt założenie znane od XVII wieku:

"Jeśli wygrasz - zyskasz wszystko.

Jeśli przegrasz - nie stracisz nic".

No bo co właściwie Górnik ma do stracenia? Jeśli Kasperczak zostanie, odmieni drużynę, odniesie sukces - super. Jeśli odejdzie do reprezentacji, nawet za chwilę, co z tego? - Górnik nie straci nic. Nie zdąży stracić. Najwyżej zdąży się czegoś nauczyć. 

A już na pewno nie straci na prestiżu. Czy zabrzańscy kibice dowiadując się o klauzuli poczuli, że ich klub jest wykorzystywany? Nie słyszałem o żadnych manifestacjach niezadowolenia w Zabrzu. Sympatycy Górnika mają oczywiście poczucie jego wartości (trudno go nie mieć gdy ich klub dzierży krajowy rekord mistrzowskich sezonów w ekstraklasie), ale zdają sobie jednocześnie sprawę, że Górnik nie jest Interem albo Barceloną. Wiedzą, że KSG nie mógł postawić Kasperczakowi ultimatum "albo my albo kadra". Bo zostałby z tym ultimatum i... z niczym więcej. A przecież każdy wie, że Górnik potrzebuje dziś Kasperczaka daleko bardziej niż Kasperczak Górnika.

Wydaje mi się, że zabrzański klub przełknął warunki Henriego właśnie po to, żeby nie musieć przełykać podobnych warunków w przyszłości. Uważam, że działacze wcale nie kładą na szalę autorytetu Górnika. Wręcz przeciwnie; czy wizerunek klubu mógłby zostać nadszarpnięty faktem, że trener zostawia go dla sprawy najważniejszej czyli reprezentacji? Absolutnie nie. W Chorzowie nikt nie wpadł w kompleksy, kiedy w 1981 roku Antoni Piechniczek zostawił Ruch dla biało-czerwonych, zanim zdołał go poprowadzić w jednym choćby spotkaniu. Podobnie było czternaście lat temu w Zabrzu, kiedy Henryk Apostel zostawił Górnika z tego samego powodu. Ba, moim zdaniem to raczej powód do dumy: ile jest w Polsce klubów, które oddały reprze własnych szkoleniowców? 

I jeszcze jedno. Kasperczak to profesjonalista. Po przyjściu do Górnika nie będzie rozglądał się za czymś lepszym, nie będzie mu podskakiwało tętno przy każdym meczu reprezentacji, nie będzie czekać jak sęp na potknięcie Beenhakkera. To nie w jego stylu. 

Będzie na Roosevelta harować jak wół. Będzie żył sprawami klubu. Będzie o nim śnił w nocy. Tak długo, jak będzie w Zabrzu pracować. 

Oby jak najdłużej.

PS Właśnie minęło dokładnie pół wieku od pierwszego występu śląskiej drużyny w europejskich pucharach. Ważna rocznica dla bytomskiej Polonii. Jak ten czas leci...

wtorek, 16 września 2008
Drżyjcie: Kasperczak w Zabrzu!

Namówienie Henryka Kasperczaka do pracy w Górniku to wspaniały sukces śląskiej piłki. Bez względu na to jakie będą efekty pracy słynnego trenera na Roosevelta! Po prostu: po raz pierwszy od ponad 20 lat do śląskiego klubu przychodzi szkoleniowiec, którego chętnie widzieliby u siebie fani wszystkich drużyn w Polsce. To sygnał głośny  na cały kraj: Zabrze i Śląsk to miejsce gdzie znów warto inwestować w futbol, to miejsce gdzie znów pojawia się silny klub.

Wbrew pozorom to świetna informacja nie tylko dla kibiców Górnika, ale także dla... pozostałych śląskich klubów z aspiracjami. Bo od pewnego czasu zauważam cichą rywalizację między nimi (zwłaszcza między Ruchem, a Górnikiem) w szerszym ujęciu: nie tylko sportowym, ale także marketinowym. Po latach zastoju nowej generacji śląskich działaczy bardzo zależy na czymś co się nazywa ”budowanie wizerunku klubu”, coś co jeszcze niedawno właściwie nikogo nie obchodziło. Bez wątpienia świetny medialny ruch Górnika i Allianza sprawia, że śląska konkurencja walcząc o rząd dusz będzie musiała coś wymyślić. Poprzeczka jest wysoko zawieszona, ale jednak do przeskoczenia. Żebyśmy się nie zdziwili;-) Świetnie, bo taka lokalna klubowa rywalizacja podnosi poziom i napędza zainteresowanie. Dzięki Kasperczakowi wzrośnie jednak  zainteresowanie nie tylko Górnikiem, ale przede wszystkim CAŁĄ polską ligą. 

Szczere gratulacje dla Górnika i dla zabrzańskich kibiców: jeszcze raz podkreślę, że Kasperczak w Zabrzu to świetny ruch. Życzyłem go sobie już w lutym, choć nie przypuszczałem, że moje nieśmiałe życzenie może się tak szybko spełnić.... Przyznaję się bez bicia -  osobiście jestem Kasperczakiem oczarowany. Z dwóch powodów:

- powód pierwszy: obiektywny. Kasperczak to fachowiec, który wprowadza w życie futbol ulubiony przez wszystkich; ofensywny i z rozmachem. To on wyczarował kilka meczów, które jak dotąd w polskiej piłce klubowej już się nie powtórzyły. Zwłaszcza jedno spotkanie (w Gelsenkirchen) utkwiło mi w pamięci. Czegoś takiego nie dokonał żaden inny czynny polski trener: 

- powód drugi: osobisty. Prawda jest taka, że Kasperczak to po prostu fajny człowiek. Przekonałem się o tym pięć lat temu, kiedy pisałem ten reportaż

Reasumując: Drżyj reszto Polski! Kasperczak w Zabrzu! 

PS Przez cały wczorajszy dzień dzień irytowałem się, że żadnego oświadczenia w sprawie burd nie wydało Stowarzyszenie Klub Sympatyków Górnika Zabrze, które zazwyczaj ma wiele do powiedzenia w różnych sprawach. Okazuje się jednak, że późnym wieczorem stowarzyszenie zabrało głos.

 
1 , 2
Archiwum