wtorek, 29 września 2009
Przypomina się Józef Kałuża

Trwa spór o to jak pomóc reprezentacji Polski przed ostatnimi meczami w eliminacjach mistrzostw świata. Przesuwać całą kolejkę ligową czy nie przesuwać?

Jak sobie z tym radzono przed wojną? Bardzo ciekawe rozwiązanie przypomina Marian Lubina, syn Pawła, jednego z pierwszych zawodników z Górnego Śląska w polskiej reprezentacji lat 20, a także trenera OZPN w latach 30.   - Nad podobnymi problemami zastanawiano się już w czasach, gdy kadrę prowadził Józef Kałuża [w latach 1932-39]. Rozwiązanie wymyślono całkiem dobre: jeśli z danego klubu pochodził jeden kadrowicz, meczu nie można było przesunąć. Jeśli dwóch lub więcej - klubowi przysługiwało przełożenie spotkania na inny termin.

Proste, prawda? W kadrze na Czechy i Słowację jest 13 zawodników grających na co dzień w polskiej lidze, z czego realne szansę na występ ma siedmiu (choć niejednocześnie). Moim zdaniem nie ma sensu przesuwać całej kolejki. A przy systemie przypomnianym przez Mariana Lubinę na przełożenie meczu mogłyby liczyć jedynie Wisła albo Lech.

I o to chodzi.

PS Chorzowska Omega znów ma problemy. Że coś takiego wyczyniają akurat ludzie sprzyjający Cracovii?! Myślałem, że większość z nich z racji tego, komu kibicuje, akurat szanuje historię...

Trzeba coś z tym zrobić! Ten zegar pamięta choćby Józefa Kałużę. Musi nie tylko istnieć ale i pracować. To piękny symbol. Godny nowego stadionu Ruchu. Dlatego nie ma wyjścia: trzeba go przenieść w inne miejsce. W czasach wojennych funkcjonował naprzeciw zadaszonej trybuny, co przypomina ówczesna pocztówka (stoi niepozorny między dwoma masztami). Może czas wrócić do tego pomysłu?

trybuna Ruchu w latach wojennych

PS2 Liga Mistrzów wreszcie zawita na Górny Śląsk. Do tego już jutro!

niedziela, 27 września 2009
Heroizm bez buta

Byłem na dwóch fajnych meczykach: najpierw Ruchu Radzionków z GKS-em Tychy, a potem Górnika Zabrze z Motorem Lublin. Nowa odległość: ze stadionu Radzionkowa na stadion Górnika jechało mi się 21 minut i 16 sekund.

Co mi się podobało:

a) poziom meczu w Radzionkowie. Jak na II-ligowe standardy bardzo przyzwoity. Gospodarze, którzy są przecież liderem musieli się bardzo namęczyć, żeby wywalczyć punkcik. Tyszanie udowodnili, że mogą być groźni dla każdego, a gdyby Bizacki wykorzystał w drugiej połowie idealną sytuację, jako pierwsi mogliby się pochwalić, że ograli lidera i to w dodatku na jego boisku...

 b) że Górnik potrafił wygrać w sposób, w który dotychczas nie wygrywał. Zwycięską bramkę w ostatnim momencie zdarzyło się zabrzanom strzelić dość dawno temu. Było to 22 maja 2004 roku. Górnik wygrał wtedy 2:1 z Odrą Wodzisław na wyjeździe, a zwycięskiego gola w 90. minucie zdobył Michał Chałbiński

 c) że zabrzanie potrafią seriami stwarzać sytuacje podbramkowe. Gorzej, że nie potrafią ich wykorzystywać. Może dlatego, że - jak zauważył kolega z innej gazety - koszulkę Górnika Zabrze z nie byle jakim numerem 10  założył tym razem... kamerzysta?

d) heroizm Mariusza Magiery. W 35 minucie w jednej z akcji stracił buta, a zaraz potem tą swoją nieobutą nogę wsadził pod nogi rywala i przerwał kolejną akcję. Ała, to musiało bardzo boleć... 

 e) nowy błyszczący garnitur Stanisława Oślizło - rewelacyjny! Legendarny piłkarz, a przy okazji rzecznik Górnika Zabrze sprawił sobie nowe wdzianko. Obiektywnie  - bardzo gustowne, subiektywnie - przeszkadzało skupić się podczas pomeczowej konferencji.

 f) luz Sebastiana Nowaka. Fajnie, że w trudnej sytuacji stać go na zakład z dziennikarzem. Bramkarz założył się o sześć butelek napoju energetycznego, że to on po nienadzwyczajnym meczu w Sosnowcu wyjdzie w pierwszym składzie. Dziennikarz twierdził, że wyjdzie raczej Słowak Marek Gala. Pomylił się, więc teraz musiał te sześć butelek donieść.

g) spokój Jędrzeja Jędrycha. W przeddzień meczu prezes rozmawiał w Warszawie z szefami Allianza o tym jak w Górniku będzie wyglądać przyszły rok pod względem finansowym i organizacyjnym. Prezes nie był markotny, więc będzie wyglądać dobrze...

Co mi się nie podobało:

a) zachowanie tuż po meczu trenera Cidrów. Rafał Górak robi w Radzionkowie świetną robotę. Tym bardziej musi panować nad sobą, bo jest przykładem dla radzionkowskich bajtli w każdym momencie. Tymczasem tuż po meczu z Tychami Górak rzucił się w stronę trybuny. Okazało się, że dał się sprowokować jakiemuś kibicowi Ruchu. - Zdaję sobie sprawę, że moje słowa słyszały także dzieci. Ten człowiek obrażał jednak mnie i mój zespół nie pierwszy raz i używał znacznie gorszych słów niż ja. To już jednak nie przeszkadzało ani innym kibicom, ani ochronie. Nie szanuję ludzi, którzy lżą swój zespół - stwierdził potem Górak. Oj, trener nie powinien brnąć w tą stronę. Powinien raczej olać gościa, bo reagując na jego zaczepki - niepotrzebnie podnosi ich rangę i potem różne Czadoblogi muszą mu to wypominać.

b) trochę mało ludzi jak na zabrzańskie standardy. Pierwszy raz w tym sezonie na Roosevelta przyszło mniej niż 10 tysięcy kibiców. Mam nadzieję, że to wynik faktu, że mecz można było zobaczyć w telewizji, a nie jakaś niepokojąca stała tendencja.

piątek, 25 września 2009
Nowy król Górnego Śląska?

Nasz Bohater od dziecka strzelał i strzelał. Jako junior potrafił w jednym meczu strzelić 17 goli. Na poważnie i bez kitu.

W lipcu 2002 roku jego starszy o pięć lat brat jako 17-latek trafił do kadry jednego ze śląskich zespołów.

W styczniu 2007 roku Nasz Bohater przyjechał na testy do swojego obecnego klubu. Miał, tak jak starszy brat, 17 lat. Zachwycił swoimi możliwościami. Gdy podpisywał kontrakt, jeden z działaczy odważnie stwierdził, że oto w klubie pojawiła się nowa, młodsza wersja Macieja Żurawskiego. Chłopak trafił do Młodej Ekstraklasy, ale szybko zaczął trenować z pierwszą drużyną. Dostaje regularne powołania do reprezentacji młodzieżowej.

We wrześniu 2008 roku Nasz Bohater uświetnia debiut nowego trenera strzelając swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie. Na boisko wszedł dopiero w 79 minucie. Już w doliczonym czasie gry wykorzystał błąd i gapiostwo bramkarza przeciwników, który podał mu piłkę pod nogi, zapominając, że za nim została już tylko pusta bramka. Zaraz potem Naszego Bohatera dopada poważna choroba zakaźna, na szczęście po miesiącu nie ma po niej śladu...

W listopadzie 2008 roku Nasz Bohater nie odczuwa już żadnych skutków choroby. Wchodzi na boisko w przerwie i strzela dwa gole w Pucharze Ekstraklasy innej czołowej śląskiej drużynie. - Mam nadzieję, że dałem trenerowi do myślenia przed najbliższym meczem z Legią - uśmiechał się piłkarz, sugerując, że należy mu się miejsce w pierwszym składzie.

W grudniu 2008 roku drużyna Naszego Bohatera gra z mistrzem Polski. Piłkarz wchodzi na boisko kwadrans przed końcem. Pięć minut później bierze udział w akcji, która przynosi gospodarzom gola. Tuż przed zdobyciem bramki zabrakło mu metra wolnego miejsca, by popisać się efektownymi nożycami. To zagranie tak jednak wystraszyło obrońców rywali, że ci niemal... wystawili piłkę koledze z drużyny Naszego Bohatera, który trafił do siatki.

W marcu 2009 roku pierwszy raz zagrał w ligowym meczu od pierwszej minuty. Spotkanie rozegrano na wyjeżdzie z inną silną śląską drużyną. Nasz Bohater zagrał jako środkowy wysunięty napastnik. Strzelił pierwszego gola w tym meczu. Bramkarza rywali pokonał nietypowo, bo strzałem... brzuchem.

W lipcu 2009 roku zapowiada się, że Nasz Bohater na stałe wskoczy do pierwszego składu. Nowy trener preferuje inny system gry niż poprzednik: już nie 4-5-1, a 4-4-2 i jedno z miejsc z przodu ma należeć do Naszego Bohatera. Przed nowym sezonem jedna z najwiekszych klubowych legend zakłada, że to właśnie Nasz Bohater w sezonie 2009/10 strzeli dla zespołu najwięcej goli.

W sierpniu 2009 roku jest Bohaterem nie tylko Naszym, ale całej swojej drużyny. W trzech ligowych meczach strzela na własnym boisku trzy ważne gole! 

W pierwszym spotkaniu ustala wynik na 2:0. - Piłka szukała mnie w polu karnym - cieszył się piłkarz, który dołożył nogę do fantastycznego podania kolegi z pomocy.

W drugim spotkaniu strzela jedynego gola w meczu. Rzuca się w ekwilibrystyczny sposób i wykorzystuje podanie starszego i bardziej znanego kolegi z ataku. Uczy się futbolowej dyplomacji.  - Super, ale w pojedynkę meczów się nie wygrywa. Na moje bramki pracuje cały zespół - stwierdził po meczu przytomnie.

W trzecim spotkaniu znów było 2:0, tym razem Nasz Bohater zdobywa pierwszą bramkę uderzeniem z pierwszej piłki.  - Przed sezonem nawet nie marzyłem, że będę aż tak skuteczny!  - mówił potem, co dowodzi, że wcześniej zastanawia się już, co wypada powiedzieć:-)

Co ciekawe Nasz Bohater zdobył w sierpniu jeszcze jedną bramkę, w wyjazdowym meczu z mistrzami Polski. Choć sędzia gola nie uznał, okoliczności jej zdobycia pokazują, że piłkarz jest niezwykle sprytny. Bramkarz rywali wybijając piłkę, trafił w przebiegającego mu przed nosem Naszego Bohatera. Ten przytomnie przejął piłkę, a potem skierował ją do pustej bramki. Sędzia najpierw gola uznał, ale potem - po konsultacji z liniowym - stwierdził, że bramkarz rywali był jednak faulowany. - Jaki faul? Przecież nawet go nie dotknąłem. Czy to moja wina, że mnie nabił? Sędzia nawet nam potem nie powiedział, dlaczego anulował bramkę - dziwił się Nasz Bohater. Właśnie po tym meczu Czadoblog podkreślił, że dla niego Nasz Bohater to najlepszy śląski napastnik młodego pokolenia. 

Sobiech kontra Arka

Jeśli jeszcze ktoś nie wie o kogo chodzi musi przeczytać ten tekst.

Na razie Nasz Bohater w ekstraklasie zdobył pięć goli. Teraz chodzi o to, żeby gdy będzie mieć ich na koncie pięćdziesiąt, nadal grał na Górnym Śląsku. Bo w Polsce nie ma już klubu, w którym mógłby się bardziej rozwinąć.

Na zdjęciu widać, że ligowcy obawiają się Naszego Bohatera. Piłkarz w polu karnym rywala w meczu z Arką Gdynia. Jeden na sześciu!

czwartek, 24 września 2009
P...

Mecz Zagłębia z Górnikiem był rzeczywiście wielkim wydarzeniem.

Co mi się podobało:

a) sposób w jaki Zagłębie ograło Górnika

Wyszło na to, że dość pewnie i dość łatwo. Trener Pierścionek świetnie ustawił drużynę. Widać, że efekty przynosi odbudowa zespołu, który tak doskonale prezentował się kilka lat temu i na którego grę naprawdę przyjemnie było patrzeć. Znów na Ludowym pojawili się Lachowski, Hosić, Bednar, Pach... Kiedyś Zagłębie było naprawdę świetnym zespołem choć oczywiście warto pamiętać wywiad Krzysztofa Tochela i warto pamiętać o czasach kiedy jedna róża oznaczała tysiąc złotych...

b) samokrytyka Przemysława Pitry'ego

W tamtym znakomitym zespole Zagłębia sprzed kilku lat wyróżniał się Przemysław Pitry (po meczu uciął sobie długą pogawędkę z Lachowskim). Pitry - już jako gracz Górnika - znów przyjechał na Zagłębie i po zakończeniu gry przyznał, że ”trzeba się spoliczkować za ten mecz”. Mocno zwracałem uwagę na to co tym razem pokaże na Ludowym. Oto co pokazał:

8 min. - po nieudanej interwencji Hosicia, który próbowa od Pitrego odbić piłkę, ten rozpędził się, strzelił, ale piłka odbiła się od... Hosicia.

19 min. - próbował zabrać się z piłką w pole karne, ale w ostatniej chwili dziabnął mu ją Marek i szansa przepadła.

28 min. - nie sięgnął płaskiej centry Gorawskiego w polu karnym.

30 min. - po rzucie rożnym tak nieszczęśliwie wybił piłkę we własnym polu karnym, że Marek na spółkę z Gancarczykim zdobyli pierwszego gola dla Zagłębia.

35 min. - oddał płaski strzał z ponad 25 metrów, ale piłką ”ugrzęzła” w gąszczu nóg stojących na linii strzału piłkarzy.

57 min. - powtórka z 35 minuty, tym razem piłka mija słupek.

63 min. - zmieniony przez Bestę schodzi z boiska. Część sosnowieckich kibiców go pozdrawia, część lży.

c) pomeczowa przemowa trenera Ryszarda Komornickiego

Trener Górnika bardzo się rozgadał na konferencji prasowej. Tak  bardzo, że potem nawet zażartował, że na następnej już się nie pojawi, bo powiedział już wszystko. Można stwierdzić, że cała przemowa była pod przewodnim hasłem „piłkarze za mało kochają grę w piłkę nożną” - było w niej wiele autentyczności, wściekłości i bezradności...

Komornicki stwierdził przy okazji, że nie będzie stosować kar finansowych. Bo to tak jakby odbierać kierowcy autobusu pieniądze za to, że zbyt wolno przejechał odcinek między punktami A i B.

d) pora meczu

Godzina 20.15. Fajnie się ogląda mecze o tej porze i fajnie się potem wraca do domu. Poproszę częściej i nie tylko na Ludowym!

Co mi się nie podobało:

a) użycie przez trenera Pierścionka z pełną świadomością słowa „popierdolona” na pomeczowej konferencji prasowej

Piotr Pierścionek również bardzo fajnie wypowiedział się na konferencji, na której tak zabrylował Komornicki. Jednak stwierdzenie, że jego drużyna „jest popierdolona, bo nie może być takich różnic w podejściu między jednym i drugim meczem Zagłębia” (przypomnę, że ostatnio Zagłębie przegrało w lidze z Jarotą Jarocin) jest za mocne. To swego rodzaju przyzwolenie na używanie słowa „popierdolona” w każdej sytuacji. Tymczasem tego rodzaju słowa nie powinny być używane zawsze i wszędzie, prawda? A na pewno nie przez szkoleniowca na konferencji prasowej. Pierścionek użył go z rozmysłem, bo chwilę wcześniej przeprosił za to, co za chwilę powie.

b) zestawienie składu Górnika

wiadomo, że dla zabrzan awans do ekstraklasy jest priorytetem, ale trudno, żeby obrona, która w tym konkretnym składzie zagrała po raz pierwszy dała sobie radę z rozpędzonym Zagłębiem. Również w pomocy pojawili się zawodnicy, którzy w normalnym Górniku mieliby problemy z załapaniem się na ławkę rezerwowych

c) bluzgi

Kilka tysięcy ludzi z dwóch przeciwnych trybun Ludowego bluzgało na Górnika, a potem biło sobie nawzajem brawo. To było wyjątkowo wieśniackie. Doskonale rozumiem wzajemną niechęć, ale doceniam tylko subtelne jej objawy. Zawstydził się nawet spiker, który bezskutecznie próbował ludziom przemówić do rozsądku używając dawno przeze mnie nie słyszanego argumentu, że ”są tu kobiety i dzieci”. Argument tym razem rzeczywiście celny, bo na Ludowym rzeczywiście pojawiło się tym razem bardzo dużo pięknych kobiet z małymi dziećmi i chcąc nie chcąc musiały się nasłuchać m.in. o gejowskich związkach Górnika z Gieksą. Wygląda na to, że wielu mężczyznom z Zagłębia w ogóle nie zależy na wychowaniu własnych dzieci. No chyba, że znajomość tych przyśpiewek uważają za element wychowania. W takim razie wycofuję się ze swoich słów i życzę powodzenia w dalszym wychowywaniu. Może trener Pierścionek dlatego użył w oficjalnej wypowiedzi słowa ”popierdolona”, bo wcześniej zewsząd przez większą część meczu wlewały mu się bluzgi do uszu?

wtorek, 22 września 2009
Trzy drogi GKS-u Katowice

GKS Katowice ma problem. Wprawdzie właśnie pożegnał się z Józefem J., który cudował z kafelkami, ale nie wiadomo co będzie dalej.

Podobno są trzy drogi.

Pierwsza: udane zakończenie trwających właśnie negocjacji z poważną firmą, która nie była dotychczas związana z klubem. Ponoć chodzi o kierunek zagraniczny.

Druga: zwrócenie się jeszcze raz o pomoc do Centrozapu. Katowickim działaczom nie przeszkadza informacja, że Centrozap jest zainteresowany kupnem akcji Ruchu Chorzów. Zresztą Ruch wspomaga już jedna firma dotąd powszechnie kojarzona z GKS-em...

Trzecia: zwrócenie się jeszcze raz o pomoc do miasta.

W poniedziałek odbędzie się bardzo ważne walne zebranie członków klubu w trakcie którego wiele powinno się wyjaśnić. W zarządzie brakuje jednego członka, więc działacze powinni go po pierwsze  - znaleźć, po drugie - wybrać.

Może się jednak zdarzyć tak, że zamiast uzupełnienia zarządu, pojawią się jeszcze większe braki w jego składzie, może odejść ktoś jeszcze. Wtedy do akcji wkroczy kurator, który  - jeśli przyjąć najbardziej katastroficzną wizję - może wnioskować nawet o upadłość! Na Bukowej zdają sobie sprawę z zagrożenia, więc cały czas na różnych pułapach, w różnych konfiguracjach trwają rozmowy o tym jak ratować klub.

Mam nadzieję, że rozmowy zakończą się sukcesem.

PS Nie wszyscy mają takie problemy. Sheffield United na Górnym Śląsku, mistrz Anglii jeszcze w XIX wieku - to piękna i coraz bardziej realna wizja.

PS2 Prezes Worach wręcz błaga o pomoc. Także za pośrednictwem „Gazety”...

poniedziałek, 21 września 2009
Kadrę zostawcie w spokoju!

Z zadziwieniem zauważam pomysł planowanego bojkotu najbliższego meczu Polaków ze Słowacją. „Ma to być mecz bez udziału publiczności, co ma być symbolem protestu przeciw PZPN, jego prezesowi i całej świcie jeżdżącej i pijącej po całym świecie”*.

Wiele spraw wokół reprezentacji mi się nie podoba. Kiedy jednak zaczyna się nawoływanie do zignorowania meczu kadry, albo zupełnie już kuriozalne namawianie piłkarzy, żeby go przegrali, muszę głośno zaprotestować.

W takie gierki, choćby zdaniem inicjatorów miały jak najbardziej szczytny cel, reprezentacja Polski absolutnie nie powinna być wciągana. Piłkarze zawsze powinni starać się wygrać, a kibice zawsze powinni kibicować im z całych sił.

Nie ma zgody, żeby protest przeciw czemuś lub komuś mógł przekroczyć każdą granicę jaką wytyczymy. Granicę dobrych obyczajów, smaku, swobód obywatelskich, przyzwoitości itd, itp.

Wara od reprezentacji! Słuszny protest przeprowadzony w niesłuszny sposób staje się niesłusznym protestem!

Dlatego 14 października: wszyscy na Stadion Śląski. Ja mam zamiar się wybrać. A Ty?

*cytat z Czytelnika Czadobloga

niedziela, 20 września 2009
GŚ kontra Kraków

W weekend odbyły się dwa fajne mecze śląsko-krakowskie: Ruch ograł Cracovię, a Wisła zremisowała z Polonią.

a) Andrzej Niedzielan potwierdził, że nadal jest napastnikiem wysokiej klasy. Z nim w składzie Wisła dziś nie straciłaby być może punktów z Polonią. A tak wspólnie z Sobiechem tworzy teraz jeden z najciekawszych ataków klubowych w ekstraklasie. Idealnie wpasował się w sposób gry Ruchu, tak naprawdę był właściwie ostatnim brakującym ogniwem. Oczywiście nikt nie uwierzy, że to właśnie jego przyjście tak odmieniło niebieskich, ale faktem jest, że brak właśnie takiego zawodnika jak Niedzielan sprawiał, że Ruchowi ciągle czegoś brakowało. Teraz, żeby walczyć z najlepszymi, nie brakuje mu już nic. A na własnym boisku (czyli na Cichej) już jest jednym z najlepszych.

Mecz z Cracovią potwierdził również, że Niedzielan na pewno bardziej zasługuje na powołanie do kadry niż Matusiak.  

b) oczywiste jest, że sympatyczne pouczenia reportera "PS", których udzielał Ruchowi w 1928 roku, po pierwszych ligowych meczach z Cracovią, są już całkowicie nieaktualne. Ale zawsze warto przypomnieć co zajmowało dziennikarzy ponad 80 lat temu:

"przyjacielska rada dla braci sportowców z Górnego Śląska. Jeśli chcą, aby goście od nich odjeżdżali zupełnie zadowoleni z przyjęcia, to powinni:

1) wystarać się o lepszy nocleg niż na siennikach żołnierskich w szkole, zajętej przez wojsko (Cracovia zdołała zdobyć pokoje hotelowe w Król. Hucie)

2) zaprowadzić ich na boisko, by nie byli zmuszeni prawie godzinę błądzić po mieście w poszukiwaniu boiska (drugiego dnia w Król. Hucie)

3) rozegrać mecz w takim czasie, by goście mogli odjechać ostatnim wieczornym pociągiem, odchodzącym w stronę Krakowa o godz. 8:03 z Katowic; na szczęście drużyna przybyła na dworzec 2 minuty przed odjazdem pociągu.

c) w Polonii nie błądzą w chmurach, mocno trzymają się ziemi. Po niespodziewanie zremisowanym meczu z Wisłą stare wilki czyli Marek Bażik i Jacek Trzeciak tonowali hurraoptymistyczne nastroje...

d) w Wiśle jest ktoś bardzo roztargniony. Bramkarz Pawełek nie potrafił wytłumaczyć mi dlaczego na spodenkach miał numer 81, a na koszulce 18... 

czwartek, 17 września 2009
Lider kontra wicelider

Świetnie zapowiada się weekendowy mecz w Sosnowcu między liderem i wiceliderem ekstraklasy czyli między Wisłą Kraków i Polonią Bytom.

Z tej okazji warto przypomnieć pierwsze kontakty obu drużyn. Zespoły spotkały się choćby w niedzielne popołudnie, 2 czerwca 1946 roku. Było to na... odbudowanym stadionie Cracovii. Mecz był częścią turnieju, który odbył się z okazji 40-lecia Cracovii, po uroczystości poświęcenia jej stadionu. Wynik tamtego meczu był dla Polonii bardzo niekorzystny i nie jest możliwe, żeby powtórzył się w najbliższą sobotę. Bytomianie przegrali bowiem wówczas w Krakowie aż 2:6 (2:2). Gole dla Polonii strzelali Matyas i Kaźmierowicz.

Ciekawe, że wiślacy kończyli mecz w dziesiątkę - piłkarz Wisły sam opuścił boisko! Był to Chmielak dotknięty obelżywymi słowami Matyasa. Michał Matyas bez wątpienia był w tym czasie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, ale jednocześnie bodaj najbardziej awanturniczym, czego niejednokrotnie dawał dowody. Jest mało prawdopodobne, żeby taki piłkarz o takich skłonnościach grał dziś w lidze - media by go zjadły... 

Dodam, że już w lipcu 1945 roku, w jednym z pierwszych numerów ”Przegląd Sportowy” napisał o Polonii bardzo charakterystyczne słowa:

„Bytom przemienia się z wolna w silny ośrodek sportowy. Stało się to dzięki repatriantom ze Lwowa, którzy szybko się zorganizowali i stworzyli klub sportowy Polonia. Polonia, gdy chodzi o piłkarstwo stała się rewelacją Polski”

PS Pierwsze ligowe zwycięstwo Polonia odniosła z Wisłą sześć lat później, w 1952 roku (2:0 na stadionie w Bytomiu).

PS2 A dzień wcześniej, czyli w sobotę inny świetny mecz śląsko - krakowski. Z powodu spotkania Ruchu z Cracovią ludzie popełniali przestępstwa już w latach 30. Oba mecze mam zamiar zobaczyć na własne oczy. Do zobaczenia!

poniedziałek, 14 września 2009
Dwa głosy o Oberschlesien

Poprosiłem dwóch ludzi - Jerzego Gorzelika z RAŚ i Piotra Spyrę z ROPŚ - o komentarz w sprawie flagi Oberschlesien na stadionie Ruchu.

Komentarz od strony Ruchu Autonomii Śląska tutaj.

Komentarz od strony Ruchu Obywatelskiego Polski Śląsk tutaj.

sobota, 12 września 2009
Nikt by nie uwierzył, że to kapral

Przy narodzinach Nasz Bohater omal nie umiera. Okazuje się, że ma ropne zapalenie płuc. Cudem pozostaje przy życiu.

W wieku 19 lat jest piłkarzem anonimowym. Gra w macierzystym Ludowym Klubie Sportowym z rodzinnej wioski. Nikt o nim nie słyszał. W dodatku musi przerwać grę na 20 miesięcy, kiedy upomina się o niego armia. Służąc przy radarach dostaje awans na kaprala.

W wieku 21 lat nadal jest piłkarzem anonimowym. Nadal nikt o nim nie słyszał.

W wieku 22 lat Nasz Bohater ciągle jest asem macierzystego Ludowego Klubu Sportowego.

W wieku 23 lat trafia do trochę wiekszej drużyny z niedalekiego śląskiego miasta. Jest zadowolony, ponieważ dostaje pracę w magazynie. Pamięta wycieczki zakładowe, bo magazyn był skomputeryzowany.

W wieku 24 lat Nasz Bohater załapuje się do III ligi. Właściwie trochę na siłę, bo kibicem tej nowej drużyny jest dyrektor jego firmy. Szef szantażuje go groźbą zmiany pracy, a Naszemu Bohaterowi podoba się zajęcie w magazynie.

Błyskawicznie staje się najlepszy w nowej drużynie, która kiedyś, w latach czterdziestych grała nawet w ekstraklasie. Trenuje go tam wicemistrz olimpijski z Montrealu. Kibice porównują go do Gabriela Batistuty, Nasz Bohater wtedy nie kojarzy jeszcze tego napastnika.

W wieku 25 lat ma szansę na przejście do II ligi. Wicemistrz olimpijski przenosi się do Szombierek Bytom i chciałby zabrać ze sobą najlepszego zawodnika. Działacze, którzy ambitnie myślą o awansie, szybko wybijają z głowy marzenia Naszemu Bohaterowi. Ma zostać i pomóc. Piłkarzem interesuje się Odra Wodzisław, beniaminek ekstraklasy, który lada moment wystąpi w europejskich pucharach. Nasz Bohater uczestniczy nawet w jednym ze sparingów Odry, ale ostatecznie nic nie wychodzi z transferu; nadal gnije w III lidze.

W wieku 26 lat jest największą gwiazdą całej ligi, jako pomocnik potrafi strzelić trzy gole w jednym meczu (z Fablokiem Chrzanów). Jego drużyna jest jednak bardzo przeciętna - będąc typowym średniakiem tak naprawdę nie ma szans na awans do II ligi.

W wieku 27 lat najlepszy pomocnik III ligi bierze ślub. W jego klubie brakuje pieniędzy. Działacze pozwalają mu uczestniczyć w treningach śląskiego zespołu z ekstraklasy.

W wieku 28 lat wreszcie przechodzi do najwyższej klasy rozgrywkowej! Od razu daje się poznać z dobrej strony podczas halowego turnieju w Spodku. Jego drużyna wygrywa całe zawody. Nasz Bohater i jego nowi koledzy są lepsi m.in. od Górnika Zabrze i Widzewa Łódź, w którym występuje wschodząca gwiazda Marek Citko. Nasz Bohater poznaje świat wielkiej piłki, świat wielkiej piłki poznaje Naszego Bohatera: w finale z GKS-em Katowice zdobywa zwycięską bramkę 60 sekund przed końcem. Po meczu Przyszły Czadoblog pierwszy raz rozmawia z Naszym Bohaterem.

Sielanki jednak nie ma. Nasz Bohater, żeby wziąć udział w treningu, codziennie przejeżdża maluchem 165 km. Nadal mieszka w tej samej miejscowości, w której zaczynał kopać piłkę. Przed zajęciami zawsze bardzo się śpieszy, bo chce, żeby ścierpniętymi w maluchu plecami zdążył zająć się masażysta. Po zajęciach zawsze bardzo się śpieszy, bo żona jest w ciąży, więc nie chce zbyt długo zostawiać jej samej.

Debiutuje w ekstraklasie - wchodzi na ostatnie 20 minut meczu z Widzewem. Nie udaje mu się wywalczyć miejsca w podstawowym składzie, jest pierwszym zmiennikiem. Trenerzy chcieliby go zatrzymać, ale on woli przenieść się do beniaminka II ligi, bo stamtąd bliżej domu. Pierwsza przygoda z ekstraklasą trwa zaledwie pół roku.

W wieku 29 lat Nasz Bohater wali w samo okienko zwycięską bramkę drużynie, której dziś jest... symbolem.

W wieku 30 lat znów chce go Odra Wodzisław. Znów uczestniczy w jej zajęciach. Znów nic z tego nie wychodzi. Chce odejść z dotychczasowego zespołu, bo nowy trener zapowiada, że nie będzie tolerować piłkarzy poniżej 185 cm (Nasz Bohater ma 173 cm). Pierwszy raz opuszcza Górny Śląsk i rozpoczyna drugą przygodę z ekstraklasą w drużynie beniaminka ze środkowej Polski. Ma pewne miejsce w składzie.

W wieku 31 lat znów musi pożegnać się z ekstraklasą, bo jego drużyna nie daje rady się utrzymać. Żałuje, bo prezes go lubi, ale musi wrócić z wypożyczenia do poprzedniego klubu, który w międzyczasie zaliczył spadek.

W wieku 32 lat Naszego Bohatera bardzo chce Zagłębie Sosnowiec. Dyrektor Wojciech Rudy omawia nawet z Naszym Bohaterem szczegóły transferu. Piłkarz musiałby znowu dojeżdżać. Waha się, poprzedni klub zalega mu kilka wypłat. Ostatecznie nic z tego nie wychodzi.

W wieku 33 lat razem z trzema kolegami z zespołu przenosi się do drużyny, w której gra do dziś. Początkowo nie jest łatwo - miejscowi są zgrani, stosunki z nowymi dość chłodne. Ale od razu w pierwszym sparingu z Heko Czermno Nasz Bohater strzela pierwszą bramkę. W III lidze początkowo idzie mu przeciętnie - w pierwszym meczu o punkty przychodzi porażka z Polarem Wrocław. Zespół gra jednak coraz lepiej, Nasz Bohater bezbłędnie wykonuje rzuty karne.

W wieku 34 lat zalicza zwycięski baraż o II ligę. W meczu u siebie zdobywa jedyną, zwycięską bramkę pięknym strzałem z rzutu wolnego. W rewanżu na wyjeździe jego zespół traci gola w doliczonym czasie gry, który oznacza koniec marzeń o zapleczu ekstraklasy. Nagle staje się cud: w 94 minucie Nasz Bohater wypracowuje bramkę, która jednak daje awans! Jako żywo odbyło się to jak w niedawnym meczu Arabia Saudyjska - Bahrajn.

W wieku 35 lat jest najlepszy na boisku w ligowym meczu z Widzewem. Potrafi przedryblować kilku rywali, jego drużyna wygrywa w Łodzi 1:0. Niewiele potem jego młodszy o rok trener przenosi się właśnie do Widzewa. Nasz Bohater ma żal do szkoleniowca, ale szybko mu przechodzi. Taki ma charakter, że nie jest pamiętliwy. Dla niego najważniejsze jest, że zespół utrzymuje się w II lidze. Nasz Bohater ma propozycję z innych klubów, ale nie chce odejść, bo mu dobrze, tam gdzie jest. Podpisuje nowy, dwuletni kontrakt.

W wieku 36 lat w ostatniej minucie meczu zrywa torebkę stawową. Od razu odbija się to na słabszych wynikach zespołu. Ale wkrótce okaże się, że torebka stawowa to mały pikuś... Dość szybko wraca i od razu jego zespół wygrywa. Mało tego, w sensacyjny sposób drużyna Naszego Bohatera kilka razy pokonuje faworyzowanych rywali i nieoczekiwanie zdobywa awans do ekstraklasy! Po pięciu latach przerwy Nasz Bohater znów występuje w najwyższej klasie rozgrywkowej.

W wieku 37 lat zdobywa historycznego gola dla siebie i klubu. Dla siebie, bo to jego pierwsza bramka w ekstraklasie. Dla klubu, bo to pierwszy gol w ekstraklasie na tym stadionie od 21 lat. Opis? ”Obrońca kopnął piłkę z lewego skrzydła, a ta leciała, leciała... dobre 50 metrów leciała. Czasu było dość by zawiązać but i poprawić getry, ale obrońcom gości i tak było go mało. Nasz Bohater tylko na to czekał! Podbiegł kilka metrów, pięknie ułożył łysiejącą głowę i przymierzył tuż obok słupka!

Drużyna utrzymuje się w ekstraklasie. Nasz Bohater wyjeżdża z żoną na zagraniczny urlop, ale przychodzi sms, że jego klub nie dostaje licencji. Pakuje się i natychmiast wraca. Żona przestaje się do niego odzywać. Czekając na rozwój wydarzeń dostaje propozycję z Warty Poznań. Ostatecznie sprawiedliwości staje się zadość: klub dostaje zasłużoną licencję. Nasz Bohater zostaje na starych śmieciach. Żona zaczyna się odzywać.

Niedługo potem w meczu z Arką Gdynia Nasz Bohater nadziewa się na łokieć rywala  i traci dwa zęby. Żona załamuje ręce i wpada w złość, ale potem małżonkowi już tylko współczuje. Klub postanawia Naszemu Bohaterowi sfinansować wizytę u dentysty. 

W wieku 38 lat traci miejsce w podstawowym składzie. Jego pozycję zajmuje naprawdę bardzo dobry, do tego sporo młodszy (choć też po trzydziestce) zagraniczny piłkarz. Nasz Bohater nie zraża się jednak. Zaciska zęby (na szczęście ma już co zaciskać) i haruje na treningach. We wczorajszym meczu z Piastem wchodzi na ostatnie pół godziny i pierwszy raz w życiu strzela dwie bramki w jednym meczu w ekstraklasie!!!

Jacek Trzeciak  

PS Nasz Bohater nie lubi kiedy się go postarza, więc z góry zaznaczam, że kolejny rok Czadoblog zaliczał mu od 1 stycznia, a on rodził się dopiero w św. Szczepana, czyli 26 grudnia. Wychodzi więc na to, że w momencie kiedy dla Czadobloga miał np. 25 lat, to tak naprawdę miał 24.

 
1 , 2
Archiwum