piątek, 30 września 2011
Bombonierka

Byłem dziś na dniu otwartym nowego stadionu miejskiego w Gliwicach. Wróciłem zachwycony.

Gliwice za 54 mln zł sprawiły sobie prawdziwe cacuszko. Kameralny stadionik na ponad 10000 miejsc z oświetleniem na 2000 luksów, czterema zadaszonymi trybunami (i narożnikami ) wysokimi na 17 metrów. Będzie mogło przyjechać ponad 1000 kibiców gości, którzy również zobaczą mecz w godnych warunkach.

Oglądałem stadion w towarzystwie kibiców, którzy byli zachwyceni jak i ja. Zwłaszcza ci, którzy pamiętali co stało w tym miejscu wcześniej. Podyskutowałem o obiekcie z prezesem Józefem Drabickim, widać było, że bardzo się cieszy. Kibice podchodzili do nas, cieszyli się razem z prezesem i zadawali mu przeróżne pytania. - Jestem niepełnosprawny, czy też będę mógł przyjść na mecz? - pytał łysawy mężczyzna. Akurat staliśmy obok krzesełek przeznaczonych właśnie dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Takich miejsc jest na stadionie czterdzieści, są zaledwie kilka metrów od linii autowej. - Zapraszam pana na mecz - odpowiadał uśmiechnięty Drabicki. - To niesamowite, ten stadion jest jak bombonierka... - wzdychał starszy mężczyzna, który przyjechał aż z Bremy. - Byłem juniorkiem Piasta pięćdziesiąt lat temu, pamiętam, że graliśmy tutaj po kolana w błocie. Niesamowite, że znów jestem na Okrzei i że to jest to samo Okrzei co dawniej - kręcił głową rozglądając się dookoła.

Przeszedłem się po trybunach i przyznaję z radością: na Piaście mecze będzie przeżywać się doskonale, a i atmosfera będzie zapewne nie do zapomnienia. To taki stadion, że wystarczy nawet trzy albo cztery tysiące kibiców żeby w tej zadaszonej misie zrobić wielki rwetes. Ważne, że z każdego miejsca widać doskonale.

Odwiedziłem również szatnie i muszę przyznać, że nadzwyczaj przestronne. Aż mi się te na stadionie Rotoru Wołgograd przypomniały.

Ale ostateczny test na jakość stadionu zrobiłem na końcu. Po prostu poszedłem do toalety. Test zaliczony... Trudno oczywiście pisać peany na temat kibla, ale zapewniam, że wielu ludzi nie ma tak w domu jak jest dziś na stadionie Piasta. Czyżby cywilizacja tojtojów stadionowych wreszcie odchodziła w niebyt? Żeby uzmysłowić wam poziom kibli stadionowych na Piaście nadmienię, że nie balibyście się tam pojawić nawet na dłuższe posiedzenie:-)

Dobra wiadomość dla gliwiczan jest taka, że wiosną Piast będzie grał na tym cacuszku co tydzień. Jeśli ktoś chce się przekonać na rekonesansie czy warto się tam pojawiać, może zrobić sobie wycieczkę jeszcze jutro, w kolejnym dniu otwartym, w godzinach 11-18. Na zakończenie, o godz.18 przewidziano prezentację oświetlenia stadionu. To naprawdę świetny moment na rodzinną wycieczkę, serdecznie polecam:-) Bo i pamiątki fajne dostaniecie. Plakaty, ulotki i pocztówki ze specjalnym stemplem pozwolą na dłużej zapamiętać ten niezwykły dzień. Z przyjemnością uzupełniam domowe archiwum:-)

PS Oczywiście nie jest tak, że do niczego nie można się przyczepić. Nie podobał mi się dach. Wyglądał jakby był z blachy falistej. Pierwotnie miał być z innego materiału, ale po konsultacjach wybrano taką właśnie opcję. Założenie, że wcale nie jest to blacha falista nie zmienia faktu, że każdy kto ma blachofalistofobię powinien być na to przygotowany.

PS1 Zaszokowało mnie również, że czas przejazdu od zjechania z autostrady do przyjechania pod stadion wyniósł 36 minut. Jeden korek, drugi, trzeci... Roboty drogowe. Jakieś wybory idą czy jak? 

PS2 W drodze powrotnej na odcinku autostrady z Gliwic do Katowic znów dopadł mnie korek. Moje auto nie wytrzymuje niestety tempa 2 km/h dłużej niż pół godziny. Znienacka zbuntowało się, a ja, głupi, akurat jechałem środkowym pasem. Po buncie musiałem przepchnąć brykę na pobocze, co okazało się zadaniem nadzwyczaj trudnym. Problem w tym, że nikt z kierowców, którzy jechali prawym pasem (a wlekliśmy się wspomniane 2 km na godzinę) nie chciał się zatrzymać choćby na te kilkanaście sekund. Mało tego; kierowcy jadący za mną środkowym pasem wpychali się na chama na prawy pas - tak, że próba przepchnięcia zupełnie była skazana na porażkę. Przez długie minuty czekałem aż ktoś się zlituje. Zatrzymał się dopiero samochód na zagranicznych blachach. Konkretnie niemieckich. Zatrzymał i uprzejmie pozwolił przepchnąć graciucha na pobocze.

PS3 Omegę pozdrawiamy.

czwartek, 29 września 2011
Minęło pół wieku

Każdy z grubsza wie jakie są powody obecnej słabości śląskiej piłki, ale dopiero konkretny przykład pozwala sobie uzmysłowić klęskę (bo to nie chodzi o jedno słabsze pokolenie, chodzi już o rozciągniętą w czasie klęskę).

Pół wieku temu, w 1961 roku reprezentacja Polski do lat 18 na turnieju w Portugalii zdobyła wicemistrzostwo Europy. To był pierwszy medal w historii polskiej piłki reprezentacyjnej. W półfinale Polacy potrafili pokonać NRF (z Maierem, Overathem i Libudą) 2:1.

I teraz uwaga. W tamtej drużynie byli: Jerzy Apostel i Jerzy Musiałek z GKS-u Gliwice, Norbert Błaszczyk z Baildonu Katowice, Józef Janduda i Zygfryd Szołtysik ze Zrywu Chorzów, Roman Kasprzyk z Naprzodu Lipiny, Edmund Marzec z Wyzwolenia Chorzów, Alojzy Nowak z Dębu Katowice i Czesław Studnicki z BKS-u Bielsko-Biała.

Z kolei wczoraj rozesłano powołania dla reprezentantów do lat 17 na konsultację szkoleniową i turniej eliminacyjny do mistrzostw Europy w Czarnogórze. Z klubów województwa śląskiego w kadrze znalazł się Arkadiusz Porochnicki z Gwarka Zabrze (wychowanek Ajaksu Częstochowa) oraz... a także... jak również...  i...   yyyyyy....

Ale jest pewne podobieństwo, wykrzykną wieczni optymiści. Zarówno wtedy jak i teraz powołanie dostali zawodnicy z klubów nieekstraklasowych!

Szczerze mówiąc takie podobieństwo możecie sobie wsadzić do... kosza z brudną bielizną.

Wtedy dziewięciu na szesnastu powołanych było naszych.

Teraz jest jeden na dwudziestu jeden. Czy naprawdę tylko jeden nastolatek potrafi u nas na tyle dobrze kopać piłkę żeby go zauważono?! Naprawdę musimy pogodzić się, że nie widać zdolnych bajtli?

Marzę o tym, że kiedyś nasze kluby przestaną skąpić na jakość szkolenia nastolatków. Zainwestują w wiedzę trenerów zajmujących się młodzieżowcami i ich pensje. Ja wiem, że skąpią, bo ich nie stać. Ale może kiedyś dlatego, że ich nie stać to przestaną skąpić?

Taka Barcelona kupiła sobie Sancheza i Fabregasa za kupę szmalu, ale ilu w jej pierwszej składzie jest wychowanków? Jakby w składzie Ruchu albo Górnika grało tylu wychowanków to może żadnym problemem nie byłoby sprowadzenie na przykład Artioma Rudniewa? 

PS Omega przytakuje wskazówkami.

PS1 Piłkarska Liga Polska... Zlikwidować lub zapomnieć.

środa, 28 września 2011
O życiu dwutorowym

Rozmawiałem ostatnio z kolegą, który nie interesuje się sportem. Szczerze dziwi się kiedy słyszy, że jakis sukces futbolowy może mieć wpływ na życie społeczne i życie konkretnego człowieka, który z tym sukcesem generalnie nie ma nic wspólnego. 

Mam odwrotnie: mnie zdziwiło, że wpływu nie docenia. Doceniali go nawet ludzie, którzy tak naprawdę nie interesowali się futbolem. Na przykład w lipcu 1982 roku I sekretarz KC PZPR, premier, gen.armii Wojciech Jaruzelski wystosował depeszę gratulacyjną do polskiej reprezentacji mimo że przez jego decyzję niespełna osiem miesięcy wcześniej kadra w ogóle nie miała z kim grać i podczas przygotowań do wielkiej imprezy nie rozegrała nawet jednego meczu międzypaństwowego (może kadra Smudy powinna pójść tym tropem? Nie gwarantuje to sukcesu, ale gwarantuje mniejszą ilość frustracji:-))) 

Jaruzelski w 1982 roku dziękował ''za sportowe przeżycia i wzruszenia'' specjalnym telegramem. Dwadzieścia lat później zachwycony prezydent Senegalu Abdoulaye Wade wręczył piłkarzom najwyższe odznaczenia państwowe za sam awans do finałów MŚ. Z kolei tytuł spadł z nieba gen. Jorge Rafaelowi Videli w 1978 itd, itd.

Kolega na ten przykład ze wstrętem rzucił, że futbol jest tak spaczony, że legitymuje wszelkie reżimy. A ja mu na to, że to reżimy chciałyby, że je legitymizował. Władza kocha wszelkie sukcesy nie tylko piłkarskie. Ale władza zauważyła fakt, że to własnie dzięki futbolowi życie ludzkie może toczyć się dwutorowo. Ona to rozumie lepiej niż część obywateli, którzy nie interesują się piłką nożną. 

Część obywateli nieinteresujących się w ogóle nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia futbolu dla obywateli interesujących się. Obywatele nieinteresujący są szczerze zdumieni kiedy okazuje się, że ci interesujący się żyją właściwie dwutorowo.

O co chodzi? O to, że futbol nie jest samym tylko futbolem. Zabrzmi to patetycznie, ale taka jest prawda: jest siłą pomagającą czasem zapomnieć o paskudnej codzienności. O codzienności, która jest trudna nie tylko podczas zakrętów historii, ale nawet wtedy gdy społeczeństwo jedzie już do szczęścia obiecaną autostradą. 

Podejrzewam, że większość kibiców GKS-u Katowice z 1986 roku lepiej pamięta dziś papierowe czapeczki założone na niezwykły mecz, który przytrafił się 1 maja niż fakt, że dwa tygodnie później Jerzy Urban obiecał wysłać koce i śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku (to była odpowiedź na uchwałę senatu USA o wysłaniu do Polski 50 ton mleka w proszku dla dzieci);

Podejrzewam, że większość kibiców GKS-u Jastrzębie z 1987 roku lepiej pamięta dziś niezwykły sezon i budzenie się nadziei na coś niepowtarzalnego jak choćby przy okazji sprawienia wrześniowego lania 7:1 Radomiakowi niż fakt, że w tym samym czasie w Polsce przebywał George Bush (wówczas wiceprezydent, chodzi oczywiście o tatę);

Podejrzewam, że większość kibiców Górnika Zabrze z 1988 roku lepiej pamięta wspaniałe sierpniowe 8:3 z Szombierkami, ówczesny hat-trick Ryszarda Cyronia i dychę w ''Sporcie'' dla Jana Urbana za ten dzień niż fakt, że dwa tygodnie później gen. Czesław Kiszczak oświadczył, że został upoważniony do zorganizowania spotkania, któe mogłoby przybrać formę ''okrągłego stołu'';

Podejrzewam, że większość kibiców Ruchu Chorzów z 1989 roku lepiej pamięta wspaniałą passę strzelecką Krzysztofa Warzychy i niezwykłe czerwcowe popołudnie podczas meczu z Górnikiem Wałbrzych niż fakt, że jeszcze trzy dni wcześniej odbywały się wybory w wolnej Polsce (bardziej znana jest data 4 czerwca, ale o 18 czerwca też trzeba pamiętać);

Ale najbardziej symptomatyczny jest fakt, że ten fenomen nadal działa w czasach kiedy polityka nie ma już takiego znaczenia i wpływu na nasze życie.

Są ludzie, którzy z konkretnego dnia wolą pamiętać piękny mecz niż fakt, że stracili pracę. Dzięki życiu dwutorowemu mają taką możliwość. 

Są ludzie, którzy z konkretnego dnia wolą pamiętać piękny mecz niż fakt, że żona przyprawia im rogi. Dzięki życiu dwutorowemu mają taką możliwość.

Są ludzie, którzy z konkretnego dnia wolą pamiętać piękny mecz niż fakt, że ktoś ukradł im auto. Dzięki życiu dwutorowemu mają taką możliwość.

A ludzie, którzy z oczywistych przyczyn nie mogą pamiętać pięknego meczu muszą jedynie pamiętać, że tego dnia stracili pracę, żona przyprawia im rogi, albo, że ktoś im samochód ukradł.

To właśnie jest siła futbolu, której niedoceniają ci, którzy nie rozumieją jak w ogóle można się nim interesować. Bo chodzi o to, że piłka nożna to nie tylko sama piłka nożna, dobrze o tym wiecie, prawda?:-)

PS Omega świetnie pamięta mecz z Górnikiem Wałbrzych.

PS1 Ludzie dzięki futbolowi żyjący dwutorowo doskonale wiedzą, że mogą sobie multplikować. I żyć na przykład ośmiotorowo, jeśli wiecie co chcę powiedzieć:-)

wtorek, 27 września 2011
Maradonofil

- Tata, a w "Przeglądzie Sportowym'' zacytowali Maradonę, który powiedział, że Messi jest lepszy od niego i od Pelego - obwieścił mi dziś Czadoblożek.

- Synek, niech Messi osiągnie tyle co Maradona w reprezentacyjnej piłce. Wtedy pogadamy - odparłem uśmiechnięty.

- Tata, ale po co komu właściwie reprezentacyjna piłka? - zaripostował (Czadoblożek zawsze ripostuje).

Zacząłem rozglądać się za jakimś kijem, ale ostatecznie uznałem, że nie będę naruszał nietykalności cielesnej Czadoblożka;-) Junior po prostu mnie podpuszczał, bo wie, że jestem maradonofilem.

W jego wypowiedzi zauważam jednak dwa powody, które natchnęły mnie do tego wpisu.

a) nie rozumiem dyskusji o wyższości piłki reprezentacyjnej nad klubową lub odwrotnie. Zawsze uważałem, że mogą istnieć obok siebie. Maradona był jak Jessie Owens albo Carl Lewis - mistrzowie olimpijscy zarówno w sprincie jak i w skoku w dal. Messi na razie na setkę nie ma sobie równych, ale musi jeszcze poprawić technikę skoku;

b) nie rozumiem narastającej presji piłki klubowej wobec reprezentacyjnej. Nie wiem czy Czadoblożek tak do końca żartował, ale zdaje mi się, że piłka reprezentacyjna przynajmniej dla części jego pokolenia mogłaby rzeczywiście nie istnieć. Niektórzy odbierają rozgrywki reprezentacyjne jako może nie zagrożenie, ale przeszkodę w rozwoju futbolu klubowego. Moim zdaniem tak uważa ta sama internacjonalistyczna ekipa, dla której klubem numerem jeden jest klub z innego państwa (najczęściej z Anglii albo Hiszpanii), a nie własnego.

Dlatego tak ważne jest nieprzenoszenie do futbolu reprezentacyjnego mechanizmów ''żądzących'' futbolem klubowym, panie Smuda. Bo internacjonalistyczni zwolennicy piłki klubowej dostają do ręki poważny atut.

Niech futbol reprezentacyjny pozostanie dyscypliną, która kieruje się innymi zasadami niż futbol klubowy. Wtedy o jego byt będę spokojny. I wcale nie będę musiał zapewniać, że rozgrywkom międzypaństwowym pozostanę jako kibic wierny do końca. Mojego.

Albo ich.

PS Omega raz w życiu, w 1948 roku, widziała poważny futbol reprezentacyjny. Wystarczyło żeby jej się spodobało.

poniedziałek, 26 września 2011
Pamiętaj o bezrobotnych

Na początku lat trzydziestych tytułowe hasło drukowane było także w śląskich gazetach. 80 lat temu kryzys siał spustoszenie również u nas. Masowe bezrobocie to coś strasznego. Dlatego tak ważne w trudnych chwilach są gesty solidarności.

Pod koniec września 1931 roku piłkarze z Królewskiej Huty (przypominam, że z prozaicznych przyczyn Chorzów jako Chorzów wtedy jeszcze piłkarsko mało znaczył) zorganizowali ''zawody o puhar'', który ofiarowała gmina. Dochód z biletów wstępu został przeznaczony na rzecz bezrobotnych. Nie był to turniej jednodniowy, trwał przez tydzień, uczestniczyło w nim sześć drużyn królewskohuckich. Wygrał Amatorski Klub Sportowy, którego parę lat później będzie już doskonale kojarzyć cała Polska.

Dziś czasy są równie trudne. Nie nawołuję do zorganizowania kolejnych ''zawodów o puhar'', ale i tak warto przecież o bezrobotnych pamiętać. Chodzi o to żeby nie tworzyli trwałej cywilizacji wykluczenia. Chodzi o to żeby bezrobotnych nie uważać za gorszych, bo to nie jest tak, że bezrobotni są bezrobotni dlatego, że nic nie umieją. Ludzie kończący szkoły coś przecież umieją, tylko często nie mają żadnej szansy tego udowodnić.

Dlatego mam propozycję. Może śląskie kluby powinny się zastanowić jak bezrobotnych ''zagospodarować''? Może wymyślić dla nich jakieś bardzo tanie wejściówki? 

Proszę pomyśleć: ktoś kto nagle traci pracę (albo nie potrafi znaleźć pierwszej) nadal przecież kocha swój klub. Takich ludzi jest wielu. Oczywiście biznes jest biznes i niektórzy spytają, co klub z tego by miał. No to ja brutalnie odpowiadam: solidarność i zrozumienie w potrzebie też może być rodzajem biznesu. Bo inwestycja w przyszłość jest przecież biznesem właśnie. Ludzie potrafią być wdzięczni. Jeśli klub dzisiejszym bezrobotnym pokaże, że o nich pamięta - oni w przyszłości też o tym będą pamiętać. Będą pamiętać w czasach kiedy kryzys minie i kiedy nie będą już bezrobotnymi.

Przecież miejsca na naszych stadionach jest tyle, że bezrobotni też się zmieszczą. Muszę w tym miejscu dodać jednak ważną uwagę techniczną: oczywiście nie byłoby mowy o tworzeniu specjalnych wydzielonych sektorów dla bezrobotnych, to sprawiłoby pojawienie się swoistego getta. Chodzi o to by mający pracę nie wskazywali na meczu palcem konkretnego sektora i mówili: ''staraj się synu, bo będziesz mecze oglądał z tamtego miejsca''. To byłby paskudny przykład wykluczenia, a człowiek często ma w sobie coś takiego mendowatego, że lubi te podziały utrwalać, lubi czuć się lepszy.

Gdyby wprowadzić pomysł w życie można by nie tylko utrzymać w kibicowaniu starych kibiców, ale zyskać nowych. Z założenia jestem przeciwny wymianie publiki z biednej na bogatą, bo z założenia jestem zwolennikiem tezy że futbol powinien łączyć, a nie dzielić i wykluczać.

Uważam że kluby piłkarskie to idealne miejsce by okazywać solidarność.

PS Gdyby udało się kibicowsko zaktywizować bezrobotnych według idei, którą proponuję, musiałby być spełniony jeszcze jeden warunek. Powinno się wypracować metodę wyłapywania oszustów. Mający pracę, którzy na czas meczu chętnie przemieniliby się w bezrobotnych zawsze się znajdą, to oczywiste. Skutecznym odstraszaczem byłby dożywotni ban stadionowy dla takich świniaków.

PS1 Podejrzewam, że Omega jest za.

niedziela, 25 września 2011
Nauka bezlitosnego dobijania

Po meczu Ruchu z Wisłą na miejscu chorzowskich piłkarzy i trenerów byłbym wściekły. Osobiście czuję ogromny niedosyt. Niestety, śląskie drużyny ciągle nie posiadły umiejętności wykorzystania faktu, że w niespodziewanym momencie są  lepsze. Nie potrafią bezlitośnie dobić wyżej notowanego rywala. Jakby nie wierzyły, że jest to możliwe.

Dziś, zamiast wykorzystać nadarzające się okazje i odskoczyć na co najmniej dwie bramki, to Ruch musiał gonić w tym meczu. Ambitnie gonił i doganiał. Ale ostatecznie nie dogonił, choć przecież mógł nawet przegonić...

Powtórzę: czuję ogromny niedosyt. Umiejętność wygrywania meczów, w którym jest się słabszym cechuje dobre drużyny. Będący w formie Ruch pokazał dziś niestety umiejętność przegrania meczu, w którym był lepszy.

Oczywiście bardzo chciałbym żeby Ruch wygrywał mecze, w których jest lepszy. Oczywiście nie obraziłbym się również na okoliczność zwycięstwa w meczu, w którym byłby słabszy. Natomiast trudno mi pogodzić się z porażką kiedy jest się lepszym.

Niestety (a może stety) szczęście nie sprzyja zespołom, które w odpowiednim momencie nie potrafią dobijać, nie potrafią rozszarpać rywala na strzępy. Przeciwko takim drużynom są nawet kępki trawy. Tak jak przekorna kępka trawy dziś na polu karnym Wisły w 90 minucie. To ona przeszkodziła Markowi Zieńczukowi w oczywistym strzeleniu gola na 3:3.

Cóż, kto nie dobija tego dobijają. Nie ma litości. Czyż we futbolu nie dobija się słabszych? Boiskowe kępki trawy też hołdują tej zasadzie.

Jestem jednak dziwnie spokojny, że kiedy Ruch nauczy się dobijać słabszych, którzy są teoretycznie silniejsi to kępki trawy też będą mu sprzyjać. Nie ośmielą się być przeciwko.

PS Omega liczyła na zwycięstwo. Z Wisłą Omega zawsze liczy na zwycięstwo. Teraz zgrzyta wskazówkami...

sobota, 24 września 2011
Ślub kuzynki żony

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że czas na ślub kuzynki żony. Ten moment nadszedł w moim życiu właśnie dziś. Przypadkowo złożyło się, że w tym samym dniu Górnik Zabrze grał z Cracovią. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu Szanowna Małżonka (na użytek tego tekstu nazwijmy ją Czadoblogową) zaczęła sobie rościć prawo do całego dnia swojego męża. Szok, co? Nie przekonywał jej fakt, że mecz był o godz. 13.30, a ślub dopiero o godz.16. Musiałem zastosować wyjątkowo wyrafinowane techniki negocjacyjne żeby coś z tego w ogóle wyszło. Zakończyły się powodzeniem, na mecz się wyrwałem, ale okupiłem to naprawdę wielkimi wyrzeczeniami. Czadoblogowa uzyskała choćby obietnicę, że będę poweselnym kierowcą...

W trakcie meczu dość szybko zaczęło mi pulsować w czaszce, że popełniłem głupi błąd. Przykro to pisać, ale dziś oglądałem bodaj najgorszy mecz Górnika w tym roku kalendarzowym, a przejażdżka na stadion przy Roosevelta była czasem wyjątkowo zmarnowanym. Trudno mi wytłumaczyć jak to jest, że ni stąd ni zowąd trafia się nam nagle konina piętnastego sortu. Zauważyliście żeby coś na to wskazywało? Aż nie chce mi się analizować tego meczu... Trzeba było Czadoblogowej słuchać...

Nie wiem jakiego zdania był o tym meczu obecny na trybunach Franciszek Smuda, ale faktem jest, że w 43 minucie zieeeewnął wyjątkowo przeciągle. Potem bardzo długo wczytywał się w kartkę ze składami. Chyba ciągle szuka piłkarzy do swojej drużyny... Cóż, m.in. Prejuce Nakoulma i Saidi Ntibazonkiza nie wchodzą w rachubę z oczywistych względów, w reprezentacyjnych barwach grali już w meczach o punkty. Może warto panie Franciszku wystartować do Tamira Cahalona? A może Koen van der Biezen się skusi?

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Kuzynce żony i jej mężowi same serdeczności:-)

PS2 Podejrzewam, że przed jakimś następnym ślubem Czadoblogowa sama mnie spyta czy nie ma wcześniej jakiegoś meczu i czy mam ochotę się wybrać na ustalonych warunkach...

piątek, 23 września 2011
Gest Garrinchy to przeżytek

Od dziecka uwielbiałem Garrinchę. Jako nastolatek żałowałem nawet, że nie urodził się jakieś dwa tysiące kilometrów bardziej na południowy zachód, bo z nim w składzie Argentyna zdobyłaby pierwszy tytuł mistrza świata już w latach 60, a nie dopiero 70 (co przy okazji spowodowałoby, że Anglicy do dziś na ten tytuł by czekali).

Przyjęło się, że Brazylijczyk jako pierwszy zagrał piłkę w aut kiedy jeden z przeciwników zwijał się na murawie z bólu. Od tego czasu gest Garrinchy był uznany za symbol ludzkiej twarzy piłki nożnej, udowadniał, że w tym całym biznesie liczy się nie tylko wynik no i że jest miejsce nawet na reguły zwyczajowe, nie podparte żadnymi paragrafami.

Wszystko O.K., ale świat się zmienia. Nie tylko w piłce nożnej jest taka paskudna tendencja, że nawet najbardziej szlachetne idee, procedury chroniące przyzwoitość po pewnym czasie wykrzywiają się diabelsko i stają się karykaturą siebie. Bo niestety nic nie jest na zawsze.

Dlatego w pełni popieram Waldemara Fornalika, który na gest Garrinchy już nie może patrzeć. Trener Ruchu Chorzów mówi: - Często nadużywa się wybijania piłki na aut. A niestety zdarza się przecież, że faul jest tylko symulowany. Śmiesznie wygląda również to oddawanie piłki, gdy przeciwnik wybija ją poza boisko, a potem podchodzi wysokim pressingiem. Co to za fair play? Dlatego podzielam zdanie, że grę powinien przerywać sędzia, a nie zawodnicy na widok leżącego na murawie kolegi.

Ma Pan moje stuprocentowe poparcie, trenerze.

PS Omega jest bardziej romantyczna więc kiwa wskazówkami z wahaniem... Tym razem Omego nie masz racji;-)

czwartek, 22 września 2011
Egoizm

Przyznaję się bez bicia: już jako nastolatek nie kumałem tzw. ''kibicowskich zgód''. Nie kumałem przede wszystkim powodów tych zgód, bo one często są ani historyczne, ani geograficzne*. Potem zacząłem podejrzewać, że wszystko musiało najczęściej zaiskrzyć na jakiejś imprezce, zacząć się od wspólnej flaszki no i poleciało. A potem braci się już nie traci...

Oczywiście ani nie jestem za, ani przeciw temu, że na przykład Górnik Zabrze ma zgodę z Wisłoką Dębica, Polonia Bytom z Arką Gdynia albo Zagłębie Sosnowiec z Legią Warszawa. Jest mi to całkowicie obojętne. Dlaczego więc o tym piszę? - spytacie.

Otóż powód jest. Oczywiście nie mam nic przeciwko tzw. zgodom jeśli nie mają jakiegoś negatywnego wpływu na sprawy klubu. Każdy może lubić kogo chce i nic mi do tego. Ale jeśli jednak w jakiś sposób tzw. zgody osłabiają konkretny interes klubu - nie podoba mi się to.

Przeprowadzę teraz wywód logiczny, który przyszedł mi do głowy wczoraj kiedy oglądałem mecz Ruchu Chorzów z ŁKS-em Łódź. Proszę, niech ktoś spróbuje go obalić i udowodnić mi, że nie mam racji.

Dane wyjściowe:

a) szalikowcy Ruchu mają zgodę z szalikowcami Widzewa;

b) szalikowcy Widzewa mają kosę z szalikowcami ŁKS-u;

c) szalikowcy Widzewa przyjeżdżają na mecz Ruchu z ŁKS-em do Chorzowa;

Wynik obserwacji:

a) oglądałem tylko II połowę, ale uszy mi więdły, choć generalnie bluzgi nie robią na mnie wrażenia. Niestety przez długi moment wydawało mi się, że dla części publiczności lżenie gości było ważniejsze od samego meczu! To przykre, ale nie ściemniam. Niepokojące zjawisko zauważyłem również na sektorze naprzeciw trybuny krytej, tym najbliżej miejsc zajmowanych przez kibiców gości (pod miejscem gdzie powinna znajdować się Omega). Sektor o którym wspominam był wczoraj wyjątkowo nabity; tłum zgęstniał tam w stopniu niecodziennym, zwłaszcza tuż przy ogrodzeniu od strony ełkaesiaków. Co charakterystyczne, wiele osób tam przebywających miało na sobie czerwone barwy, a nie biało-niebieskie... Było w tym coś strasznie niepokojącego, wręcz złowrogiego jeśli wiecie co chcę powiedzieć... A jeśli nie wiecie to przypomnę tylko jedną datę: 3 maja 2004 roku.

Pamiętacie? Wtedy też odbył się na Cichej mecz Ruchu z ŁKS-em. Oglądałem tamto spotkanie na własne oczy. To co zdarzyło się w przerwie wyglądało tak nierealnie, że ludzie pod trybuną krytą pytali: czy to może happening? Nie, to nie był happening... Po meczu 14 śląskich prokuratorów robiło przerwy tylko na sen podczas przesłuchań 96 szalikowców zatrzymanych wówczas na stadionie Ruchu. Podczas bitwy, która wybuchła w przerwie na płycie boiska używano drewnianych kątowników, metalowych prętów oraz drabiny. Rannych zostało 55 policjantów. To była cena za niedopuszczenie do zwarcia obu stron. Niejedyna. Ruch do przerwy prowadził wtedy 2:0, ale przegrał tamten mecz walkowerem co nadwątliło jego i tak wątłą pozycję. Ledwo się wtedy utrzymał w II lidze;

b) Na tamtym meczu było mniej kibiców niż wczoraj. Wczoraj przyszło ich z kolei więcej niż ostatnio, bo chorzowski klub zdecydował się na akcję promocyjną. Mecz można było zobaczyć zaledwie za 5 zł. To ściągnęło na Cichą więcej ludzi niż zazwyczaj. Można przypuszczać, że wśród nich byli fani, którzy nie są stałymi gośćmi na meczach Ruchu. Na przykład kibice z dziećmi, słusznie chcący wpoić potomstwu słabość do futbolu. Nie bójmy się ich nazwać po imieniu - pikniki. Na szczęście nie zobaczyli tego co ja siedem lat temu. Ale za to co usłyszeli to ich. Momentami mogli się poczuć jak w jakimś starym, śmierdzącym, obrzyganym i obsranym dworcowym kiblu. Nie da się obliczyć ilu ludzi przez te bluzgi mogło zniechęcić się do regularnego przychodzenia na mecze. Ale jeśli zniechęcił się choćby jeden - oznacza to, że szalikowcy wywrzaskujący wulgarności wobec kibiców ŁKS-u tak naprawdę są zwykłymi egoistami. Między zwieraczami mają fakt, że klub przez ich zachowanie nie przyciąga tych pikników, którym nie w smak językowe plugastwo.

Podsumowanie:

a) z powodu tanich biletów na mecz Ruchu z ŁKS-em przyszło więcej kibiców;

b) w związku z faktem zgody na linii Ruch - Widzew cały stadion usłyszał niewybredne bluzgi na ŁKS;

c) gdyby nie fakt zgody na linii Widzew - ŁKS nie było takiego natężenia plugawego języka na trybunach;

d) w związku z tym, że przyszło więcej kibiców można przypuszczać, że zdarzyli się tacy, którzy pojawili się po dłuższej przerwie albo w ogóle przyszli po raz pierwszy. Można przypuszczać, że zabrali dzieci, bo zabranie dzieci nie kosztowało wczoraj prawie nic.

Pytania końcowe:

a) czy bluzgi mogły mieć wpływ na ocenę wypadu przez tych kibiców, którzy pojawili się z dziećmi albo tych, którzy pojawili się po dłuższej przerwie?

b) czy w/w kibice pojawią się na kolejnym meczu Ruchu?

c) czy gdyby zgoda Ruch - Widzew nie istniała doszłoby do festiwalu nienawiści, którą oglądali kibice przyciągnięci na mecz promocyjnymi cenami biletów?

d) czy własnym samolubstwem (czyli zrobieniem sobie dobrze bluzganiem) część fanów nie zaprzepaściła przypadku wysiłku zarówno klubu jak i tych kibiców, którzy nagłaśniali fakt, że mecz z ŁKS-em można zobaczyć za pięć zeta?

                                   %

Prawda jest taka, że ludzie regularnie bywający na stadionach musieli/muszą uodpornić się na rynsztokowe słownictwo. Czasy jednak takie, że trzeba próbować ściągnąć nowych klientów czyli nowych kibiców. Fani bluzgający nie zdają sobie sprawy, że bluzgi, które na nich osobiście nie robią żadnego wrażenia, są elementem ich mowy codziennej, robią jednak to wrażenie - i to bardzo niekorzystne - na ludziach, którzy wcześniej na stadionie nie byli. W dzisiejszych czasach oglądanie meczu przez fanów, którzy jakiś konkretny klub mają w sercu od dziecka to za mało. Trzeba walczyć o fanów, którzy w klubie mają dopiero się zakochać. Zapewniam Was, że miłości naprawdę trudno wykiełkować, kiedy wszędzie wokół rozlega się życzenie żeby ''pierdolić ŁKS''. 

Doskonale wiem, że stadion to nie opera. Ale hejterzy ŁKS-u (albo może raczej miłośnicy zgody z Widzewem); pokrzyczeliście sobie wczoraj niewybrednie więc przyjmijcie do wiadomości: to przez was ruchowska publika nie jest tak wielka jak mogłaby być; to przez was Ruch traci pieniądze, który mógłby zarobić na ludziach, którzy chcą pokochać piłkę, ale nie chcą pokochać chamstwa. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale jednak uwierzcie - tacy, którzy nie akceptują przekleństw w codziennym życiu ciągle istnieją. I - co ważne - często są dobrze sytuowani. Czy nie byłoby dobrze, że część zawartości portfela dobrze sytuowani Ślązacy zostawiali na Cichej?

Czy w związku z tym to przez Was ktoś marzący o wielkim Ruchu szczelnie oblepiającym Stadion Śląski (albo Cichą) co najmniej trzydziestokrotnie w jednym roku kalendarzowym, ktoś mający realny wpływ na budowę takiego Ruchu, będzie mógł z bólem zaskowyczeć:

(...) Posągi moich marzeń strącam z piedestałów
I zdruzgotane rzucam w niepamięci śmiecie...
A wprzód je depcę z żalu tak dzikim szaleństwem,
Jak rzeźbiarz, co chciał zakląć w marmur Afrodytę,
Widząc trud swój daremnym, marmury rozbite
Depce, plącząc krzyk bólu z śmiechem i przekleństwem (...)**
?

Uzmysłowcie sobie bowiem - każda społeczność składa się z różnych warstw. Społeczność kibicowska - jeśli jej ukochany klub ma być silny - również musi się składać z różnych warstw. Chodzi tylko o to żeby jedne warstwy nie odstraszały innych. Jeśli tego nie zrozumiecie to z piętnastego tytułu Ruchu Chorzów będą się cieszyć wasze wnuki, a i to nie jest, niestety, pewne. Czasy kiedy można było zbudować mistrzowski zespół jedynie na talencie poszczególnych graczy, którzy przypadkowo znaleźli się w tym samym miejscu i czasie (na pewno kojarzycie taki Ruch z przeszłości) - odeszły bezpowrotnie. Niestety. Też żałuję.

PS Omega, skonstruowana w czasach kiedy kindersztuba obowiązywała wszystkich, wymownie milczy.  

PS1 Żeby było jasne. Czadoblog lubi Widzewa i lubi ŁKS. Zaznaczam to żeby ktoś nie miał żadnych szans wyciągnąć jakichś obłędnych, dziwacznych wniosków.

PS2 Podobnie proszę nie wyciągać paranoicznego wniosku, że zaistniała sytuacja to właściwie wina... klubu. Że gdyby nie obniżył cen biletów, to nie przyszliby kibice nieregularni. A wtedy nie byliby narażeni na bluzganie i wszystko odbyłoby się we własnym gronie. Wiem, że niektórzy są w stanie taką teorię pstryknąć z palca w ciągu sekundy:-)

PS3 Jakoś przeszła niezauważona ta informacja, a wierzcie mi, że z punktu widzenia Ruchu jest istotna...

* w tym miejscu nadmienię, że słyszałem o źródle zgody Ruchu z Widzewem, nie musicie mnie więc uświadamiać...

** Kazimierz Przerwa-Tetmajer

środa, 21 września 2011
Inny świat między godz. 16.11 a 16.12

Przed wielkim meczem na Brynowie dostałem sympatycznego sms-a od kolegi mieszkającego w Warszawie: ''dziś wszyscy jesteśmy Rozwojami''.

Przemysław Gałecki, etatowy pracownik Kopalni Węgla Kamiennego ''Wujek'' (jak sam mówi z samej gry nie da się wyżyć i czasem trzeba zjechać na dół) na ten mecz wziął urlop. Kiedy o godz. 16.11 wyskoczył do centry z prawej strony i wspaniale uderzył piłkę głową a ta po koźle trafiła w samo okienko bramki Legii - świat jakby zawirował i zaczął skandować: ''dziś wszys-cy jes-teś-my Roz-wo-jami''... 

W tym momencie uzmysłowiłem sobie, że jesień stała się taka jakaś bardziej złocisto-jesienna, słońce bardziej zaświeciło, drzewa bardziej zaszumiały, a ludzie stali się dla siebie bardziej serdeczni. Kibice obecni na stadionie zaczęli wierzyć, że mogą stać się dzisiaj świadkiem czegoś co może przejść do historii Brynowa na zawsze. Po golu Gałeckiego rezerwy Rozwoju Katowice wyrównały stan meczu! - Mogliśmy dopaść Legię, bo dziś nie grała wielkiego futbolu, była do ogrania - emocjonował się Gałecki.

Legia to jednak drużyna profesjonalna, a nie półprofesjonalna albo amatorska. Goście zauważyli, że katowiczanom rosną skrzydła i zrobili co mogli dla siebie najlepszego. Zdeptali nadzieję w zarodku. Sprawili, że prawie natychmiast, już o godzinie 16.12 świat przestał wirować, dusza przestała śpiewać, światła zgasły, a psy na Brynowie zaczęły wyć... - Szkoda, że nie dowieźliśmy remisu do przerwy - żałował Gałecki.

Ambitnym gospodarzom biję jednak brawo, bo zrobili dziś wszystko co mogli. Choć porażka 1:4 nie robi dobrego wrażenia, zapewniam, że wstydu dzielnicy nie przynieśli. W tej drużynie rzeczywiście coś jest. Ambicja, zadziorność, a i niemało talentu (Maciej Skorża chwalił po meczu młodziutkiego Konrada Nowaka, uznał go za ciekawy materiał do szlifowania. Urodzony w listopadzie 1994 roku Nowak to członek juniorskiej drużyny Rozwoju, która zdobyła brązowe medal MP). To był piękny koniec pucharowej przygody. Dzię-ku-jemy. Dzię-ku-je-my:-)

A teraz uwaga. Wszystkim, którzy przypuszczają, że Czadoblog jest zawziętym legiożercą dedykuję poniższe słowa własnego autorstwa: ''dzisiejszy mecz Legia wygrała zasłużenie. Była lepsza, odniosła w Katowicach sukces. Za wyjście z obronną ręką z bardzo trudnej sytuacji pod względem psychicznym (w razie zwycięstwa tak naprawdę nie osiąga nic, w razie porażki traci wszystko z reputacją na czele) należą się jej brawa. Jak udowadnia obecna runda Pucharu Polski nie każdy daje sobie radę w takim momencie. Legia radę dała''.

PS Kiedy za trzydzieści lat będę opowiadał wnuczkowi o fajnych meczach na jakich byłem i dojdę do roku 2011 na pewno nie zapomnę wyciągnąć z szuflady pamiątki właśnie z dzisiejszego meczu. Wyobraźcie sobie, że akredytacje dziennikarskie były rozdawane na smyczach z napisem ''Rozwój II Katowice''! Nie wiem czy jakakolowiek drużyna rezerw w Polsce może pochwalić się podobną pamiętką:-) Mnie ujęło to i rozczuliło.  Gratuluję rzecznikowi prasowemu Marcinowi Nowakowi. Ten człowiek żyje Rozwojem jak mało kto.

PS1 Gdyby jakiś śląski klub zastanawiał się kiedyś kogo ściągnąć do siebie z Legii - zaproponuję Rafała Wolskiego. Facet ma talent. No i fantazję. Bo żeby strzelić gola w taki sposób jak dziś na Rozwoju trzeba mieć talent. No i fantazję. 

PS2 Omega wołała mnie na pucharowy mecz Ruchu. Byłem, ale z powodów technicznych nie widziałem I połowy oraz dogrywki. Sama II połowa (która zresztą mi się nie podobała) to za mało, żeby coś konkretnego skrobnąć o Ruchu. Dlatego polecam Wam relację Wojtka Todura.

 
1 , 2 , 3
Archiwum