niedziela, 30 września 2012
Oto Górnik. Zdziwieni?

Właśnie wróciłem z meczu Górnika ze Śląskiem Wrocław. Wreszcie stało się to co stać się musiało. Zabrze pokazało prawdziwe oblicze.

Co mi się podobało:

a) wprawdzie trener Adam Nawałka ciągle powtarza, że skupia się na własnej drużynie i jej postępach, ale wiadomo, że we współczesnej piłce nie warto koncentrować się jedynie na sobie. Brak wiedzy o rywalu albo brak pomysłu jak go rozpracować to już nie jedynie dezynwoltura, a zwykłe niechlujstwo...

Wiadomo, że tylko wariat będzie opowiadał o tym jak rozpracował przeciwnika po zwycięskim meczu. O tym się nie mówi, to się stosuje:)

Zwróciłem jednak uwagę na żale napastnika gości Łukasza Gikiewicza, który zauważył, że Górnik grał bez Magiery więc piłkarze Śląska spodziewali się ataków raczej drugiej strony. Tymczasem - jak podkreślił - Górnik w pierwszej połowie zaatakował lewą stroną siedem razy. Wyobrażacie sobie taką samoświadomość?! Piłkarz tuż po meczu wie ile rywal zaatakował konkretną stroną boiska? Wiadomo, że nie mógł tego sam liczyć. Ktoś musiał mu na to zwrócić uwagę w szatni przy jednoczesnej korekcie taktyki, jeśli uwaga była rozpowszechniona w przerwie:)

b) powrót do formy Prejuce'a Nakoulmy. Piszę ''powrót'' choć trener Nawałka podkreślał na pomeczowej konferencji, że w sztabie wszyscy wiedzieli, że żadnego załamania formy u Afrykańczyka nie ma. Kluczem do pojęcia problemu jest chyba stan jego formy fizycznej. Musi bezwarunkowo dobrze przepracować okres przygotowawczy, bo impuls, zwody, sposób zgrania piłki ma wrodzone. Co powoduje, że jest tak dobry? Zwrócił mi ma to uwagę Mietek Agafon. Powiedzmy, że w polskiej lidze zawodnicy przebiegają w meczu średnio tyle samo co w hiszpańskiej. Okazuje się jednak, że clou tkwi w czym innym. Nasi piłkarze zaledwie 150-200 metrów z tego dystansu przebiegają pełnym sprintem. Nakoulma jest w stanie przebiec 500-600 metrów, to już poziom międzynarodowy. W polskiej lidze oczywiście całkowicie wystarcza.

Stare piłkarskie porzekadło mówi, że ''lepiej mądrze stać niż głupio biegać.'' Wydaje mi się, że w obecnych czasach odchodzi do lamusa. Hasło na dziś brzmi: ''lepiej mądrze biegać niż mądrze stać''. Tak jak abecadłem dla ucznia jest pisanie i czytanie, tak abecadłem dla piłkarza obecnej doby jest niestety bieganie. Bez biegania nie osiągniesz już nic.

c)  że najprostsze rozwiązania są często najbardziej skuteczne. Jeśli uda się opanować środek pola - łatwiej o zwycięstwo. Dziś Górnik w kółku i wokół niego panował niepodzielnie i nie był w stanie przeciwstawić się temu klasyczny playmaker czyli Sebastian Mila. Duża w tym zasługa Bartosza Iwana, który osiągnął wysoką formę. Kiedy ma się trójkąt z ostrzem wysuniętym w przód Iwan - Przybylski - Kwiek można myśleć o czymś więcej. A jeśli do tego są odpowiednie skrzydła, center itd, itp - można myśleć o czymś więcej i więcej. Najbliższy mecz z Podbeskidziem zapowiada się frapująco;

d) że w grze Górnika można dostrzec coś nowego. Mnie nowym wydało się natarczywe rozgrywanie akcji w podobny sposób: dojście do linii końcowej i płaskie wycofanie do nadbiegającego zawodnika. Przyniosło to dziś efekt przy pierwszej (na dwa uderzenia) i przy czwartej bramce; 

e) pewność siebie Górnika. Czuli się dobrze i pierwszy stracony gol ich nie zdeprymował. Czasem zdarza się, że pierwszy tracisz gola, nie należy wtedy spuścić głowy. Maszynka nie zwolniła obrotów. Pewność siebie w meczu z aktualnym ciągle mistrzem świadczy o dobrej formie. Pewnym siebie bez odpowiedniej formy mógłby czuć się tylko idiota; 

Co zauważyłem:

a) że w strefie vipów założono pokrowce na foteliki z konkretnymi nazwiskami. Jest fotelik ''Banaś'', jest fotelik ''Anczok'' itd. Pewne nazwisko jest aż na dwóch fotelikach, ale akurat te - co mnie nie zdziwiło - były puste. Chodzi o foteliki ''Lubański''.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 28 września 2012
Coup de Boule

Zinedine Zidane na pewno zasłużył na pomnik. Był zachwycającym piłkarzem, miał zachwycającą karierę. Stał się inspiracją dla mas.

Właśnie w tym ostatnim kontekście fakt  wystawienia pomnika Zidane'a przed Centre Pompidou jest wręcz niebezpieczny.

Fakt, że monument stanął w Paryżu jest symboliczny. Zidane przecież nigdy nie był zawodnikiem paryskiego klubu, był jednak kapitanem "Tricolores" - reprezentacji nowej Francji, w której jak nigdy wcześniej tak wiele znaczyli piłkarze nie będący rdzennymi Francuzami, reprezentacji która osiągnęła sukces nie notowany nigdy wcześniej. Oczywiście w latach 90. jej personalny i narodowościowy skład nie był wynikiem jakiejś rewolucji. Przypomnę, że pierwszy Afrykańczyk w reprezentacji Francji zagrał już w latach 30.

Uważam jednak, że ktoś kto pozwolił na wystawienie tego pomnika - jeszcze do tego w takim miejscu - popełnił kosztowny błąd. Błąd, który może "procentować" w przyszłości. Bo nie powinien być to, do cholery, pomnik gloryfikujący przemoc. Pomnikowy Zizou wali z byka włoskiego obrońcę Materazziego w klatkę piersiową. Tak jak w pamiętnym finale mistrzostw świata sprzed sześciu lat.

Wiadomo, że w życiu każdego człowieka zdarzają się momenty kiedy musi zacisnąć pięści. Kiedy musi reagować. Jednak taki pomnik sprawia, że mnóstwo ludzi poczuje, że może zareagować tak w każdej sytuacji, w każdym miejscu o każdej porze. To jest właśnie problem. To przecież ewidentna pochwała zatraty w oburzeniu i braku odpowiedzialności. Zidane we własnym mniemaniu bronił honoru rodziny, ale przecież osłabił drużynę w jednym z najważniejszych momentów w jej dziejach.

Teraz jak w paryskiej szkole jeden chłopak przywali drugiemu z byka na przerwie to zapewne poczuje się skrzywdzony, wręcz sekowany, jeśli pani wezwie jego rodziców. On bronił przecież tylko swojego honoru... Do tego w sposób usankcjonowany przecież przez państwo. Bo nikt mi nie powie, że państwo może nie mieć pojęcia o wystawieniu tego pięciometrowego monumentu z brązu w takim miejscu.... Na to musi być zgoda oficjalnych organów. Wyobrażacie sobie co by było gdyby każdy mógł postawić pomnik jaki uzna w miejscu, które uzna?

To nie jest przedstawienie życia takim jakie jest. Odbieram to jedynie jako symboliczne przyzwolenie na brutalizację obyczajów. I to gdzie: akurat w Paryżu, wyrafinowanym mieście haute couture i haute cuisine... Cóż, wygląda na to, że teraz można manżnąć flamique à porions wytaplane w pâté de canard, wdziać figlarną marynarkę od Jeana-Paula Gaultiera i nie zdejmując jej, zapodać z bani jakiemuś gościowi - najlepiej pod wieżą Eiffla. Chcę wierzyć, że to nie Nowa Francja wali z byka Starą Francję...

Oto inspiracja dla mas w sercu kulturalnej stolicy Zachodniego Świata.

Czas umierać.

PS Do dziś mam autograf Zidane'a osobiście zdobyty w czasach kiedy jeszcze nikt nie wiedział co z niego wyrośnie. Podpisał mi się kiedy na koncie miał dopiero dwa mecze i dwa gole w reprezentacji Francji.

PS1 A poza tym Omega.

09:53, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (17) »
czwartek, 27 września 2012
Wiara w nowego prezesa

- Kluby ze Śląska poparły Zdzisława Kręcinę i Grzegorza Lato. Oni nie mają szans. Dlatego po wyborach na Śląsku mogą mieć problem - mówi jeden z prominentnych śląskich działaczy. 

Ta wypowiedź moim zdaniem mogłaby być niepokojąca. Bo jasno oznacza, że nowy prezes - ktokolwiek nim nie będzie - mógłby się na śląskich klubach mścić.

Wydawało mi się, że jedną z zasad demokracji jest zapewnienie po wyborach normalności wszystkim głosującym. Także tym, którzy wybierali kogoś innego. Jeśli nasz kandydat przegrywa nie oznacza to, że powinniśmy się natychmiast powiesić opłacając wcześniej pogrzeb.

Mam nadzieję, że te słowa są przesadzone. Nie za bardzo wyobrażam sobie bowiem w jaki sposób prezes PZPN mógłby mścić się na śląskich klubach. Wpływając na sędziów żeby im "gorzej" sędziowali? Nieeeee, mam nadzieję, że czasy dyspozycyjnych sędziów już dawno minęły. 

Dlatego sądzę, że jeśli śląskie kluby będą się same sobą dobrze rządzić - nic im nie grozi. Przypuszczam, że media zeżarłyby nowego prezesa na surowo, gdyby udało się udowodnić jego działanie na szkodę środowiska tylko dlatego, że chciało mieć innego prezesa.

Oczywiście: jeśli reforma i nowe rządy miałyby oznaczać, że będzie dobrze, ale dla tych, którzy "odpowiednio" głosowali to taką reformę mam między Scyllą i Charybdą. To byłaby reforma pod wezwaniem świętego Kalego.

Przypuszczam jednak, że nowy szef PZPN skalkuluje co mu się opłaca. Będzie na tyle mądry, że nie rozgraniczy między tych, którzy na niego głosowali i tych, którzy nie głosowali. Jeśli rozgraniczy to rozłam będzie trwał.

Przynajmniej do momentu kiedy nie odejdzie.

PS Jeśli ktoś wyobraża sobie jednak w jaki sposób prezes PZPN mógłby mścić się na śląskich klubach - niech mnie oświeci.

PS1 A poza tym Omega.

PS2 (na specjalne życzenie): JEŚLI ŚLĄSKIE KLUBY GŁOSOWAŁY NA LATĘ I KRĘCINĘ TO JAKO PAWEŁ CZADO UWAŻAM TO ZA BŁĄD. 

15:02, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (47) »
środa, 26 września 2012
Pała. Pała. Pała

Ostatnio na wywiadówce z przerażeniem zorientowałem się, że połowa dzieci z klasy Czadoblożka nie uczestniczy z różnych powodów w zajęciach wychowania fizycznego. Przynoszą zwolnienia i szkoła musi je respektować.

Za moich szkolnych czasów ten proceder był osobliwy. Teraz jest już jedynie nagminny.

Zastanawiam się z czego to wynika i wydaje mi się, że to wina podejścia do kultury fizycznej. Nie rozumiem skąd, ale w Polsce rozpanoszyła się swego rodzaju pogarda dla tężyzny, w najlepszym razie lekceważący stosunek. Mamy krzyczą na dzieci, że przynoszą dwóje z matmy albo polaka, ale kiedy jest pała z WF-u to nie problem - napisze się zwolnienie i cześć.

Jest na to tylko jedna rada. Drakon przybiłby mi piątkę. Zgadzam się z Tomaszem Majewskim. Nasz mistrz olimpijski uważa, że nie powinno się przepuszczać uczniów do następnej klasy, jeśli nie zaliczą programu wychowania fizycznego.

- Jeśli dobrocią nie można zachęcić dzieci do ćwiczenia, WF powinien być traktowany jak każdy inny przedmiot. I to nie tak, że jak nie ćwiczę to mam trójkę. Po prostu zostaję w tej klasie  na drugi rok. Innej możliwości nie widzę - powiedział Majewski (całość - TUTAJ).

Przykro mi, ale także moim zdaniem innego wyjścia rzeczywiście nie ma. Pała z wychowania fizycznego będzie tragedią dla wielu rodzin, ale jeśli tych pał nie będzie to pokolenie albo dwa później tragedią będzie już nie pała, a życie codzienne całej, że się tak górnolotnie wyrażę, tkanki społecznej.

No chyba, że świat potoczy się w tym kierunku...



PS Mam jednak nadzieję, że się nie potoczy.

PS1 Omega trzyma kciuki za pałowanie.

wtorek, 25 września 2012
Liberum veto!

Polski kibic piłkarski ma problem z oglądaniem własnej ligi i nie tylko. Najlepsze wybrane mecze zobaczy tylko własnonożnie albo dzięki abonamentowi.

Mój redakcyjny kolega Michał Kiedrowski, który zna się m.in. na sportach zespołowych popularnych w USA wysunął ciekawy postulat.

"Niech FIFA na początek podzieli mecz na kwarty i wprowadzi przerwy dla trenerów na żądanie. W ten sposób w relacjach znajdzie się miejsce na dodatkowe pasma reklamowe. Wtedy może wielka piłka wróci do stacji otwartych. Inaczej - już teraz zbierajcie pieniądze na kolejne transmisje pay per view."

Co sądzicie?

Osobiście jestem przeciw takiemu rozwiązaniu.

Powód? Jeden. Zasadniczy.

Tradycja.

Czadoblog to zwierzę przywiązujące się do rytuałów, alergicznie wręcz reaguje na wszelkie zmiany. Ryt jest dla mnie niezwykle ważny. Jeśli będziemy dolewać mleka do herbaty to w którym momencie przestanie być herbatą z mlekiem, a stanie się mlekiem z herbatą?

Niech nikt mi nie mówi, że piłka się nie zmienia. Siatki w bramkach - rozumiem. Okrągłe słupki zamiast kwadratowych - rozumiem. Używanie piłek szytych inaczej niż w łaty - rozumiem. Wprowadzenie żółtych i czerwonych kartek - rozumiem. 

Ale wszelkie próby uatrakcyjnienia piłki przez naruszenie podstaw rytuału (wymienione wyżej do takich nie zaliczam) uważam jednak za błąd. Centry nogą zamiast wyrzuty z autu - mowy nie ma. Koniec ze spalonymi - mowy nie ma. Cztery połowy po 22 i pół minuty? Mowy nie ma. Przerwy na żądanie w trakcie meczu dla trenerów na taktyczne pogaduchy z zawodnikami? Mowy nie ma. To byłaby moim zdaniem ingerencja w przepisy zbyt daleko posunięta. To byłby już inny sport.

Sorry, ale ciągle uważam, że to pies powinien merdać ogonem, a nie ogon psem. Dlatego jeśli w przyszłości miałbym do wyboru: mecze piłkarskie 4x22,5 za free czy 2x45 ppv - od razu wybieram drugą opcję.

Oczywiście nie mam nic przeciwko popularyzacji wersji 4x22,5 oprócz tego, że zabroniłbym Czadoblożkowi uprawiać taką wersję pod groźbą chłosty*. Mój syn w takie coś grać nie będzie! Jak trzeba będzie to i "Rejtana" zrobię!

PS Kiedy Omega usłyszała o wersji 4x22,5 jej wskazówki zaczęły iść w drugą stronę mimo że nie były nakręcone.

PS1 W propozycji Michała nie podoba mi się jeszcze jedno. Zauważcie złowrogą i niepokojącą rolę zwrotu ''na początek''...

Co dla jednych jest początkiem dla innych całkowitym końcem;)

PS2 Na szczęście FIFA jest równie konserwatywna jak Czadoblog. Wydaje się, że to jej główna zaleta:)

* kryzysowe momenty wymagają radykalnych rozwiązań;)

poniedziałek, 24 września 2012
Deflorator

Tradycji stało się zadość. Wszystkie drużyny, które w obecnym sezonie ligowym trafiały na Górnika Zabrze - właśnie z nim traciły pierwsze punkty. Stracił Piast, straciła Jagiellonia, straciła drużyna grająca aktualnie w Poznaniu, straciła i Legia. Teraz pierwsze punkty stracił lider z Łodzi i moim zdaniem właściwie może być zadowolony, że nie przegrał. To był Górnik, który chciało się oglądać. Podkreślam ten fakt, bo miejsce KSG w tabeli jest ewidentnie mylące. Zabrzanie nie przegrali dotąd meczu, choć z pięciu spotkań dotychczas tylko jedno rozegrali u siebie.  A wszystkie te mecze były przecież z zespołami mającymi spore ambicje.

Co mi się podobało:

a) pomysł Górnika na to spotkanie. Zabrzanie zdali sobie chyba sprawę, że pod względem czysto piłkarskim są od Widzewa zwyczajnie lepsi, że są lepiej zgrani więc siedli na nich jakby byli gospodarzami (z wyjątkiem końcówki, kiedy za bardzo się cofnęli). Nic dziwnego, że mieli przewagę w posiadaniu piłki, podobał mi się także agresywny pressing w ich wykonaniu;

b) wypukła klatka piersiowa Ołeksandra Szeweluchina. Wypukła w odpowiednim momencie na połowie rywala (kiedy Ukrainiec strzelił nią gola) i wypukła na własnej (kiedy zgrał piłkę do Mączyńskiego w 38. minucie w trudnej sytuacji pod bramką Górnika);

c) nołlukpas Aleksandra Kwieka w 30. minucie, kiedy w efekcie Nakoulma był sam na sam z Mielcarzem (gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że minimalny spalony w tej sytuacji jednak był). Uwielbiam takie zagrania, bo przecież ich nikt na treningu nie nauczy. Trzeba mieć to coś, a w polskiej lidze o to "coś" coraz trudniej. Ciągle jednak jest... Prosimy o więcej nołlukpasów:)

d) centry Michaela Bembena. Ten facet jest niesamowity, ma w nodze zamontowany cyrkiel. Każde dośrodkowanie w jego wykonaniu miało sens. Gdyby to była kula karabinowa napisałbym, że siało spustoszenie...

Gancarczyk też to potrafi, a pamiętajmy, że Górnik ma w odwodzie rekonwalescenta Magierę, piłkarza najlepiej w Polsce centrującego lewą nogą. Widać jak ważna w pomyśle trenera Nawałki na grę jest obecność piłkarzy potrafiących porządnie centrować. Źle! To zdanie powinno brzmieć ''posiadanie piłkarzy potrafiących seriami porządnie centrować'';

e) że Arkadiusz Milik przekonuje się o roli napastnika w sposób wszechstronny. Napastnik przydaje się nie tylko wtedy gdy strzela gole. Przydaje się również kiedy umożliwia to innym. A jeśli masz w drużynie człowieka, który kopnie do ciebie piłkę w ten sposób, że wystarczy dołożyć klatę - czego chcieć więcej?:)

f) gra Okachiego w Widzewie. W Górniku z Przybylskim stworzyłby solidną parę defensywnych pomocników;

Co mi się nie podobało:

a) mocna pozycja w drużynie Krzysztofa Mączyńskiego. Zdziwiłem się, że wyszedł w podstawowym składzie. Moim zdaniem był dziś w Górniku najsłabszy i myślałem, że zejdzie pierwszy, a nie ostatni. Kto ma ochotę niech jeszcze raz uważnie obejrzy mecz i występ piłkarza z numerem 29. Tak bez niczego wrócił po kartce i zdołał wypchnąć ze składu Bartosza Iwana? Nie kumam tego;

b) sposób w jaki zabrzanie stracili gola. Trochę mnie to zaskoczyło, bo była to bramka raczej w stylu Górnika:)

PS To już niestety koniec passy meczów z drużynami, które trzeba napocząć. Śląsk Wrocław, który zagra z Górnikiem w następnej kolejce już dawno stracił pierwsze punkty.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

sobota, 22 września 2012
Przełamanie

Coraz rzadziej zdarza się sytuacja kiedy kibice w przerwie piłkarskiego meczu są wściekli i rozżaleni, a po ostatnim gwizdku jednak szczęśliwi i spełnieni. Dziś fani Ruchu doświadczyli takiej huśtawki nastrojów. Po I połowie meczu z Zagłębiem Lubin Ruch tradycyjnie przegrywał. Tym razem zdołał się jednak przełamać, choć właściwie nic na to nie wskazywało. Do przerwy gospodarze prezentowali się wręcz tragicznie, a symbolicznym momentem było bezradne kopnięcie w powietrze (zamiast w piłkę) przez Marka Szyndrowskiego, którym zakręcił Szymon Pawłowski kiedy wyprowadzał Lubin na prowadzenie. Symbolicznym momentem była również udana wymiana piłek między duetem napastników Piech - Jankowski. Pamiętacie taką wymianę? No właśnie...

Wiadomo, że jak nie można wygrać ładnie to trzeba przynajmniej brzydko. Wiadomo, że wkrótce o stylu nikt nie będzie pamiętał, bo liczą się punkty.

Ale właśnie to mnie niepokoi i frustruje. Kiedyś to wyświechtane powiedzenie nie było regułą powszechną. Mówiło się tak jedynie po tych słabszych, choć zwycięskich meczach...

Teraz mówi się tak po właściwie każdym spotkaniu. To oznacza, że słabe mecze rozpanoszyły się na Górnym Śląsku jak nigdy i stały się normą. Nadeszły mroczne czasy kiedy czułym na futbolowe piękno kibicem miota rozpacz wymieszana z wściekłością. Ostatnio co jakiś mecz oglądam to mną miota. Jestem permanentnie rozżalony.

Błagam - niech wróci jeśli nie Wiek Złoty i Srebrny to przynajmniej Brązowy. Niech przynajmniej co piąty mecz zapadnie nam w pamięć na tygodnie (nie mówię o latach) z powodu poziomu, dramaturgii, dobrych akcji.

Czadoblog jest wiernym fanem piłki nożnej. Zawsze będzie chodził z uporem maniaka na mecze. Ale nawet najbardziej wierny kibic marzy czasem o odwzajemnionej miłości. O pasji i o spełnieniu. O pięknie i o szczęściu. Marzy żeby ktoś pomyślał: ''ten to ma szczęście, że akurat był na takim spotkaniu...''

Nikt mi nie będzie zazdrościł, że oglądałem mecz Ruchu z Lubinem. Wiadomo, że to zwycięstwo było ważne dla chorzowian pod względem psychologicznym, teraz niebiescy mogą pójść tylko w górę. Tylko - z czysto estetycznego punktu widzenia - co z tego? Bo, tego jestem pewny, jeśli ktoś za pół roku spyta Was o ten dzisiejszy mecz nikt nie będzie potrafił sobie niczego przypomnieć.

Oczywiście z wyjątkiem pewnego wielkopolskiego miasteczka. Rawicz to spotkanie zapamięta z pewnością na długo, prawda?:)

PS ''Mecz z Zagłębiem? Mecz z Zagłębiem? Ale którym?'' - już teraz zastanawia się Omega.

środa, 19 września 2012
Nie chcieli takiego ojca

Dokładnie 75 lat temu odbyło się niezwykłe zebranie Śląskiego Związku Piłki Nożnej (19 września 1937 roku). Powodem był sięgający apogeum konflikt śląskich działaczy z PZPN, który stopniowo narastał od przeszło roku.

Najpierw w czerwcu 1936 roku PZPN zawiesza do wyjaśnienia sprawy Ruchu i Ernesta Wilimowskiego po porażce w towarzyskim meczu z Cracovią 0:9 (nieważne, że dzień wcześniej Ruch wygrał w poważnym meczu ligowym z Wisłą Kraków). "Zawieszenie do wyjaśnienia sprawy" (podkreślę, że zawieszenie, a nie dyskwalifikacja) powoduje, że latem, kiedy nie gra liga, Ruch nie zarabia na towarzyskich meczach (to dawało duże profity, bo wtedy każdy w Polsce i nie tylko w Polsce z tą świetną drużyną chciał grać). Z kolei debilne zawieszenie "Eziego", który nie chciał się kajać, bo nie miał za co, spowodowało, że Polska straciła szanse na złoty medal olimpijski w Berlinie. Dodam, że jedyny, bo tamte igrzyska biało-czerwonym generalnie kompletnie nie wyszły.

Dopiero we wrześniu PZPN po cichutku odwiesza Ruch i Wilimowskiego nie dając przy tym żadnych wyroków... Trzy miesiące później Ruch oczywiście zdobywa mistrzostwo Polski, ale konflikt na linii Górny Śląsk - PZPN rozgrywa się już na innym polu. Wybucha głośna sprawa Dębu Katowice i przekupstwa. PZPN (a właściwie jego autonomiczna komórka czyli Liga Polska) decyduje w styczniu 1937 roku, że Dąb wszystkie mecze w nadchodzącym sezonie przegra w ekstraklasie 0:3. Walne zebranie Śląskiego OZPN protestuje, ale wiadomo, że protestować "se może". Dąb faktycznie wszystkie mecze "poprzegrywał" 0:3.

Kolejny syf wybuchł w czerwcu 1937 roku, kiedy Śląski OZPN organizował tournee bardzo silnej wówczas reprezentacji Basków. Dochodzi tylko do jednego meczu (zresztą wspaniałego, który odbył się na stadionie Ruchu). Drugie spotkanie, które miało odbyć się w Warszawie nie dochodzi już do skutku. Powód? Sprzeciwia się PZPN naciskany przez rząd (Baskowie zbierali fundusze na walkę w Hiszpanii i wsparcie legalnego rządu, planowali nawet wyjazd do Związku Sowieckiego). W efekcie Śląski OZPN poniósł duże straty finansowe. Zarząd na znak protestu podał się do dymisji, a PZPN w rewanżu zdyskwalifikował grupę działaczy i wyznaczył komisarza z centrali.

Dokładnie 75 lat temu dochodzi jednak do pojednania, choć początkowo nic tego nie zapowiadało. Kiedy Kazimierz Glabisz*, ówczesny prezes PZPN, zwrócił się do zebranych zdaniem ''przybyłem do was jako ojciec" usłyszał krzyki z sali ''nie chcemy takiego ojca" (swoją drogą wyobrażacie sobie, że dziś na podobny tekst Grzegorza Lato, ktoś mu odpala taką ripostę?;)

Początkowo nic zapowiadało zgody. Śląscy działacze przy burzliwych oklaskach przedstawili nasamprzód siedem punktów:

1. zniesienie kar nałożonych przez PZPN na działaczy zarządu;

2. przyjęcie Dębu z powrotem do Ligi;

3. zmuszenie Ligi do wypłacenia śląskiemu związkowi 600 zł jako rozrachunek za wspólnie zorganizowany mecz Śląsk - Budapeszt w 1935 roku;

4. częściowe opłacenie trenera dla klubów śląskich;

5. porzucenie dotychczasowej metody rozstrzygania spraw śląskich bez zasięgnięcia opinii zarządu okręgowego;

6. dopuszczenie do rozgrywek o wejście do Ligi dwóch klubów śląskich;

7. wdrożenie dochodzenia przeciw pewnemu działaczowi z centrali za obrazę graczy śląskich (na zebraniu Ligi miał się rzekomo wyrazić, że "wszyscy gracze śląscy są pijakami").

Gdyby PZPN miał spełnić wszystkie te żądania - przyznaję to obiektywnie - musiałby się chyba rozlecieć. Ostatecznie stanęło  - i to był pezetpeenowski majstersztyk - na zajęciu się jedynie punktem pierwszym.

Zdyskwalifikowani  działacze (choć nie wszyscy) wystosowali deklarację, którą po obiedzie odczytano. Podpisani podkreślili m.in. że kierowali się dobrem piłkarstwa, że nie chcieli uchybić powadze zarządu PZPN i że na przyszłość dołożą wszelkich starań by w zgodzie z interesami polskiego piłkarstwa współdziałać z PZPN-em.

Gdyby ktoś chciał spytać o rozliczenie PZPN-u za sprawę Ruchu, Wilmowskiego, Dębu i Basków - zawsze może zadzwonić. Czadoblog nie zna bowiem wyjaśnienia tej sprawy. W pewnej konkurencji bylibyśmy faworytami olimpijskimi. Konkurencja nazywa się ''zamiecenie pod dywan''...

PS A poza tym Omega.

*Jakby ktoś nie pamiętał: Kazimierz Glabisz miał z Górnym Śląskiem wiele wspólnego. Ten pochodzący z Wielkopolski zawodowy oficer i prawnik w 1921 r. brał udział w III powstaniu śląskim jako oficer oddelegowany przez Radę Wojenną WP. Uczestnik kampanii wrześniowej, w czasie wojny trafił do Anglii. Pozbawiony przez komunistów polskiego obywatelstwa pozostał na Wyspach do końca życia. Z tego co wiem jego siostra wyszła w Katowicach za mąż.

poniedziałek, 17 września 2012
Kazimierz Kutz mnie zdumiał

W weekend przeczytałem w "Przeglądzie Sportowym" wypowiedź Kazimierza Kutza, która dla mnie jest wręcz zdumiewająca.

"Po wojnie na Śląsk zjechało parę milionów osób, a ludzie muszą się z czymś identyfikować. I Zagłębiacy skupili się przy Zagłębiu, nowi Ślązacy przy Górniku, zespole bez śląskich tradycji. Starzy przy Ruchu".

Moim zdaniem ta opinia nie przystaje do rzeczywistości. Musiałbym ją zacytować rodzinie z Zabrza mieszkającej w tym mieście jeszcze przed II wojną światową. Albo hanysowi z Katowic, dla którego Górnik zawsze był klubem pierwszego wyboru. Albo koledze z głębi Polski, który uwielbia Ruch Chorzów.

Żeby wytłumaczyć jakieś zjawisko często generalizujemy, wiadomo. Trzeba jednak pamiętać, że nie opłaca się "generalizować na żywym organizmie", bo ten może zaoponować:) 

Moim zdaniem w tym wypadku akurat nie ma sztywnych reguł. Nigdy do końca nie wiadomo co powoduje, że człowiek decyduje się na ten, a nie inny, sąsiedni klub. Stwierdzenie, że Górnik  - choć oczywiście trzeba pamiętać w jakich okolicznościach powstał - to "zespół bez śląskich tradycji" jest moim zdaniem krzywdzące.

Ale protestów zapewne nie będzie. Hanysy kibicujący Górnikowi wzruszą jedynie ramionami. I tyle.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

niedziela, 16 września 2012
Klops

Wróciłem właśnie z meczu Górnika z Legią, choć niewiele brakowało żebym nie wrócił.* Warto było pojawić się na Roosevelta. Najlepiej spotkanie podsumował rezerwowy Przemysław Oziębała, który strzelił pierwszego gola dla Górnika. "Nie zaczęło się dobrze, nie skończyło się źle."

Co mi się podobało:

a) że piłkarze Górnika wierzyli do samego końca, choć właściwie pod sam koniec mogli stracić nadzieję. Wspaniały gol z dystansu Dominika Furmana mógłby tuż przed końcem przygiąć do ziemi kark każdej drużyny (to nie przypadek - Paweł Mogielnicki, autor strony 90 minut.pl, opowiedział mi w trakcie meczu, że ostatnio Furman podobnego gola strzelił w meczu młodzieżówki U-20 ze Szwajcarią w Sulejówku). Ale tym razem nie przygiął. Wywalczony w ten sposób remis z ''najlepiej w tym sezonie grającą drużyną w Polsce'' (to słowa kilku piłkarzy Górnika) buduje team-spirit. To może się przydać w kolejnych spotkaniach;

b) że Górnik dużo gra z pierwszej piłki. Długimi momentami zabrzanie prezentowali się lepiej od - jak sami stwierdzili - ''najlepiej w tym sezonie grającej drużynie w Polsce'';

c) drożdże wsadzone w fundamenty stadionu Górnika. Rośnie  bowiem w pioruńskim tempie. Wygląda na to, że trybuny będą nie tylko blisko boiska, ale i odpowiednio nachylone. To będzie fantastyczny stadion! Jedyny minus, że już nie będzie widać z obecnej trybuny pod dachem niezwykłego dzieła Dominikusa Boehma i nie będzie pewnie słychać tamtejszych dzwonów. Cóż, trzeba będzie to przeboleć...

d) że można nie kopnąć specjalnie dobrze piłki, a i tak strzelić gola. Udowodnił to Oziębała. Nie idzie nogą, od czego jest głowa;) 

Co mi się nie podobało:

a) narzekanie na Łukasza Skorupskiego. Jakiś facet za mną ryczał żeby go zmienić. Na początku rzeczywiście popełnił kompromitujący błąd (chciałem dowiedzieć się czy była w tym wina słońca, ale nie rozmawiał po meczu z dziennikarzami), to był faktycznie kuriozalny klops, który nieczęsto ogląda się w profesjonalnych rozgrywkach. Przez Skorupskiego padł pierwszy gol, to prawda, ale posadzić go teraz na ławce oznaczałoby przetrącić go psychicznie. Ci, którzy chcieliby ukrzyżować faceta za drugą bramkę, przepuszczoną po strzale z prawie 40 metrów - nie mają racji. Tego nie obroniłby pewnie ani Hubert Kostka, ani Jan Gomola, ani Józef Wandzik. Faktem jednak jest, że cierpliwość trenera nie jest wieczna i od "najwyższych czynników" dowiedziałem się, że jeśli to się powtórzy to być może trzeba będzie jednak sięgnąć po Witkowskiego. W sumie fakt, przymknięcie oczu na drugi tego typu błąd byłoby niesprawiedliwością wobec rezerwowego bramkarza;

b) narzekanie na Prejuce'a Nakoulmę. Jakiś facet za mną ryczał żeby go zmienić, że nieskuteczny. To prawda, nieskuteczny, ale wolę nieskutecznego, który potrafi stworzyć sytuacje niż skutecznego o którym tak naprawdę nie wiadomo czy jest skuteczny, bo tych sytuacji nie stwarza. Problem Nakoulmy jest taki, że za dużo myśli o tym, że jest nieskuteczny (fakt, że ostatniego gola z gry strzelił w lidze 10 marca z Lechią) i ta nieskuteczność go blokuje. To właśnie jest chyba jedyna sytuacja we futbolu kiedy myślenie przeszkadza, a nie pomaga. Nie skreślałbym jednak Burkińczyka;

Co zauważyłem:

a) że selekcjoner Waldemar Fornalik przegadał mecz z Andrzejem Szarmachem. Wyszedł przed końcem meczu i nie zobaczył ostatniej bramki;

b) że w wieku Jerzego Gorgonia (rocznik 1949), który przyjechał na to spotkanie, wszyscy mężczyźni chcieliby mieć taką grzywę jak on. Rozmawiałem z nim chwilę po meczu. - Górnik? Mają potencjał, ale czeka ich jeszcze dużo pracy...

PS A poza tym Omega powinna wrócić. 

*Gdy wracałem z meczu, na całkowicie nieoświetlonym odcinku drogi w lesie wbiegł mi pod maskę potomek dzika erymantejskiego. Gdybyśmy się zderzyli (a było o szczecinę), na drodze zostałaby nie dziczyzna, a czadzizna.

 
1 , 2 , 3
Archiwum