wtorek, 30 września 2014
Proszę nie rzucać kamieniami

Właśnie mija osiemdziesiąt lat od niezwykłej prośby jaką zarząd Ruchu Chorzów wystosował do swoich kibiców. Chodziło o niosącą za sobą mnóstwo emocji ligową rywalizację z Pogonią Lwów.

W pierwszym meczu tych drużyn w 1934 roku Ruch zmiażdżył lwowiaków na ich stadionie aż 5:1. Gra była ostra, wręcz brutalna. Ruch wygrał w dziesiątkę, bo już w 11. minucie Edmunda Giemsę musiano znieść z boiska. Ernest Wilimowski trafił trzy razy, a Teodor Peterek - dwa. Żywiołowa lwowska publiczność złorzeczyła zarówno gościom jak i sędziemu, którego obarczała winą za złe decyzje. Ludzie z Ruchu zapamiętali niesportowe zachowanie kibiców, wiedzieli, że dojdzie to również do śląskich fanów.

Cóż; spójrzmy na tamte wydarzenia z punktu widzenia lwowskich kibiców... Pogoń ciągle była świetnym klubem z wielkimi ambicjami. Lata dwudzieste to tworzenie wokół Pogoni legendarnej aury, którą symbolizują cztery kolejne tytuły mistrza Polski (tak naprawdę dwa plus dwa, przedzielone przerwą, bo żeby dobrze przygotować się do igrzysk w Paryżu mistrzostwa w ogóle się nie odbyły). Lwowiacy liczyli, że w latach 30. uda im się kontynuować zwycięską passę. W 1932  i 1933 roku zdobyli wicemistrzostwo Polski. Mieli wielu utalentowanych piłkarzy w składzie: "Myszka" Matyas (ależ to był gracz), Deutschmann, Wasiewicz, Albański... Mieli podstawy marzyć o nawiązaniu do czasów największej świetności.

Aż tu nagle jakiś klub z peryferyjnej przygranicznej osady zaczyna innych rozstawiać po kątach i staje lwowiakom na drodze. To mogło być dla nich nie do zniesienia, z tym trudno było się pogodzić...

Rewanż odbył 30 września 1934 roku w Wielkich Hajdukach. Właśnie dlatego Ruch wystosował wspomniany na początku apel. Zarząd prosił "by mimo niesportowego przyjęcia drużyny KS Ruch ze strony publiczności we Lwowie, sympatycy jego zaniechali na boisku jakichkolwiek wrogich okrzyków pod adresem drużyny gości, aby temsamem [pisownia oryginalna] wykazać, że publiczność śląska, o której szereg dzienników wyrażała się ujemnie - jest lepiej sportowo wyrobiona niż publiczność lwowska.

Wykażmy przez to, że obawy Pogoni, co do ewentualnych zajść na boisku na wypadek których Pogoń zwróciła się do władz o ochronę policji są bezpodstawne, zaś o utrzymanie tytułu mistrzowskiego starać się będziemy po dżentelmeńsku".

Dlatego  publika "powinna zachowywać się wzorowo i nie obrzucać gości wyzwiskami a tembardziej [pisownia oryginalna] kamieniami".

Publika wytrzymała. Co prawda wygwizdała gości, którzy rzeczywiście byli asekurowani przez policyjną ochronę (rozumiem to jako przejaw wyrzutów sumienia po pierwszym meczu), ale kamieni nie było.

Ruch zareagował najlepiej jak mógł. Skończyło się 5:0. Cztery bramy wbił Wilimowski, jedną dorzucił kontuzjowany w pierwszym meczu Giemsa. Dla 18-letniego "Eziego" były to bramki numer 24, 25, 26, 27 w debiutanckim sezonie w ekstraklasie. Łącznie strzelił ich wtedy w lidze 33 i został królem strzelców (to tak a propos nastolatków, którzy są dziś uważani za talenty).

Ostatecznie Ruch w tamtym sezonie zdobył mistrzostwo Polski, a Pogoń zajęła w lidze szóste miejsce.

Minęło osiemdziesiąt lat. Przed nami Wielkie Derby Śląska. Teraz też chodzi o to żeby nie było kamieni i żeby Ruch nie musiał prosić o ochronę policji w rewanżu w Zabrzu. Mam głęboką wiarę, że wszystko będzie OK.

PS Omega tamtego meczu z Pogonią Lwów jeszcze nie widziała. Ale i tak powinna wrócić. 

PS1 A tutaj niezwykłe rady mojego ulubionego bramkarza. Na pożegnanie, bo mając 50 lat skończył karierę.   

niedziela, 28 września 2014
Tekst o siatkówce wywołał burzę

Mój tekst o siatkówce odbił się dość szerokim echem. Oczywiście za wyrazy poparcia dziękuję, oczywiście wszelkie inwektywy i złośliwości pod moim adresem nie robią na mnie wrażenia.

I.

Andrzej Grygierczyk, redaktor naczelny katowickiego "Sportu", przyznaje w piątkowym felietonie, że jest coś co jego i mnie łączy: "to niechęć wobec podporządkowywania się zachowaniom stadnym. Wolę własne ścieżki, własny sposób przeżywania, własny sposób wyrażania emocji. I nikomu nic do tego."

Andrzej szuka odpowiedzi na pytanie zasadnicze: "czy rzeczywiście chcielibyśmy, by kibice siatkarscy byli kiedyś jak piłkarscy? Z wszystkim skojarzeniami, które budzą, z wszystkimi faktami, o których słyszymy na co dzień, z tym uprawianiem przez nich polityki w stylu "Litewski chamie"..., bojkotowaniem meczów drużyny, bo prezes im się nie podoba, z rozmowami wychowawczymi przeprowadzanymi z piłkarzami, z solidarnością wyrażaną na transparentach w te m.in. słowy: Pozdrowienia do więzienia... Czyli - szukamy odpowiedzi na pytanie zasadnicze: gdzie przebiega ta cienka linia pomiędzy kibicem a kibolem, a także między wsparciem dla swojej własnej drużyny a totalną destrukcją wszystkiego."

Podkreślam więc jeszcze raz: chciałbym żeby kibice siatkarscy byli jak kibice piłkarscy. Bynajmniej nie kibole. Rozróżniam wyraźnie kibiców od kiboli.

Andrzej idzie jednak dalej i z tym co pisze zastanawiając się nad problemem całkowicie się już nie zgadzam.

"Słowem, janusze mnożą się także w innych dyscyplinach. I chwała Bogu. Bo czy to źle, że ludzie chcą wspólnie wstawać, siadać, bawić się, śpiewać, i jeszcze fetować sukcesy swoich? Nie, to nie jest źle - z perspektywy czasu śmiało można postawić tezę, że są oni bardzo istotnym budulcem potęgi siatkówki, skoków narciarskich, piłki ręcznej. Taki też - sympatyczny - przekaz idzie w świat. Trzeba tylko sobie postawić pytanie: dlaczego nie chcą być takim budulcem w piłce nożnej?"

To przecież nie jest kwestia budulca potęgi jakiegokolwiek sportu - to kwestia wolności wyboru. Po za tym to nie jest prawda, że ludzie nie chcą bawić się, śpiewać, wstawać i siadać na meczach piłki nożnej, to nieprawda, że na piłkarskich stadionach możemy zastać jedynie paskudne wzorce. Przykładem choćby sektor dziecięcy na Bukowej. Rodzice bez zastrzeżeń pozwalają bajtlom pójść i wspólnie kibicować katowickiej drużynie z jednego miejsca. I bardzo dobrze.

II.

Było poważnie, teraz czas na wygłupy. Zaskoczył mnie wywiad w mojej macierzystej "Gazecie" z dr. Konradem Majem ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie (sobotnia gazeta, nr 225, ss. 42-43). Już w leadzie czytam bzdurę, która każe mi zastanowić się nad sensownością rozmawiania o problemie z panem doktorem. Otóż Maj zauważa: "w siatkówce są przyjmujący, środkowi, rozgrywający. Mamy zagrywkę, serwy, blok. "Libero" brzmi jak poezja. W futbolu są: snajper, napastnik, strzały, mur obronny."

Rozumiecie? Doktor Maj przeciwstawia obie dyscypliny już na poziomie nazewnictwa. Strzela jednak sobie przy tym w stopę. Zachwyt doktora nad słowem "libero" w ujęciu siatkarskim dobitnie świadczy o tym, że nie ma on pojęcia iż we futbolu funkcjonowało ono już kilkadziesiąt lat wcześniej. Libero w siatkówce został wymyślony w 1998 roku. Tymczasem już w 1973 roku w Niemczech nakręcono film o takim właśnie tytule. Jego bohaterem jest Franz Beckenbauer - sztandarowa postać światowej piłki, który nadał temu pojęciu niezwykłą jakość i do dziś jest uważany za najwybitniejszego libero w historii.

Dalej jest już tylko śmieszniej. Doktor Maj twierdzi, że "siatkarze wyglądają jak chłopaki z sąsiedztwa. W futbolu normalność jest wyszydzana. Dla ultrasów grzecznie wyglądający Ronaldo to laluś, najpewniej gej. Piłkarze ze swymi muskularnymi sylwetkami, cali w tatuażach, przypominają pięściarzy. Wyglądają groźnie, zachowują się groźnie."

Po pierwsze dopiero od doktora słyszę, że normalność we futbolu jest wyszydzana. Wcześniej nie wpadłoby mi to do głowy, nigdy nie słyszałem takiego stwierdzenia od żadnego kibica, a proszę mi wierzyć, wiele czasu spędziłem na rozmowach o futbolu.

Po drugie doktor chyba przypadkowo oglądał mecz Chile na ostatnich mistrzostwach świata. To bodaj jedyna ekipa piłkarska, w której ogromna ilość tatuaży u wielu zawodników rzuca się oczy. Tatuaże trudno dostrzec z trybun stadionu piłkarskiego, dostrzegłem go za to u brazylijskiego siatkarza w finale Spodku. Czy Leandro Vissotto Neves wygląda groźnie? Poza tym tatuaże dostrzegam już nawet u mojej sprzedawczyni chleba i zupki w proszku więc bez jaj.

Doktor Maj twierdzi także, że "w siatkówce kibic może być dobrej myśli, bo przejście ze złego wyniku 0:2, do zwycięstwa 3:2 wcale nie jest rzadkością. Kibice piłkarscy przy wyniku 0:2 są już w złej formie i już nie myślą o wygranej".

Świadczy to jedynie, że doktor nie ma pojęcia o piłce nożnej - mógłbym na poczekaniu wytrząsnąć z rękawa kilkadziesiąt przykładów, że w piłce nożnej wynik 0:2 nic nie znaczy, że drużyny przegrywające 0:2 kończą mecz zwycięstwem 3:2 - łącznie w finałem mistrzostw świata. Sugerowanie, że kibice piłkarscy przy wyniku 0:2 już nie wierzą we własne drużyny zwyczajnie obraża tych ludzi.

Szkoda tylko, że doktor Maj nie rozwija myśli o "stadionie siatkarskim". Nigdy o takich nie słyszałem, tymczasem doktor Maj twierdzi, że "na stadionie siatkarskim może nas spotkać ostracyzm. kiedy nie dopasujemy się do grupy. Tylko że raczej nie oberwiemy za to w twarz"...

Dobre:) Byłem na ponad tysiącu meczów piłkarskich w życiu i nigdy za to, że nie mam ochoty kibicować nie dostałem w twarz.

Wątków, które mnie rozbawiły było jeszcze parę, ale zwyczajnie nie chce mi się dalej walić jak w bęben.

Dlatego kiedy czytam takie "wywiady" wiem jedno. Jeśli chcę się czegoś dowiedzieć o przebiegu naukowej dyskusji na temat prawidłowej nazwy rodzajowej teropoda powszechnie znanego jako Tyrannosaurus rex nie pytam o to doktora specjalizującego się w zamianie oscuro na chiaroscuro w malarstwie Caravaggia. 

III.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z Markiem Magierą. Wiecie, to ten zapiewajło od meczów siatkarskich. Facet oczywiście robi na tym kasę i - jak się okazuje - dorabia do tego niezłą ideologię. Uważa się oto za "animatora publiczności", który "potęguje sportowe emocje i koordynuje zachowania uczestników wydarzenia". Tym zajmuje się jego firma. Jezus Maria! Chciałbym odtąd odpowiednio wcześniej wiedzieć jakie to wydarzenia zamierza w najbliższym czasie koordynować - po to żeby je sobie oczywiście odpuścić...

Akurat ze strony Magiery nie liczyłem oczywiście na moc polemiczną, nie spodziewałem się, że będzie mi w stanie jakkolwiek odpowiedzieć. Koordynowanie zachowań uczestników wydarzenia sportowego może przecież wysysać intelektualnie. Magiera był jedynie w stanie wspomnieć na twitterze, że "stałem się jego ulubieńcem i że na pewno jestem z siebie zadowolony". Tyle. To oczywiste, że nie był w stanie wejść ze mną w merytoryczny spór. 

Magiera być może poczuł dyskomfort, bo ktoś zamachnął się na jego specyficzne działania będące zarazem sposobem zarabiania pieniędzy. Tym właśnie różni się od gniazdowych z trybun piłkarskich, które zajmują ultrasi: nie robi tego za darmo.

PS Podejrzewam, że to nie koniec narzekań:) Znam poważnego człowieka, który zna się na siatkówce jak mało kto, ale którego właśnie przepoczwarzenie się siatkarskich meczów w jarmarczny zgiełk zniechęciło do pojawiania się na tego typu imprezach.

PS1 Omedze ze wskazówek łzy poszły. Ze śmiechu.

23:02, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (26) »
sobota, 27 września 2014
Idealne miejsce do bicia rekordów

Nie ma to jak festyn organizowany przez klub piłkarski. Uwielbiam takie imprezy, bo one toczą się nieśpiesznie, można spotkać różnych znajomych i bardzo miło spędzić z nimi czas. Pogadać, zjeść wuszta i pooglądać spokojnie piłkarskie spotkanie nie słysząc nachalnego wrzasku przez megafony "i wszyscy, wszyscy, w górę serca, Polska wygra mecz".

Dziś wyluzowałem się w Bytomiu na festynie Szombierek. Nie zgadzam się co prawda z pretekstem jego organizacji (czyli z jubileuszem 95-lecia, bo zdaniem Czadobloga Szombierki powstały 26 lat później), ale nie zmienia to oczywiście faktu, że impreza była świetna.

Na wysokości zadania stanęli piłkarze, którzy na dzień dobry pokonali solidnego rywala czyli Grunwald Rudę Śląską aż 4:0. Potem oldboje Szombierek zmierzyli się z oldbojami reprezentacji Śląska. W bramce gospodarzy stał mój niezmienny idol Edek Ambrosiewicz (wkrótce większy tekst z okazji zakończenia przez niego kariery), tymczasem w budynku klubowym spotkałem inną bramkarską legendę "Zielonych". Wiesław Surlit kojarzy się ze wszystkim co w Szombierkach najlepsze choć przecież to człowiek z Łodzi. Grał w Bytomiu przez sześć niezwykłych dla tego klubu lat m.in. w sezonie najbardziej niecodziennym czyli 1979/80. Szombierki zdobyły wtedy mistrzostwo Polski. - Wiele dałem Szombierkom a i Szombierki wiele mi dały. Mimo że jestem z Łodzi to dla mnie jest najważniejszy klub - mówi z powagą.

Jak to się w ogóle stało, że Surlit trafił do Szombierek? Źle wspomina Widzew, z którym wywalczył awans do ekstraklasy, bo potem siedział tam na ławie a za wszelką cenę chciał grać. W 1978 roku Widzew był na obozie przygotowawczym w Kokotku (dzielnica Lublińca, rodzinnego miasta najlepszego lewego obrońcy w polskim i śląskim futbolu). Kiedy łodzianie kończyli obóz, zjawili się tam piłkarze Szombierek, którzy właśnie stracili pierwszego bramkarza (Jan Karwecki odszedł do Wisły Kraków). Skarżyli się łódzkim działaczom, że nie mają kogo postawić między słupkami. Ci od razu pomyśleli o Surlicie, który nawet na obóz z nimi nie pojechał. Działacze Szombierek dostali więc do niego kontakt i dogadali się w ciągu piętnastu minut. Dowiedział się o tym ŁKS i jeden z działaczy prosił nawet syna Surlita żeby wywołał ojca z domu by namówić go żeby zmienił jeszcze plany wyjazdu na Górny Śląsk. Surlit odmówił tłumacząc, że już się dogadał i zdania nie zmieni. Nigdy tego nie żałował.

W Szombierkach dokonał niezwykłej sztuki. Przez pięć lat gry w Bytomiu ustanowił niezwykły rekord - w tym okresie rozegrał w pełnym wymiarze wszystkie (!) mecze ligowe czyli... 13500 minut! Niezły bajer, co?

Wiesław Surlit do dziś wspomina treningi z Hubertem Kostką, najważniejszym szkoleniowcem w historii Szombierek. Wspomina to samo co pamięta także Edek Ambrosiewicz. Kostka brał go pod słupy na których było wówczas zamontowane zadaszenie na Szombierkach, kazał mu się opierać o nie brzuchem, wyciągać ręce do góry wzdłuż słupa i odbijać o ten słup piłkę. Kilkaset razy jedną ręką, kilkaset razy oburącz. To było ćwiczenie na wzmocnienie nadgarstków. - Hubert Kostka był wymagający i wiele mu zawdzięczam. Dziś kiedy oglądam obecnych bramkarzy, dziwię się jakie czasem błędy przy wyjściu do piłki popełniają. Dla Huberta Kostki byłoby przecież nie do pomyślenia przepuścić centrę od linii bramkowej do jedenastego metra. Podobnie zresztą jak strzał w krótki róg. Najchętniej takiego bramkarza powiesiłby za... [niech każdy tu sobie dopisze co mu pasuje, przyp.pacz] - śmiał się Surlit.

Dziś jest już emerytem, ma mnóstwo czasu. Mieszka w Łodzi, ale na mecze Widzewa nie chodzi. Zawsze za to z radością pojawia się za każdym razem gdy zapraszają go Szombierki. Nie przyjeżdża z pustymi rękami. Tym razem przywiózł piękną statuetkę z imienną dedykacją. Ofiarował ją Bogusławowi Cyganowi, który wkrótce skończy 50 lat i dziś symbolicznie żegnał się na boisku z bytomską publicznością.

PS A już za miesiąc Wielkie Derby Bytomia: 25 października Szombierki podejmą u siebie Polonię. Ileż to czasu minęło od ostatniego takiego meczu w lidze? Nie mogę się już doczekać!

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

piątek, 26 września 2014
O bezsensowności losowania drabinki

PZPN chce odbudować prestiż Pucharu Polski.

Wydaje mi się, że oczywistym sposobem na odbudowywanie prestiżu rozgrywek jest spowodowanie żeby było o nich jak najczęściej słychać.

Dlatego nie rozumiem celowości rozlosowania od razu w całości drabinki pucharowej. Po co drużyny, jeszcze przed rozpoczęciem 1/16 finału PP wiedzą dokładnie z kim może przyjść im się spotkać w 1/8, 1/4, 1/2 oraz w samym finale? Jaki ma to cel?

W Anglii za każdym razem ludzie ekscytują się kolejnym losowaniem przed każdą kolejną fazą Pucharu Anglii. U nas przez rozlosowanie całej drabinki mogą ekscytować się tym tylko raz. To moim zdaniem marnowanie okazji do przeżywania naturalnych emocji.

Czytelnik Czadobloga o nicku kibol ma zdanie całkowicie przeciwne - uważa, że rozlosowanie od razu w całości ma sens. - "Osobiście uważam to za bardzo dobry pomysł. W ostatnich kilku latach przed wprowadzeniem drabinki, rozgrywki transmitowała telewizja powiązana kapitałowo z właścicielem Legii. Oczywiście losowania kolejnych rund PP też odbywały się w tejże tv. I oczywiście dziwnym zbiegiem okoliczności Legia zawsze wylosowała najsłabszego teoretycznie rywala. Przypadek? Przypadkiem można by było nazwać zdarzenie, gdyby miało ono miejsce raz, góra dwa. Ale nie osiem czy dziesięć razy.
Losowanie drużyn do drabinki pozwala na uniknięcie wałków. Każdy klub wie od razu, jakich rywali może mieć na drodze do finału. A to, że w kolejnych rundach rozgrywek dochodzi do niespodzianek? I bardzo dobrze. Jeżeli kopacze z najwyższej klasy rozgrywkowej jadą na mecz z klubem z drugiej, czy też trzeciej ligi, to wydaje im się, że odbębnią 90 minut i są w następnej rundzie. A tu kicha, bo rywal spiął się wyjątkowo i sprał "papierowego faworyta". Dodam jeszcze, że taki mniejszy klub z często małych miejscowości może popatrzeć na drabinkę i pomarzyć sobie, że dzisiaj wygrywamy np. z Ruchem a w następnej rundzie możemy powalczyć z Lechem, Legią, czy innym Górnikiem. Dla nich takie mecze to święto, bo tylko w PP mają możliwość zagrać z najlepszymi klubami w Polsce.
Drabinka jest O.K. i niech pozostanie jak najdłużej!".

Oczywiście nie zgadzam się z kibolem. Po kolei odpowiadam na jego argumenty:

a) moim zdaniem teza o korzystnych losowaniach Legii tylko dlatego że transmitowała je telewizja kapitałowo powiązana z tym klubem jest bez sensu. To byłaby strata wizerunkowa na którą ani Legia ani telewizja nie mogłyby sobie pozwolić. Nie analizowałem losowań Legii, ale moim zdaniem jej ewentualne korzystne losowania - jeśli takowe były - to czysty przypadek. Nie doszukiwałbym się w tym względzie spiskowej teorii dziejów;

b) według kibola losowanie drużyn do drabinki pozwala na uniknięcie wałków, bo każdy klub wie od razu, jakich rywali może mieć na drodze do finału. Moim zdaniem wiara w fakt, że ta wiedza mogłaby pozwolić uniknąć tzw. "wałków" jest naiwna. Skoro w wielokrotnym losowaniu kibol widzi szanse na wałki to dlaczego odmawia tych szans jednokrotnemu losowaniu? To nie jest rzeczowy jest argument za rozlosowywaniem całej drabinki.

c) według kibola jeżeli kopacze z najwyższej klasy rozgrywkowej jadą na mecz z klubem z drugiej, czy też trzeciej ligi, to wydaje im się, że odbębnią 90 minut i są w następnej rundzie. A tu kicha, bo rywal spiął się wyjątkowo i sprał "papierowego faworyta".

OK, ale w czym widać tu przewagę losowania drabinki za jednym zamachem nad losowaniem tylko jednej rundy? Przecież to samo może zdarzyć się jeśli znamy tylko najbliższego rywala. To nie jest rzeczowy jest argument za rozlosowywaniem całej drabinki.

d) Kibol zauważa, że mniejszy klub z małych miejscowości może popatrzeć na drabinkę i pomarzyć sobie, że dzisiaj wygra z Ruchem a w następnej rundzie możemy powalczyć z Lechem, Legią czy innym Górnikiem.

OK, ale co jeśli według rozlosowanej drabinki nie wyjdzie mu tak atrakcyjny zestaw?  Może rozlosowanie nie od razu całości przyniesie najatrakcyjniejszych rywali o jakich może sobie tylko pomarzyć? To nie jest rzeczowy jest argument za rozlosowywaniem całej drabinki. 

Moim zdaniem przy losowaniu w rozgrywkach pucharowych powinno się stosować tylko dwie zasady. Po pierwsze - powinno być losowanie po każdej rundzie. Po drugie - nie powinno być żadnego rozstawienia w najmniejszym nawet stopniu. Jedynym filtrem powinien być moment wejścia do rozgrywek drużyn z ekstraklasy: czyli 16 najlepszych ligowców kontra 16 najlepszych klubów z niższych lig, którym udało się dotrzeć do momentu kiedy mogą się z nimi zmierzyć.

Potem już tylko wolna amerykanka. A Wy? Uważacie, że pełna drabinka powinna być znana zawczasu?

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 25 września 2014
Myśli więc gra

Kiedy byłem mały nie lubiłem włoskiego futbolu. Po pierwsze dlatego, że był wtedy najlepszy. To hiszpański mundial sprawił, że na całe życie zainteresowałem się piłka nożną. Akurat tam wygrali Włosi. A przecież było tak blisko żeby poczuć się najlepszym:)

Po drugie dlatego, że włoska liga w latach 80. była najlepsza i mogła zerwać dokładnie każdego, ba - każdy i zewsząd chciał być do niej zerwany. To zdumiewający paradoks, że klub nawet nie z drugiego szeregu calcio był w stanie ściągnąć wówczas najlepszego piłkarza ever.

Po trzecie dlatego, że z przekory... wcale nie uważałem włoskiej piłki za najlepszą. Sam się oszukiwałem:) Uważałem, że Italiańcy wszystko zawdzięczają jedynie wyrachowaniu i cwaniactwu. Symbolem tego na boisku był dla mnie Claudio Gentile a poza boiskiem - proceder związany z oriundi.

Potem dorosłem. Zdałem sobie sprawę, że tylko naprawdę dobremu cwaniakowi boiskowe cwaniactwo popłaca. Słaby cwaniak jedynie się ośmieszy. Tak naprawdę Argentyńczycy i ich viveza to udoskonalona forma włoskiego wyrachowania.

Włosi do perfekcji opanowali rozdział kościoła od państwa czyli doskonale wyłapali boiskowe proporcje między zabijakami i artystami. Oni chyba najlepiej potrafią wypośrodkować proporcje między przeciwnymi biegunami - tak żeby drużyna na tym skorzystała i osiągnęła maksimum. Jeśli już decydujemy się włoskiego piłkarza nazwać artystą to musi być to rzeczywiście artysta pierwszorzędny. W calcio nigdy takich nie brakowało. Jednak tylko jeden z nich całkowicie mnie oszołomił.

Pod urok gry Andrei Pirlo dostałem się kiedy jeszcze był zawodnikiem Interu Mediolan. Zezłościłem się kiedy Moratti lekką ręką oddał takiego piłkarza do Milanu. Nawet za 15,5 mln euro była to... lekka ręka. Ciekawe jaki byłby Inter gdyby Pirlo w nim został... Sam zresztą porusza ten wątek: "Gdyby lata temu [Lippi] nie przestał trenować Interu, ja stałbym się legendą tego klubu. Byłbym Beppem Bergomim z krótszymi wąsami, Estebanem Cambiasso z włosami [...] Byłem ultrasem Interu, kiedy jeszcze ssałem smoczek."

Lata lecą więc nie wiem kiedy Pirlo zestarzał się i zarósł, kiedy dostał szansę na wejście do panteonu legend jeszcze jednego ważnego włoskiego klubu - Juventusu. 

Nakładem wydawnictwa SQN wyszła właśnie autobiografia Pirlo. Jest rzeczywiście interesująca - Pirlo jawi się jako człowiek z krwi i kości. W życiu nie przypuszczałbym, że tak potrafi dworować z Gennaro Gattuso, że tak autoironicznie potrafi opisać własne szanse na "Złotą Piłkę", tak dowcipnie potrafi wyśmiać tłumacza Fatiha Terima, tak złośliwie potrafi się naigrywać z "fetyszysty" Inzaghiego. No i wreszcie dowiedziałem się skąd wzięły się te genialne rzuty wolne Pirlo. To proste: natchnął go Juninho Pernambucano.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić  - zauważam pewną słabość zawodnika. Pirlo ewidentnie sądzi, że skoro jest uważany na boisku za intelektualistę to w autobiografii musi pokazać się jako intelektualista pozaboiskowy. Przypuszczam, że właśnie stąd wziął się jego pretensjonalny niekiedy sposób formułowania myśli. Prawdopodobnie nie czytał Juliusza Cezara. Gdyby był po lekturze "O wojnie galijskiej" zapewne doceniłby prosty, zwięzły, beznamiętny, robiący piorunujące wrażenie styl.

Pirlo postanowił pójść w inny klimat. Przykład: "Wziąłem głęboki oddech. Ten oddech był mój, ale mógł być też oddechem robotnika, który z trudem dotrwał do końca miesiąca, bogatego i łajdaczącego się biznesmena, studenta po zdanej sesji, dawnych włoskich emigrantów w Niemczech, nowobogackiej z Mediolanu albo dziwki stojącej u zbiegu ulic. Byłem wtedy każdą z tych postaci." Tak opisuje karnego strzelanego Francuzom w finale mistrzostw świata.

Albo: "Nie jest przypadkiem ani tylko zbiegiem okoliczności fakt, że w koszulce reprezentacji Włoch przeżywasz tak niezwykłe emocje. Błękit to kolor nieba a niebo należy do wszystkich. Może być nawet zakryte przez chmury, ale i tak wiesz, że tam jest".

Albo: "We mnie też płonie ogień - prawdziwy płomień olimpijski, gwałtowny, stworzony z pasji i podtrzymywany przez czystą przyjemność. Żeby go ugasić, by ugasić mnie samego, trzeba by utopić moją duszę".

Na szczęście Pirlo to mój ulubiony włoski piłkarz więc mogę wybaczyć mu to pindolenie. Nie mam zamiaru topić jego duszy. Jeśli naprawdę smakuje ci zupa grzybowa to i tak zjesz ją nawet kiedy złośliwy kolega sypnie ci do niej garść piasku. 

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Rozbudowana opinia na temat bezzasadności losowania drabinki Pucharu Polski - w następnym wpisie.

20:00, pavelczado , Książki
Link Komentarze (26) »
środa, 24 września 2014
Stacja Hodowli Roślin

Ruch Chorzów przegrał dziś z Ostrovią Ostrów Wielkopolski i w efekcie odpadł w 1/16 finału Pucharu Polski. Dla najmłodszych i nieobznajomionych z historią fanów Ruchu to być może najczarniejszy dzień w kibicowskiej karierze.

Spokojnie. W bogatej historii Ruchu nie takie wpadki w Pucharze Polski się zdarzały.

1963. 1/16 finału: Mazur Karczew - Ruch 1:0 (w składzie m.in. Janduda i Łysko);

1965. 1/8 finału: Szombierki II Bytom - Ruch 2:1 (w składzie m.in. Faber, Maszczyk, Nieroba, Herman);

1976. 1/16 finału. Orzeł Łódź - Ruch 2:0 (w składzie m.in. Bula, Czaja, Wyrobek, Wira);

1984. 1/16 finału: Victoria Jaworzno - Ruch 3:1 (w składzie m.in. Fornalik, Szuster, Bąk);

1985. 1/8 finału: Avia Świdnik - Ruch 1:1 i 6:5 w karnych (w składzie m.in. Jojko, Waleszczyk, Szewczyk);

1987. 1/16 finału: SHR Wojcieszyce - Ruch 2:1 (w składzie m.in. Warzycha i Kołodziejczyk);

2004. I runda: Drwęca Nowe Miasto Lubawskie - Ruch 4:1 (w składzie m.in. Śrutwa i Ćwielong);

2005. I runda: Okocimski Brzesko - Ruch 4:2 po dogrywce (w składzie m.in. Bizacki).

Jednak tym razem bardzo szkoda. Z dwóch powodów.

Po pierwsze - drabinka. Co prawda losowanie pełnej drabinki do samego końca - tak, że już teraz wiadomo z kim trzeba się ewentualnie zmierzyć jest moim zdaniem bezsensowne. W przypadku Ruchu niosło jednak pewność, że teoretycznie powinno być dosyć łatwo aż półfinału. A stamtąd do zgarnięcia pucharu już dosyć blisko.

Po drugie -  skład. Podopieczni Jana Kociana zagrali dziś w teoretycznie najsilniejszym składzie. W tym zestawieniu powinni wciągnąć Ostrovię jedną dziurką. Nie wciągnęli. Nie dość, że to może mieć bardzo złe skutki dla ich psychiki to już narobiło dużo wizerunkowej szkody. A że boli niech świadczy fakt, że w ostatniej minucie Grzegorz Kuświk po drugiej żółtej kartce musiał zejść z boiska. Jeśli ci nie zależy albo jeśli nie frustrujesz się sytuacją - nie łapiesz takich kartek...

Cóż - jedyna nadzieja w tym, że po środzie zawsze jest niedziela. Kiedyś Ruch najpierw przegrał w PP ze Stacją Hodowli Roślin - klubem z małej wsi obecnego powiatu gorzowskiego. Honorowego gola w tej wiosce strzelił Krzysztof Warzycha. A niedługo potem dołożył dwadzieścia cztery kolejne i Ruch został mistrzem Polski.

PS "Pokonaliśmy Ruch, należałoby to uczcić. Tymczasem ja rano muszę iść do pracy panele kłaść" - mówi Michał Giercz, czołowy piłkarz Ostrovii i jeden z bohaterów tego meczu. Kiedy powiedziałem o tym koledze z redakcji, który nie interesuje się piłką nożną, zdziwił się. - Zawsze powinno być tak, że to przegrany kładzie panele - stwierdził.

PS1 Grzegorz Kuświk musi być wściekły. Nieczęsto przyjeżdża się z własną drużyną do miejscowości w której przyszło się na świat żeby wylecieć z boiska. Jeśli jakaś rodzina była na trybunach - musiało jej być przykro.

PS2 Omedze jest przykro, czuje ucisk we wskazówkach, ale nie z takich opresji wychodziła cało.

wtorek, 23 września 2014
Oto co wkrótce zrobicie z siatkówki

Chcecie tego? Naprawdę?

Na szczęście futbol nigdy taki nie będzie.

PS Omega o futbol jest spokojna.

10:04, pavelczado , żal
Link Komentarze (57) »
poniedziałek, 22 września 2014
Żeby fani siatkówki byli kiedyś jak fani piłki

Mam głęboką, naprawdę głęboką nadzieję, że tak się kiedyś stanie. Że kiedyś kibice siatkarscy osiągną poziom kibiców futbolowych. Nie znoszę bowiem nachalności a ta podczas meczów siatkówki wlewa mi się przez nos, usta i bębenki, bulgocze w gardle... Normalnie na meczu nie da się wytrzymać! Przekonałem się o tym podczas niedzielnej gry o mistrzostwo świata.

Siatkówka to świetny, sympatyczny sport. Kiedy mogę, oglądam. Jako że tym razem w trakcie mundialu czasu miałem mało oglądałem niestety tylko finał. Ale za to na żywo, z trybun. Nie mogłem przecież przepuścić tak ważnego wydarzenia w moim mieście.

Świetnie się złożyło, to rzeczywiście była znakomita promocja sportu na najwyższym poziomie. Pamiętam jeszcze mecze kiedy punkty można było zdobywać tylko po własnym serwisie, ktoś kto wymyślił rewolucyjną zmianę, powinien mieć darmowy wstęp na wszystkie mecze siatkówki na całym świecie do końca życia. Teraz to zupełnie coś innego - świetna, dynamiczna, emocjonująca i naprawdę bardzo widowiskowa dyscyplina. Przyglądałem się temu wszystkiemu z podziwem. Podobało mi się. Byłoby idealnie gdyby nie... kibice.

W trakcie wczorajszego pamiętnego wieczoru jedno mi bowiem przeszkadzało: w Spodku panowała mocno mnie żenująca natrętna monokultura.

O co chodzi? Już tłumaczę na przykładzie piłki nożnej.

We futbolu zawsze najbardziej interesowało mnie to co dzieje się na boisku. To co na trybunach - choć bardzo często rzeczywiście fascynujące - jest tak naprawdę jedynie dodatkiem, kwiatkiem do kożucha. Oczywiście kibice to niezwykle istotny element widowiska sportowego, ale mnie jako kibica inni kibice tak naprawdę nie obchodzą. Może inaczej - podczas meczu nie przeszkadzają mi, tak jak i ja im nie przeszkadzam. Nie potrzebuję z nikim czuć się jednością.

W piłce nożnej fajne jest to, że udało wykształcić się kilka wzorów stadionowego kibica, dlatego zawsze można mieć wybór. Chcesz pomachać kartoniadą, rozwinąć sektorówkę, albo rytmicznie poskakać drąc ryja - proszę bardzo. Chcesz spokojnie zobaczyć mecz tak żeby nikt nie wrzeszczał ci nad uchem - nie ma sprawy.  Musisz jedynie wiedzieć gdzie usiąść - oczywiście jeśli chcesz siedzieć. Jeśli chcesz stać - wybierz inny sektor. To wiedza podstawowa.

Tymczasem w Spodku nie dało się normalnie oglądać tego niezwykłego meczu. Czy bez przerwy musiał zasłaniać mi jakiś facet, nagrywający wszystko na telefon i wymachujący jakąś białą albo czerwoną kartką papieru? Czy ciągle musiałem wstawać? Czy ciągle ktoś musiał drzeć mi się do ucha: raaaaaz - dwaaaa - trzyyyyyyyyy!?

Problem polega, że jeśli chcę zobaczyć mecz siatkówki, ale niekoniecznie chcę się wydzierać - jestem na przegranej pozycji. Muszę być narażony na monokulturę. Kibice siatkówki nie wykształcili w sobie jeszcze pojęcia tolerancji. Tolerancji dla chcących kibicować inaczej.

A najgorsze jest to, że to wszystko formatuje koleś, który napędza ten debilizm przez mikrofon. Podniesionym głosem, drżącym z emocji bredził w kółko, że musimy się wznieść na wyższy poziom kibicowania, że Spodek zaraz odleci. Po prostu żenada. 

Niestety nikt nie ściągnął go z piedestału. Facet wydzierał się zachwycony sobą prawie bez końca. Nie było przerwy między kolejnymi piłkami żeby nie ryczał do mikrofonu. Do tego wydawało mu się chyba, że jako Natchniony Anioł Siatkówki wypełnia jakąś wiekopomną misję.

A ludzka wielotysięczna masa w Spodku była... zachwycona. Zachwycona rozeszła się do domów i zachwycona kolejny raz usłyszała potem o sobie w odbiornikach, że jest najlepszą publicznością świata. Wszelkie telewizje musiałyby być pełne wariatów gdyby próbowały temu zaprzeczać. Przecież każdy lubi usłyszeć, że jest najlepszy na świecie. Klient miziany za uszkiem zaczyna z rozkoszą mruczeć a potem pamięta kto go miział. A to przecież bardzo ważne.

Dlatego marzę żeby fani siatkówki byli kiedyś jak fani piłki nożnej. Marzę żeby kiedyś w piłce siatkowej zapanowała na trybunach demokracja. I żeby żaden koleś nie wrzeszczał mi nachalnie do ucha przez mikrofon jak mam się na meczach zachowywać.

PS A że mundial był rzeczywiście fantastycznym wydarzeniem możecie się przekonać z zajmującego alfabetu autorstwa Wojtka Todura, który oglądał prawie wszystkie mecze w Katowicach. Uśmiałem się... 

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.  

16:24, pavelczado , żal
Link Komentarze (48) »
wtorek, 16 września 2014
Kibice Górnika biorą sprawy we własne ręce

Nigdy nie sądziłem, że w Polsce powstanie kibicowska organizacja, która nie będzie miała w ogóle zamiaru zajmować się oprawami albo organizacjami wyjazdów.

A tu proszę - zaczyna działać "Socios Górnik". To ewidentny przekaz, że zwykłym ludziom na tym klubie zależy. Niekoniecznie zależy na wspomnianych oprawach i na wyjazdach.

Zauważam dwa charakterystyczne elementy.

Po pierwsze: stowarzyszenie NICZEGO od klubu nie chce. To chyba nie jest codzienność polskiego futbolu. Zależy mu - co ważne - na transparentności. Jego członkowie będą chcieli wiedzieć tylko na co pójdą zebrane przez nich pieniądze.

Po drugie: z założenia idea stowarzyszenia ma łączyć. Nikt nie sprawdzi jakiego jesteś pochodzenia, wyznania, światopoglądu czy profesji, kompletnie nieważne gdzie mieszkasz i czy lubisz seks albo nikotynę. Nieważne czy popierasz PiS, PO czy SLD - nikt ci niczego nie wytknie. Mają tam działać ludzie prowadzący własne firmy, ale i bezrobotni. Chodzi o to żeby nikt z jakiegokolwiek powodu nie czuł się jako członek "Socios" nie u siebie.

Jeśli ktoś z Was naiwnie myśli, że kibice to drechy - ma okazję się przekonać, że w tym przypadku to nieprawda. Oczywiście kibice w dresach albo lubiący króciutkie fryzurki na glacę też mogą należeć do "socios". Dla "socios" nie ma to żadnego znaczenia. Na przykład mnie o wszystkim poinformował członek zarządu nowopowstałej organizacji, jednocześnie doktorant filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz uniwersytetu w Lille. O szczegółach - możecie dowiedzieć się TUTAJ.

Jestem bardzo ciekaw jakie ta inicjatywa będzie miała przełożenie na realia. Jako kibic śląskiej piłki bardzo chciałbym oczywiście żeby wypaliła. Dlatego życzę "Socios Górnik" wszystkiego najlepszego. Życzę też żeby - jeśli wypali - nie przepoczwarzyła się w coś innego, niekontrolowanego. Żeby jej członkom zawsze przyświecały ideały - te podjęte na początku drogi.

PS Spotkałem się dziś w Gerardem Badią, bohaterem Piasta z ostatniego meczu. W Hiszpanii chciał rzucać futbol, a w Polsce czuje się szczęśliwy. Zdumiało mnie co sprzedaje jego żona. Szczegóły - TUTAJ.

niedziela, 14 września 2014
Szrot

Przyznam, że mierzi mnie nazywanie jakichkolwiek piłkarzy "szrotem". Nie chodzi nawet o to, że to zwykłe chamstwo, które przedostaje się już nawet do przestrzeni publicznej, bo dziennikarze nie wahają się używać tego obrzydliwego sformułowania - nie ma w tym żadnego poszanowania dla ludzkiej godności.

Mierzi mnie bardziej z innego powodu. Otóż tak się składa, że ci, którzy obdarzają konkretnego zawodnika tym epitetem nigdy potem nie odszczekują kiedy obsobaczani piłkarze pokazują, że jednak stać ich na coś godnego pochwały czy wręcz zachwytu.

Na przykład dziś: bez hiszpańskiego tzw. "szrotu" Piast Gliwice nie przeżyłby bodaj najbardziej satysfakcjonującego dnia w historii. Historyczny moment: jak wiadomo Piast pierwszy raz wygrał mecz ekstraklasy na boisku największego rywala, w Zabrzu.

Bramkarz Alberto Cifuentes wybronił dziś mnóstwo groźnych strzałów, przepuścił tylko jeden. Bez niego nie byłoby tego zwycięstwa. Pomocnik Carles Martinez wykonał fantastyczne podanie z którego padła pierwsza bramka. Skrzydłowy Gerard Badia oddał z tego podania fantastyczny strzał z woleja, po którym padł podaj najładniejszy gol w tej kolejce. Bez niego nie byłoby tego zwycięstwa. Napastnik Ruben Jurado naharował się jak wół i choć akurat dziś nie miał szczęścia bez niego nie byłoby tego zwycięstwa. A trener Angel Perez Garcia wszystko to poustawiał. Bez niego nie byłoby tego zwycięstwa.

Czy tych ludzi można przyrównywać do złomowiska samochodowego? Cóż, jest taka moda, zwłaszcza wobec obcokrajowców znajdujących zatrudnienie w polskiej lidze. Hiszpanie z Piasta udowadniają, że jak na nasze standardy, nasze potrzeby prezentują przyzwoity albo bardzo przyzwoity poziom. Powtarzam: niech wkraczający w świat dorosłej piłki Polacy grają lepiej od nich - na pewno wtedy zajmą ich miejsce. Młody Bartosz Szeliga kiedyś pewnie wygryzie z podstawowego składu choćby Carlesa Martineza, życzę mu tego. Ale niech to się dokona w sportowej rywalizacji z której korzysta przede wszystkim Piast. A nie z powodu "pseudopatriotycznego" nachalnego nacisku niektórych kibiców i obserwatorów.

A Górnik Zabrze? Spokojnie. Czasem zdarzają się gorsze mecze czy też gorsze wyniki po nie najgorszych meczach. Przypuszczam, że w tym sezonie jeszcze będzie przepięknie.

PS Nie ukrywam, że jestem gorącym entuzjastą Canal+ (czy też nc+) za sposób pokazywania polskiej piłki ligowej. Konsekwentnie wprowadzany pomysł na komentowanie w trakcie bezpośrednich relacji (1+1), odpowiedni pod względem merytorycznym skład komentatorów, staranne pod względem technicznym realizowanie transmisji, interesujące studio pomeczowe, humor i luz tych ludzi - niezmiennie wprawia mnie w podziw i dobry nastrój. To prawdziwy okręt flagowy tej stacji w Polsce. Z czystym sumieniem płacę za to co chcę dostać.

W tej chwili jest właściwie tylko jedna przypadłość w materiałach tej stacji potwornie mnie irytuje, a która niestety jakby pęcznieje, nabrzmiewa zamiast zanikać. To niezrozumiałe dla mnie "tykanie" reporterów przez piłkarzy w przed- lub pomeczowych rozmówkach. W osobistych relacjach nie ma oczywiście nic złego, jeśli dziennikarz i piłkarz znają się to bardzo dobrze, dziś chyba nie warto już tego ukrywać w wywiadach. Jeśli mówią do siebie na wizji pert "ty" - OK. Głupio jednak słuchać - przyznacie - kiedy reporter wali do gościa per "ty", a ten odpowiada per "pan". No to znają się czy nie? Chyba nie, a reporter moim zdaniem całkiem niepotrzebnie wychodzi w tym momencie na głupka, bo przecież głupcy w Canalu nie pracują. A już całkiem kuriozalnie wychodzi kiedy w tej sytuacji reporter jest młodszy od piłkarza.

PS1 Wysłuchałem ostatnio bardzo ciekawego reportażu wyemitowanego w radiowej Trójce, który jest poświęcony Ernestowi Wilimowskiemu. Dziennikarze zbudowali go w najlepszy możliwy sposób: zapytali ludzi, którzy znali "Eziego", widzieli jego grę, wręcz z nim rozmawiali i na ich relacjach oparli reportaż. Moim zdaniem warto, bardzo mi się podobało. Jeśli też chcecie posłuchać - kliknijcie TUTAJ.

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

 
1 , 2
Archiwum