środa, 21 września 2016
Czy Messi jest potworem

Niecodziennie zdarza się, że kogoś znasz a potem okazuje się, że czytasz książkę, którą napisał i robi na tobie wrażenie.

To przyjemne uczucie - tym razem chodzi o książkę Leszka Orłowskiego "Barca. Złota dekada".

Wydaje mi się oczywiste, że każdy kto interesuje się futbolem musiał widzieć tę drużynę w tym niezwykłym okresie, który - tak naprawdę - trwa nadal i, kto wie, być może najwyższy szczyt nie jest jeszcze zdobyty. Widział może rzadziej, może częściej - na pewno musi jednak się zgodzić, że ten zespół odcisnął piętno nie tylko w historii piłki nożnej, bo to oczywiste, ale i piętno na jej rozwoju. Ten zespół to zjawisko, które zasługuje na osobne opracowania, to oczywiste.

Z reguły dosyć niechętnie sięgam po książki piłkarskie, których twórcami nie są autorzy z krajów o których traktują. Czasem warto robić wyjątek. Tak było w tym przypadku.

Po pierwsze dlatego, że Orłowski to facet, który wie co pisze, a nie pisze co wie.

Po drugie dlatego, że odpowiada mi jego język. Pisze sucho, konkretnie, po rzymsku. Barokowe, piętrowe konstrukcje zdań uwielbiałem kiedy byłem licealistą, ale każdy kiedyś kończy liceum.

Autora poznałem osobiście w 1998 roku w... Portugalii. Byliśmy wtedy na meczu Ruchu z Estrelą Amadora w Pucharze Intertoto. Był wtedy łebkiem, jak ja, nie przypuszczałem więc jeszcze, że wyrośnie na autora, którego będę lubił czytać i będę lubił słuchać. Jego komentarz w telewizji jest jak jego teksty - nienachalny i fachowy. Dawno temu to właśnie z tekstu Orłowskiego dowiedziałem się kiedyś, że jest taki utalentowany koleś o nazwisku Messi i że warto go obserwować, bo coś z niego wyrośnie...

Taka jest również książka o Barcelonie - nienachalna i fachowa. Widać również, że starannie przemyślana o czym może świadczyć jej konstrukcja przypominająca rzymski obóz. Trzy części, dające łącznie dziesięć odsłon, każda z nich podzielona na dziesięć rozdziałów. Czyli Orłowski najpierw dokładnie i starannie wszystko sobie wymyślił, a później jedynie pokolorował. Pokolorował tak ciekawie, że mnie - jako laika - wręcz ujął i po tej lekturze na wiele spraw związanych z Barceloną będę patrzył inaczej niż dotąd.

W jego książce podoba mi się choćby to, że przypomina wrażenia, które później mogły się zatrzeć. Choćby to o Rijkaardzie, którego trenerskie kwalifikacje - patrząc przez pryzmat Guardioli - się lekceważy. "Nie wolno opisywać Holendra jako trenerskiego prostaczka, któremu przypadkiem udało się to i owo zdobyć. Nie był może wizjonerem, ale rzemieślnikiem artystycznym z całą pewnością. Szkoda, że jego motta 'Taktyka nie jest święta, ważne jest jak interpretują ją zawodnicy' - nikt nie przekazał Guardioli. Pozwoliłoby mu to uniknąć wielu bolesnych porażek".

Założenia, które w książce stawia Orłowski są oryginalne, autor nie boi się choćby podważać tez Guillema Balague'a, uznanego publicysty z Barcelony (autora m.in. biografii Guardioli i Messiego) - jak choćby tę, że Guardiola nie potrafił sobie w Barcelonie układać stosunków ze środkowymi napastnikami. Wyjaśnia bez ogródek, z przekonującą argumentacją: Eto'o, Ibra, Henry czy Bojan stali na drodze Messiego i to właśnie on rękami trenera usuwał przeszkody...

Bonusem dla zainteresowanych jest aneks pod wszystko mówiącym tytułem "Barcelona taktycznie". Naprawdę bardzo interesująca lektura.

Ciekawe czy jakikolwiek autor spoza Hiszpanii napisał o Barcelonie tak przenikliwą książkę jak Leszek Orłowski. Poprzeczka zawieszona wysoko.

11:22, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 września 2016
Rozstępują się chmury

Jutro o godz.18 w katowickim Teatrze Wyspiańskiego rozpocznie się spotkanie z Dariuszem Kortko i Marcinem Pietraszewskim, autorami książki "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście". Spotkanie poprowadzi Kamil Durczok, fragmenty książki przeczyta Robert Talarczyk.

Kukuczka... Naprawdę? Co jeszcze można dodać o zdobywcy wszystkich ośmiotysięczników? Wydawać by się mogło, że o jego wspaniałej choć tak tragicznie zakończonej historii napisano już wszystko i do tego pięknie! Co za niespodziewana zmyłka: właśnie napisano „wszyściej” i piękniej... 

Dzielę książki na trzy kategorie. Te, które odrzucam, te, które studiuję w nieśpiesznym skupieniu przez wiele tygodni i te, które pożeram w pół dnia (a częściej w pół nocy) ze złością orientując się, że nadszedł koniec. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście należy do trzeciej grupy. Pożarłem ją cięgiem, bez przerywania - od pierwszej strony do ostatniej. Jechałem na przyśpieszonym oddechu, głębiej odetchnąłem może pięć razy, a po klapnięciu okładką po cichu zmiąłem w ustach przekleństwo, że ma tych stron zaledwie czterysta.

Opowieść jest rzeczywiście fascynująca, narracja rozlewa się wartko, wiele w niej historii opowiedzianych po raz pierwszy a jednocześnie jest w niej element, który w książkach reporterskich uwielbiam szczególnie: snopy światła skupiające uwagę na niezwykłych szczegółach, który eksponowane budują niezwykły obraz całości. Dlatego ostrzegam: nie czytajcie tej książki jeśli akurat macie wykonać coś niecierpiącego zwłoki albo - co gorsza włączyliście do prądu żelazko.

Oczywiście nie będę wam w tym miejscu streszczał historii życia Jerzego Kukuczki. W książce opowiadają o nim ludzie, którzy doskonale go znali na różnych etapach jego kariery. Taka opowieść często jest nierówna kiedy chce się opowiedzieć o wszystkim, a zajmujące kawałki przeplatają się czasem z nużącymi. W tej książce kawałki zajmujące przeplatają się z tymi, które powodują, że te zajmujące uznajemy poniewczasie za... zaledwie zajmujące.

Tym sposobem mamy już, moim zdaniem, polską sportową książkę roku 2016. Nic to, że napisali ją dwaj dziennikarze niesportowi. Zgadzam się w pełni z tym co w przedmowie pisze Bernadette Mc Donald, fantastyczna pisarka górska: „Mam uznanie dla autorów za odwagę w odkrywaniu pełni osobowości Kukuczki. Nie wystarczyła im ta znana, spreparowana dla potrzeb mediów legenda. Autorzy starali się pokazać złożoność człowieka.”

Niektórzy mogliby sądzić po takiej opinii, że skoro tak to zapewne będzie sensacyjnie. Ależ skąd, oczywiście nie ma nic o tym, że Kukuczka wjeżdżał na Makalu na jakach. Nie trzeba tanich chwytów, akurat ta historia to samograj. Efekt? „Biografia jest napisana z szacunkiem i ze zrozumieniem, z humorem i empatią. Podobnie jak w przypadku samego bohatera jest to mistrzowskie dzieło, wykonane w najlepszym stylu” - dodaje Mc Donald. Rzeczywiście: w trakcie lektury można się zarówno wzruszyć jak i zezłościć, popłakać a także zaśmiać. Do wyboru, do koloru...

Nie jest sztuką dostrzec coś interesującego tam gdzie nie patrzą inni. Sztuką jest dostrzec coś takiego tam gdzie już spoglądały tłumy i wydawać by się mogło, że dostrzeżone jest wszystko. Nie każdy reporter to potrafi. Być może powiecie, że tak słodzę, bo autorzy to moi kumple z pracy. Ale wiecie co? Chromolę to. Bo ta książka jest jak południowa ściana Lhotse. „Karawana idzie w deszczu, widoczność słaba. Kiedy docierają do bazy, rozstępują się chmury. Wszyscy zadzierają głowy. - O kuuuuuuuurwa! - krzyczy Artur Hajzer.”

No właśnie.

Zamykam książkę. O kuuuuuuuuurwa...

PS Przy okazji muszę zwrócić uwagę na wątek rzadko eksponowany. Nieczęsto bowiem zdarza się, że tekstowi klasą dorównuje dobór zdjęć, ich jakość i ilość. W przypadku biografii Kukuczki tak właśnie jest. To jedna z najpiękniej wydanych książek reporterskich w Polsce ostatnich lat, wręcz nasycona świetnymi fotografiami.

PS1 Na koniec wątek osobisty związany z moim Załężem, kuźnią intelektualną Katowic. Jak opisują autorzy „ za kołnierz nikt tu nie wylewa. Po wypłacie mężczyźni wracają z pracy do domów zygzakiem. Celina Ogrodzińska, niska, śliczna, 21-letnia, z burzą kruczoczarnych włosów, jest magazynierem, sprzedawcą i kierowniczką sklepu monopolowego przy ul. Gliwickiej. Codziennie ustawia w magazynie skrzynki z wódką i winem, wpisuje zakupy do raportu, układa towar na półkach. Użera się z klientami.”

Właśnie Celina niedługo później zostanie kobietą życia słynnego himalaisty, żoną i matką jego dzieci. 

Po północy zatrzymuję się podekscytowany lekturą przy jednym z monopolowych na Gliwickiej. - A wie pani - mówię ekspedientce zaaferowany - że jedna z pani poprzedniczek wyszła za mąż za sławnego człowieka? Opowiadam jej o Kukuczce.

- To może mnie kiedyś również się powiedzie... - mówi rozmarzonym głosem pani z monopolowego. - Dwadzieścia cztery, pięćdziesiąt, poproszę.

19:54, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 września 2016
Nikt tak nie uderzał z woleja

Odchodzi kolejny Wspaniały Śląski Piłkarz, który zasługuje na pamięć. Ignacy Dybała zmarł wczoraj w Rybniku. Miał 90 lat. Był jednym z najstarszych żyjących reprezentantów Polski, choć nie najstarszym. Zagrał w reprezetacji w 1950 roku.

Miałem zaszczyt z Nim rozmawiać, być może jako jeden z ostatnich dziennikarzy. W zeszłym roku pisałem bowiem tekst do "Kopalni" o Górniku Radlin, zaskakującym wicemistrzu ligi z 1951 roku. 

- Ignac był niesamowitym piłkarzem - opowiadał mi Stanisław Oślizło, legenda Górnika Zabrze, który na Roosevelta trafił właśnie z Radlina, gdzie występował przez cztery sezony w drugiej połowie lat 50. - Zawsze Ignaca lubiłem i ceniłem. W tamtych czasach był wielką gwiazdą, a nie było tego po nim widać. Zawsze był niezwykle przystępny. Niedawno nawet do niego dzwoniłem, bo okazało się, że w lidze włoskiej gra jakiś Argentyńczyk polskiego pochodzenia o nazwisku Dybala. Myślałem, że to może jakiś krewny Ignaca, okazało się, że jednak nie... Muszę powiedzieć, że od tamtych czasów aż do tej pory nie widziałem w Polsce faceta, który uderzałby piłkę z woleja tak wspaniale jak właśnie Ignac. Uderzał niezwykle elegancko: pięknie układał ciało, prawie poziomo do murawy, to było niezwykłe pod względem technicznym - zachwycał się Oślizło. - Woleje wychodziły tylko jak miołech dobre szczewiki [po śląsku buty] - opowiadał mi z charakterystyczną dla wielkich piłkarzy skromnością Ignacy Dybała.

Działacze wyliczyli, że w barwach radlińskiego klubu rozegrał 232 mecze i strzelił 81 bramek. Wiem to od Feliksa Szwedy, obrońcy Górnika w latach 1963-81, który prowadzi klubową kronikę.

Msza żałobna odbędzie się w najbliższą sobotę w bazylice św. Antoniego w Rybniku o godz.10.

Cześć Jego Pamięci.

niedziela, 04 września 2016
Rozśmieszają mnie szmaciarze

Rzeczywiście jest coś niezwykłego w tej piłce nożnej, że obok normalnych ludzi przyciąga także szmaciarzy.

Szmaciarze wyróżniają się tym, że łatwo wpadają ze skrajności w skrajność, łatwo potrafią namierzyć cel, a potem go obsobaczyć i zmieszać z błotem - nawet w sytuacji kiedy tak naprawdę  jeszcze nic strasznego się nie stało.

Owszem, reprezentacja Polski nie zagrała dziś w Kazachstanie nadzwyczajnie, owszem Arkadiusz Milik mógł spisać się lepiej - w sytuacjach, które miał rzeczywiście mógł być skuteczniejszy i w efekcie przesądzić o zwycięstwie reprezentacji Polski. Tym razem nie udało się Polsce, tym razem nie udało się Milikowi. Trudno.

Jednak to dopiero początek eliminacji. Oczywiście szkoda tych punktów, ale tak jak warto zachować umiar w czołobitnym dziękowaniu za miejsce poza podium wielkiej imprezy, tak warto zachować umiar w toczeniu piany po gorszym wyniku na wyjeździe z drużyną uznawaną przez nas za słabszą. Nie wiadomo dlaczego szmaciarze wynoszą kadrę na poziom Argentyny czy Francji, nie wiadomo dlaczego według szmaciarzy nie wypada na wyjeździe zremisować z Kazachstanem. Czyż nie każdemu może się zdarzyć słabszy mecz? Czy Polska straciła szanse na awans?

Pozwólcie, jeszcze parę słów do szmaciarzy. Nieszmaciarzy proszę o zaprzestanie lektury w tym miejscu.

Czołem, szmaciarze;

Po pierwsze: Po Euro rozśmieszały mnie wasze komentarze głoszące, że na boiskach w Rosji z pewnością będzie lepiej. Zapomnieliście, że żeby na nich zagrać trzeba na tyle dobrze spisać się w eliminacjach by awansować, co? To NIGDY nie jest spacerek.

Po drugie: Wiem, że waszym zdaniem mieliśmy Kazachstan pożreć żywcem. Rzeczywistość zrobiła z was głupków więc z charakterystyczną dla szmaciarzy gwałtownością szukacie teraz kozłów ofiarnych. Wiadomo kiedy wchodzi się w czeluść internetowych komentarzy  lub w czeluść knajpy na dzielni trzeba przygotować się na smarowanie gnojem. Jednak chamstwo wybełtane w jakiejś takiej wybuchającej nienawiści i nieuzasadnionej pogardzie ma czasem taką dawkę, że trzeba wręcz umyć zęby. Natężenie drwiny i szyderstw w waszym mniemaniu ma świadczyć o waszej inteligencji? Wolno wam tak sądzić w wolnym kraju. Mnie wolno sądzić inaczej.

Po trzecie: zupełnie nieświadomie robicie dobrą robotę. Wasze pierdzenia i dyszenia powodują, że skóra piłkarza twardnieje, także dzięki wam staje się mocniejszy psychicznie. to nie jest takie oczywiste. Podejrzewam, że gdyby takiego Kazimierza Deynę przenieść znienacka w obecne czasy po jakimś jego nieudanym meczu w reprezentacji nieprzygotowany do skali obecnego hejtu mógłby się załamać. Podejrzewam, że Milik wie jakie pomyje mogą wylać szmaciarze, ale zna własne możliwości i ma poczucie wartości. Dlatego dalej będzie robił swoje;

Po czwarte: kiedy słyszę, że Arkadiusz Milik powinien po takim meczu jak dzisiejszy stracić miejsce w podstawowej jedenastce kadry to ogarnia mnie pusty śmiech. Doceniam talent Łukasza Teodorczyka albo Kamila Wilczka, ale tworzenie jakichś głupkowatych memów, skreślanie z obłędem w oczach i pianą na ustach takiego zawodnika jak Milik powoduje, że jesteście jeszcze bardziej szmaciarscy;

Po piąte: przygotujcie oczywiście garnce miodu. Przechodzenie ze skrajności w skrajność jest dla was typowe. Przypuszczam, że niedługo w zachwycie po jakimś kolejnym meczu eliminacyjnym będziecie z nich polewać Milika, z uwielbieniem patrząc mu w oczy i z wdzięcznością wzdychać za to co robi, a swoim dzieciom będziecie dawać na imię Arek. Bo na polskie warunki to znakomity piłkarz, który ciągle się rozwija. Jak sądzicie, szmaciarze, ilu polskich piłkarzy w wieku 22 lat zdążyło dla reprezentacji Polski strzelić 11 bramek? Może Wilimowski czy Lubański, ale to byli geniusze.

Żegnam ozięble i obyśmy się, szmaciarze, nie spotkali.

PS Jeszcze jedno: wiadomo, że nerwy mogą puszczać także na boisku, każdy jest człowiekiem. Uprzejmie prosiłbym jednak Kamila Glika żeby nie puszczały mu akurat w taki sposób. To było tak zawstydzające, że aż dech mogło zaprzeć.

czwartek, 01 września 2016
Latal. To wcale nie pierwszy tak szybki powrót

Radoslav Latal wrócił do Piasta Gliwice po zaledwie 47 dniach. Kibice Piasta z nadzieją oczekują tego co będzie dalej.

Po konferencji na której przedstawiono starego-nowego trenera koledzy dziennikarze mówili, że nie przypominają sobie takiej sytuacji. Czadoblog jest już sędziwy więc jedną podobną sobie przypomina. Historia wydarzyło się zresztą całkiem niedaleko od Gliwic.

6 listopada 2000 roku trenerem GKS-u Katowice przestał być Bogusław Kaczmarek. Po powrocie do ekstraklasy Marian Dziurowicz spodziewał się, że w rundzie jesiennej zespół zdobędzie 20 punktów. Kiedy jednak okazało się, że nie ma szans na wypełnienie limitu doskonale działająca, nigdy nie zacinająca się dziurowiczowska gilotyna z furkotem spełniła powinność: w dwóch ostatnich spotkaniach rundy jesiennej drużynę poprowadził wcześniejszy kierownik drużyny Lechosław Olsza.

Różnica w położeniu Kaczmarka i Latala była jednak zasadnicza:  działacze GKS-u, zgodnie z obowiązującymi przepisami PZPN, kontraktu z Kaczmarkiem zerwać jednak nie mogli i według obowiązującej umowy miał na Bukowej zapewnioną pracę do czerwca. Był więc w klubie a jakby go nie było...

6 stycznia 2001 roku Kaczmarek wrócił jednak na stanowisko pierwszego trenera GKS Katowice. - Od tego momentu proszę mnie już nie kojarzyć z klubem - zadeklarował wtedy zdumionym dziennikarzom Marian Dziurowicz. Dobrze to pamiętam. Powrót Kaczmarka na stanowisko pierwszego trenera przeforsował młodszy syn Dziurowicza - Piotr, który zaledwie kilka tygodni wcześniej został prezesem sportowej spółki akcyjnej GKS. Dziurowicz junior podkreślał, że od dawna był do Kaczmarka przekonany, ale jako że liczył się z opinią ojca także i jego musiał przekonać. Udało mu się.

- Piotr jest na tyle doświadczony, że może od teraz pracować na własne konto. Ja dziękuję wszystkim za współpracę. Już zrobiłem, co do mnie należało: GKS wrócił do ekstraklasy, wygrałem wybory na prezesa Śląskiego OZPN i... wystarczy. Proszę nie kojarzyć mnie już z GKS-em Katowice - oświadczył wtedy Marian Dziurowicz senior. Jego ostatnią formalną decyzją była zgoda na powrót do pierwszego zespołu Bogusława Kaczmarka. Trener wrócił na stanowisko po 61 dniach.

Jak potem poszło Kaczmarkowi? Nieźle. Popracował już do końca sezonu czyli do czerwca 2001 roku. Wyciągnął drużynę na ósme miejsce w tabeli, potrafiła m.in. złoić na wyjeździe Legię (pamiętacie Moussę Yahayę? To był kolo...). A przecież był to dla GieKSy trudny czas, często brakowało prądu, gazu i ciepłej wody czyli coś co w dzisiejszym Piaście w ogóle nie mieściłoby się w głowie...

Myślę jednak, że gdyby na koniec obecnego sezonu Piast zajął pod wodzą Latala ósme miejsce - takie jak kiedyś GieKSa Kaczmarka -  nikt by się w Gliwicach nie obraził. Pewnie byliby jednak niezadowoleni: przy debilnej reformie oznaczałoby to bowiem rewelacyjną grę w dalszej części rundy jesiennej i w efekcie awans do pierwszej ósemki oraz formę dość mizerną albo nawet bardzo mizerną w rundzie wiosennej, bo nie udałoby się już zaatakować lepszej pozycji.

Latem 2001 roku Kaczmarek jednak nie wytrzymał. Nie dostawał pensji od siedmiu miesięcy i wspólnie z asystentem Markiem Kostrzewą podjął decyzję, że już koniec tego dobrego. - Nie jesteśmy od tego, aby łagodzić konflikty, zażegnywać bunty. Chcemy zająć się jedynie pracą szkoleniową, z piłkarzami - tłumaczył.

Można być pewnym, że drugie odejście Latala z Piasta będzie z zupełnie innego powodu niż odejście Kaczmarka z GKS-u.

PS A u rywala zza miedzy prezydent Zabrza chce się spotkać z kibicami.

PS1 A może przypominacie sobie inne tak szybkie trenerskie powroty?

Archiwum