piątek, 31 października 2008
Kręcina i przewrót majowy 1926

Kandydat Zdzisław Kręcina zaskoczył cały Sheraton i pół Polski siedzącej przed telewizorami stwierdzeniem: "Musimy być jednością. Próbują rozbić PZPN już od czasów Zamachu Majowego w 1926".

Wielu (zwłaszcza ci, którzy historię PZPN-u znają dopiero od czasów Mariana Dziurowicza) jego słowa odebrało jako kuriozalne i zachęcające do szyderstwa. Ale ja wstrzymałbym się z chichotaniem: jeśli przyjrzeć się związkom naszego futbolu z pozornie mocno do niego odległymi dramatycznymi wydarzeniami sprzed ponad 80 lat, okaże się, że słowa Kręciny nie są wcale pozbawione sensu. Tylko, że sensu... zupełnie innego niż sekretarz generalny  chciał przywołać.

Przewrót majowy rzeczywiście miał wpływ na historię PZPN-u i naszej piłki. A było tak:

W połowie lat 20. w Polsce ciągle nie było ligi piłkarskiej. Demokratycznie wybierane władze związku, urzędujące od początku istnienia w Krakowie, reprezentowały stary, romantyczny, uroczy, bardzo zasłużony świat pionierów polskiego piłkarstwa. Związek jak lew bronił idei wyłaniania mistrza Polski w archaicznej formule rywalizujących ze sobą najlepszych drużyn okręgów piłkarskich, na które podzielony był cały kraj. Generalnie wiosną wyłaniano mistrzów okręgu, którzy jesienią rywalizowali o mistrzostwo. Najlepsi grali ze sobą dopiero w drugim półroczu - nic dziwnego, że w pierwszych miesiącach roku poziom rozgrywek, ich prestiż, a w efekcie zainteresowanie kibiców, pozostawiały wiele do życzenia.

Najmocniejsze kluby chciały zmian, bo szybko zrozumiały, że liga przyniesie więcej atrakcyjnych meczów i wzrost frekwencji, a dzięki temu zarobią dużo więcej. Ale ówczesny PZPN ani myślał się na to godzić. Chęć powołania ligi traktował jako przejaw targnięcia się na jego samorządność.

W sukurs działaczom najlepszych klubów przyszła dziejowa zawierucha: po przewrocie majowym Józef Piłsudski oparł rządy na armii, a ta chciała kontrolować wszystkie dziedziny życia. Oczywiście wojskowi nie mieli zamiaru odpuszczać bardzo już wtedy popularnej piłki nożnej. Z kolei futbolowy związek nie mógł zgodzić się na utratę niezależności... Dla niego było już jednak za późno: silne kluby i wojsko szybko zorientowały się, że mają wspólny interes. Interes w powołaniu konkurencyjnej organizacji czyli...ligi.

"Wielka batalja o losy piłki nożnej w Polsce" - donosił "Przegląd Sportowy" w lutym 1927 roku, relacjonując nadzwyczajne zebranie PZPN i odbywające się jednocześnie zebranie założycielskie Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Dla Edwarda Cetnarowskiego, prezesa PZPN-u od chwili jego powstania, projekt samodzielnych rozgrywek z własnym Wydziałem Gier i Dyscypliny i własnym Kolegium Sędziów był nie do przyjęcia. Dla niego "sprawa Ligi nie istniała". Dlatego secesjoniści z PLPN, grupującej wszystkie najsilniejsze kluby z wyjątkiem związanej z Cetnarowskim Cracovii (także Ruch był początkowo niechętny) zdecydowała, że 1 marca 1927 roku występuje z PZPN!

"Należy przyjąć, że genezę postulatów Ligi wytworzyło samo życie i że postulaty te są wyrazem potrzeb realnych i oczywistych - a nie są bagatelnemi faramuszkami lub podwórkową intrygą. Na żądania życia trzeba było dać odpowiedź życiową. Odpowiedzi takiej P.Z.P.N - nie dał" - zżymali się dziennikarze.

PZPN został w Krakowie, zbuntowana PLPN zdecydowała, że jej siedzibą będzie Warszawa. O jej losach od początku decydowała armia. W  skład pierwszego zarządu Ligi weszli -  co bardzo symptomatyczne - płk Więckowski, płk Wasserab i mjr Jachieć. Prasa donosiła, że "na prezesa Ligi upatrzona jest jedna z najwybitniejszych i szeroko ustosunkowanych osobistości świata wojskowych" (został nim gen. Roman Górecki, prezes Legii Warszawa, bardzo aktywnie działającej na rzecz powołania ligi).

PZPN groził zgłoszeniem problemu władzom międzynarodowego piłkarstwa, ale od początku stał na straconej pozycji i szybko się ugiął. Po prostu: Lidze i PZPN-owi armia kazała się pogodzić - domagał się tego ważny wtedy państwowy Urząd Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. Tak się złożyło, że zwolennicy starego porządku i starego PZPN-u stanęli pod ścianą: w razie sprzeciwu mogli zapomnieć m.in. o państwowych subwencjach, a związkowy budżet prezentował się wtedy fatalnie (deficyt za rok 1926 miał wynosić 27 000 zł)...

Na nadzwyczajnym zebraniu PZPN-u, które odbyło się już w Warszawie (połowa stycznia 1928) wzięli już udział  zwolennicy Cetnarowskiego i secesjoniści. Targi trwały do ostatka, "podawano rękę do zgody, ale tą samą rękę próbowano w chwili uścisku jeszcze choćby uszczypnąć". Ostatecznie dr Cetnarowski musiał zrezygnować z prezesury, w 1928 roku siedzibę PZPN-u przeniesiono na stałe do Warszawy. Związek oczywiście przejęli zawodowi wojskowi: ich łupem padło stanowisko prezesa (gen. Władysław Bończa-Uzdowski), wiceprezesa, sekretarza (dziś powiedzieliśmy sekretarza generalnego czyli stanowisko Kręciny), skarbnika oraz referenta spraw zagranicznych. Ale za to od razu można było pójść po państowową dotację w wysokości 50 000 zł... Liga wystartowała, a pierwszym mistrzem w 1927 roku została Wisła Kraków.

Wojsko rządziło PZPN-em już do samego wybuchu wojny. Przyznacie: nie było mowy, żeby sprawy polskiego piłkarstwa potoczyły się w ten sposób, gdyby nie przewrót majowy.

Sekretarz Kręcina przywołując na mównicy w Sheratonie zdarzenia z 1926 roku miał chyba na myśli długą i heroiczną walkę PZPN-u o niezawisłość albo wieloletnie użeranie się z liskami-chytruskami próbującymi dostać się do kurnika. Prawdopodobnie zapomniał, albo nie wiedział, że złapanie PZPN-u za twarz w latach 20. przyniosło duży postęp naszego futbolu. Nikt nie zaprzeczy, że powołanie ligi, czemu związek się sprzeciwiał, było gigantycznym sukcesem. 

Czy można tedy uznać, że nagły wzrost poziomu polskiej piłki to efekt przewrotu majowego?! Teza być może trudna do udowodnienia, ale faktem jest, że w latach 30., kilka lat po tamtych wydarzeniach, nasze piłkarstwo mogło już się równać do najlepszych na świecie.

Analogie między 1926(7), a 2008 rokiem?

Po pierwsze: tak samo jak i wtedy na zdecydowane i niekoniecznie demokratyczne działania względem PZPN-u było przyzwolenie społeczne i poparcie znacznej części mediów.

Po drugie: rozwiązanie siłowe (z zachowaniem pozorów demokracji) przyniosło wtedy polskiej piłce postęp, teraz mogłoby być podobnie. Nikt nie ma chyba co do tego wątpliwości widząc fatalny poziom wystąpień delegatów podczas czwartkowego zjazdu. Aż dziw bierze, że tacy ludzie tworzą wierchuszkę PZPN... Tyle, że tak jak przed wojną FIFA nie zdecydowała się na ostrą akcję w obronie "P.Z.P.N.-u", tak teraz - po nieudanej awanturze z kuratorem Zawłockim - zareagowała natychmiast. A robienie porządków za cenę wykluczenia nas ze struktur międzynarodowych osobiście wcale mi się nie uśmiecha. Nie tylko ja tak uważam, dlatego na podobne zawłaszczenie PZPN-u jak przez armię w latach 20., nie ma dziś żadnych szans.

Przywołując ważny epizod polskiej historii sprzed kilkudziesięciu lat Zdzisław Kręcina nie przypuszczał chyba, że odniesienie się do dzisiejszej sytuacji potrzebującego zmian polskiego futbolu, jest trafne i w jakiś sposób symboliczne. Tyle że całkowicie niezgodne z jego intencjami. 

PS Dobra wiadomość: pewnie już wiecie, że kielichy zostają! Ale się cieszę...

01:53, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 27 października 2008
Jeszcze o klubie "Polonia Warszawa"

W związku z wpisem na Czadoblogu pt. "1000 goli Polonii? Bzdura" Adam Drygalski z biura marketingu klubu "KSP Polonia Warszawa" napisał do mnie bardzo uprzejmy list.

Szanowny Panie!

Jest nam niezwykle miło, że czekanie na tysięczną bramkę dla warszawskiej Polonii zainteresowało także entuzjastów piłki nożnej na Śląsku, regionie, który bardzo wiele wniósł w rozwój polskiego piłkarstwa.

Pragniemy Panu wyjaśnić, iż dla osób związanych z warszawską Polonią, ponad komunikaty giełdowe, fuzje i przejęcia, liczy się przede wszystkim tradycja i przywiązanie do barw klubowych, które dla wszystkich znających historię Warszawy i Polonii mają olbrzymie znaczenie.

Bramka strzelona przez Filipa Ivanovskiego jest więc dla nas bramką nr 1000, bramką historyczną, z której, tak jak z każdej innej zdobytej dla „Czarnych Koszul” jesteśmy dumni.

Chcielibyśmy, aby i Pan miał okazję poznać bogatą historię naszego Klubu, której próżno szukać w komunikatach giełdowych i na metkach dobrze skrojonych marynarek. Dlatego też pragniemy przekazać Panu książkę Roberta Gawkowskiego "Warszawska Polonia - piłkarze Czarnych Koszul 1911-2001".

Pozostając z wyrazami szacunku,

Adam Drygalski

Biuro Marketingu KSP Polonia Warszawa

                                         * * *

Czuję się w obowiązku odpowiedzieć.

Szanowny Panie! 

Pragnę Panu wyjaśnić, że uwielbiam polską ligę, interesuję się nią od dzieciństwa. Losy Polonii Warszawa śledziłem z sympatią przez wiele lat, bardzo ucieszył mnie jej powrót do ekstraklasy w 1993 roku. Dlatego bardzo żałuję, że klub któremu zawsze dobrze życzyłem zniknął teraz z rozgrywek szczebla centralnego.

Tradycja i przywiązanie do barw klubowych mają dla mnie olbrzymie znaczenie. Dlatego wcale nie czekałem - jak Pan sugeruje - na tysięczną bramkę Polonii w ekstraklasie. Jeszcze raz daję w tym miejscu wyraz swemu zdumieniu, że w ogóle na tak kuriozalny jubileusz można było czekać, a tym bardziej go obchodzić.

Jednocześnie z całą mocą podkreślam: absolutnie nie mam nic przeciwko klubowi "Polonia Warszawa", który występuje obecnie w ekstraklasie. Tylko tyle, że nie uznaję go za tożsamy z Polonią Warszawa, która wcześniej zdobywała dwa tytuły mistrzowskie. Mój stosunek do klubu, który Pan reprezentuje jest całkowicie obojętny: jest mi wszystko jedno czy zagra on w pucharach, czy może spadnie z ligi. Zarówno jego sukcesy jak i porażki nie wywołują we mnie najmniejszych emocji, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że są ludzie u których "Polonia Warszawa" te emocje jednak wywołuje.

Serdecznie dziękuję za książkę Roberta Gawkowskiego o historii Polonii Warszawa z lat 1911-2001. Być może za jakiś czas Pański klub także doczeka się monografii podobnej do tej, której dorobiła się tamta wspaniała stołeczna drużyna. Życzę Panu tego. 

Pozostając z wyrazami szacunku,

Paweł Czado

                                         * * * 

Zastanawiałem się, czy wszyscy ludzie związani z "Polonią Warszawa"  prezentują  to specyficzne "przywiązanie do barw klubowych i tradycji". Odetchnąłem z ulgą, kiedy przeczytałem ten tekst. Okazuje się, że nie u wszystkich liczy się tylko parcie na sukces. To mnie cieszy.

                                             % 
PS Jeszcze o zawstydzających wydarzeniach na stadionie GKS-u Katowice. Poniżej wyznanie kibica z ”blaszoka” czyli z trybuny z której rzucono na murawę te fatalne serpentyny i z której później wybiegli chuligani pobić się ze służbami porządkowymi. 
Z forum www.gieksa.pl:
Jest mi smutno, :-(. Od 1993 roku jestem na GieKSie i teraz po raz pierwszy zakręciła mi sie łezka w oku. Mam 6-letniego syna, którego próbuję zarazić (albo już zaraziłem) piłką nożną. Moja małżonka ma zdanie o kibicach takie jak media (że debile, bydło itp.). Na pierwszym meczu rodzinnym byliśmy na Baniku i żona mówiła że "kolorowo". Potem poszliśmy na Podbeskidzie w zeszłym sezonie. Mały zachwycony dostał: długopis, baloniki, wlepy (wielkie brawa dla Bractwa Weteranów). Teraz też chciałem go zabrać, ale jednak poszedłem sam. Zaczęła się zadyma, a policja rozpoczęła bieg w stronę sektora A. Obok mnie stał gość który dostał gumową kulą w nogę a ZARAZ ZA NIM OJCIEC Z 8-10 LETNIM SYNEM! Wtedy coś we mnie pękło.

MAM DOŚĆ:
1. debili, którzy buczą na czarnoskórych,
2. matołów, którzy dostali serpentynę i urządzili sobie z liniowego cel (kilka "nieudanych" prób na poczatku II połowy),
3. małolatów, którzy wp...słonecznik, a jak lecą bluzgi to drą mordę, aż grdyka im przed zęby wyskakuje.

Szkoda mi Ultraski, bo to co robią jest GIT. Niestety jesteśmy niedojrzali i nie dorośliśmy do takiego poziomu kibicowania naszej GieKSie, który określiłbym jako poprawny.

Póki co moja małżonka chodzi i powtarza "a nie mówiłam". To jest najgorsze, bo ma rację” (...)
Dudi 1979
niedziela, 26 października 2008
GKS Katowice ma dosyć

Wiele w futbolu widziałem, ale dwóch sędziów jednocześnie zwijających się z bólu na murawie podczas meczu piłkarskiego - nigdy. To efekt bezmyślnej akcji szalikowców GKS-u Katowice, którzy na początku drugiej połowy dzisiejszego meczu z GKS-em Jastrzębie umówili się i w jednej chwili rzucili z "blaszoka" na murawę mnóstwo serpentyn. Niektórzy z nich nie potrafili (a może nie chcieli) uczynić tego prawidłowo: niektóre serpentyny nie rozwinęły się i poleciały na murawę jak pociski. Kilka z nich boleśnie trafiło piłkarzy gości, dostali nimi także dwaj sędziowie. Liniowy dostał pod żebro, główny w skroń. Ogłuszonego pogotowie zawiozło do szpitala na obserwację. Mecz został przerwany, a rozzłoszczeni bandyci wybiegli na murawę i zaatakowali służby porządkowe.

To była dla nich dobra zabawa, ale nie wiem czy zdają sobie sprawę, że to może być ostatnia "zabawa" tego typu. Katowiccy działacze są zrozpaczeni, wątpią w sens dalszej pracy na rzecz klubu. Na razie nie chcą się oficjalnie wypowiadać, ale niektórzy z nich nie mają wątpliwości. - Dla mnie to koniec GKS-u Katowice. Koniec szans na dobre wyniki, na sponsora, na nowy stadion - powiedział mi bliski płaczu jeden z nich. - Trzy lata temu dzięki kibicom ten klub powstał, teraz dzięki nim może upaść - dodał inny. A prezes Jan Furtok rozważa rezygnację...

Na trybunie rozmawiałem z Gerardem Rotherem, legendą GKS-u, człowiekiem, który strzelił gola Barcelonie. Był autentycznie załamany. - Jak kibice, którzy uważają się za najlepszych w Polsce, mogą działać na szkodę własnego klubu?! GKS prowadził 1:0, grał dobry mecz, a tu coś takiego... Wstyd!

Katowiccy piłkarze są podobnego zdania, choć podkreślają, że niezręcznie im się wypowiadać. Jeden z nich powiedział, że można tylko westchnąć. Inny dodał, że zawsze mówi szczerze, więc teraz... nic  nie powie.

Czy GKS podniesie się po dzisiejszym fatalnym dniu? Jedno jest pewne - jeśli się nie podniesie, to szalikowcy będą za ten stan rzeczy winić wszystkich dookoła: PZPN, prezydenta Uszoka, sędziów i dziennikarzy.

I oczywiście nadal będą uważać, że robią najlepsze oprawy meczowe w Polsce.

PS Ciekawe czy cokolwiek do nich dotrze jeśli na koniec sezonu okaże się, że GKS-owi Katowice do utrzymania zabrakło trzech punktów. Właśnie tych trzech, które mógł zdobyć w meczu z Jastrzębiem.

sobota, 25 października 2008
1000 goli Polonii? Bzdura

Nie wiem dlaczego wszyscy się podniecają, że Filip Ivanovski strzelił dla Polonii Warszawa tysięcznego gola w ekstraklasie. Przecież to nieprawda: licznik Polonii zatrzymał się na 981 bramkach!

Z kolei ten klub o nazwie "Polonia Warszawa", który obecnie występuje w ekstraklasie swoją pierwszą bramkę w najwyższej klasie rozgrywkowej zdobył nie w 1927 roku, a dopiero siedemdziesiąt lat później. 17 sierpnia 1997 roku strzelił ją w Grodzisku Wielkopolskim Grzegorz Więzik (urodzony w Łodygowicach, woj. śląskie) w meczu z Pogonią Szczecin. Przez te jedenaście lat z okładem obecny klub Ivanovskiego strzelił w ekstraklasie dopiero 429 goli (30 w sezonie 1997/98, 29 w sezonie 1999/00, 35 w sezonie 2000/01, 36 w sezonie 2001/02, 56 w sezonie 2002/2003, 59 w sezonie 2003/04, 46 w sezonie 2004/05, 37 w sezonie 2005/06, 40 w sezonie 2006/07, 52 w sezonie 2007/08 oraz 19 w obecnym sezonie 2008/09).

Dowód na to znajdziecie w symptomatycznie ukrytym, ostatnim akapicie tego giełdowego komunikatu.

To nie jest fuzja, to nie jest nawet wchłonięcie. To tak jakby do dobrze skrojonej marynarki zrobionej przez zdolnego krawca przyszyć metkę starej, powszechnie szanowanej firmy. Ale to przecież nadal jest ta sama marynarka, co wcześniej. A co z oryginalną marynarką, z której odpruto metkę?

piątek, 24 października 2008
Najważniejszy stadion w Polsce...

...po 29 kwietnia 2011 roku ma wyglądać tak:

makieta Stadionu Śląskiego

makieta 

makieta

makieta

Będzie:

- całkowicie zadaszonych 51719 miejsc rozmieszczonych na 40 rzędach trybun górnych i 30 rzędach trybun dolnych;

- 132 miejsca dla wózków inwalidzkich; 

- 20 luksusowych sky-boksów z 325 miejscami dla VIP-ów i 1458 miejscami biznesowymi;

- 741 stanowisk dla dziennikarzy;

- 240 stanowisk dla komentatorów radiowych i telewizyjnych;

- 827 toalet.

Bajer, co?

czwartek, 23 października 2008
Piast mógł być Ruchem

Lubię sobie czasem w duchu historii alternatywnej powymyślać ”co by było gdyby...”

Co by było gdyby Sobieski nie ruszył pod Wiedeń?

Co by było gdyby Amerykanie nie zaangażowali się w wojnę z Hitlerem w Europie?

Co by było gdyby dziadek Anthony'ego Kiedisa nie zdecydował się opuścić na zawsze ojczystej Litwy i wyemigrować do Stanów?

Dokładnie tak sformułowanych pytań dotyczących futbolu można zadawać sobie więcej niż mnóstwo. Dlatego zadaję je sobie z okazji piątkowych derbów Piasta Gliwice z Ruchem Chorzów: co by było gdyby pewien mecz między tymi zespołami w 1947 roku zakończył się inaczej?

Mało kto dziś pamięta, że założona w 1945 roku drużyna Piasta mogła zostać pierwszoligowcem po zaledwie dwóch latach istnienia! W krótkim czasie udało się stworzyć w Gliwicach całkiem silny zespół, którego ozdobą byli bramkarz Stanisław Zięba, obrońca i jednocześnie grający trener Karol Dziwisz (przed wojną 5-krotny mistrz Polski z Ruchem), skrzydłowy Henryk Mączka oraz środkowy napastnik Robert Gruner (znany także pod drugim nazwiskiem Gronowski. Był tak dobry, że zagrał nawet w reprezentacji Polski, ale już w barwach... Lechii Gdańsk).

Tuż po wojnie Piasta określano jako ”najlepszy klub piłkarski Ziem Odzyskanych”. W 1947 roku gliwiczanie zostali mistrzem opolskiej A-klasy i dzięki temu mogli przystąpić do eliminacji międzyokręgowych o awans do I ligi (czyli dzisiejszej ekstraklasy).

Los sprawił, że na drodze stanął jej odradzający się po wojennej przerwie Ruch. 27 lipca 1947 roku Gliwiczanie pojechali do Chorzowa na mecz z najsławniejszą przedwojenną śląską drużyną. Grali bez respektu, spisywali się znakomicie. ”Posiadają dobrą obronę i bramkarza Ziembę, który miał wyjątkowe pole do popisu (...) Poza tym wyróżniał się Gruner na środku ataku przez umiejętne prowadzenie linii napadu oraz skrzydłowi Malucha i Mączka, zwłaszcza ten ostatni okazał się bardzo niebezpiecznym strzelcem” - donosili dziennikarze.

Pamiętający tamte czasy starsi kibice Ruchu przyznawali, że ich drużyna miała wtedy sporo szczęścia. Do przerwy Ruch prowadził 3:2, potem gliwiczanie wyrównali na 3:3. ”Zawodnicy Piasta wykazali doskonałą kondycję fizyczną i byli przeciwnikiem równorzędnym” - uważali sprawozdawcy. Gole dla Ruchu w tamtym meczu strzelili Gerard Cieślik i Henryk Alszer (po dwa), a dla Piasta niezawodny Gruner i dwukrotnie Mączka. Ten drugi dołożył w końcówce jeszcze jedną bramkę (wyrównując na 4:4), ale sędzia stwierdził, że gol padł ze spalonego, w dodatku wyrzucił potem gliwickiego skrzydłowego z boiska. Piłkarze i kibice Piasta nie mogli się z tym pogodzić, na widowni zapanował tumult.

Ostatecznie Ruch wygrał 4:3, ale ten mecz na lata stał się w Gliwicach symbolem piłkarskiej krzywdy. Piłkarze Piasta podłamani porażką stracili wiarę w końcowy sukces, rewanż nie miał już historii (1:5). Ruch wygrał rozgrywki grupowe, potem jeszcze eliminacje krajowe (m.in. 11:1 z Widzewem) i w efektownym stylu wywalczył miejsce w I lidze.

Pytanie brzmi: czy gdyby Piast wygrał wtedy w Chorzowie z Ruchem, zająłby jego miejsce w historii śląskiej piłki? Czy byłby w stanie przejąć jego sukcesy i kibiców? Czy moglibyśmy mówić o wielkim Piaście lat 50. zamiast o wielkim Ruchu lat 50.?

Chyba jednak raczej nie. Być może niesiony sukcesem Piast rzeczywiście dorobiłby się wielkiej drużyny, być może to w niego zainwestowałoby górnictwo, a w efekcie to mecz Piast-Ruch stałby się Wielkimi Derbami Sląska. Ale Ruchowi gliwicki sukces raczej by wtedy nie zaszkodził. W tamtych czasach nie było przecież tak jak dziś, kiedy brak spodziewanego sukcesu powoduje, że drużyna wali się jak domek z kart, a piłkarze szybciutko przenoszą się do innych klubów. Tamten Ruch składał się nie z najemników, a z kibicujących mu od maleńkości chorzowian, którzy zawsze chcieli w nim grać. Wtedy drużyn nie zmieniało się tak łatwo jak dziś, gra w jednym klubie przez całą karierę nie należała do rzadkości, a chorzowianie mieli wtedy wyjątkowo uzdolnioną pakę. Dlatego pewne jest, że gdyby Ruch z Cieślikiem na czele potknął się na Piaście w 1947 roku, to uzyskałby promocję do ekstraklasy w 1948...

Pewnie niewielu już gliwickich kibiców obecnych na piątkowym meczu w Wodzisławiu wspomni tamto spotkanie. Za to fani z Chorzowa powinni dobrze pamiętać inny, całkiem niedawny mecz z Piastem. 22 marca 2004 roku w oficjalnym meczu Ruchu właśnie przeciw gliwiczanom zadebiutował 18-letni wówczas Piotrek Ćwielong. W 51. min ”Pepe” popisał się kapitalnym strzałem z woleja, ale Jacek Gorczyca (dziś GKS Katowice) świetnie obronił. ”Wydaje się, że z Ćwielonga, ucznia III klasy Technikum Elektrycznego w Chorzowie Batorym, "niebiescy" będą mieli wiele pociechy. Nastolatek, który kibicuje Ruchowi od dziecka, jest zachwycony, że może grać z dawnymi idolami” - pisałem wtedy w ”Gazecie”.

pepe

PS Działacze przechodzącego kryzys GKS-u Katowice robią co mogą, żeby zmotywować drużynę, która zajmuje ostatnie miejsce w I lidze. Przed GKS-em seria trzech meczów u siebie, jeśli zakończą się klapą, nic ”Gieksy” nie uratuje przed spadkiem.
W niedzielę derbowy mecz z Jastrzębiem, tymczasem wczorajszy wieczór niektórzy piłkarze z trenerem Adamem Nawałką na czele spędzili w kinie Światowid na specjalnie dla nich zorganizowanym pokazie filmu ”Boisko bezdomnych”.
Też się wybrałem (dziękuję za zaproszenie) i spędziłem w kinie dwie fajne godziny. Zgadzam się, że właściwie nie jest to film ani o boisku, ani o bezdomnych, a raczej o sposobie na życie kilku pechowych rozbitków, których los zgromadził w jednym miejscu i czasie. Obraz nie ustrzegł się pewnych stereotypów, uproszczeń: znów zobaczyliśmy historyjkę o tym, że ”dzięki futbolowi główny bohater odzyskuje wiarę w siebie, pokonuje świat, a przynajmniej własne słabości”. Właściwie mogłoby mnie mierzić, że Górny Śląsk został przedstawiony w tym filmie jako diaboliczne miejsce bez przyszłości, które trzeba opuścić, żeby się w życiu odnaleźć. Ale dałem se na luz, najważniejsze, że nasz region był fajnie filmowany, a sceny na stadionie Szombierek Bytom to bajka. Bardziej irytowało mnie, że większość aktorów (choć nie wszyscy) to kompletne futbolowe łamagi, choćby po sposobie poruszania się na boisku widać, że chyba nigdy za bajtla nie grali w piłkę na podwórku...
Doceniam za to starania filmowców, którzy robili wszystko, żeby nie można było rozpoznać Stadionu Śląskiego. Ze względów oszczędnościowych (?) grał on bowiem zagraniczny obiekt na którym odbywały się mistrzostwa świata bezdomnych. Ale kto jest uważny rozpozna w tle charakterystyczne bloki z Osiedla Tysiąclecia:-)
Tak czy inaczej film można zobaczyć. Także dlatego, że świetną rolę wykreował pochodzący z Tarnowskich Gór Eryk Lubos. Na pewno doskonale go znacie: to ”Juby” z ”Oficera”. To on w tamtym serialu wygłosił jedno z najbardziej przeze mnie ulubionych haseł w historii polskiego filmu:
”to są racuchy, debilu!”
eryk lubos

wtorek, 21 października 2008
Kielichy zostawcie w spokoju!

Miałem nadzieję, że w 2012 roku kibice z całego kontynentu zjeżdżając na odbywające się na Stadionie Śląskim mecze Euro, będą mieli okazję podziwiać wyrafinowane piękno dworca PKP w Katowicach. Tymczasem jakiś mądrala zdecydował, że dworzec zostanie wyburzony.

 

dworzec nasz kochany 

Nie znam drugiego budynku w Polsce, który budziłby tak skrajne emocje. Ja należę do jego wielbicieli. Nie tylko ze względu na wiele fajnych wspomnień. Jak twierdzą fachowcy to ”najlepszy budynek brutalistyczny w Polsce”. Jego betonowe kielichy w hali głównej zawsze wprawiają mnie w delikatne, pełne podziwu drżenie. Budowano go w latach 1966-72 i aż dziw bierze, że po paskudnym okresie socrealizmu w architekturze, pojawiło się u nas takie cacko.

Zdaję sobie sprawę, że katowicki dworzec ma także duży negatywny elektorat, wielu Ślązaków wręcz go nie znosi. Ale ci, którym przechodzą po plecach dreszcze obrzydzenia na samo jego wspomnienie, narzekają przeważnie na brud, smród i ubóstwo oraz fakt, że dworzec zmienił się w targowisko, o samej architekturze nie wspominają...

Czadoblog traktuje o sporcie, ale o wkładzie katowickiego dworca w tę ważką dziedzinę życia wiele nie napiszę. Tyle tylko, że ładnie roznosi się po nim śpiew szalikowców własnych i przyjezdnych, którzy zawsze wykorzystują piękne dworcowe echo do ogłuszania ”normalnych pasażerów”... 

Więcej ze sportem wspólnego miał niedaleko położony stary dworzec z 1846 roku (obecny wygląd osiągnął 60 lat później). I nie chodzi mi wcale o fakt, że w zeszłym roku kupił go Marek Koźmiński, były piłkarz Górnika Zabrze, ale o piękne historie z przeszłości...  

W listopadzie 1937 roku gruchnęła na Śląsku wieść, że Ernesta Wilimowskiego, który robił furorę podczas tournee reprezentacji polskiej ligi we Francji, chcą skaperować działacze Racingu Paryż. W dniu powrotu drużyny z Francji tysiące śląskich kibiców przyszło na Dworcową. Kiedy Wilimowski wysiadł z pociągu, tłumy sympatyków futbolu zebrane na peronie odetchnęły z ulgą...

Kiedy dworzec przestał służyć pasażerom, jedno z jego pomieszczeń na kilkanaście lat przejęły pierwszoligowe siatkarki Kolejarza Katowice. Ściana drżała od przejeżdżających pociągów, ale Krystynie Czajkowskiej - Rawskiej, dwukrotnej brązowej medalistce olimpijskiej, w odbijaniu piłki to nie przeszkadzało...

Wrócę jednak do nowego dworca. Szkoda, że jeden z najważniejszych symboli miasta (obok Spodka, katedry Chrystusa Króla, nowej Biblioteki Śląskiej) wyrzuca się na śmietnik. Bo przecież - jak pisze Tomek Malkowski, najlepszy śląski dziennikarz zajmujący się architekturą, nasz dworzec to katowicka Rospuda. Myślę, że ma rację.

PS Mój redakcyjny kolega Maciek Blaut ma całkowity zakaz komentowania tego wpisu:-)

16:30, pavelczado , Euro 2012
Link Komentarze (28) »
niedziela, 19 października 2008
Impresje z ulicy Cichej

Widziałem dziś w Chorzowie największą niespodziankę ligowej kolejki. Ruch - Lech 2:0. Wynik dość zaskakujący, ale jak najbardziej sprawiedliwy.

Dlaczego Ruch wygrał?

1) bo Ruch był dobry, a nie Lech słaby, jakby to chcieli widzieć niektórzy.

2) bo - choć zabrzmi to banalnie - Ruch grał w piłkę i chciał strzelić gola. Chorzowianie nie czekali na to co się wydarzy, nie czekali na akcje rywali. Chcieli grać, atakować i wygrać. Przeprowadzili wiele urozmaiconych akcji ofensywnych. Mieli to szczęście, że bardzo dobrze ułożył im się mecz i mogli grać z kontry. A jak wiadomo wszystkie polskie zespoły wolą grać z kontry. Prowadząc 2:0 wcale nie chowali się za podwójną gardą, choć rzeczywiście to Lech częściej był przy piłce. Przy odrobinie szczęścia niebiescy mogli wygrać wyżej, choć muszę wyraźnie zaznaczyć, że to wcale nie był genialny mecz w wykonaniu Ruchu. Wyżej napisałem, że niebiescy byli dobrzy, ale jednak nie idealni: mieli dużo strat w środku pola, dawno nie słyszałem tylu jęków zawodu na trybunach po niecelnych zagraniach. Ale to były jęki zawodu, a nie wściekłości, którą u kibiców zawsze wywołuje brak zaangażowania. Naładowani ambicją chorzowianie na pewno zagrali dużo lepiej niż w rundzie wiosennej, kiedy Lech wygrał na Stadionie Śląskim po cudownym strzale Quinterosa.

3) bo ma ofensywny duet dwóch Marcinów: Nowacki - Zając. Wygląda na to, że obecnie jeden z najciekawszych w ekstraklasie. Grali tak dziś jakby się znali od lat. Nie napiszę, że był to duet w stylu Bula - Marx albo Szuster - Warzycha, ale pokazali się z naprawdę dobrej strony. Szybcy, efektowni, techniczni. Miodzio.    

4) bo pomogła mu wyjątkowa sportowa złość niektórych zawodników. Gdy Maciej Scherfchen, który wcześniej grał w Poznaniu, podpisał kontrakt z Ruchem, stwierdził, że najważniejszy będzie dla niego mecz z Lechem. Słowa Franciszka Smudy o tym, że "jest fajny chłopak, ale za wolny" dobrze zapamiętał. Dziś był niczym wszędobylski chart, nie wiem jak to się stało, ale króciutko widziałem go nawet na pozycji środkowego napastnika. Zaliczył asystę. Przypomnę, że Zając i Jakubowski to też byli lechici...

5) bo poznaniacy nie potrafili sobie poradzić z taktyką gospodarzy. Trener Franciszek Smuda był zadowolony, że w Ruchu nie ma już Duszana Radolsky'ego, który zawsze zwracał uwagę na aspekty taktyczne, zwłaszcza na uporządkowaną grę w obronie. Okazało się jednak, że Bogusław Pietrzak też odrobił lekcję: Peszko i Lewandowski w ogóle sobie nie pograli, chorzowska defensywa właściwie ich sparaliżowała.

6) bo okazało się, że trener Pietrzak ma szeroką kadrę przyzwoitych piłkarzy. Jeszcze niedawno wydawało się, że bez Słowaków Ruch sobie w ekstraklasie nie poradzi, wszyscy wnosili coś konkretnego do stylu gry Ruchu. Tymczasem dziś na boisku nie było ani jednego piłkarza za Słowacji. Ba; tylko jeden z nich (Balaz) siedział na ławce rezerwowych (Straka siedział tuż za mną na trybunie). I co ? Ruch sobie świetnie bez nich poradził. Czy to zmierzch słowackiego wątku na Cichej? Moim zdaniem szkoda by bylo rezygnować z nich lekką ręką.

7) bo po cichutku Ruch dorobił się najlepszego bramkarza od co najmniej kilku sezonów. Krzysztof Pilarz był bezbłędny i tyle w temacie. To może być gwiazda ligi.

8) bo goście nie czuli wsparcia trenera Smudy. Zazwyczaj gwałtownie reagujący na boiskowe wydarzenia Franz, tym razem był jakiś osowiały, przyklapnięty. To podobno dlatego, że łapie go grypa.

PS Podobało mi się zachowanie po meczu Manuela Arboledy. Część nieprzychylnie nastawionej chorzowskiej publiczności chciała wygwizdać schodzącego z boiska Kolumbijczyka i nagle... zdębiała. Piłkarz uśmiechnął się i podziękował jej za doping - bynajmniej nie ironicznie - oklaskami. Kibice pod trybuną krytą zgłupieli i...również zaczęli klaskać. Może to jest jakiś sposób na chamstwo?

Nie podobało mi się zachowanie Grzegorza Wojtkowiaka. Tuż przed końcem zapamiętał jedno ze starć, więc po chwili podbiegł do tego samego rywala i mocnym, wyzywającym pchnięciem w klatę, przewrócił go na ziemię. Jeśli nerwy mają tak zawodzić Wojtkowiaka także w meczach  biało-czerwonych, to ja nie chciałbym go więcej w kadrze oglądać.

czwartek, 16 października 2008
Przyciemniane szyby dla prezesa PZPN

Parę impresji po powrocie z Bratysławy. Ocieram pianę, która wciąż toczy mi się z ust, żeby napisać o tym, co mnie podczas krótkiego wypadu na Słowację ujęło, a co zniechęciło. Najpierw o minusach, potem o plusach.

Kto i co mi się nie podobało:

a) Artur Boruc

To bramkarz, który właściwie nie rozgrywa przeciętnych meczów. Albo jest genialny (jak choćby parę dni wcześniej z Czechami), albo fatalny (jak na Tehelnym Polu). Wiadomo, że ma wielkie umiejętności, ale dotychczas miał także dużo specyficznego szczęścia. Nie chodzi mi o szczęście które sprawia, że piłka nie wpada do bramki. Chodzi mi o szczęście, które sprawia, że  spektakularne bramkarskie wpadki w ostatecznym rozrachunku niewiele kosztują całą drużynę. Mam nadzieję, że kuriozalna interwencja z 85 minuty nie będzie nas kosztować mundialu.

b) Leo Beenhakker

Są różni trenerzy. Tacy, którzy szarpią konia za uzdę tylko wtedy, gdy zwalnia albo skręca w nieodpowiednim kierunku, nie interesując się przy tym wcale czy smakowało mu poranne siano. Są też tacy, którzy osobiście sprawdzają czy koniowi dosypano świeżej koniczyny z łąki południowo-wschodniej, bo wiedzą, że akurat stamtąd koniczyna smakuje mu najbardziej. Jednym słowem: chodzi o detale, szczególiki, które być może nie decydują od razu o wyniku meczu, ale wpływają na psychikę konia w przyszłości.

Zawsze mówiło się, że Leo Beenhakker dba o najmniejsze szczegóły. Moim zdaniem w Bratysławie nie zadbał o detal w 84 minucie, kiedy wymieniał Pawła Brożka na Jacka Krzynówka. Zaaferowany wydarzeniami nie podał schodzącemu napastnikowi Wisły (dla mnie najlepszego w polskiej drużynie) ręki. Po meczu wystarczyło tylko uważnie patrzeć i słuchać, żeby zorientować się, że Brożek bardzo to przeżył. Niektórzy piłkarze mają gdzieś takie gesty lub ich brak, inni - nie. Paweł Brożek należy do tych drugich. Beenhakker nie tylko powinien o tym wiedzieć, ale także o tym pamiętać. 

c) kibice

Zwierzęta znaczą swój teren specyficznymi substancjami, żeby odstraszyć potencjalnych konkurentów. Polscy kibole postępują dość podobnie, choć jest pewna różnica. Śladem po biało-czerwonych fanach są regularnie zarzygiwane pisuary na zagranicznych stacjach benzynowych, widzę to nie pierwszy raz. A kiedy nie rzygają to się tłuką, albo wyzywają. Na szczęście, to nie wszystko czym się zajmują (patrz niżej punkt ”c” we fragmencie ”co mi się podobało”).

d) wynik dwumeczu 

Była nieprawdopodobna okazja umościć się na pozycji lidera z wielkimi szansami pozostania tam już do końca eliminacji. Gdyby mecz w Bratysławie zakończył się pięć minut wcześniej mielibyśmy spokojną zima 2008/09. A tak nie będzie, i nie będzie już miejsca na potknięcia. Przypomnę, że analogiczne zimy 2000/01 i 2004/05 były jednak przyjemniejsze. Za pierwszym razem byliśmy po zwycięstwach z Ukrainą i Białorusią oraz remisie z Walią. Za drugim - po porażce z Anglią, ale także trzech wyjazdowych zwycięstwach z Irlandią Północną, Austrią i Walią. Moim zdaniem Polska musi dobrze wystartować w eliminacjach, żeby zdobyć awans do imprezy mistrzowskiej, bo polscy piłkarze nie potrafią gonić w tabeli. Oczywiście pamiętam, że musieliśmy gonić w tabeli podczas ostatnich eliminacji ME, ale dogoniliśmy bardzo szybko i właściwie przez większość dystansu jednak uciekaliśmy.

e) droga z Katowic do Bratysławy

zabrała mi siedem godzin! Na odcinku Tychy - Żylina uczestniczyłem w 127 korkach, koreczkach i koruniach.

Kto i co mi się podobało:

a) Artur Boruc

Polscy piłkarze zazwyczaj nie lubią i nie potrafią rozmawiać po porażkach, a tym bardziej po kompromitujących klęskach. Wydaje im się wtedy, że cały świat - ucieleśniany przez dziennikarzy - rechoce z nich w tej chwili, a te pały z gazet już nadbiegają pod szatnię z nienawistną radością: ”teraz jest wreszcie szansa, żeby dokopać”. Często nie mieści im się w głowie, że chcą się najzwyczajniej w świecie dowiedzieć co się stało i dlaczego tak się stało. 

Artur Boruc doskonale to rozumie. Miejsce do udzielania wywiadów musiało być dla niego jak fotel dentystyczny. Nie przestraszył się jednak tłoczących się dziennikarzy. Mężnie stanął przed kamerami, dyktafonami, aparatami i przyznał, że zawalił. Nie obrażał się, nie złościł, nie uciekał, nie przymilał - to była spokojna wypowiedź człowieka, który ledwo może oddychać z żalu, który oddałby wiele, żeby cofnąć czas, ale który potrafi zmierzyć się z własną słabością. Brawo panie Arturze.

b) Leo Beenhakker

Podobało mi się jak Holender reagował na mecz. Uważam, że zmiana Murawskiego na Gargułę była bardzo udana. Niektórzy zarzucają Holendrowi, że na ciężkim boisku nie robił zmian wcześniej. Ale po co, skoro żadna nie była potrzebna? Podejrzewam, że Leo szybko zorientował się, że tym razem jego zespół nie jest tą samą rozpędzoną machiną co we wcześniejszym meczu z Czechami, ale zdawał sobie sprawę, że gwałtownymi zmianami, mógłby jeszcze bardziej ją spowolnić. Obserwował ten lekko rzężący mechanizm i niewiele brakowało, a wszystko by się powiodło. A tego, że wszystko może rozsypać się w ciągu kilkudziesęciu sekund jak domek z kart w tak kuriozalnych okolicznościach nie przewidziałby nawet Alex Jose Kazimierz Ferguson Mourinho Herrera Górski.

Cały czas wierzę w umiejętności Leo Beenhakkera.

c) kibice 

Jest fantastycznie, kiedy zajmują się tym czym powinni, czyli klasycznym kibicowaniem. Na Tehelnym Polu ich sportowy doping był imponujący. Były momenty kiedy siedzący pode mną słowaccy kibice nie oglądali meczu, tylko gapili się na polski sektor, w milczeniu robiąc zdjęcia.  Marzy mi się, żeby kiedyś polscy kibice byli jak duński dynamit z połowy lat 80. Wtedy fani z Jutlandii wprowadzili na stadiony nową jakość. Myślę, że fani z Polski są jeszcze głośniejsi, bardziej pomysłowi, energiczni, wytrwali od Duńczyków. Szkoda tylko, że duży ich odsetek ma nie po kolei w głowie. Najbardziej żałuję, że utrwalonym zwyczajem kibola polskiej reprezentacji jest walenie flachy w drodze na mecz (patrz punkt ”c” z fragmentu ”co mi się nie podobało”). Tego już chyba nic nie zmieni.

d) wynik dwumeczu 

Właśnie przypomniało mi się ile chciałem od kadry jeszcze tydzień temu. Pomny stylu wcześniejszych występów reprezentacji marzyłem o dwóch punktach (jednym z Czechami i jednym ze Słowakami). Tymczasem są trzy. Czyli plan został wykonany z nawiązką! 

e) droga z Bratysławy do Katowic

zabrała mi cztery i pół godziny. Na odcinku Żylina - Tychy uczestniczyłem tylko w jednym koreczku. Paskudna mgła pod Bratysławą nie była mi w stanie popsuć mi humoru. Trudno zepsuć coś, czego nie ma.

                           %

I jeszcze osobny wątek dotyczący PZPN-owskich VIP-ów. Jakieś półtorej godziny przed meczem zaobserwowałem osobliwe zdarzenie pod stadionową bramą numer 1 (tuż koło Klubu Tenisowego). Stał tam już spory tłum kibiców chcących wejść na stadion. Nagle nadjechała elegancka limuzyna na słowackich numerach rejestracyjnych. Kierowca próbował przebić się przez tłum w stronę bramy, ale ugrzązł. 

Pech VIP-ów znajdujących się wewnątrz limuzyny polegał na tym, że w luksusowym mercedesie nie zamontowano przyciemnianych szyb. Dlatego doskonale było widać, kto jest w środku. Od razu zauważyłem, że obok kierowcy miejsce zajmował rzecznik PZPN Zbigniew Koźmiński, z tyłu siedział prezes Michał Listkiewicz.

Ich szczęście polegało na tym, że dookoła w przeważającej większości byli nie kojarzący pzpn-owskiej wierchuszki słowaccy fanousci. Wystarczyło jednak zaledwie kilkanaście sekund, a ofiara została namierzona i zidentyfikowana. Paru kibiców w biało-czerwonych koszulkach rzuciło się w stronę samochodu. Zaryczeli grad plugawych wiązanek, królował oczywiście nieśmiertelny przebój, który od trzech lat nieprzerwanie zajmuje pierwsze miejsce na listach najczęściej wykonywanych piosenek polskojęzycznych. Jeden z kiboli przyłożył paszczę pełną bełkotliwych bluzgów tuż przy szybie, za którą widniała facjata prezesa. Listkiewicz i Koźmiński nie reagowali, ani razu nie podnieśli wzroku. Skoncentrowali się na manipulowaniu przyciskami telefonów komórkowych. Przez chwilę myślałem, że kibole rozkołyszą i przewrócą samochód. Kierowca wrzucił jednak wsteczny, mercedes odjechał.

Słowaccy kibice przyglądali się zajściu z uśmiechami niedowierzania, niezrozumienia, pytali o co chodzi. Było mi strasznie wstyd. Zachowanie tych paru podpitych gości było oczywiście żenujące. Ale jednocześnie odebrałem  incydent jako desperacki wyraz rozpaczliwego sprzeciwu bezradnego polskiego kibica. Sprzeciwu nie tylko przeciw istnieniu futbolowego szamba w kraju na Wisłą, ale także przeciw temu, że próbuje się nam wszystkim wmówić, że to szambo wcale nie śmierdzi. A właściwie to nawet pachnie.

Kiedyś prezes PZPN był osobą godną zaufania, szacunku. Był autorytetem. Nikomu nie przyszłoby do głowy bluzgać na Edwarda Cetnarowskiego albo Kazimierza Glabisza (choć oczywiście mieli łatwiej, bo za ich czasów obraźliwym okrzykiem na trybunach było nawet hasło ”sędzia kanarki doić!”). Dziś autorytet prezesa federacji piłkarskiej w Polsce nie istnieje. Mało tego; szef polskiej piłki budzi - jak kraj długi i szeroki - wręcz alergiczną reakcję. Dla mnie jest to wystarczający powód dla którego mecz ze Słowacją powinien być dla Michała Listkiewicza ostatnim w roli prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. 

wtorek, 14 października 2008
Polski hokej już nie będzie taki sam

Wyobraźcie sobie swoje ulubione boisko albo lodowisko, albo halę sportową, które znacie od dzieciństwa. Spędzacie w tym miejscu mnóstwo czasu, najpierw przyprowadzają Was tam rodzice, potem, jak już podrośniecie, przychodzice  sami. Siedząc na trybunach jesteście świadkami wspaniałych meczów, w niektórych sami uczestniczycie. To miejsce jest dla Was i Waszych kolegów właściwie wszystkim - spędzacie tam prawie cały swój wolny czas, tam zawiązują się pierwsze przyjaźnie, pierwsze sympatie. Jednak dla Waszego Magicznego Miejsca los jest bezlitosny. Aż trzykrotnie w różnych okolicznościach zostaje prawie całkowicie zniszczone. Wy się jednak nie poddajecie: za każdym razem go odbudowywujecie! Własnymi rękami!

Ta niecodzienna historia stała się udziałem katowiczanina Witolda Dońca i słynnego Torkatu - pierwszego sztucznego lodowiska w Polsce. Pana Witolda, z wykształcenia inżyniera budownictwa, miałem zaszczyt poznać wiele lat temu.  Już przed wojną był zawodnikiem Śląskiego Klubu Hokejowego i Dębu Katowice, po wojnie - Baildonu Katowice. Wielki miłośnik sportu, ale hokej miał u niego bezwzględne pierwszeństwo; w latach 50. i 60.  był cenionym sędzią ligowym, potem członkiem zarządu PZHL-u. Jego kolekcja hokejowych pamiątek przyprawiała mnie o zawrót głowy. 

Jako że Czadoblog głównie futbolem stoi, nie może zabraknąć wątków piłkarskich: Witold Doniec jako junior Pogoni Katowice zdążył zagrać na słynnej Kalinie - nieistniejącym już legendarnym boisku Ruchu, gdzie ”niebiescy” w 1933 roku zdobyli swoje pierwsze mistrzostwo Polski (na Cichą przeprowadzili się zaraz potem). Boisko powszechnie było znane jako ”hasiok”. To od popiołu, który dawał się we znaki zawodnikom i kibicom. Na Kalinie kibice stali tuż przy liniach bocznych, tylko dla lepszych gości przywożono wózki transportowe, z których oglądali mecz. - Pamiętam, że grało się bardzo ciężko. W ogóle nie było trawy, tylko błoto. Byliśmy umorusani od stóp do głów - opowiadał mi Pan Witold, chodząca encyklopedia śląskiego sportu. Takich historii miał w zanadrzu wiele, rozmowy z nim były niezapomnianą wycieczką po wspaniałym świecie, który już nie wróci.

Wiedział mnóstwo, miał świetną pamięć, ale ceniłem Go także za to, że jeśli czegoś nie pamiętał, to... mówił, że nie pamięta. Dając świadectwo przeszłości nigdy nie próbował koloryzować ani zmyślać, co dla dziennikarza jest cechą bardzo cenną, a wcale nie tak powszechną, jak mogłoby się Wam wydawać. 

Witold Doniec kilka dni temu zmarł w Katowicach. Miał 88 lat. Polski hokej już nigdy nie będzie taki sam.

witold doniec

 
1 , 2
Archiwum