piątek, 31 października 2014
Oto jak komuna profanowała śląski futbol

Czasy mrocznego stalinizmu w Polsce w kontekście wpływu na sport wydają się kuriozalne. Aż trudno czasem uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.

Dziś możemy się śmiać. Ale wtedy nikomu nie było do śmiechu. Rządziły strach i służalczość, na porządku dziennym było podlizywanie się - ludziom władzy ale i ludziom, którzy mogli znać ludzi władzy.

65 lat temu, w ostatnich dniach października 1949 roku odbyła się w Katowicach Wojewódzka Narada Aktywu Sportowego PZPR (zauważcie - była tak ważna, że pisało się ją z dużej litery). Po Naradzie jednogłośnie przyjęto specjalną rezolucję. Można rzec - dekalog komunistycznego sportu w regionie, bo składała się z dziesięciu punktów. Aż dziesięć punktów więc można się zdziwić, że sportu w tych dziesięciu punktach było jednak tak mało...

Zresztą sami oceńcie:

REZOLUCJA

"(...) Sportowcy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego rekrutujący się w swej przeważającej większości z klasy robotniczej posiadający w swych szeregach rekordzistów przodowników i racjonalizatorów pracy od dawna walczyli o nową socjalistyczną treść kultury fizycznej i sportu. Wystarczy przypomnieć manifestacyjny udział sportowców Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego  w uroczystościach w rocznicę Rewolucji Październikowej w roku ubiegłym, dziesiątki tysięcy demonstrujących w dniu 1 maja na rzecz pokoju itp. Sportowcy Śląska i Zagłębia pierwsi zainicjowali akcję realizacji hasła sojuszu robotniczo-chłopskiego na odcinku kultury fizycznej.

Kluby sportowe województwa śląskiego pierwsze wypowiedziały zdecydowaną walkę elementom wrogim sportowi Polski Ludowej ze Śląskim Okręgowym Związkiem Piłki Nożnej i pierwsze przeprowadziły demokratyzację związków, zrzeszeń i klubów (...).

Postanawiamy:

1.

podnieść poziom ideologiczny w związkach, kołach i klubach. Oprzeć sport na ścisłym kontakcie z czynnikami partyjnymi ZMP [Związku Młodzieży Polskiej - komunistycznej młodzieżówki działającej do 1957 a wzorowanej na radzieckim Komsomole, przyp. pacz], Związków Zawodowych, radami sportowymi ZSCh [Związku Samopomocy Chłopskiej, przyp.pacz] i administracją państwową.

Sportowcy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego będą świadomymi budowniczymi nowego ustroju Polski Ludowej, przodownikami i racjonalizatorami;

2.

W walce o umasowienie sportu wzmacniamy czujność klasową i zaostrzymy walkę klasową przeciwko sanacyjnym pozostałościom. Wyłonimy nowych, ideowych działaczy sportowych, będziemy bezlitośnie walczyć z wszelkimi przejawami oportunizmu i próbami zahamowania uchwały Bura Politycznego KC PZPR. Zwiększymy swoją aktywność w pracach kół, klubów, zrzeszeń i związków. Szczególną uwagę zwrócimy na systematyczną walkę z chuligaństwem i awanturami na boiskach, alkoholizmem i innymi przejawami demoralizacji;

3.

Na zebraniach kół terenowych PZPR i ZMP, kopalń, hut i zakładów pracy będziemy na porządku dziennym stawiać sprawy sportu i kultury fizycznej;

4.

Zorganizujemy wspólnie ze Związkami Zawodowymi na wszystkich zakładach pracy koła sportowe o wysokim poziomie ideowym i moralnym;

5.

Wspólnie ZSCh, ZMP i Zw. Pracowników i Robotników Rolnych zorganizujemy we wszystkich wsiach naszego województwa Ludowe Zespoły Sportowe. Silniejsze organizacje, kluby i koła miast będą pomagały w organizowaniu życia sportowego na wsi. Szeroko rozwiniemy ruch łączności miasta ze wsią na odcinku kultury fizycznej (...)

6.

Wychowanie fizyczne i sport służyć mają podniesieniu stanu zdrowotnego mas pracujących, miast i wsi Śląska. Otoczymy sport należytą opieką lekarską i rozszerzymy sieć i działalność lekarskich poradni sportowych;

7.

Klubom i kołom zapewnimy korzystanie z urządzeń i obiektów sportowych. Będziemy starali się o racjonalne wykorzystanie istniejących na terenie Śląska inwestycji sportowych. Dołożymy starań i wysiłków aby sportowcy województwa śląskiego otrzymali w najkrótszym czasie Halę Ludową w Katowicach [Spodek powstanie 23 lata później, przyp.red.];

8.

Organizować będziemy wielkie imprezy, które propagować będą kulturę fizyczną wśród młodzieży;

9.

Otoczymy specjalną opieką sport szkolny i akademicki;

10.

na szerokiej bazie sportu masowego dążyć będziemy do podniesieniu poziomu sportu wyczynowego. W oparciu o doświadczenia, wzory i braterską pomoc sportowców ZSRR będziemy dążyć do wydźwignięcia sportu Polski Ludowej na nowe, nieosiągalne dotąd wyżyny (...)

Pod przewodnictwem Komitetu Centralnego i tow. Bieruta wypełnimy wszystkie zadania jakie postawiła przed nami uchwała Biura Politycznego Komitetu Centralnego.

Niech żyje Związek Radziecki!

Niech żyje Jego Wielki Wódz i Wypróbowany Przyjaciel Narodu Polskiego Tow. Józef STALIN!

Niech żyje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza!

Niech żyje tow. Bolesław Bierut - największy przyjaciel sportu polskiego!" 

                             *  *  * 

To się działo naprawdę. Zmuszano piłkarzy do wygłaszania różnych bzdurnych przemówień i deklaracji. Wkrótce przewalona zostanie struktura organizacyjna, zmienią się nazwy klubów. Oczywiście najważniejsze były plany. Mój ulubiony to ten, który podjęli członkowie klubu Górnik Mysłowice rok później (7 listopada 1950 roku) z okazji 33. rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Zobowiązali się oni "na ochotnika" m.in. do:

- wydobycia 350 ton węgla poza godzinami pracy;

- przepracowania czterech godzin przy budowie miejscowego stadionu "celem przyspieszenia budowy"

- uczestniczenia w szkoleniu ideologicznym dwa razy w miesiącu.

Wyobrażacie sobie zobowiązać do takich działań piłkarzy śląskich drużyn przechodzących dziś kryzys?

PS Chcę Wam polecić niezwykłą książkę. Wyjątkowo nie jest o sporcie (a właściwie jest, ale... tylko malutkimi fragmentami) jednak naprawdę warto ją mieć, nie tylko przeczytać. Jestem zachwycony!  

Książka ma 1104 strony. Na każdy dzień roku Włodzimierz Kalicki, którego cyklem "zdarzyło się" zaczytywałem się, przygotował jeden niezwykły quasireportaż z przeszłości (quasi - bo przecież jako reporter nie mógł być świadkiem wydarzeń sprzed stu, trzystu albo dwóch tysięcy lat).

Dla mnie to doskonała książka do... pracy z synem. Czadoblożek skręca mi w przedmioty ścisłe więc trochę przesterowuję kurs.

Podwyższyłem mu kieszonkowe, ale w zamian musi codziennie przeczytać co się w przeszłości zdarzyło akurat tego dnia, którego to czyta. A potem parę minut dyskutujemy o tym co przeczytał. Wczoraj rozmawialiśmy o wpływie mediów na ludzi i niezwykłym słuchowisku radiowym "Wojna światów", które 30 października 1938 roku wystraszyło całe Stany Zjednoczone. Dla mnie najbardziej ciekawy był fakt, że pośrednio za histerią stał... Adolf Hitler, choć przecież wojna miała wybuchnąć dopiero rok później.

Dziś wieczorem z kolei pogadamy o śmierci Indiry Gandhi (31 października 1984). Chcę żeby junior zastanowił się dlaczego wśród ochroniarzy pani premier byli Sikhowie mimo że niewiele wcześniej armia indyjska dokonała masakry w Złotej Świątyni, świętym miejscu Sikhów. A jutro będzie zupełnie o czymś innym. Itd, itd...

Dopiero zaczęliśmy, a już cieszę się na te rozmowy. Cały rok przed nami! Kto ma dzieci - polecam, Czadoblożek nawet nie wie, że się uczy:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

środa, 29 października 2014
Mustang

Na jeden dzień przeniosłem się dziś na niemieckie lotnisko Koeln Flughafen (dla potwierdzenia napis w lewym górnym rogu zdjęcia) tylko po to żeby zrobić sobie fotkę z tym efektownym fordem mustangiem coupe rocznik 1965.

ford mustang

Żartuję.

Lotnisko w Koeln zagrała hala widowiskowa w Zabrzu. Byłem dziś po prostu na planie zdjęciowym filmu fabularnego, który nosi roboczą nazwę "Gwiazdy". Kręcenie zdjęć rozpoczęto wczoraj, w filmie biorą udział m.in. Magdalena Cielecka i Paweł Deląg. Główną rolę gra młody aktor Mateusz Kościukiewicz (znany choćby z „W imię...” albo „Wszystko co kocham”). 

Co Czadoblog może mieć wspólnego z filmami fabularnymi? Cóż, akurat ten jest niecodzienny, bo traktuje o... śląskim futbolu.

Opowieść oparto o niezwykły życiorys Jana Banasia, wielkiej gwiazdy Górnika Zabrze z lat 70. Losy zawodnika rzeczywiście są niecodzienne. Po matce Ślązak; rodzina od pokoleń mieszkała w Katowicach. W czasie wojny matka została oddelegowana do Lwowa jako księgowa i tłumaczka. Tam poznała Niemca z Berlina, żołnierza Wehrmachtu. Myślała, że jest kawalerem bez zobowiązań. Kiedy skończył służbę we Lwowie, zaproponował, żeby przyjechała do Berlina. Już będąc w ciąży, dowiedziała się, że kogoś jednak miał. Kiedy  w 1943 roku urodziła dziecko, wytrzymała w Berlinie trzy miesiące. Jako nieślubne dziecko dostał nazwisko po matce - ówczesne imiona to Heinz-Dieter. Potem to nieślubne dziecko zrobiło świetną karierę. Na przełomie lat 60. i 70. było wielką gwiazdą polskiej piłki i Górnika...

Piłkarz zadawał szyku w Zabrzu wspaniałym czerwonym fordem mustangiem. Dokładnie takim z jakim zrobiłem sobie fotkę. Wyobrażacie sobie jakie wrażenie musiało robić to auto w Polsce pełnej warszaw czy syrenek (maluchy pojawiły się u nas dopiero w 1972 roku)?! Podobno za czasów Banasia było u nas takich mustangów tylko pięć.

Okazuje się, że jedno wynika z drugiego. Po latach udało znaleźć się identyczne auto - takie, które mogło zagrać w filmie. Kolekcjoner z Gliwic sprowadził je z Nevady sześć lat temu. Wiecie dlaczego o nim marzył? Bo na przełomie lat 60. i 70. zobaczył takie na ulicach Zabrza. Wiecie do kogo należało?:)

Jan Banaś zdążył już pogadać z samym sobą z filmu czyli Mateuszem Kościukiewiczem. - Poznałem aktora, który mnie zagra. Przypomina mi z wyglądu George'a Besta. A ja zawsze jako piłkarz wzorowałem się na Beście - mówił mi dziś z uśmiechem Jan Banaś.

- Jako że akcja filmu toczy się przez kilkadziesiąt lat powstała wspaniała możliwość pokazania jak zmieniała się Polska - zaznaczyła Magdalena Cielecka, która zagra Annę, matkę piłkarza. 

Oczywiście to film fabularny więc wprowadzono wiele wątków i postaci fikcyjnych. Wątek miłosny musi być. O względy pięknej Marleny (w którą wcieliła się modelka Karolina Szymczak, mająca za sobą filmowy debiut w Hollywood, rzeczywiście muszę przyznać, że w Zabrzu prezentowała się dziś bardzo ładnie) rywalizują główny bohater oraz inny piłkarz o imieniu Ginter (gra go Sebastian Fabijański). Zdradzę Wam, że we filmie to zawodnik... Ruchu Chorzów. 

Zdjęcia będą realizowane głównie na Śląsku, w Zabrzu. Przewidziano ponad 40 dni zdjęciowych, które z przerwami potrwają do maja. Premierę filmu przewidziano na jesień 2015 roku.

PS Oddajmy co należne. Za pomysłem by bohaterem filmowej opowieści był Jan Banaś stoi Krzysztof Lewandowski, wiceprezydent Zabrza.

PS1 Dziś rano, zanim pojechałem do Zabrza byłem jeszcze na Bukowej gdzie przedstawiono nowego trenera GieKSy. Muszę przyznać, że nie byłem zaskoczony.

A poniżej możecie zobaczyć co o tym wyborze sądzą moi koledzy dziennikarze i ja sam:

wtorek, 28 października 2014
Pijaństwo musi być [KONKURS]

Tak to już jest, że piłka nożna i alkohol są związane nierozerwalnym uściskiem na różnych poziomach. 

Jednym z przykładów może być zadziwiająca tendencja: wielkie piłkarskie kluby musiały mieć we własnych szeregach geniuszy, którzy za kołnierz nie wylewali. Na Górnym Śląsku też tak było. Przykładem mogą być oczywiście "Ezi" albo "Epi". Jednym alkohol życie zniszczył, dla innych był tylko sympatycznym dodatkiem. Jedni walili wódę dolaną do zupy żeby nikt się nie skapnął, inni sączyli słodkie likiery...

Tak samo było - jak się okazuje - również w Barcelonie. Możecie się tego dowiedzieć ze znakomitej moim zdaniem książki "Barça. Życie, pasja, ludzie". Napisał ją Jimmy Burns (wcześniej spod jego ręki wyszła nielukrowana biografia Diego Maradony:) Opowieść jest wielowątkowa, zarówno pod kątem formy i treści. Polityka, rywalizacja, złe i dobre emocje, fakty wzniosłe i wstydliwe - znajdziecie wszystko, do wyboru, do koloru.

Ja szukałem genialnego ochlaptusa w stylu Grafa, prawego pomocnika, alkoholika i oczywiście - jak to w wielkim klubie - znalazłem.

Ladislao Kubala, rówieśnik Gerarda Cieślika, urodził się na Węgrzech i zdążył reprezentować ten kraj (jak również Czechosłowację), a potem - już w 1948 roku - uciekł przed komuną na zachód. Od 1951 roku przez dziesięć lat grał w Barcelonie na której odcisnął wielkie piętno. Na tyle wielkie, że panuje niezwykła opinia: to przez niego i dla niego zbudowano Camp Nou żeby pomieścić wszystkich chętnych do zobaczenia jego kunsztu.

Kubala nie tylko był świetnym piłkarzem, ale wyróżniał się czymś jeszcze - miał cholernie mocną głowę, jego umiłowanie mocnych trunków szybko stało się legendarne. Rywalizować miały o niego - jak o Alfredo di Stefano*  - Barcelona i Real. Tym razem górą była Katalonia; Kubalę przy podpisywaniu kontraktu ponoć upojono, choć myślę, że kontrolował sytuację od początku do końca. Przecież negocjując warunki z ówczesnym prezydentem Barcelony Kubala wyjął z kieszeni kartkę będącą kopią kontraktu wstępnego proponowanego przez Real i rzekł: "chcę tego". I dostał! A jakby było mało jego teść Ferdinand Daucik został trenerem Barcelony (zdumiewającą karierę trenerską na Płw. Iberyjskim teściu kontynuował aż do 1971 roku)! Czy po pijaku można ubijać takie interesy?!:)

Kubala - tak jak jego śląscy odpowiednicy - też był cucony pod prysznicem do ostatniej chwili a potem wychodził na boisko i uśmiechnięty strzelał gole jak gdyby nigdy nic. Też miał fantazję: kiedy drużyna przyleciała kiedyś do domu po jednym z licznych zagranicznych meczów celnik na barcelońskim lotnisku spytał piłkarzy czy mają coś do oclenia. Kubala z szelmowskim uśmiechem stwierdził, że owszem - dwie butelki whisky. Na pytanie gdzie są wskazał zadowolony na brzuch. "Chcesz mi zrobić prześwietlenie?" - miał spytać.

Ale historia Barcelony nie jest oczywiście historią picia whisky. Jeśli chcecie się o tym przekonać - mam dobre wieści. Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN, którego staraniem książka ukazała się na polskim rynku - mogę rozdać trzy egzemplarze.

Niniejszym ogłaszam więc konkurs: jakim wynikiem zakończy się najbliższy ligowy mecz Barcelony?

Pierwsze prawidłowe trzy odpowiedzi pod tym wpisem zostaną uhonorowane książkami. Warto pamiętać, że konkretny wytypowany przez forumowicza wynik nie oznacza, że ktoś inny nie może obstawić tego samego wyniku. Do rozdania są przecież trzy książki a nie jedna:) Dodam, że nie można obstawić trzy razy tego samego wyniku i nie można obstawić więcej niż jednego wyniku.

Po najbliższej kolejce Primera Division potwierdzę zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

*zagrali zresztą razem w jednej drużynie - ani w Realu ani w Barcelonie lecz w... Espanyolu.

22:13, pavelczado , Książki
Link Komentarze (60) »
poniedziałek, 27 października 2014
Obsunięcie do strefy spadkowej

Stało się: Ruch spadł na 15. miejsce.

Dzisiejsza porażka z Koroną jest podwójnie przykra, bo to przecież sąsiad z tabeli. Od razu muszę przyznać, że goście wygrali zasłużenie i nie powinno być nawet dyskusji na ten temat.

Szczególnie interesował mnie dziś ostatni kwadrans, bo prawda jest taka, że ostatnimi czasy nie dość, że gra Ruchu w tym okresie była słaba to jeszcze właśnie wtedy tracił gole decydujące o porażce.

Jak analizować ten kwadrans? Może jeśli okaże się, że padnie remis to trzeba będzie uznać to za dobry wynik Ruchu? Zastanawiałem się nad tym w 77. minucie - akurat w momencie kiedy... padł gol dla gości.

A potem? Potem nie było już ani jednej klarownej sytuacji stworzonej przez Ruch. To Korona była bliższa drugiej bramki. Zresztą w pierwszej połowie należał się jej rzut karny.

Zgliszczy którymi obecnie jest drużyna Ruchu nie da się posprzątać, uporządkować i odbudować tak szybko.

Waldemar Fornalik sprawia wrażenie spokojnego. - Myślę, że z czasem gra i wyniki będą lepsze. Systematyczną pracą można dojść do poprawy - mówi.

Sytuacja jest strasznie trudna. Tym bardziej, że teraz mecze z trzema rywalami, którzy są na trzech pierwszych miejscach w tabeli.

Na szczęście to jednak polska liga, gdzie naprawdę każdy może wygrać z każdym. Na przykład Ruch z Legią. Nie ma co płakać tylko walczyć zawzięcie pazurami o każdy punkt. 

A potem będzie wiosna. 

PS Runda wiosenna znaczy się. Omega, która właśnie wróciła z urlopu też wierzy, że chmury znowu będą tylko niebieskie.

sobota, 25 października 2014
Dramat. Nie zazdroszczę prezesowi

Byłem dziś na meczu GKS-u Katowice z Dolcanem Ząbki.  Skończył się rezultatem 2:3 co jest wynikiem całkowicie mylącym, bo sugeruje, że mecz był wyrównany.

To nieprawda. Goście byli zdecydowanie lepsi i modelowo rozpracowali GieKSę zamykając sprawę w trochę ponad kwadrans. Nie przypominam sobie żeby GKS kiedykolwiek przegrywał u siebie 0:3 po 17. minutach a parę meczów na Bukowej już w życiu widziałem.

Wynik nie mógł być lepszy ponieważ w grze GKS-u szwankowały:

a) przyjęcie piłki. Źle było w najróżniejszych momentach, w najróżniejszych rejonach boiska. Podczas atakowania i podczas bronienia. Czasami piłka wylatywała na aut, czasami przejmowali ją zaskoczeni rywale;

b) podania. Gospodarze właściwie nie potrafili posłać dalekiego celnego podania, które stwarzałoby przewagę lub dawało możliwość stworzenia groźnej sytuacji. Jedynym, który potrafił regularnie i powtarzalnie dobrze podać był Przemysław Pitry. A centry z rogu, a dośrodkowania ze skrzydła? Z ilu mogło się coś wydarzyć?;

c) kiwka. Dobry drybling nie jest zły. Zły drybling jest jednak zły;

d) szybkość. Objawiało się to na przykład w momentach kiedy piłkarz gości tracił piłkę a potrafił się wrócić i ją odzyskać;

e) zwrotność - jak wyżej;

f) odpowiedzialność. Nie było piłkarza, który po tych trzech gongach na początku wziąłby ją na siebie w pełni. Objawiało się to podaniami do najbliższego partnera albo podaniami do tyłu kiedy wcale nie trzeba było podawać do tyłu. W tym meczu nie było lidera, a takie spotkanie to idealny moment żeby się taki objawił. Niestety;

g) komunikacja między piłkarzami. Właściwie jej brak czego efektem było niezrozumienie. Kto kogo kryje, kto kogo sobie przekazuje, komu podaje, kto przejmuje piłkę, kto wychodzi na pozycje? Czasem wyglądało jakby piłkarze w ogóle się nie rozumieli;

h) gra ciałem. Miałem wrażenie, że jak trzeba przepchnąć to zawsze szkoła ząbkowska jest górą;

i) boiskowe wybory. To chyba najważniejsze. Wybór rozwiązania akcji to przecież podstawa. Dziś kilkakrotnie się zastanawiałem po stratach piłki: dlaczego zawodnik GieKSy zagrał tak a nie inaczej? Wiem, że łatwo się pisze takie rzeczy siedząc a nie grając, ale nie zmienia to faktu: dziś były prawie same złe wybory.

j) psychika. Psychika? Nieeeeeeeeeeeee, tutaj muszę się nie zgodzić sam ze sobą! Owszem długo wydawało mi się, że u piłkarzy GieKSy szwankowała również psychika. Cóż, po koszmarnym początku było naturalne, że zawodnicy długo nie będą w stanie dojść do siebie. Pytanie czy nie podniosą się już do końca meczu było zasadne. Okazało się, że nie - w pewnym momencie mimo ciągle słabej gry gospodarze uwierzyli, że są w stanie tego meczu nie przegrać. Dzięki temu mieliśmy emocjonującą końcówkę. Dlatego psychika drużyny - mimo przegranego meczu - zdecydowanie na plus!

Na poczynania gości patrzyłem z szacunkiem, bo objawili się jako poukładana drużyna, która wie czego chce. Z upływem czasu pojedyncze zachowania piłkarzy Dolcanu sprawiały, że zacząłem tracić jednak do nich sympatię. Bramkarz Rafał Leszczyński za każdym razem kiedy przepuszczał piłkę do siatki nie wiadomo dlaczego próbował przeszkadzać piłkarzom GKS-u, którzy chcieli natychmiast wznowić grę więc wyrywał sobie z nimi piłkę. Przy tej okazji Grzegorza Goncerza wręcz wepchnął do siatki! Z kolei pomocnik Grzegorz Piesio, który udowodnił, że potrafi dobrze grać w piłkę - w samej końcówce okazał się moim zdaniem prowokatorem, który przyczynił się do rozpętania gigantycznej awantury z udziałem nawet ławek rezerwowych. Zdziwiłem się, że nie zobaczył czerwonej kartki.

Wiadomo, że każdy orze jak może. Ale potem inni pamiętają jak orze...

                                 * * *

Teraz prezes Wojciech Cygan musi podjąć decyzję: co dalej?

Po pierwsze - atakować jeszcze ekstraklasę czy już tylko bronić się przed spadkiem?

Po drugie - jeśli atakować ekstraklasę to czy jeszcze z trenerem Kazimierzem Moskalem a jeśli tylko bronić się przed spadkiem to czy jeszcze z trenerem Kazimierzem Moskalem?

Z jednej strony nie ma jeszcze połowy sezonu, a początek tabeli wcale przesadnie nie ucieka. Wystarczy krótka udana passa - choćby trzy zwycięstwa z rzędu - a znów jest się w tej lidze kandydatem do awansu. Nie ma w tej stawce zespołu nie do pokonania przez katowiczan. W tej chwili GKS traci do miejsca gwarantującego awans do ekstraklasy osiem punktów. To jeszcze da się odrobić. Z drugiej strony - jeśli spojrzeć do tyłu - strefa spadkowa też jest oddalona na osiem punktów...

Trener Kazimierz Moskal przed sezonem dostał duży kredyt zaufania - także od kibiców. W zeszłym sezonie nie udało się osiągnąć ambitnych celów a szkoleniowiec mimo to został i mógł budować drużynę według własnego uznania. Pozbyto się za to kilku zawodników, których uznano za niepotrzebnych.

Dzisiejszy mecz pokazał, że katowicka drużyna nie ma właściwie pomysłu jak grać. Obnażył ją rywal, który dotąd był przecież niżej w tabeli, wyprzedził GieKSę dopiero dzięki temu zwycięstwu.

Z drugiej strony - jaki inny trener będzie w stanie zagwarantować lepszą grę GKS-u? Widzicie kogoś takiego na rynku? Tu nie chodzi o natychmiastową poprawę wyników ze względu na grożący spadek. Chodzi o natychmiastową poprawę wyników ze względu na oddalający się awans. To moim zdaniem zupełnie dwie różne sprawy. Tak jak decyzja Ruchu względem Jana Kociana jest dla mnie jednoznaczna, tak decyzja GKS-u względem Kazimierza Moskala taka dla mnie nie jest. Dlatego, że chodzi o inne cele.

Typowym przykładem jak nietrafne bywają decyzje kiedy zmienia się trenera by jego następca zagwarantował wiekszy sukces a nie jedynie status quo - może być historia z samej GieKSy. W 1989 roku na Bukową przyjechała amatorska drużyna z Finlandii o nazwie Rovaniemi Palloseura. GKS, trenowany wtedy przez Władysława Żmudę, prowadził wówczas w ligowej tabeli, ale Marian Dziurowicz myślał też o europejskich pucharach. Pewny zwycięstwa "Magnat" zaprosił wtedy na stadion całą ówczesną górniczą wierchuszkę. Miała być wielka feta, tymczasem GKS przegrał po golu fińskiego piłkarza, grającego z 39-stopniową gorączką i odpadł z Pucharu UEFA. Rozwścieczony Dziurowicz zrobił w szatni awanturę, a po kilku dniach zwolnił Żmudę. Wielu ludzi twierdzi, że gdyby Żmuda został, to zdobyłby mistrzostwo. Jego następcy nie zdołali utrzymać prowadzenia w tabeli... 

Nie zazdroszczę więc Wojciechowi Cyganowi. Musi podjąć decyzję - co dalej? Jeszcze czekać czy już reagować? Cholera, nie jest łatwo być prezesem...

Jedno jest pewne: będzie bardzo ciekawie. Tak się składa, że najbliższe trzy mecze GieKSa rozegra z trzema bardzo pokancerowanymi, mocno pokiereszowanym ostatnio rywalami: Sandecją (właśnie powieziona czwórką w Grudziądzu), Tychami (dwie porażki z rzędu, ostatnie trzy mecze bez zwycięstwa) i Arką (właśnie powieziona czwórką w Lubinie). 

Jeśli GKS wygra trzy razy - spojrzenie będzie całkowicie inne...

PS Byłem dziś również na Wielkich Derbach Bytomia. Skończyło się 0:0, moją relację z meczu możecie przeczytać TUTAJ. Chcę wspomnieć jeszcze o aspekcie kibicowskim.

Nie zostało to moim zdaniem dobrze rozegrane.

Po pierwsze - ze względu na kibiców Szombierek. Pod bramą widziałem emerytów ze łzami w oczach. Oni nie mieli wcześniej pojęcia, że 199 biletów jest już dawno wyprzedanych. - Proszę pana, jestem stond, Szombierki to moja drużyna i zawsze chodzę na jej mecze. Dlaczego teraz nie mogę kupić biletu? - denerwował się starszy pan na wieść, że kasy zamknięte. W ogóle nie wiedział, że mecz obejrzy tylko 199 fanów... Zapewniam Was, że to nie był odosobniony przypadek. 

Po drugie - ze względu na kibiców Polonii. Zapowiedzieli, że będą pod stadionem i tak się stało. Część z nich wdarła się na obiekt żeby oglądać mecz zza trybuny za bramką - tej naprzeciw zegara. Widziałem, że ruszyło na nich konno dwóch policjantów i ekipa została rozgoniona (żeby było jasne - nie twierdzę, że ci funkcjonariusze użyli siły, wystarczył jej pokaz). Moim zdaniem w takich przypadkach nic nie gwarantuje takiej skuteczności jak oddziały konne. Jeśli nie przeżyliście momentu kiedy ruszają na was jeźdźcy - niczego nie przeżyliście:) Tym razem to było tylko dwóch policjantów na koniach, ale wierzcie mi - to i tak zrobiło na mnie wrażenie. Zawsze zdumiewam się jakim cudem wojsko Jagiełły wytrzymało pod Grunwaldem frontalny atak 16 chorągwi krzyżackich, doborowej ciężkiej jazdy pod wodzą UvJ...

W efekcie pod siłą policyjnej konnicy piesze oddziały kibiców Polonii poszły w rozsypkę, a potem większość musiała przemieścić się za stadionem za drugą bramkę - tę obok zegara (nie mam stuprocentowej pewności, że byli to ci sami kibice). Kilku/kilkunastu z nich wlazło na płot i stamtąd oglądało mecz. Oddziały policji asekurowały kibiców gości, ale nie zdecydowały się już na interwencję (przynajmniej ja takiej nie zauważyłem).

Przez cały mecz było spokojnie (co byłem potem nie wiem, jechałem już na GieKSę). W tym kontekście szkoda, że kibiców Polonii nie wpuszczono na spotkanie, że nie zapłacili na bilety, do przecież "piłka nożna jest dla kibiców".

Z drugiej strony można zrozumieć ludzi, którzy byli przeciwni wpuszczeniu ich na stadion. Wyrazicielem tej opinii może być trener Szombierek Krzysztof Górecko. - A wyobraża pan sobie co by się działo gdyby na stadion weszło 1500 osób, większość kibiców Polonii a my wygralibyśmy ten mecz?

Muszę przyznać: nie wiem co by się działo... No bo gdzie miałyby zostać usadowione te tłumy kibicujące Polonii. Obecny stadion Szombierek powstawał w 1968 roku na 30 tysięcy ludzi, ale wtedy liczyło się inaczej, no i wszędzie w niecce były ławki. Teraz poloniści musieliby siedzieć albo stać na zwykłym wale ziemnym. A na to nie pozwalają przepisy. Na Szombierkach nie ma bowiem tradycyjnej klatki dla przyjezdnych fanów...  

Chyba nie było dobrego wyjścia. A jeśli nie ma dobrego wyjścia przyjmuje się to, które jest najmniej ryzykowne. Policja uznała, że zaufanie kibicom Polonii niesie za sobą zbyt wielkie ryzyko. 

Generalnie - to straszne, że zamiast świętować taki mecz trzeba się modlić żeby nie doszło do tragedii... 

piątek, 24 października 2014
Czy chcecie książkę przed El Clásico [KONKURS]

Wkrótce kolejny mecz, który porusza całą planetę. Z tej okazji Czadoblog ogłasza konkurs. Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania trzy świeżutkie egzemplarze biografii niejakiego Raula Gonzaleza Blanco. Mam nadzieję, że kojarzycie?:)

Pytanie jest bardzo proste. Brzmi ono: Jakim wynikiem zakończy się najbliższy mecz Realu z Barceloną?* Trzy pierwsze prawidłowe odpowiedzi zostaną uhonorowane książką.

W poniedziałek potwierdzę zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

WAŻNA UWAGA. Warto pamiętać, że konkretny wytypowany przez forumowicza wynik nie oznacza, że ktoś inny nie może obstawić tego samego wyniku. Do rozdania są przecież trzy książki a nie jedna:)

Jeszcze jedno: nie można obstawić trzy razy tego samego wyniku, nie można obstawić więcej niż jednego wyniku.

PS W przyszłym tygodniu będę miał coś jeszcze dla fanów futbolu zza Pirenejów. Do wygrania będą bowiem trzy książki ze świetną opowieścią o Barcelonie autorstwa Jimmy'ego Burnsa (tego gościa co rozwścieczył Diego Maradonę:) Tytuł dzieła: "Barça. Życie, pasja, ludzie". To bardzo starannie wydana pozycja z dodatkową atrakcją. Na wyklejce wydrukowano imiona i nazwiska prawie pięciu tysięcy kibiców FCB z Polski! Warto.

*Żeby nie było wątpliwości: przy typie nieremisowym proszę zaznaczyć kto wygrał. Na przykład: 1:0 dla Barcelony albo 2:1 dla Realu.

16:11, pavelczado , Książki
Link Komentarze (69) »
czwartek, 23 października 2014
Jedenastka na rękach kibiców

Już w sobotę największy hit weekendu czyli Wielkie Derby Bytomia. W tym wieku dopiero pierwsze takie do tego odbędą się na czwartym poziomie rozgrywek. Czasy ciężkie więc proponuję żeby sobie przypomnieć o chlubnych początkach tej rywalizacji. 65 lat temu obie drużyny pierwszy raz spotkały się w ligowych derbach i było to w ekstraklasie!

W 1949 roku w dwunastozespołowej lidze znalazły się zarówno Polonia jak i Szombierki określane wtedy często jako Górnik.  W pierwszych historycznych derbach górą był ten drugi klub. „Górnicy bytomscy stają się powoli pupilkiem miejscowej publiczności. Podczas gdy do niedawna kibiców tej jedenastki  poza załogą kopalni Szombierki można było policzyć na palcach obu rąk to teraz widzieliśmy na stadionie miejskim w Bytomiu dotychczasowych zagorzałych zwolenników Polonii, którzy dopingowali jedenastkę górniczą” - pisał katowicki "Sport" o historycznym meczu.

Goście wygrali 2:1, a największą gwiazdą był Jerzy Willibald Krasówka, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej debiutował w reprezentacji Polski podczas meczu z Rumunią w Bukareszcie. „Krasówka jest w bardzo dobrej formie, jest kierownikiem ofensywy górników.” O wyniku w dużej mierze zdecydował fakt, że na chwilę w Polonii musiało dojść do zmiany bramkarza. Dobrze spisującego się Sztola na pięć minut zastąpił między słupkami Kuczapski. „Był właściwym sprawcą utraty przez Polonię obu punktów, fatalnie puszczając nietrudny do obrony strzał Burdy”.

Ciekawostką jest fakt, że ten mecz prowadził ceniony wtedy sędzia Julian Brzuchowski, który w historii śląskiej piłki zapisał się także w inny sposób. To on był bowiem - jako architekt - twórcą projektu Stadionu Śląskiego, który powstał kilka lat później.

23 maja 1949

Polonia Bytom - Szombierki Bytom 1:2 (1:0)

Bramki: 1:0 Szmydt (10.), 1:1 Gaweł (72.), 1:2 Burda (77.)

Widzów: 12 000.

W rewanżu mecz był już jednostronny. Warto zauważyć, że w tym czasie ta bytomska rywalizacja była określana derbami... Śląska Opolskiego. „Polonia Bytom ratując się przed spadkiem z ligi gra obecnie w takim stylu na jaki nie stać w tej chwili żaden zespół z czołówki. Jedenastka Polonii zademonstrowała grę dawno nie oglądaną na naszych boiskach. Twardy ambitny przeciwnik. mający na rozkładzie najlepsze kluby ligi nie miał nic do powiedzenia w tym meczu. Falowych ataków Polonii, szybkich skrzydeł, sprytnego Trampisza na prawym łączniku nie byli w stanie zastopować ani obrońcy ani pomocnicy”.

Wyobraźcie sobie, że po końcowym gwizdku „rozentuzjazmowani kibice Polonii unieśli całą jedenastkę na rękach do autobusu”.

13 września 1949

Szombierki Bytom - Polonia Bytom 0:3 (0:1)

Bramki: 0:1 Trampisz (25.), 0:2 Wieczorek (34.), 0:3 Wiśniewski (57.)

Widzów: 10 000.

Polonii ostatecznie to zwycięstwo nic nie dało, spadła wtedy z ekstraklasy. Szombierki też były blisko, w dodatku kibice mieli powody do stresu. Otóż 17 sierpnia 1949 roku zarząd opolskiego OZPN zawiesił klub za długi (chodziło o 20200 zł).  W połowie października Szombierki uregulowały zobowiązania i kara została odwieszona. Ktoś jednak zauważył, że w okresie zawieszenia Szombierki wygrały w lidze z Gwardią (czyli Wisłą) i Lechią. Wniesiono więc protest do władz PZPN (nie ustaliłem kto go wniósł) o zweryfikowanie tych meczów jako walkowerów dla przegranych rywali Szombierek. Gdyby protest został uznany Szombierki straciłyby cztery zdobyte punkty i to one - zamiast Polonii - spadłyby wtedy z ekstraklasy. Ostatecznie jednak protest nie został uwzględniony.

PS [...]

PS1 Widzieliście co zrobił właśnie Erik Lamela?! Rewelacyjna rabona. Tak strzelają TYLKO Argentyńczycy!

środa, 22 października 2014
Dostęp do alkoholu sprawia, że nie jesteśmy równi

Dobry alkohol, jak wiadomo, nie jest zły. Wiadomo jednak również, że nie w połączeniu z wycieczką na stadion. Choć raczej... nie do końca.

Czasy takie, że futbol dwóch prędkości kluje się już nie tylko na boisku ale i na trybunach. Alkohol. Właśnie to sprawia różnicę.

Jestem wściekły. We wściekłość wprawił mnie niecodzienny przypadek kibica w Katowicach, który omyłkowo próbował wnieść przed meczem na Bukową 20 mililitrów "Gorzkiej żołądkowej" (czyli mniej niż pół kieliszka). Facet ma sklep monopolowy i dzień wcześniej robił zakupy w hurtowni. Dostał tam w prezencie kilkadziesiąt takich buteleczek jako gratisy do półlitrówek. No i przy ich wypakowywaniu jedna buteleczka mu się "schowała". Ochrona jednak zadziałała - wezwana policja alkomatem sprawdziła delikwenta: 0,00. Ale co tam: sprawiedliwy sąd w trybie przyspieszonym wymierzył właścicielowi monopolowego karę 2000 zł grzywny i orzekł dwuletni zakaz udziału w imprezach. Dwuletni! Na szczęście jest druga instancja, która właśnie przywróciła mi wiarę w zdrowy rozsądek sądów. O "przygodach" nieszczęśnika możecie przeczytać - TUTAJ.

Osobiście uważam, że alkohol na meczu piłkarskim to nie jest dobry pomysł. Po pierwsze dlatego, że przeszkadza w intensywnym przeżywaniu wydarzeń na boisku. Po drugie dlatego, że często przeszkadza się potem innym w intensywnym przeżywaniu wydarzeń na boisku.

Czasy nadeszły takie, że zakaz wnoszenia i spożywania alkoholu na stadionach to jeden z najbardziej bezczelnych i zakłamanych przepisów jakie mogę sobie wyobrazić. Dotyczy on bowiem jedynie szaraczków, którzy kupują zwykłe bilety. Facetowi, któremu zawieruszyła się w torbie malutka flaszka groziło, że nie zobaczy meczu przez dwa lata. Z kolei inny facet może na stadionie wypić równowartość dziesięciu takich flaszeczek a jeszcze mu z uśmiechem drzwi otworzą. Bo jeśli jesteś w strefie VIP - bez problemów możesz wprawić się stan lekkości wódką, winem czy tym tam tylko chcesz. Wiadomo, że siedzenie przy soczku nie jest tak atrakcyjne jak możliwość wysączenia sobie drinka. Ale co tam - skoro trafiłeś na teren gdzie alkohol serwują - znaczy jesteś ważną personą; w jakiś sposób dla gospodarza cenną. A jeśli tak - trzeba ci umilić pobyt. W Polsce kultura umilania polega na umożliwieniu picia. Czujesz się zadowolony - możesz jeszcze przynieść dużo profitów...

Mam przekonanie, że takie w sumie drobne sprawy potrafią czasem przeważyć szalę. Lud nie widzi jak bawią się "nadludzie". Może i dobrze. Wściekłość potrafi ponieść w rejony niebezpieczne. Aż do tego, że "żadne zasługi ani talenty nie uzasadniają nierównego podziału dóbr konsumpcyjnych".

A tego nie chcielibyśmy, zapewne, przeżywać. To już było. "Wściekli" już byli. Babuwizm się skończył.

PS Czasy są ciężkie więc kluby upadają. Trudne momenty pokazują cechy charakteru. Cwaniaczki kupują licencję obcego klubu, uprawiają fuzje i inne tego typu duperele. Są też jednak i uczciwi. Ci, którzy zaczynają od samego dołu. Panie i panowie: Victoria Jaworzno wróciła do świata żywych. Życzę powrotu na szczebel centralny!

20:38, pavelczado , Alkohol
Link Komentarze (20) »
wtorek, 21 października 2014
Wielkie Derby Bytomia. Raczej ich nie zobaczycie

Jest w śląskim futbolu kilka wielkich ligowych rywalizacji, którym los stanął na drodze. Przed laty rozpalały do białości, teraz już nawet nie pamiętamy ostatnich meczów, bo dawni wielcy rywale od dawna grają w różnych ligach...

Pamiętacie jeszcze mecze Ruch - GieKSa albo Zagłębie - GieKSa? Największym chyba jednak hitem, który znikł na długie lata z futbolowej mapy Polski jest ligowa rywalizacja Polonii z Szombierkami. Dwaj mistrzowie kraju z jednego miasta! Pierwszy z takich ligowych meczów odbył się w roku 1949 na poziomie ekstraklasy*. Ostatni - w roku 1997 już na drugim poziomie rozgrywek. Od tego czasu - cisza....

Ale wreszcie koniec z tą ciszą! Już w najbliższą sobotę coś co Czadoblogi lubią najbardziej: po siedemnastu latach przerwy wreszcie zabłysną Wielkie Derby Bytomia! 

Ligowy mecz odbędzie się na stadionie Szombierek. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że spotkanie zobaczą tylko szczęśliwcy. Co prawda Szombierki od początku nie chciały organizować imprezy masowej i spotkanie zobaczyłoby 999 kibiców, ale miejscowa policja zdecydowała, że to mecz podwyższonego ryzyka. Oznacza to, że na stadion przy ul. Frycza-Modrzewskiego wejdzie zaledwie 199 szczęśliwców. Oczywiście nie w smak to zarówno jednemu jak i drugiemu klubowi (Szombierki by zarobiły, Polonia miałaby doping), ale nic nie da się zrobić.

Kibice Polonii zapowiadają, że i tak przyjdą pod stadion. Składają do Urzędu Miasta wniosek o pozwolenia na zgromadzenie publiczne żeby pooglądać mecz zza płotu (według prawa to takie zgromadzenie, które "zorganizowane jest na otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób". Musi to być zgrupowanie "co najmniej 15 osób, zwołane w celu wspólnych obrad lub w celu wspólnego wyrażenia stanowiska"). Rozmawiałem dziś o tym wniosku z Damianem Bartylą, prezydentem Bytomia. Wiadomo, że jest zaangażowanym kibicem Polonii, byłym prezesem tego klubu, ale wyraźnie mi podkreślił, że to nie ma nic do rzeczy. Poprosi o analizę prawną w tej sprawie i wyda decyzję w oparciu o obowiązujące przepisy. 

Policja ma własne racje, własne powody i można je zrozumieć. Rozmiar wzajemnej niechęci między sympatykami klubów mógłby wstrząsnąć osobami postronnymi i niezorientowanymi. Osobiście byłbym jednak za imprezą na tysiąc osób i dopuszczeniem kibiców Polonii do udziału w tym widowisku. 

Nie wiem czy istnieje przepis, który zabroni zorganizowania zgromadzenia publicznego kibicom Polonii. Jeśli nie ma - to chyba lepiej żeby byli na trybunach pod kontrolą niż gdyby mieli brykać pod stadionem. Dobrym przykładem są choćby zdarzenia z 2012 roku w związku z derbami Ruch Radzionków - Polonia Bytom.

Po ówczesnej decyzji policji mecz z trybun mogło obejrzeć właśnie 199 osób (impreza niemasowa o podwyższonym ryzyku), a fani Polonii w ogóle nie mogli się pojawić na stadionie. Wiązało się to z faktem, że obiekt Ruchu przy ul. Narutowicza nie spełnia wszystkich warunków bezpieczeństwa. Efekt? Około 600-osobowa grupa sympatyków Polonii zgromadziła się za ogrodzeniem boiska. Tuż po zakończeniu meczu, kiedy zawodnicy Polonii przeskoczyli przez wewnętrzne ogrodzenie i pobiegli w stronę kibiców, część osób z tej grupy zaczęła rzucać butelkami i kamieniami w stronę pracowników ochrony oraz policjantów. W ruch poszły pałki, strzelby gładkolufowe, miotacze wody...

Myślę, że gdyby kibice Polonii weszli na stadion Szombierek i zrobili zadymę na trybunach byliby najgłupszymi szalikowcami świata, bo to świadczyłoby, że nie doceniają co się dla nich robi. Nie uwierzyłby im już nikt i nikt nie chciałby się z nimi układać.

Więcej o tym meczu - TUTAJ. Rozmawiam o nim z prezydentem Bytomia, działaczami Szombierek i Polonii, szefową Stowarzyszenia Kibiców Klubu Polonia Bytom a także z rzecznikiem bytomskiej policji.

PS [...]

*trudno w to uwierzyć, ale ostatni derbowy mecz między Polonią a Szombierkami na poziomie ekstraklasy odbył się już w 1980 roku! Potem oba kluby spotykały się już tylko na drugim poziomie rozgrywek. Nic dziwnego, że kibicom coraz trudniej przypomnieć sobie emocje związane z tą konkretną rywalizacją. 

poniedziałek, 20 października 2014
Kompletnie nie rozumiem Jana Kociana

Były trener Ruchu Chorzów udzielił dziś obszernej wypowiedzi stronie niebiescy.pl.

Zdanie Słowaka jest interesujące choć właściwie nikt nie zauważył, że niestety kompletnie niespójne.

Najpierw Kocian mówi:

Prezes zarzuca mi, że nie znałem odpowiedzi na pytanie: w czym jest problem? Takiej diagnozy nie ma. To nie jest tak, jak idziesz do lekarza, bo cię boli gardło, doktor daje diagnozę, że to jest chrypka i przepisuje ci na to jakiś medykament. W piłce tak się nie da. Tutaj nie ma szybkich odpowiedzi na wszystko. Mogłem odpowiedzieć, że widzę problem w tym i w tym. Mogłem wskazać rozegranie wielu meczów, transfery czy brak boiska, ale to nie byłaby jasna odpowiedź. 

A potem mówi:

Wróciłem niedawno na Słowację i muszę czytać o sobie, że nie miałem planu. Plan jest zawsze. Mieliśmy plan na tę dwutygodniową przerwę i na to, jak dalej pracować z drużyną.

Zanim wyjaśnię dlaczego moim zdaniem te dwa fragmenty się wykluczają - zauważę, że nikt z działaczy nie wymagał od Kociana szybkich odpowiedzi na wszystko. Został zwolniony dopiero po jedenastu meczach z których wygrał jeden. Słowo "szybkie" chyba więc nie przystaje do rzeczywistości.

A teraz o tym dlaczego te dwa fragmenty są sprzeczne. W pierwszym trener Kocian przyznaje, że nie ma diagnozy zapaści. W drugim twierdzi, że wie jak wyjść z kryzysu.

Moim zdaniem trudno wyjść z kryzysu jeśli nie zna się jego powodów i nie dotyczy do tylko futbolu.

Można to czynić owszem - ale tylko po omacku. Tyle, że po omacku to jednak ryzyko. W przypadku pacjenta, który ma chrypkę a lekarz leczy mu nogi najwyżej trochę dłużej pokaszle. W przypadku słabo grającej drużyny może ona w efekcie spaść z ekstraklasy. A czyja to będzie wtedy wina? Oczywiście działaczy.

Dzięki Janowi Kocianowi Ruch udowodnił w zeszłym sezonie, że nie jest słabą drużyną. Jeśli teraz gra znacznie gorzej to przepraszam - nie jest to wina działaczy.

PS [...]

 
1 , 2 , 3
Archiwum