wtorek, 27 października 2015
Czas ujawnić nad czym pracowałem

okładka

Tylko dwóch trenerów doprowadziło reprezentację Polski na światowe szczyty. O Kazimierzu Górskim - co nie dziwi - powstało w przeszłości kilka książek. O Antonim Piechniczku - co dziwi - nie powstała ani jedna.

Akurat mnie przyszło w udziale wypełnić tę zdumiewającą lukę. Wspólnie z koleżanką Beatą Żurek napisaliśmy więc książkę, która - mamy nadzieję - spełnia to zadanie. Cieszę się, że Beata zaprosiła mnie do współpracy, bo to był jej pomysł. Dzięki temu przez ostatni rok przeżyłem najciekawszą zawodową przygodę w życiu.

Nie jest to bynajmniej wywiad-rzeka. To byłoby naszym zdaniem zbyt proste. Z Beatą postanowiliśmy więc zrobić klasyczną reporterską opowieść o jednym z symboli polskiego (i śląskiego) futbolu.

Do annałów światowej piłki Antoni Piechniczek przeszedł mając zaledwie 40 lat. Wyjątkowemu wydarzeniu, które to sprawiło czyli mistrzostwom świata w Hiszpanii poświęcamy oczywiście mnóstwo uwagi. Dowiecie się nieznanych szczegółów. Jednak España '82 jest, owszem, istotnym, ale tylko fragmentem tej absolutnie niezwykłej historii życia niezwykłego człowieka. Sami się o tym przekonacie.

Tytuł - który wymyśliła Beata - dobrze oddaje charakter książki. Nie tylko nawiązuje do słynnej piosenki. Chodzi o to, że zawarliśmy w niej historie wręcz zdumiewające. Będą czytelnicy, których te opowieści zaszokują, będą tacy, których zaskoczą, rozweselą, przygnębią. Wielu się mocno zdziwi. Także ci, którzy będą czytać o... sobie.

Selekcjoner przed nami naprawdę się otworzył. Czasami zapominałem, że słucham jego opowieści w konkretnym celu - żeby napisać książkę. Słuchałem z otwartymi ustami jako kibic. Dobrze, że potrafiłem się opamiętać i zawczasu przypominałem sobie, że przecież tym razem jestem reporterem! 

Z Antonim Piechniczkiem spędziliśmy dziesiątki godzin słuchając jego niezwykłych wspomnień, ale to jest jedynie awers tej historii. Jej rewersem są opowieści kilkudziesięciu ludzi, którzy znali Piechniczka w różnych etapach jego życia, pracowali z nim, bawili się i rywalizowali. Zjeździliśmy Śląsk (ale też Polskę) wzdłuż i wszerz.

Długo kombinowałem jak rozpocząć tę historię. Zależało nam żeby oddawała charakter bohatera o którym piszemy. Żeby czytelnik wiedział o jakim rodzaju człowieka to będzie opowieść, jaką ma osobowość. Długo się zastanawialiśmy... Aż do momentu kiedy Waldemar Matysik nie opowiedział czegoś tak niecodziennego, że zakręciło nam się w głowach. To tak niewiarygodna i jednocześnie tak trafiająca w sedno opowieść, że nie miałem już żadnych wątpliwości. Na wszelki wypadek dopytałem jeszcze innych piłkarzy, bo tak bardzo nie chciało mi się wierzyć, że coś takiego mogło się w ogóle zdarzyć. Zawodnicy potwierdzili. Tak było!

Gdyby to zdarzenie miało miejsce dziś, byłoby w serwisach na całym świecie, zajmowałoby czołówki gazet. Wtedy przeszło bez echa. Może dlatego, że nie było tam polskich dziennikarzy, którzy mogliby zobaczyć to na własne oczy?

Ta opowieść musiała rozpoczynać historię Antoniego Piechniczka, bo ona pokazuje go takim jaki jest. Trener kulom się nie kłania. Nigdy nie kładzie uszu po sobie i zawsze reaguje na niesprawiedliwość, działa jeśli coś mu się nie podoba. Potrafi być impulsywny. Zresztą przeczytajcie sami:

Wstęp

11 grudnia 1985 roku. Adana, prowincjonalne tureckie miasto blisko granicy z Syrią.
Reprezentacja Polski rozgrywa z gospodarzami oficjalny towarzyski mecz międzypaństwowy. Goście atakują. Jeden z tureckich obrońców uderza łokciem w twarz napastnika Andrzeja Zgutczyńskiego. Polski piłkarz pada na murawę, turecki sędzia Talat Tokat nie reaguje. Gra toczy się dalej, ale tylko przez chwilę. Polski trener gwałtownie zrywa się z ławki rezerwowych, wbiega na boisko i wślizgiem wchodzi w przeciwnika. Zabiera mu piłkę i przerywa akcję. Robi się tumult, ale wściekły szkoleniowiec na nic nie zważa. 
- A co tam wcześniej było?! - krzyczy.
Polscy piłkarze w szoku. - Nasz szkoleniowiec zawsze gwałtownie reagował na niesprawiedliwość. Ale to co zdarzyło się w Turcji było niezwykłe - mówi Waldemar Matysik, który grał w tamtym meczu i wciąż opowiada o tym drżącym głosem.
Tym trenerem był Antoni Piechniczek. Człowiek, który zapisał się w historii polskiego futbolu. Jako jedyny szkoleniowiec zdobył z biało-czerwonymi awans do dwóch mundiali, a w jednym z nich poważnie namieszał.
O nim jest ta opowieść.

Udało nam się stworzyć 400 stron takich historii. Właściwie 350, bo 50 zajmują aneksy czyli coś co miłośnicy statystyk piłkarskich lubią najbardziej.

Aneks I to wszystkie mecze reprezentacji Polski za Antoniego Piechniczka. Selekcjoner, krótko opowiada o każdym spotkaniu i daje mu osobistą notę od 1 (beznadziejny) do 5 (genialny);

Aneks II to wszystkie mecze Antoniego Piechniczka, które rozegrał w swoim życiu jako piłkarz czyli od Naprzodu Lipiny po Chateauroux. Trochę zachodu (i konsultacji) to kosztowało, ale warto było. Przepraszamy, że wykaz dotyczy meczów Piechniczka jako seniora, zdobycie pełnej listy jego spotkań jako juniora było zbyt trudne, wręcz niemożliwe;

Aneks III to przygotowania do mundialu w Hiszpanii. Jak wiadomo stan wojenny sprawił, że kadra nie mogła rozegrać żadnego oficjalnego meczu. były tylko te nieoficjalne z drużynami klubowymi i kombinowanymi zespołami. Okoliczności meczów i wyniki przyprawiają o zawrót głowy;

Aneks IV to Antoni Piechniczek jako selekcjoner reprezentacji Tunezji;

Aneks V to Antoni Piechniczek jako selekcjoner reprezentacji Zjednoczonych Emiratów Arabskich;

Aneks VI to wykaz wszystkich klubów zagranicznych, w których pracował. Było ich więcej niż się spodziewałem. Dopiero w trakcie ustalania szczegółów zorientowałem się, że Antoni Piechniczek pracował w dwóch klubach o tej (prawie) samej nazwie, ale... w dwóch różnych krajach! W żadnym ze znanych mi opracowań nie było tej informacji. Podejrzewam, że wszyscy traktowali to jako jeden i ten sam klub:)

Po napisaniu tej książki jednego nam tylko szkoda: że w Polsce jest tak mało ludzi, którzy mogli takie historie przeżywać i teraz je opowiadać.

PS Książka będzie dostępna w księgarniach w połowie listopada. O spotkaniach autorskich poinformuję na bieżąco.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski. Doskonale wiemy, że Antoni Piechniczek przyłącza się całym sercem do tego życzenia.

18:45, pavelczado , Książki
Link Komentarze (30) »
niedziela, 25 października 2015
Pojawia się szansa. Warto ją wykorzystać

Odbył się dziś kolejny mecz, który według mnie potwierdza, że może się wydarzyć co ma się wydarzyć. Niektórzy powiedzą, że to wariactwo, że nie ma się co napalać, nie ma co wywoływać presji. Oczywiście. Jeśli jednak pojawia się szansa - warto ją wykorzystać.

Chodzi mi o GKS Katowice. Wiem, że celem jest awans do ekstraklasy w ciągu dwóch sezonów. Zwracam jednak uwagę na kilka szczegółów.

a) po pierwsze - w tym sezonie tylko jedna drużyna w tej lidze jest tak naprawdę lepsza od GKS-u. To Zagłębie Sosnowiec. Ale przecież miejsca premiowane awansem są aż dwa. Kogo ma się GieKSa obawiać? Ząbek? Dziś zobaczyłem, że to bardzo przeciętna drużyna. Wisły Płock? Właśnie przegrała u siebie z Chrobrym Głogów. Chrobry, owszem, ma ostatnio niezłą passę, ale przecież nie tak dawno przegrał u siebie z Chojniczanką, którą z kolei GieKSa pożarła na śniadanie podczas wyjazdowej podróży.

b) po drugie - w tym sezonie było już tyle potknięć GKS-u, że trudno zliczyć, ale poziom ligi jest taki, że każdy się potyka. Zauważcie więc: co prawda Katowice zajmują obecnie dopiero ósmą pozycję, ale do miejsca premiowanego awansem mają zaledwie pięć punktów straty!

c) po trzecie - w tym sezonie może być łatwiej awansować niż w przyszłym. Tegoroczni spadkowicze prezentują się co najwyżej przeciętnie - jeśli bać się obecnego Zawiszy to lepiej w ogóle nie wychodzić na boisko z myślą o awansie. Bełchatów niedawno katowiczanie ograli na wyjeździe przypominając, że GKS jest tylko jeden, a inne kluby o tej samej nazwie powinny dodawać miasto dla pełnej identyfikacji. W następnym sezonie spadkowicze mogą być na zupełnie innym poziomie...

c) po czwarte - i najważniejsze - wygląda na to, że kryzys w GieKSie jest opanowany. Obecnie wygląda na coraz lepiej poukładaną drużynę - z poukładanym kręgosłupem. Na bramce bardzo zdolny i jak na swój wiek popełniający zadziwiająco mało błędów Mateusz Kuchta. Na środku obrony duet, który coraz lepiej się rozumie czyli Mateusz Kamiński - Oliver Prażnovsky. Słowak w dodatku bardzo groźny jest pod bramką rywala przy rzutach rożnych. Środek pomocy ustawiony w trójkącie z człowiekiem, który dużo widzi i bardzo umiejętnie rozrzuca piłki czyli czyli Bartoszem Iwanem. Dziś - jako "czyszczący" - bardzo podobał mi się Łukasz Pielorz. Z przodu z kolei zadziwiający Grzegorz Goncerz, który na pierwszy rzut oka wyróżnia się tylko nisko osadzonym środkiem ciężkości, a potem rywale mogą czuć się zaskoczeni. No i zaczynają wreszcie odpowiednio chodzić skrzydła - nie tylko w drugiej linii, ale i obronie - dowodem może być dzisiejszy występ Alana Czerwińskiego i jego wkład w zdobycz bramkową. Trener Jerzy Brzęczek potrafi sobie radzić przy okazji stwarzając nowe możliwości konkurencji - wydawało się, że po kartce Pietrzaka GKS będzie miał problem na lewej obronie - tymczasem Brzęczek przesunął tam z pomocy Adriana Frańczaka, a ten dobrze sobie radzi.

e) po piąte - już poza konkursem, bo to akurat nie ma żadnego praktycznego znaczenia. Marzyć jednak można. Wyobraźcie sobie, że GieKSa i Zagłębie zdobywają awans do e-klasy już w tym sezonie. Wyobrażacie sobie te emocje prawie co tydzień? Jak nie mecz Ruch - Zagłębie to GieKSa - Ruch, jak nie Górnik - Piast to Zagłębie - GieKSa. O Wielkich Derbach Śląska nawet nie wspominam!

PS Dziś nie podobało mi się tylko jedno: że można zorganizować ligowy mecz o godz. 12.45. Abstrahuję od powodów terminu. Jeśli już piłkarzom to nie przeszkadza, to zwykłym ludziom - takim jak ja - owszem. Są pory kiedy je się obiad i pory kiedy ogląda się ligę:) Liga do schabowego i buraczków mi nie pasuje.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

sobota, 24 października 2015
Piast Gliwice wie co robi

Piast dziś pierwszy raz w obecnym sezonie nie zdołał u siebie wygrać. Ba, przegrał. Być może podniosą się głosy o zadyszce czy nawet kryzysie, osobiście uważam jednak, że na pewno przesadzone. Gliwiczanie grali dziś moim zdaniem całkiem nieźle, potrafili stwarzać sytuacje, ale piłka nożna jest takim sportem, że czasem choć się przeważa to się przegrywa. Nie to co w siatkówce albo koszykówce. Życie.

Piast jednak przygotowuje się do skoku na kilku płaszczyznach - nie tylko czysto futbolowej. Czy można z ulicy trafić do profesjonalnego piłkarskiego klubu i zawojować świat? To bardzo romantyczna wizja. Piast postanowił wykorzystać pociąg ludzi do pięknych historii i bardziej wyrafinowane techniki dotarcia do ich świadomości. Otóż najlepszy uczestnik telewizyjnego show "Piłkarski diament" dostanie kontrakt w gliwickim klubie. Moim zdaniem Piast nie decyduje się oczywiście na ten krok dlatego, że naprawdę szuka piłkarza w ten sposób. Naiwnością jest tak sądzić. Uważam, że w tym wypadku chodzi o coś zupełnie innego.

Romantyczna historia, która spełnia się na jawie przyciągnie uwagę każdego, nie tylko piłkarskiego kibica. Każdy szanujący się fan zna sposób w jaki pewien nieśmiały synek z ulicy trafił do Botafogo Rio de Janeiro. Pod naszą szerokością geograficzną wiemy to dzięki nieśmiertelnemu opisowi radzieckiego dziennikarza Igora Fiesunienki:

"Trening miał się ku końcowi kiedy trener Gentil Cardoso przypomniał sobie o chłopaku przywiezionym z prowincji. - Dawaj go tutaj - zawołał do Aratiego [byłego piłkarza, który wypatrzył młodziana, przyp.pacz]. Na trybunach rozległy się śmiechy. Gentil również odwrócił się żeby ukryć śmiech. Ten niezdara przypominał wszystko, ale nie piłkarza. Kuśtykał gdyż jedną nogę  miał znacznie krótszą od drugiej. Aby utrzymać się na nogach aby chodzić i biegać, musiał wyginać w pałąk dłuższą nogę. Chcąc raz na zawsze skończyć z tą komedią, Gentil nachmurzywszy się  spytał chłopca:

- Na jakiej pozycji przyzwyczaiłeś się grać?

- Gdzie bądź, tylko nie na bramce. Ale najbardziej lubię na prawym skrzydle...

Trener zmrużył oczy, pomyślał a potem powiedział.

- No to idź tam na prawę skrzydło do drużyny rezerwowych. Zobaczymy co z ciebie będzie.

(...) Gentil zawołał Niltona Santosa:

- Wypróbuj go Nilton.

Słowa te oznaczały wyrok śmierci. Chłopak miał być "sprawdzany" przez słynnego lewego obrońcę reprezentacji kraju, najlepszego wówczas na tej pozycji. Nie niepokoił się tym, nie znał z widzenia Niltona Santosa, bo reprezentacja nigdy nie zaglądała do jego mieściny. Diokuśtykawszy do prawego skrzydła westchnął.  Obejrzał się i nagle zobaczył, że w jego kierunku leci piłka, a na przeciwko bez pośpiechu wybiega ten, którego trener nazwał Niltonem... To co zdarzyło się później Nilton Santos zapamiętał na zawsze. (...)

"Trener  wypróbowywał nowych i kiwnął na mnie żebym sprawdził jakiegoś typa, który pokazał się na prawym skrzydle. Wszyscy w duchu podśmiewali się z krzywonogiego delikwenta. Ja też... Potem zobaczyłem, że dostał piłkę i spokojnie ruszyłem żeby odebrać mu piłkę. Kiedy zbliżyłem się do niego, nagle błyskawicznie przebił piłkę między moimi nogami i zniknął. Spróbowałem rzucić się za nim , ale straciłem równowagę i upadłem nakrywając się nogami. Wszyscy, którzy byli na stadionie wybuchnęli śmiechem. Wszyscy za wyjątkiem tego faceta, który spokojnie wyrabiał diabli wiedzą co z pozostałymi obrońcami..."

Co Garrincha ma wspólnego z Piastem? Ano ma (a raczej mógłby mieć:) Chodzi o to, że melanż futbolu i romantycznej historii to idealna soczewka skupiająca uwagę. A jeśli w dodatku na styku przytrafi się happy end w stylu z Botafogo tłumy będą walić drzwiami i oknami. Walić na stadion Piasta. Oczywiście to tylko teoria mocno wybełtana w chciejstwie - szansa, że historia z Rio  mogłaby powtórzyć w Gliwicach wynosi promil promila procenta**.

Ale powtarzam: Piastowi tak naprawdę nie o nowego genialnego piłkarza chodzi... Cel to przekaz, opinia, która przeniknie do świadomości wielu ludzi, a przeniknięcie ma zapewnić telewizyjny przekaz. Opinia, że gliwicki klub to miejsce gdzie mogą się spełnić marzenia szarego człowieka, że Piast taką szansę może dać każdemu, musi się jednak o nią walczyć z całych sił.

Wiem, że to górnolotnie brzmi, ale proszę podejść do tego na zimno. Chodzi przede wszystkim o zdobycie sympatii NOWYCH kibiców czy też kibiców NOWEGO RODZAJU (tak naprawdę różnica nieistotna. Kibic zupełnie zielony i nieorientujący się jeszcze w niczym to taka sama głowa jak kibic przychodzący na mecze od 30 lat, mylę się? Chyba nie mylę, zapłaci za bilet tyle samo). 

Piastowi zależy na zapisaniu się na trwałe w ogólnej społecznej świadomości. Chce być w Polsce powszechnie rozpoznawalny. Nie jest tego na razie w stanie dokonać czysto futbolowymi sukcesami więc szuka innych sposobów. Ofensywa na kilku frontach. Gospodyni domowa wie co to Ruch albo Górnik (dlatego podejrzewam, że Ruch lub Górnik nigdy w takim programie nie wystartują, wielu być może uważałoby to nawet za policzek dla wspaniałych przeszłych pokoleń związanych z tymi środowiskami), ale nie wie co to Piast. Trzeba więc sprawić żeby się dowiedziała. Piast wie, że nie zostanie wyśmiany. To przecież ciągle - bez urazy - klub na dorobku i wszelkie inicjatywy na wszelkich płaszczyznach, które mogą to zmienić są cenne.

A jeśli zdarza się to akurat w momencie gdy Piast coraz więcej znaczy w polskiej lidze - tym lepiej. Bardzo dobrze: niech każdy orze jak może.

No bo co ma Piast do stracenia flirtem z telewizją? Nic. Nieciecza przecież nic nie straciła przyjmując Wiktora Płanetę, a zyskała nawet jedną bramkę. Dla mnie koszt utrzymania tego zawodnika to zimna kalkulacja działaczy Piasta. To po prostu koszt reklamy.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

* "Pele, Garrincha, piłka...". W ZSRR ta doskonała książka ukazała się w 1973 roku, w Polsce - rok później. Przekład Andrzeja Szymańskiego 

** ewentualnie promil promila promila.

czwartek, 22 października 2015
Krótko, że warto krótko

Ze szkoły wyniosłem przeświadczenie, że im dłuższy napisze się tekst tym ocena będzie lepsza. Szybko przekonałem się, że to błędne myślenie. Nie ma nic cenniejszego niż wyrażenie konkretnego przekazu w lapidarny sposób.

Nie tak dawno stanąłem przed przyjemnym wyzwaniem. Musiałem wyrazić opinię o książce w... dwóch zdaniach. Niezłe ćwiczenie - czytać książkę przed dwie godziny po to żeby potem w pisaniu nawet się nie rozpędzić.

Książka na szczęście jest ciekawa i z czystym sumieniem mogę ją polecić. Chodzi o kontynuację międzynarodowego bestsellera anonimowego autora, piłkarza Premier League, noszącego tytuł "Futbol jeszcze bardziej obnażony". Rzeczywiście warto!

Oto te dwa zdania o książce:

Druga część "Futbolu obnażonego" przynosi mnóstwo smakowitych dykteryjek oraz jedno przeświadczenie graniczące z pewnością: jeśli jesteś inteligentnym człowiekiem zapewne dasz sobie radę w życiu, jeśli jednak jesteś inteligentnym piłkarzem masz na to znacznie większe szanse. Futbol daje tak ogromne możliwości, że większość zwykłych śmiertelników może o takich tylko pomarzyć.

O co chodzi? Przeczytajcie książkę:)

PS Wojewoda śląski, zupełnie bezpodstawnie, zamknął niedawno stadion GKS-u Katowice (nawet policja wnioskowała o zamknięcie tylko części trybun), teraz do Sosnowca dotarła informacja - jeszcze nieoficjalna - że zamierza zamknąć Stadion Ludowy. Tym razem jest to przypadek jeszcze bardziej absurdalny, niż ten sprzed tygodnia.
W sierpniu na Ludowym odbył się mecz Zagłębia z Arką Gdynia. Na meczu nie doszło do żadnych burd - nie słychać, żeby PZPN chciał za tamto spotkanie karać organizatorów spotkania. Owszem, doszło do bijatyk, ale poza stadionem - na moście na Brynicy. Z naszych informacji wynika, że policja zatrzymała sześciu kiboli, w tym jednego (!) deklarującego poparcie dla Zagłębia.
Pytania do wojewody: co klub ma z tym wspólnego? W jaki sposób mógłby wpływać na zdarzenia, do jakich doszło na moście? W bijatyce uczestniczyli ponoć kibole Zagłębia, ale tego z Lubina, którzy - jak to się mówi - trzymają „sztamę” z kibolami Arki. Czy w związku z tym wojewoda Piotr Litwa będzie wnioskował do swoich kolegów z województw Pomorskiego i Dolnośląskiego o zamknięcie stadionów w tamtych miastach?
Przykro, że muszę zadawać tak głupie pytania i przypominam, że w społeczeństwie obywatelskim odpowiedzialność zbiorowa powinna być wykluczana, a karani powinni być tylko winni.
Decyzja o zamknięciu stadionu w Sosnowcu ma zapaść dziś. Czy ktoś jest w stanie przekonać pana wojewodę, by przy jej podejmowaniu kierował się zdrowym rozsądkiem?

Niezrozumiałe decyzje wywołują spiskowe teorie. Teraz miasto mówi, że chodzi o to, by zatrzymać Zagłębie w marszu do ekstraklasy. Sosnowiecki beniaminek spisuje się świetnie i rzeczywiście może dokonać tego wyczynu. A Zagłębie w ekstraklasie to dodatkowe kłopoty dla policji z zabezpieczaniem meczów, użeranie się z chuliganami przy okazji spotkań choćby z Ruchem czy Górnikiem. To oczywiście nieprawda, ale urzędnicy podejmując takie decyzje sami powodują, że bzdura coraz częściej bierze górę nad zdrowym rozsądkiem.

PS1 A poza tym uważam, że reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

00:06, pavelczado , Książki
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 października 2015
Był w Polsce lepszy strzelec od Nikolicia po 12 kolejkach

Podniecamy się, że Nemanja Nikolić w dwunastu ligowych meczach zdobył aż 15 goli. To niezwykły wyczyn i rzeczywiście jest się czym ekscytować.

Trzeba jednak przypomnieć, że nie jest to wcale najbardziej niezwykłe osiągnięcie strzeleckie w polskiej lidze na tym etapie rozgrywek. Chlubi się nim inny klub - Ruch Chorzów.

Otóż w 1939 roku Ernest Wilimowski po dwunastu ligowych meczach miał na koncie aż... 26 bramek! Niektórzy o tym nie pamiętają, bo sezon przez wybuch wojny (grano wtedy oczywiście systemem jesień - wiosna) nie został dokończony.

Ogladaliśmy właśnie pierwszy hat-trick Nikolicia w Polsce. "Ezi" w tamtym niezwykłym sezonie raz strzelił dziesięć goli, raz - cztery, raz - trzy (w trzy minuty!), trzy razy dwa i trzy razy - jednego. W czterech meczach nie trafił do bramki. Gdyby Wilimowski wykonywał w dodatku rzuty karne - jak Nikolić (w tamtym Ruchu strzelał je jednak Teodor Peterek) miałby prawdopodobnie jeszcze pięć goli więcej (czyli - uwaga - 31 w dwunastu ligowych meczach).

Szczegółowe statystyki tamtego osiągnięcia możecie zobaczyć TUTAJ. Zliczyłem z grubsza, że w pierwszych ośmiu miesiącach 1939 roku Ernest Wilimowski zdobył 54 bramki. Potem wybuchła wojna.

PS Przy okazji: zauważyliście, że w obecnym sezonie Ruch jest krzywdzony przez sędziów?

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

sobota, 17 października 2015
Mój kandydat na premiera

GKS Katowice spytał mnie m.in. co sądzę o Jerzym Brzęczku jako trenerze GieKSy i Adamie Nawałce jako selekcjonerze. Niejako przy okazji wyjawiłem mojego kandydata na premiera.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

piątek, 16 października 2015
Oto dzień chwały Górnika Zabrze

Mam prywatną periodyzację dziejów Górnika Zabrze. Okres 1948-56 (od powstania do ostatniego sezonu przez pierwszym tytułem) to dla mnie "starożytność", lata 1957-72 (pierwsze dziesięć tytułów) to "pierwszy okres złoty", lata 1973-84 (okres bez tytułu, zaliczony spadek) to "wieki ciemne", lata 1985-89 (pozostałe cztery tytuły) to "drugi okres złoty", lata 1990-2009 (bujanie się zakończone spadkiem) to "wielka smuta", a od 2010 roku i powrotu do ekstraklasy to już "współczesność".

Właśnie dziś mija dokładnie trzydzieści lat od jednego z najbardziej niezwykłych meczów "drugiego okresu złotego". Mało tego; spotkanie o którym chcę tym razem wspomnieć to bez wątpienia jeden z najważniejszych meczów Wielkiego Górnika drugiej połowy lat 80.

16 października 1985 roku Wielki Górnik (a właściwie Górnik, który stawał się wielkim), prowadzony przez trenera Huberta Kostkę - podejmował Wielki Widzew (a właściwie Widzew, który przestawał być wielkim), prowadzony przez trenera Bronisława Waligórę. Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że wspaniały Widzew z pierwszej połowy lat 80. właśnie się kończy - trzydzieści lat temu to ciągle była drużyna, która wzbudzała respekt. Nie było już wprawdzie Bońka, Młynarczyka czy Żmudy, ale występowali za to w tej drużynie inni reprezentanci Polski, którzy miesiąc wcześniej na Stadionie Śląskim w meczu z Belgią wywalczyli kolejny awans na mundial w Meksyku - Włodzimierz Smolarek, Roman Wójcicki i Kazimierz Przybyś. Jako że w drużynie Górnika na plac w ten dzień wyszło trzech innych zawodników, którzy również grali miesiąc wcześniej na Stadionie Śląskim - chodzi o Waldemara Matysika, Jana Urbana i Ryszarda Komornickiego - zapowiadał się naprawdę wielki mecz.

Na spotkanie przyszło 30 tysięcy ludzi. Podobno byłoby jeszcze więcej, ale tego samego dnia był rozgrywany mecz Czechosłowacja - Szwecja w eliminacjach MŚ (w głębi kraju czeskiej telewizji nie dało się odbierać, ale u nas na Górnym Śląsku tak). Osobiście nie chce mi się w to wierzyć - "nad-nad-kompletu" nie było tylko dlatego, że akurat spotkanie odbywało się w... środę.

Wtedy był jeszcze zwyczaj, że na tablicy przed szatnią Górnika kredą zapisywało się składy. Ludzie stali i gapili się na palce piszącego. Wiedzieli więc, że obie drużyny zagrają w najsilniejszym składzie i zacierali ręce.

Wśród tych 30 tysięcy ludzi na trybunach był mój kumpel z dzieciństwa, od zawsze wielki fan Górnika (jego cecha charakterystyczna - najsilniejszy strzał na placu, prawdziwa peta). Doskonale pamięta tamte chwile sprzed trzydziestu lat. Dziś mieszka zagranicą, ale dla Czytelników Czadobloga zgodził się powspominać tamten mecz.

"Dzień od rana był niezwykły, bo przecież każdy dzień, w którym grał Gornik taki był. Do tego zabrzanie grali z niepokonanym od początku sezonu Widzewem. Na stadion wyruszyliśmy dość późno, bo była to środa, więc wpadaliśmy na ostatnią chwilę - nie tak jak zwykle w soboty gdzie siadaliśmy w naszym ósmym sektorze już na godzinę albo półtorej przed meczem. Rozwiesiłem oczywiście moją flagę "Jan Urban" i czekaliśmy na mecz. Miałem wtedy piętnaście lat."

Zabrzanie rozbili wtedy Widzew w niezwykły sposób. Dosłownie zmietli rywala. To była pierwsza ligowa porażka łodzian w tamtym sezonie (a już przecież trzynasta kolejka). Niektórzy byli zaskoczeni rozmiarami i stylem przypuszczali, że Górnik przechodzi kryzys (niewiele wcześniej przegrał z Bayernem na Śląskim 1:2 w PEMK, no i z Legią w takim samym stosunku). Kryzys? Żaden kryzys!

Jeszcze raz oddaję głos koledze. "Bramki na 4:0 nigdy nie zapomnę. Jan Urban dostał piłkę, chyba od Marka Majki. Był po lewej stronie boiska, atak był na bramkę od strony sektora gości. Urban dostał piłkę po lewej stronie boiska i pociągnął z nią do narożnika pola karnego. Obrońcy Widzewa jak i wszyscy na stadionie byli przekonani, że Urban wpadnie z nią w pole karne i kropnie z całych sił na bramkę Henryka Bolesty. Ale nie... To był Urban! Zatrzymał piłkę w narożniku pola karnego, nawinął obrońców i spokojnym strzałem posłał piłkę w przeciwległe okienko. Ci którzy, pamiętają stare bramki na Górniku, te z tymi małymi "widełkami" doskonale pamiętają, że to właśnie tam wpadła piłka! Nie zapomnę reakcji Bolesty, który stał jak zamurowany i nie mógł zrozumieć jak to wpadło. Ciekawe czy ta wspaniała bramka zachowała się na jakichś taśmach..."

Był to niezwykły moment. Urban nawinął wtedy Leszczyka (ktoś pamięta?) i tak uderzył, że piłka tańczyła w rogu bramki Bolesty, odbiła się od widełek, od ziemi i wyszła w pole. Łodzianie mieli ogromne pretensje do arbitra, że tego gola zaliczył. - Jak sędzia mógł to uznać?! Przecież stał na wprost bramki, nie widział więcej ode mnie. Od razu wskazał na środek, bez konsultacji z bocznym, który zresztą nie był w stanie nic autorytatywnie stwierdzić - pieklił się obrońca Marek Dziuba. Powtórki rozstrzygnęły, że to jednak sędzia miał rację...

Górnik skończył tamten sezon z czteropunktową przewagą nad drugą w tabeli Legią i zdobył drugie z rzędu mistrzostwo Polski (dwunaste w ogóle). Widzew zajął trzecie miejsce i miał do zabrzan pięć punktów straty.

Górnik Zabrze - Widzew Łódź 4:0 (1:0)

Bramki: 1:0 Urban (42.), 2:0 Iwan (53.), 3:0 Majka (64.), 4:0 Urban (82.)

Górnik: Wandzik - Gunia, Dankowski, Matysik, Kostrzewa - Majka (80. Klemenz), Zgutczyński, Komornicki, Pałasz (72. Ossowski) - Iwan, Urban

A wiecie co jest najlepsze? Prawie dokładnie rok później, 25 października 1986 roku, już za czasów Antoniego Piechniczka -  dojdzie do dokładnej powtórki z rozrywki. Górnik znowu ogra Widzew 4:0 i znowu dojdzie do niezwykłych zdarzeń. Józef Wandzik obroni wtedy karnego, natychmiast rzuci piłkę do Marka Majki, ten poda do Jana Urbana, a ten znowu walnie wspaniałą bramkę. Zamiast 1:1, zrobi się 2:0! Rozmawiałem o tamtym meczu z wszystkimi wymienionymi, ale o tym będzie gdzie indziej i przy innej okazji.

PS Ktoś jeszcze pamięta fanę "Jan Urban" rozwieszaną na Górniku w latach 80.?

PS1 A poza tym reprezentacja powinna wrócić na Stadion Śląski.

wtorek, 13 października 2015
Czy Pep Guardiola oszalał w 1986 roku

Przeczytałem właśnie nowowydaną "Sztukę zwyciężania" Guillema Balague'a. To pierwsza biografia Josepa Guardioli, którą dałem radę przejść w całości. Podobała mi się - także dlatego, że wytłumaczyła mi dlaczego musiałem przeżyć jedno z moich największych kibicowskich rozczarowań.

W 2008 roku byłem w Barcelonie na meczu gospodarzy z Wisłą Kraków. Tak się złożyło, że był to debiut Guardioli jako szkoleniowca tego klubu. Chciałem wtedy zobaczyć w akcji niejakiego Lionela Messiego, ale Guardiola musiał go najpierw zdobyć czyli przekonać do siebie. Absencja Argentyńczyka w tym meczu była właśnie pochodną tego działania...

* * * 

Nie przeszkadza mi nawet, że książka Balague'a to trochę bardziej hagiografia niż biografia - ale hagiografia napisana jednak w sposób przekonujący, z analitycznym zacięciem. Z książki wynika, że Guardiola jest bardziej cyborgiem niż człowiekiem - a może raczej człowiekiem o niezłomnej sile woli. Niestety: niezłomną siłę woli zawsze traktuję podejrzliwie:) Niewiele jest momentów, w których w tej książce główny bohater nie zajmuje się opętańczo dążeniem do doskonałości. Najbardziej Pep odbiega chyba od stosownego wizerunku w trakcie pobytu w La Masii jako adept. Oto z kolegami zbierają się wieczorami przy oknie i podglądają nocne przechadzki prostytutek zajmujących się zarobkiem na ulicach prowadzących do La Masii. Ta dykteryjka świętość Guardioli delikatnie... uwiarygadnia:)

* * *

Czasem podczas lektury wydawałem jednak ryk rannego łosia. To wtedy gdy wpadałem w konsternację. Jak choćby gdy na stronie 56 przeczytałem następujące zdanie: "Po finale Pucharu Europy w 1986 roku wykonano zdjęcie, na którym widać jak młody Pep stoi na boisku i radośnie klaszcze u boku kilku graczy Barcelony, którzy niosą na ramionach Terry'ego Venablesa, ciesząc się ze zwycięstwa w 1986 roku". 

WTF?! Ewentualności są cztery.

Albo autor wziął za dużo dopalaczy, albo tłumacz zbyt często robił inhalację ziołowe na zatoki, albo korektor do spółki z redaktorem obalili o jedną flaszke Barcelino Criado en Barrica za dużo albo piętnastoletni Pep rzeczywiście oszalał wówczas na chwilę od nadmiaru emocji. Przypominam przecież, że 7 maja 1986 roku to akurat jeden z najbardziej wstydliwych dni w dziejach katalońskiego klubu: Barcelona przegrała finał PEMK ze Steauą Bukareszt w najmniej chwalebnym stylu jaki można sobie wyobrazić: po meczu zakończonym bezbramkowym remisem jej piłkarze nie potrafili wykorzystać ani jednego karnego w konkursie jedenastek! Jakim więc cudem Pep mógł radośnie klaskać po ostatnim gwizdku?!

* * * 

Muszę dodać, że na swój sposób współczuję Katalończykom. Według Balague'a do okazywania uczuć "potrzebują tłumu i czekają na zbiorową falę emocji, która pozwala im uwolnić to co w sobie duszą." Jeśli to prawda - oznacza zbiorowe duchowe inwalidztwo tego narodu.

* * *

Na koniec uwaga techniczna: bardzo podoba mi się, że książka nie jest dmuchana. Dmuchana czyli że na każdej stronie jest tyle literek ile Pan Bóg przykazał. 33 wersy, w każdym 7-9 słów: w efekcie naprawdę da się czytać. To ważne, bo dziś można zrobić książkę w której na stronie jest 15 wersów, w każdym 5-6 słów:)

Wiecie o co chodzi? O to żeby broszura wyglądała jak trzystustronicowa książka. Wydawcy chyba wydaje się wtedy, że klient chętniej ją kupi, bo klientowi miałoby się wydawać, że jest mądrzejszy kiedy przetrawi trochę grubszą książkę (do tego za grubszą chętniej zapłaci, bo wie, że autor się starał). Tym razem tak nie jest: "Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania" to prawdziwe, rzeczywiste 411 stron do przeczytania!*

PS Guardiola przegrał już kiedyś w Polsce na stadionie Wisły. Czy przegra kiedyś na Stadionie Śląskim?

 *licząc z interesującym posłowiem Michała Okońskiego.

21:00, pavelczado , Książki
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 12 października 2015
Od miłości do nienawiści jeden krok

To było świetne. Polacy wytrzymali fizycznie, nie dali się stłamsić, byli lepsi.

Rozumiem pozasportowe aspekty tej euforii, po raz ostatni awans pierwszej reprezentacji Polski przytrafił się przecież prawie piłkarskie pokolenie temu - w 2007 roku. Wreszcie udało się namacalnie udowodnić, że Polacy jako nacja potrafią grać w piłkę.

Co w tym awansie podoba mi się najbardziej? 

Powolna zmiana mentalności. Najbardziej podoba mi się, że przestajemy oglądać się na innych i patrzymy na siebie. Nawet nie chodzi o boisko, bo uważam, że piłkarze i sztab zawsze powinni wiedzieć o innych jak najwięcej. Chodzi mi o co innego - choćby o to, że przy niesprawiedliwie podyktowanym karnym dla Irlandczyków (faul Pazdana był przecież przed linią szesnastki) nie było jakiegoś narzekania i płaczu - zarówno przez piłkarzy jak i komentatorów. Takie rzeczy się zdarzały, zdarzają i będą zdarzać. Chodzi o to żeby przeżywanie buchającego poczucia niesprawiedliwości nie zadławiło drużyny w trakcie ciągle trwającego meczu. Wygląda na to, że zespół Nawałki (a kibice wraz z nim) za siebie się nie oglądają. O to chodzi. Moim zdaniem to cechuje solidne a także dobre drużyny;  

Co w tym awansie podoba mi się najmniej?

Najbardziej nie podoba mi się, że część społeczeństwa w zachłyśnięciu chwilą uważa, że stało się coś nadzwyczajnego. Spokojnie. Polska jedynie awansowała do mistrzostw Europy w chwili gdy zasady awansu są najłatwiejsze od momentu powstania tej imprezy. 

Czy jesteśmy futbolowymi kozakami dopiero się okaże podczas finałów. O tym, że trener Adam Nawałka rzeczywiście wykonał fantastyczną robotę będzie można powiedzieć dopiero kiedy Polska wyjdzie z grupy. Nie chcę umniejszać obecnego sukcesu, cieszę się nim jak wszyscy, ale to była powinność i właściwie nic więcej.

W zachłyśnięciu się mas nieprzyjemna jest powtarzająca się zasada, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. Jeśli reprezentacja Polski w słabym stylu we Francji odpadnie z grupy w dobrze znanym nam stylu: pierwszy mecz otwarcia (na przykład z Anglią), drugi mecz o wszystko (na przykład z Albanią), trzeci mecz o honor (na przykład z Austrią) to Nawałka i jego wybrańcy zostaną pożarci na przystawkę przez tych samych ludzi, którzy teraz wynoszą ich pod niebiosa. Usłyszymy zapewne dobrze znane: "Lepiej było nie awansować żeby teraz nie przeżywać takiego wstydu". Nastroje mas są bowiem jak rozchybotana łódka.

Taka jest kolej rzeczy. Jerzy Engel i Paweł Janas po wywalczeniu awansu do mistrzostw świata też byli bogami. A potem najchętniej wleczono by ich na haku. Jedyny sposób żeby teraz było inaczej to utrzymać serię zwycięstw w meczach o stawkę. Wtedy tak naprawdę będziemy mieć pewność czy jest z czego faktycznie być dumnym. 

PS Zachwyciła mnie siła strzału głową Roberta Lewandowskiego przy drugiej bramce. Kto z nas kopnął by tak mocno nogą?

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić również na Stadion Śląski.

sobota, 10 października 2015
Tym razem nieprawomyślnie i niepoprawnie. Trudno...

Przed meczem Polski z Irlandią chcę zwrócić uwagę na pewien fakt. Stawka jest wysoka i naiwnością jest zostawiać sprawę przypadkowi.

Szanuję Irlandczyków, ale - przykro mi - nie wierzę w ich czyste intencje. Uważam, że identyczny brak wiary przydałby się sztabowi reprezentacji Polski. A znalezienie antidotum na problem, który chcę przedstawić jest już wręcz jego obowiązkiem.

Chodzi o to, że celem nadrzędnym jest awans do Euro. Wszystko inne prędzej czy później jest - niestety - do zapomnienia. Doskonale widać to było podczas ostatniego meczu Polski ze Szkocją.

O co chodzi? O Roberta Lewandowskiego. Z nim reprezentacja Polski jest groźna dla każdego. Bez niego niestety nie - jest co najwyżej przeciętną reprezentacją europejską, która lepsze mecze będzie przeplatać gorszymi, ale większych wystrzałów nie należy się spodziewać. Trudno obrażać się na rzeczywistość.

Musi się o tym pamiętać. Dlatego uważam,że właśnie ten piłkarz powinien podlegać szczególnej ochronie. Unaoczniła mi to sytuacja z meczu ze Szkotami. W trakcie spotkania był przecież taki jeden moment, że bandyta (inne słowo nie wchodzi w grę) ze szkockiej ekipy brutalnie sfaulował Lewandowskiego i dokładnie w tym samym starciu próbował jeszcze nadepnąć leżącego na ziemi polskiego zawodnika. Było to działanie tak bezczelnie intencjonalne, że mi aż dech zaparło. Nie zauważyliście tego?! A sędzia nawet na gwizdnął...

W kontekście stawki ewidentnie należy więc brać pod uwagę wersję, że twardzi Irlandczycy będą chcieli wyeliminować Lewandowskiego w każdy możliwy sposób - jeśli będzie potrzeba lub sposobność - także nieczysty. Naiwnością jest sądzić inaczej. Polska musi być przygotowana na taką ewentualność. Także na to, że sędzia brutalnego zagrania nie zauważy, zlekceważy lub mu to umknie - tak jak umknęło pożal się Boże węgierskiemu arbitrowi w meczu ze Szkocją.

Lewandowski jest w tej chwili futbolowym zjawiskiem. Dlatego musi mieć na boisku bodyguarda. Nie nawołuję do gry brutalnej, absolutnie, broń Boże. Ale nie wolno pozwolić na to żeby najlepszy polski piłkarz był bezkarnie faulowany. Faulowany z intencją wyeliminowania z gry.

Dlatego uważam, że na każdy brutalny faul na Polaku kadra powinna szybko reagować - oczywiście o ile nie zareaguje sędzia. Sprawca intencjonalnego chamskiego zagrania musi zdawać sobie  sprawę co to dla niego nieuchronnie oznacza. Na własnej skórze. Musi poczuć ból. Bodyguard powinien załatwić to równie brutalnie przy nadarzającej się okazji. Złamana noga? Cóż - było próbować łamać nogę? Nie chodzi tylko o teraźniejszość. Chodzi także o bezpieczną przyszłość Lewandowskiego w reprezentacji.

Że co? Że to nie fair play? Nie rozśmieszajcie mnie. Sędzia puści grę, przeciwnikowi będzie oczywiście przykro, będzie przepraszał i się sumitował. A że wygra, bo zabraknie bramki zdobytej przez Lewandowskiego? Cóż, taka jest piłka nożna.

Kraj napadnięty broni się przemocą. Drużyna napadnięta też powinna bronić się jak może. Bo kiedy odpadnie czekając na sprawiedliwość najpewniej zostanie z niczym, może jedynie z łatką frajerów. 

Warto o tym pamiętać.

PS Żenuje mnie dmuchanie balonika jakoby 11 października był wyjątkowo szczęśliwym dniem dla polskiej reprezentacji. To wybiórcze podejście do sprawy. Owszem, były zwycięstwa, ale czy już nikt nie pamięta klęski 1:4 ze Słowacją w Bratysławie kadry Apostela w 1995 roku w eME (czerwień dla Koseckiego i Świerczewskiego) oraz klęski 0:3 z Gruzją w Tbilisi kadry Wójcika w 1997 roku w eMŚ (oczywiście porażki w towarzyskich meczach z Belgią w 1931 roku i Rumunia w 1978 roku są bez znaczenia)?

PS1 Byłem dziś na meczu GKS-u Katowice ze Stomilem Olsztyn. Przykro się patrzy kiedy wysiłek zaprzepaszcza się tak głupimi, wręcz karygodnymi indywidualnymi błędami.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

 
1 , 2
Archiwum