sobota, 14 lipca 2018
Czy to będzie piłkarz roku na świecie

Przekonamy się właśnie jutro.

Niedawno sięgnąłem po autobiografię tego faceta. Początkowo się przeraziłem... „Lubię wracać pamięcią do dawnych czasów, do mojego Macon, które jest też rodzinnym miastem Alphonse’a de Lamartine’a. Ten wybitny poeta, powieściopisarz, historyk, dyplomata i polityk urodził się w 1790. „O Czasu, zatrzymaj swój lot, a wy, godziny łaskawe, powstrzymajcie swój bieg!” - napisał w słynnym wierzu „Jezioro”, który przeszedł do historii literatury jako fragment zbioru „Medytacje poetyckie”. To fragment jednego z pierwszych rozdziałów autobiografii człowieka, który na wstępie przyznaje, że nie lubi za bardzo czytać...

Gdybym chciał się czegoś dowiedzieć na te tematy wolałbym jednak sięgnąć do historii literatury francuskiej. Na szczęście potem jest już tylko ciekawie. Jak to możliwe, że odrzuciło go tyle szkółek renomowanych francuskich klubów? O tym dlaczego według autora Didier Deschamps jest tak dobrym trenerem? Dlaczego Cholo Simeone jest tak dobrym trenerem? Dlaczego strach związany z Bataclan był tak obezwładniający? Dlaczego dziennikarzy z L’Equipe autor uznał w pewnym momencie za durniów? To jedna setna pytań, na które odpowiedzi znajdziecie w tej książce, której słabszym punktem jest jeszcze jedynie tytuł: „Za zasłoną uśmiechu”. Brrrr.... Ale zapewniam, że nie są to zapiski zakochanej XIX-wiecznej guwernantki.

Moim zdaniem warto. I wiecie co? Mam gdzieś, że Antoine Grizemann nie lubi czytać. Grunt, że lubi kopać. Dziś w finale życzę mu hat-tricka. Mimo, że przed chwilą strzelił gola Argentynie.

Antoine Griezmann, Arnaud Ramsay

"Za zasłoną uśmiechu" [Derriere Le Sourire]

wyd. SQN

 

20:56, pavelczado , Książki
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 lipca 2018
Jerzy Brzęczek. Nie podoba mi się to

Jerzy Brzęczek został nowym trenerem reprezentacji Polski. Szczerze pisząc: nie podoba mi się ten wybór. 

Z poprzednikiem - Adamem Nawałką - łączą Brzęczka cztery elementy.

a) w młodości byli bardzo zdolnymi piłkarzami, reprezentantami Polski, którzy mogli jednak osiągnąć więcej;

b) obaj ważą słowa, a ich konferencje prasowe są przeraźliwie nudne;

c) obaj są cholernie ambitni;

d) obaj pracowali w GKS-ie Katowice.

***

Dochodzi do pokoleniowej zmiany trenerskiej. Jerzy Brzęczek ma 46 lat. Jeśli ktoś powie, że jest za młody, to Zbigniew Boniek z pewnością przypomni Antoniego Piechniczka, który obejmował reprezentację w wieku zaledwie 40 lat. Oczywiście, życzę Jerzemu Brzęczkowi, żeby wystrzelił jak jego poprzednik sprzed lat, ale uwiera mnie, że PZPN za wszelką cenę stawia obecnie na szkoleniowców rodzimych, jakby zagraniczni fachowcy byli samym złem.

Jerzy Brzęczek był dobrym piłkarzem. To lider drużyny, która osiągnęła dla polskiej piłki ostatni realny medalowy sukces, czyli wicemistrzostwo olimpijskie w 1992 roku. Pamiętam go jako walecznego, inteligentnego pomocnika. Był mistrzem Polski z Lechem Poznań i Austrii - z Tirolem Innsbruck. Przez siedem lat grał w pierwszej reprezentacji Polski (akurat w tym okresie nic nie osiągnęła).

Z boiska pamiętam go jako dobrego piłkarza, choć nie olśniewającego. Jego atutem jest fakt, że to urodzony lider. Inni go słuchali. Potrafił pociągnąć za sobą drużynę.

W kontaktach z dziennikarzami jest za to cholernie nudny, choć jest oczywistym, że lepszy trener nieciekawie mówiący, który ma świetne wyniki, niż Cyceron niedorajda. Niemniej Brzęczek potrafił mnie zdumiewać na konferencjach prasowych bardziej niż Nawałka.

Pamiętam jak choćby w kwietniu 2016 roku po przegranym na Bukowej ligowym meczu jego GKS-u Katowice z Olimpią Grudziądz (którą prowadził wtedy... Jacek Paszulewicz) stwierdził, że drużyna zagrała bardzo dobre spotkanie. Brzmiało to mniej więcej tak: „Patrząc na to, z jakim zaangażowaniem, jaką pasją i z jaką chęcią zdobycia bramki - przynajmniej jednej - poruszali się moi zawodnicy, myślę, że zabrakło skuteczności. Patrząc na to, jak drużyna walczyła, jak rozgrywała piłkę, jak dochodziła do sytuacji strzeleckich, jestem z tego bardzo zadowolony, dumny. Rozumiem rozgoryczenie kibiców. Jeśli drużyna przegrywa, kibice mogą krytykować, ale po takiej porażce nie może być tak, że piłkarze są wyzywani. Obiektywni kibice nie mogą zarzucić drużynie, że nie chciała. Będę pierwszy, który będzie ich krytykował, jeżeli nie będzie zaangażowania, i wtedy wezmę to na siebie. Ale nie po takim meczu jak dzisiejszy, w którym było widać do ostatniej sekundy, że chcemy...”.

Szczerze mówiąc, jestem w stanie sobie wyobrazić, że Brzęczek mówi podobne słowa na przykład po towarzyskiej porażce reprezentacji Polski z Cyprem...

Zdumiały mnie tamte słowa, bo zaangażowanie nie powinno tak naprawdę zależeć od trenera i myślę, że w ogóle nie powinien się taką sprawą zajmować. Zaangażowanie powinno być czymś naturalnym, a jeśli piłkarz nie jest zaangażowany, to powinien zostać wyrzucony z drużyny. Trener jest moim zdaniem przede wszystkim od tego, żeby jego piłkarze potrafili dobrze grać w piłkę, czyli z rozmachem konstruować akcje ofensywne czy też dokonywać na boisku dobrych wyborów, w razie potrzeby umiejętnie się bronić, itd. 

Jerzemu Brzęczkowi nie można za to odmówić ambicji, a to cecha, która powinna charakteryzować selekcjonera. Dzięki niej nie zgodzi się na nic, co mogłoby osłabić szansę na sukces, nie będzie tolerował słabości zawodników na polu, powiedzmy, niezawodowym. To rzeczywiście cenne.

Z drugiej strony nie wiem czy jest w wystarczającym stopniu odporny na stres. Ciągle mam w głowie sposób, w jaki odszedł z GKS-u Katowice po fatalnym meczu ze zdegradowanym Kluczborkiem. Kiedy Nawałka opuszczał GieKSę, kibice się martwili. Kiedy Brzęczek - wręcz przeciwnie...

Potem przejął Wisłę Płock. Prowadził ją w poprzednim sezonie 2017/2018. Jego drużyna zajęła piąte miejsce w lidze. PZPN-u nie mogła przekonać jego praca w Rakowie Częstochowa, Lechii Gdańsk czy GKS-ie Katowice (drużyna, którą prowadził w Katowicach moim zdaniem nie prezentowała wcale urzekającego stylu). Przekonać więc musiała praca w Płocku. 

Czy naprawdę wystarczy zdobyć piąte miejsce w ekstraklasie, żeby dostać posadę selekcjonera reprezentacji Polski? Cóż; nie możesz mieć Marcelo Bielsy - masz Jerzego Brzęczka.

niedziela, 01 lipca 2018
Dla mnie mundial się skończył

Wpis poniewczasie, ale musiałem dojść do siebie po niezwykłym meczu Argentyny z Francją, porozmawiać z drzewami, skałami i wiatrem... Znowu się nie udało i znowu trzeba będzie czekać cztery lata na mistrzostwo.

Wiadomo, że futbol nienawidzi gdybania, ale nie mogę się powstrzymać: gdyby w 6. minucie doliczonego czasu grypo centrze di Marii piłeczka poleciała trochę inaczej - widzielibyśmy najpiękniejszą chyba remontadę w historii mundiali. Nie udało się. Szkoda. Szkoda. Szkoda...

Jestem rozżalony, ale to przynajmniej nie była klęska po której trzeba się wstydzić. Piszę „klęska”, bo brak Argentyny w finale mistrzostw świata to dla mnie zawsze klęska. Z Francuzami Argentyńczycy grali moim zdaniem bardzo dobrze i przy szczęściu mogli rywali wyeliminować.

Niemniej byłbym wariatem gdybym stwierdził, że Francuzi wywalczyli awans niezasłużenie. Obie drużyny zagrały doprawdy świetnie i ktoś musiał być lepszy. Muszę się z tym pogodzić, że nie „Albicelestes”.

Mówi się, że Argentyna nie była faworytem nawet do wyjścia z grupy, że to kolos na glinianych nogach, którego futbolowa słabość odzwierciedla stan argentyńskiego państwa, że Argentinidad („Argentyńskość”) generalnie ma się źle...

Ale przecież co dzieje się na mundialu - nie zawsze (albo wręcz nigdy) jest odzwierciedleniem siły futbolu poszczególnych państw uczestników. Czy niemiecka piłka jest tak słaba jak jej start na mundialu, czy rosyjska jest tak silna jak jej start na mundialu? Moim zdaniem fakt, że ktoś przed chwilą miał kryzys, był w kłopocie, w nerwach, tłamsiła go niemożność - nie ma znaczenia. Bo to było przed chwilą...

Pytacie może: co dalej z Messim? Pewnie odejdzie, choć ja oczywiście bardzo chciałbym żeby pokazał się za cztery lata w Katarze. Ale już na innych zasadach... Jego geniusz nie może być jak dominujący jak jakaś potężna jarakanda mimozolistna kładąca cień gdzieś na argentyńskich pampasach. Nie może być tak, że jak źle do to wujka Lionela. Myśleć i brać odpowiedzialność za wynik muszą brać wszyscy. Wszyscy!

Jednocześnie chciałbym żeby Otamendi i Mercado zniknęli już z reprezentacji Argentyny. Nie potrafią trzymać nerwów na wodzy w trudnych chwilach - w efekcie przynoszą jej wstyd swoim zachowaniem i powodują niechęć całego piłkarskiego świata. Nie wolno tracić nerwów aż tak. To już nie jest viveza. To niestety szaleństwo w złym tego słowa znaczeniu.

Idę się napić yerba mate.

 

piątek, 22 czerwca 2018
Otwarte!

Argentyna wydaje się dziś stara i brzydka. Wiadomo jednak przecież, że tak naprawdę była, jest i będzie olśniewająca. Gdyby w Rosji zdobyła mistrzostwo świata - czyż nie byłaby to najpiękniejsza historia o mundialowym zmartwychwstaniu wszech czasów?! Nie widzę powodów dla których miałbym w to wątpić!

Semper fidelis

VAMOS!

 

czwartek, 21 czerwca 2018
Zamknięte

Do odwołania.

wtorek, 19 czerwca 2018
Mundialiści

Mundial zawsze powoduje wykwit książek związanych z piłką nożną. Trafiają się lepsze, gorsze, bardziej i mniej infantylne. Właśnie trafiłem na bardzo dobrą.

Formuła jest prosta (wywiady-rzeki), ale nadzwyczaj zajmująca. Udaje się wydobyć niezwykle ciekawe historie, mięsne anegdoty, spostrzeżenia i wrażenia ludzi, którzy dotąd często o nich (albo w ogóle) nie mówili.

Interesujący jest dobór rozmówców - czasem są to sławy, a czasem ludzie (użyję tego sformułowania, choć jest nieco krzywdzące) „drugiego planu”. Polska grała dotąd na mistrzostwach świata siedmiokrotnie (w 1938, 74, 78, 82, 86, 2002 i 06 roku). To świetny pretekst żeby porozmawiać ze świadkami i uczestnikami tamtych wydarzeń. Autor przeprowadził więc długie, a przede wszystkim wnikliwe rozmowy z polskimi piłkarzami, trenerami, sędziami (Michał Listkiewicz opowiada akurat o mundialu z 1990 roku, Polski tam nie było, ale on sędziował na linii aż siedmiokrotnie, w tym mecz otwarcia i finał) i działaczami (z jednym wyjątkiem, o pierwszym przedwojennym mundialu opowiada jeden z dziennikarzy). 

Często są to informacje praktyczne, wskazówki, które niby są oczywiste, ale trzeba je sobie uzmysłowić i wyartykułować. Jak choćby stoper Bartosz Bosacki, który strzelił jedyne gole dla Polski w 2006 roku: „Nie można w trakcie spotkania analizować, co się zrobiło źle a co dobrze. Nigdy. Na to jest czas po końcowym gwizdku, gdy już nie można zepsuć meczu. Takie analizy i rozpamiętywanie w trakcie są bardzo groźne - trener Piechniczek zawsze powtarzał, że najłatwiej strzelić gola drużynie, która chwilę wcześniej sama strzeliła. Zawsze mówił, że po zdobytej bramce trzeba koniecznie przerwać pierwszą akcję rywala - faulem, wybiciem, jakkolwiek.”

Warto przy tym pamiętać, że zawodnicy, których występy nie przeszły do powszechnej kibicowskiej świadomości nie są przez to automatycznie mniej interesującymi rozmówcami. Wręcz przeciwnie! Bardzo podobały mi się wywiady choćby z Bohdanem Masztalerem (kto jeszcze pamięta, że wyszedł w podstawowym składzie meczu otwierającym mundial w Argentynie w 1978 roku) albo Pawłem Sibikiem (wpisał się do historii mistrzostw świata pięcioma minutami gry w zwycięskim meczu o honor z Amerykanami w 2002 roku).

Nie ze wszystkimi opiniami się zgadzam (choćby niektórymi Dariusza Dziekanowskiego), ale wszystkie są zajmujące. Ciekawym zabiegiem autora jest zadawanie na koniec wywiadu tego samego zestawu pytań wszystkim rozmówcom. Składają się nań: „walentynka od selekcjonera” - czyli w jakich okolicznościach dowiedziałeś się, że jedziesz na mistrzostwa, „na własne oczy” - czyli największa różnica między wyobrażeniami a rzeczywistością, „ten moment” - chwila, która najbardziej zapadła w pamięć, „zamknięta szuflada” - czyli nieznane zdarzenie, „transfer z maszyny czasu” - czyli jakiego piłkarza z innej epoki dołączyłbyś do własnego zespołu; „kiedyś to były czasy” - czyli czego obecna reprezentacja mogła zazdrościć tamtej; „dziś to są czasy” - czyli czego dawne reprezentacje mogą zazdrościć obecnej” i ostatnie słowo. 

Naprawdę dobrze się to czyta!

Nikodem Chinowski

Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści

wyd. Magnus

12:49, pavelczado , Książki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 maja 2018
Arabela

Wróciłem właśnie z czarodziejskiego świata. Byłem w Ďolíčku, niezwykłym stadionie praskiej Bohemki. Bohemians kontra Sparta... Czy można wyobrazić sobie równie ekscytujące zderzenie dwóch światów?

To miejsce, które mogłoby pozwolić zrozumieć piłkarski fenomen ludziom, którym wydaje się, że nie są dotknięci futbolową chorobą. Brzmi to może górnolotnie, ale mecz łączy ludzi. Być może łatwiej go przeżywać kiedy dzieje się w tak niezwykłym entourage’u. Parę chwil wcześniej byłem na stadionie Viktorii Żiżkov. Sprawił na mnie ogromne wrażenie, ale Ďolíček jest położony tak, że chciałoby się oglądać mecze na nim, bez przesady, codziennie. Wtopienie stadioniku w miejską tkankę, powoduje, że w okolicznych kamienicach znajdują się najlepsze darmowe wejściówki...

Meczem żyją wszyscy. Kiedy na mundialu w Brazylii najbardziej w relacjach międzyludzkicn podobało mi się, że w trakcie wielkich spotkań żadna grupa wiekowa nie jest izolowana czy też się nie izoluje. Podobnie było w Ďolíčku - czuło się tam podskórnie, że ludzie bardzo się lubią, doskonale znają i nastolatek może mieć - i ma! - bardzo wiele wspólnych tematów do obgadania z człowiekiem choćby osiemdziesięcioletnim. Bez przesady! Na trybunach widziałem bardzo wielu wiekowych kibiców, którzy czuli się swobodnie. Wyglądało jakby wszyscy się znali - nie tylko ze stadionu, ale z pracy, targu, szkoły i podróży w autobusie. W przerwie meczu na murawę wyszła pani Wiera Podpisova, która obchodziła 88. urodziny. Z tej okazji fetowana przez cały stadion dostała od działaczy zieloną koszulką z kangurem (symbol Bohemki) z numerem 88. Stadionik jest malutki - nabity do ostatka pomieścił 5000 rozemocjonowanych kibiców.

Był komplet, bo akurat odbył się mecz z rywalem mocno nielubianym - Sparta w Czechach jest czymś w rodzaju Legii w Polsce. Niemniej wzajemna niechęć z Bohemians bardziej mi odpowiada niż polska matryca. Fani się nie znoszą, w trakcie meczu się wyzywają („skurvene zasrane” czy jakoś tak) ale pod stadionem ich koszulki były wymieszane. Mecz jak mecz, choć ważne wątki sportowe też miały miejsce. W barwach gości ostatni mecz rozegrał reprezentacyjny napastnik David Lafata. Pożegnano go godnie.

Muszę Wam jeszcze wspomnieć, że stadionowy klimat może tworzyć również przez nietypowe działania pozasportowe czego przykładem jest właśnie Dolicek. Przed meczem z głośników leciała ostra rockowa muzyka, rządziły kwartety z dwiema gitarami i dobrą sekcją rytmiczną. Ale w trakcie meczu działo się jeszcze coś - to zupełnie mnie rozwaliło. Otóż każde, choćby paruzdaniowe wejście spikera anonsowane były niezwykłym dźwiękiem, które na pewno kojarzą w Polsce ludzie po czterdziestce.

Mam nadzieję, że pamiętacie serial „Arabela” Vaclava Vorliczka i Milosa Macourka, który powstał pod koniec lat 70. Był tam czarodziejski pierścień, który spełniał życzenia. Wystarczyło tylko pomyśleć takie życzenie i przekręcić pierścień na palcu. Ten dźwięk przypomniał mi siępo latach, powtarzany na stadionie Bohemians. Bajera, co?

Czy czegoś żałuję? Liczyłem na wspólne zdjęcie z Antoninem Panenką, który jest żywym symbolem Bohemki i często bywa na jej meczach. Nie udało się tym razem, gwiazdy bowiem nie dostrzegłem, ale wiecie co? 

Ďolíček na tyle przypadł mi do gustu, że na pewno tam jeszcze wrócę. Może wtedy uda się ustrzelić tę fotkę.

Kocham Ďolíček!

PS Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale w przyszłym sezonie Śląsk będzie lepiej reprezentowany w piłkarskiej ekstraklasie czeskiej niż polskiej. Weszła Opava, utrzymała się Karvina, będzie grał Banik. 3:2 na korzyść południowych sąsiadów... 

PS1 Byliśmy także na Viktorii Żiżkov. Trochę załuję, że nie wystartowaliśmy dzień wcześniej, udałoby się zobaczyć mecz z Czeskimi Budziejowicami. Kiedy łaziliśmy po stadionie, fotki pstrykał tam również groundhopper z Anglii. Kiedy usłyszał, że jesteśmy z Katowic, krzyknął: „Thomas Malasinsky!” Obecny kapitan hokejowej GieKS  grał wcześniej w jego ulubionym Swindon Wildcats. Świat jest mały...

PS2 W drodze powrotnej zahaczyliśmy o przydrożną knajpę i obejrzeliśmy niezwykły finał Ligi Mistrzów. Nie wiem kiedy spojrzę znowu na piwo.

PS3 Serdeczne dzięki dla Michała Chwieduka i Pawła Stolarczyka. Świetni towarzysze piłkarskich eskapad.

piątek, 18 maja 2018
Jacuś, piździelec, paciulok. Swój chłop

Właśnie wróciłem z Maroka. Byłem tam m.in. na Jemaa el Fnaa, niezwykłym miejscu w Marrakeszu. To plac od którego może zawrócić się w głowie. Kobry tańczą wśród ludzi w takt niepokojących melodii wygrywanych na fujarkach, zaraz obok wsadzają ci małpę na ramię żeby zrobić zdjęcie albo robią wykład o męskiej potencji...

W 2001 roku ten plac został uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo tradycji przekazu ustnego. Gdybym tego nie widział na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył. Jakiś starzec w bardzo sugestywny sposób opowiadał bez pośpiechu po arabsku historię, która tłum stojący wokół doprowadzała raz do spazmatycznego śmiechu a raz do łez...

Do Maroka wziąłem ze sobą wspomnienia Jacka Gmocha, selekcjonera reprezentacji Polski w drugiej połowie lat 70. Połknąłem je już w samolocie. Muszę przyznać, że czyta się je fantastycznie. Uważam, że Jacek Gmoch zafascynowałby Jemaa el Fnaa, w równym stopniu co mnie. Oczywiście niektórzy mogliby się zastanawiać co w jego wspomnieniach jest prawdą, a co przypuszczeniem, że to prawda, lecz ja myślę o tej książce jedynie z sympatią.

Miałem przyjemność rozmawiać z Gmochem, kiedy pisałem książki o Antonim Piechniczku a potem o Górniku Zabrze i przekonałem się wówczas, że Śląsk wiele dla niego znaczy. Na oba interesujące mnie tematy wypowiadał się z dużą atencją.

„[Koledzy z boiska] nauczyli mnie kochać Śląsk. Przede wszystkim za etos pracy a nie gadanie po próżnicy - mówi we własnej książce [to wywiad-rzeka].Jest jednak w jego opowieści wątek, który nie dawał mi spokoju. Gmoch opowiada: „Pamiętam mecz z Ruchem Chorzów, w trakcie którego dałem lekcję Gienkowi Faberowi - wtedy ich najlepszemu napastnikowi, z którym prywatnie bardzo się lubiliśmy. Ciąłem go równo. Jak w końcu po moim wejściu poleciał aż za linię autową, to cały stadion skandował: „Jacuś lipa! Jacuś lipa!”. A po śląsku „Jacuś” to taki piździelec, nie do końca chłop...”

To stwierdzenie mnie zdumiało, bo nigdy z czymś takim w swoim życiu nie spotkałem. Rozmawiałem z kilkoma Ślązakami z dziada pradziada, zainteresowanymi futbolem od dziecka, rewelacyjnie znających śląski, pamiętającymi dobrze tamte czasy. Nie potwierdzili stwierdzenia, że „Jacuś” to piździelec. Zdaniem niektórych z nich kibice wtedy użyliby na stadionie raczej słowa „paciulok” albo „ciuluś”, bo „ciul” byłoby jednak zbyt wulgarnie...

Niemniej jego wspomnienia to jedna z najlepszych książek futbolowych jakie ostatnio przeczytałem. Gmoch to człowiek z talentem. Także narracyjnym o czy i wy możecie się przekonać.

Najlepszy trener na świecie. Z Jackiem Gmochem rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

wyd.WAB. 

17:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 kwietnia 2018
Ciarki

Styk futbolu, polityki i historii zawsze wywołuje we mnie dreszcz. Książka Zbigniewa Rokity sprawia, że na plecach występuje mi ten najbardziej ulubiony przeze mnie rodzaj ciarek.

Jak wiadomo, najbliższy mundial odbędzie się już wkrótce w Rosji. Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” pokazuje, jakie ta dyscyplina ma znaczenie w kraju gospodarza. Książka pozwala zrozumieć między innymi, czym był futbol w Rosji i jak się tam zmieniał. Ma wiele zalet. Jedną z nich jest fakt, że napisana została językiem, jaki lubię. Żywym, a przy tym niepopadającym w emfazę. Jest w nim miejsce na ironię i humor. Opowiada o świetnych, często nieznanych mi historiach. Jak choćby tę, kiedy rosyjscy piłkarze mają szansę wziąć udział w igrzyskach sztokholmskich w 1912 roku, ale najpierw muszą zapisać się do FIFA. Niezły numer wycinają mieszkający w Petersburgu Anglicy. Nie pytając Rosjan o zgodę, wysyłają do Zurychu, gdzie siedzibę na FIFA, pismo z prośbą o nadanie im członkostwa jako przedstawicieli... Rosji! FIFA nie ma właściwie pojęcia, kto prosi, i... wyraża zgodę! Gieorgij Aleksandrowicz Diupierron, który stojąc na czele futbolu w Petersburgu, robi, co może, żeby to jego FIFA zauważyła (związek rosyjski nie ma jeszcze siedziby, więc korespondencję trzeba słać na adres biblioteki, gdzie pracuje Diupierron...).

Niedługo później Rosję (a więc i futbol) przejmują bolszewicy. W porewolucyjnej Rosji piłka nożna uchodzi początkowo za sport podejrzany. Niektórzy z ideowców twierdzą, że istotą futbolu jest oszukiwanie rywala, a co może być pożytecznego w oszustwie? Bolszewikom chodzi o kiwanie i zwody (sic!). Oni zawsze wiedzieli wszystko lepiej, więc wymyślili „futbol proletariacki”. O co chodzi? Boisko dzieli się na kwadraty, w każdym może znajdować się tylko jeden piłkarz. Zawodnicy mają podawać sobie piłkę. Nie mogą z tym zwlekać: piłka w kwadracie nie może znajdować się dłużej niż pięć sekund... Jakie to szczęście, że te banialuki nie znalazły poklasku w realnym świecie.

Muszę zaznaczyć, że o Rosji dużo w tej książce, ale nie tylko. Jest też m.in. wątek polski – a właściwie górnośląski. Nie dziwię się, że autor podjął ten wątek – losy Ernesta Wilimowskiego rozpalają każdego, kto je pozna. Jest o węgierskich waterpolistach, którzy miesiąc po upadku rewolucji w 1956 roku grają z Rosjanami podczas igrzysk w Melbourne. Mecz jest brutalny, w ruch idą pięści, basen spływa krwią [„Węgier czuje coś ciepłego na twarzy. Dużo krwi (...) Powie później, że cios był tak silny, że zobaczył cztery tysiące gwiazd. Lekarze przeliczają gwiazdy na szwy i wychodzi im trzynaście” – piękne].

Jest też o niezwykłej koszykarskiej rywalizacji litewskiego Żalgirisu z CSKA Moskwa. Centrzy obu klubów – Sabonis i Tkaczenko (obaj 221 cm wzrostu) – są wówczas najlepsi w Europie. Autor przytacza kawał: „Wracają razem z knajpy, zauważyli na ulicy rubla. Zabrali na szczęście. Okazało się, że był to właz do studzienki kanalizacyjnej”... Opowieść kończy się wizytą w Abchazji, gdzie w zeszłym roku odbyły się mistrzostwa świata drużyn, które nie zostały uznane przez FIFA. Przyjechali m.in. Lapończycy, drużyna wysp Czagos, reprezentacja Seklerszczyzny i Cypru Północnego (w finale gospodarze spotkali się z Pendżabem). Zakończenie abchaskiej przygody jest reporterskim opisem przechodzącym właściwie w poezję. Majstersztyk.

Nie zdradzę, sami musicie dać się pochłonąć.

Zbigniew Rokita

Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

wyd. Czarne

08:49, pavelczado , Książki
Link Komentarze (9) »
piątek, 23 marca 2018
To była przyjemność

W najbliższy wtorek Stadion Śląski ostatecznie wraca do świata żywych. Po dziewięciu latach znowu odbędzie się w tym miejscu mecz międzypaństwowy. Jak wiadomo przyjedzie Korea Południowa będzie naśladowała Japonię.

Właśnie w tym niezwykłym momencie pojawia się biografia tego obiektu. W piątkę - razem z Jerzym Górą, Henrykiem Grzonką, Wojtkiem Krzystankiem i Adamem Pawlickim (BTW: świetna ekipa) - miałem przyjemność opisać dzieje Stadionu Śląskiego. Nie mnie oceniać treść, ale mogę z zachwytem przyznać, że książka jest bardzo piękna. Nie tylko więc do czytania, ale i oglądania.

Miałem właśnie przyjemność uczestniczyć w jej prezentacji na Stadionie Śląskim. Byłem zaszczycony - wiecie: nie zawsze w uroczystości z okazji powstania książki, którą mieliście okazję napisać biorą udział takie sławy jak Antoni Piechniczek, Stanisław Oślizło, Jerzy Szczakiel i Zygmunt Hanusik.

Wierzę, że Wam się spodoba.

Archiwum