wtorek, 19 czerwca 2018
Mundialiści

Mundial zawsze powoduje wykwit książek związanych z piłką nożną. Trafiają się lepsze, gorsze, bardziej i mniej infantylne. Właśnie trafiłem na bardzo dobrą.

Formuła jest prosta (wywiady-rzeki), ale nadzwyczaj zajmująca. Udaje się wydobyć niezwykle ciekawe historie, mięsne anegdoty, spostrzeżenia i wrażenia ludzi, którzy dotąd często o nich (albo w ogóle) nie mówili.

Interesujący jest dobór rozmówców - czasem są to sławy, a czasem ludzie (użyję tego sformułowania, choć jest nieco krzywdzące) „drugiego planu”. Polska grała dotąd na mistrzostwach świata siedmiokrotnie (w 1938, 74, 78, 82, 86, 2002 i 06 roku). To świetny pretekst żeby porozmawiać ze świadkami i uczestnikami tamtych wydarzeń. Autor przeprowadził więc długie, a przede wszystkim wnikliwe rozmowy z polskimi piłkarzami, trenerami, sędziami (Michał Listkiewicz opowiada akurat o mundialu z 1990 roku, Polski tam nie było, ale on sędziował na linii aż siedmiokrotnie, w tym mecz otwarcia i finał) i działaczami (z jednym wyjątkiem, o pierwszym przedwojennym mundialu opowiada jeden z dziennikarzy). 

Często są to informacje praktyczne, wskazówki, które niby są oczywiste, ale trzeba je sobie uzmysłowić i wyartykułować. Jak choćby stoper Bartosz Bosacki, który strzelił jedyne gole dla Polski w 2006 roku: „Nie można w trakcie spotkania analizować, co się zrobiło źle a co dobrze. Nigdy. Na to jest czas po końcowym gwizdku, gdy już nie można zepsuć meczu. Takie analizy i rozpamiętywanie w trakcie są bardzo groźne - trener Piechniczek zawsze powtarzał, że najłatwiej strzelić gola drużynie, która chwilę wcześniej sama strzeliła. Zawsze mówił, że po zdobytej bramce trzeba koniecznie przerwać pierwszą akcję rywala - faulem, wybiciem, jakkolwiek.”

Warto przy tym pamiętać, że zawodnicy, których występy nie przeszły do powszechnej kibicowskiej świadomości nie są przez to automatycznie mniej interesującymi rozmówcami. Wręcz przeciwnie! Bardzo podobały mi się wywiady choćby z Bohdanem Masztalerem (kto jeszcze pamięta, że wyszedł w podstawowym składzie meczu otwierającym mundial w Argentynie w 1978 roku) albo Pawłem Sibikiem (wpisał się do historii mistrzostw świata pięcioma minutami gry w zwycięskim meczu o honor z Amerykanami w 2002 roku).

Nie ze wszystkimi opiniami się zgadzam (choćby niektórymi Dariusza Dziekanowskiego), ale wszystkie są zajmujące. Ciekawym zabiegiem autora jest zadawanie na koniec wywiadu tego samego zestawu pytań wszystkim rozmówcom. Składają się nań: „walentynka od selekcjonera” - czyli w jakich okolicznościach dowiedziałeś się, że jedziesz na mistrzostwa, „na własne oczy” - czyli największa różnica między wyobrażeniami a rzeczywistością, „ten moment” - chwila, która najbardziej zapadła w pamięć, „zamknięta szuflada” - czyli nieznane zdarzenie, „transfer z maszyny czasu” - czyli jakiego piłkarza z innej epoki dołączyłbyś do własnego zespołu; „kiedyś to były czasy” - czyli czego obecna reprezentacja mogła zazdrościć tamtej; „dziś to są czasy” - czyli czego dawne reprezentacje mogą zazdrościć obecnej” i ostatnie słowo. 

Naprawdę dobrze się to czyta!

Nikodem Chinowski

Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści

wyd. Magnus

12:49, pavelczado , Książki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 maja 2018
Arabela

Wróciłem właśnie z czarodziejskiego świata. Byłem w Ďolíčku, niezwykłym stadionie praskiej Bohemki. Bohemians kontra Sparta... Czy można wyobrazić sobie równie ekscytujące zderzenie dwóch światów?

To miejsce, które mogłoby pozwolić zrozumieć piłkarski fenomen ludziom, którym wydaje się, że nie są dotknięci futbolową chorobą. Brzmi to może górnolotnie, ale mecz łączy ludzi. Być może łatwiej go przeżywać kiedy dzieje się w tak niezwykłym entourage’u. Parę chwil wcześniej byłem na stadionie Viktorii Żiżkov. Sprawił na mnie ogromne wrażenie, ale Ďolíček jest położony tak, że chciałoby się oglądać mecze na nim, bez przesady, codziennie. Wtopienie stadioniku w miejską tkankę, powoduje, że w okolicznych kamienicach znajdują się najlepsze darmowe wejściówki...

Meczem żyją wszyscy. Kiedy na mundialu w Brazylii najbardziej w relacjach międzyludzkicn podobało mi się, że w trakcie wielkich spotkań żadna grupa wiekowa nie jest izolowana czy też się nie izoluje. Podobnie było w Ďolíčku - czuło się tam podskórnie, że ludzie bardzo się lubią, doskonale znają i nastolatek może mieć - i ma! - bardzo wiele wspólnych tematów do obgadania z człowiekiem choćby osiemdziesięcioletnim. Bez przesady! Na trybunach widziałem bardzo wielu wiekowych kibiców, którzy czuli się swobodnie. Wyglądało jakby wszyscy się znali - nie tylko ze stadionu, ale z pracy, targu, szkoły i podróży w autobusie. W przerwie meczu na murawę wyszła pani Wiera Podpisova, która obchodziła 88. urodziny. Z tej okazji fetowana przez cały stadion dostała od działaczy zieloną koszulką z kangurem (symbol Bohemki) z numerem 88. Stadionik jest malutki - nabity do ostatka pomieścił 5000 rozemocjonowanych kibiców.

Był komplet, bo akurat odbył się mecz z rywalem mocno nielubianym - Sparta w Czechach jest czymś w rodzaju Legii w Polsce. Niemniej wzajemna niechęć z Bohemians bardziej mi odpowiada niż polska matryca. Fani się nie znoszą, w trakcie meczu się wyzywają („skurvene zasrane” czy jakoś tak) ale pod stadionem ich koszulki były wymieszane. Mecz jak mecz, choć ważne wątki sportowe też miały miejsce. W barwach gości ostatni mecz rozegrał reprezentacyjny napastnik David Lafata. Pożegnano go godnie.

Muszę Wam jeszcze wspomnieć, że stadionowy klimat może tworzyć również przez nietypowe działania pozasportowe czego przykładem jest właśnie Dolicek. Przed meczem z głośników leciała ostra rockowa muzyka, rządziły kwartety z dwiema gitarami i dobrą sekcją rytmiczną. Ale w trakcie meczu działo się jeszcze coś - to zupełnie mnie rozwaliło. Otóż każde, choćby paruzdaniowe wejście spikera anonsowane były niezwykłym dźwiękiem, które na pewno kojarzą w Polsce ludzie po czterdziestce.

Mam nadzieję, że pamiętacie serial „Arabela” Vaclava Vorliczka i Milosa Macourka, który powstał pod koniec lat 70. Był tam czarodziejski pierścień, który spełniał życzenia. Wystarczyło tylko pomyśleć takie życzenie i przekręcić pierścień na palcu. Ten dźwięk przypomniał mi siępo latach, powtarzany na stadionie Bohemians. Bajera, co?

Czy czegoś żałuję? Liczyłem na wspólne zdjęcie z Antoninem Panenką, który jest żywym symbolem Bohemki i często bywa na jej meczach. Nie udało się tym razem, gwiazdy bowiem nie dostrzegłem, ale wiecie co? 

Ďolíček na tyle przypadł mi do gustu, że na pewno tam jeszcze wrócę. Może wtedy uda się ustrzelić tę fotkę.

Kocham Ďolíček!

PS Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale w przyszłym sezonie Śląsk będzie lepiej reprezentowany w piłkarskiej ekstraklasie czeskiej niż polskiej. Weszła Opava, utrzymała się Karvina, będzie grał Banik. 3:2 na korzyść południowych sąsiadów... 

PS1 Byliśmy także na Viktorii Żiżkov. Trochę załuję, że nie wystartowaliśmy dzień wcześniej, udałoby się zobaczyć mecz z Czeskimi Budziejowicami. Kiedy łaziliśmy po stadionie, fotki pstrykał tam również groundhopper z Anglii. Kiedy usłyszał, że jesteśmy z Katowic, krzyknął: „Thomas Malasinsky!” Obecny kapitan hokejowej GieKS  grał wcześniej w jego ulubionym Swindon Wildcats. Świat jest mały...

PS2 W drodze powrotnej zahaczyliśmy o przydrożną knajpę i obejrzeliśmy niezwykły finał Ligi Mistrzów. Nie wiem kiedy spojrzę znowu na piwo.

PS3 Serdeczne dzięki dla Michała Chwieduka i Pawła Stolarczyka. Świetni towarzysze piłkarskich eskapad.

piątek, 18 maja 2018
Jacuś, piździelec, paciulok. Swój chłop

Właśnie wróciłem z Maroka. Byłem tam m.in. na Jemaa el Fnaa, niezwykłym miejscu w Marrakeszu. To plac od którego może zawrócić się w głowie. Kobry tańczą wśród ludzi w takt niepokojących melodii wygrywanych na fujarkach, zaraz obok wsadzają ci małpę na ramię żeby zrobić zdjęcie albo robią wykład o męskiej potencji...

W 2001 roku ten plac został uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo tradycji przekazu ustnego. Gdybym tego nie widział na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył. Jakiś starzec w bardzo sugestywny sposób opowiadał bez pośpiechu po arabsku historię, która tłum stojący wokół doprowadzała raz do spazmatycznego śmiechu a raz do łez...

Do Maroka wziąłem ze sobą wspomnienia Jacka Gmocha, selekcjonera reprezentacji Polski w drugiej połowie lat 70. Połknąłem je już w samolocie. Muszę przyznać, że czyta się je fantastycznie. Uważam, że Jacek Gmoch zafascynowałby Jemaa el Fnaa, w równym stopniu co mnie. Oczywiście niektórzy mogliby się zastanawiać co w jego wspomnieniach jest prawdą, a co przypuszczeniem, że to prawda, lecz ja myślę o tej książce jedynie z sympatią.

Miałem przyjemność rozmawiać z Gmochem, kiedy pisałem książki o Antonim Piechniczku a potem o Górniku Zabrze i przekonałem się wówczas, że Śląsk wiele dla niego znaczy. Na oba interesujące mnie tematy wypowiadał się z dużą atencją.

„[Koledzy z boiska] nauczyli mnie kochać Śląsk. Przede wszystkim za etos pracy a nie gadanie po próżnicy - mówi we własnej książce [to wywiad-rzeka].Jest jednak w jego opowieści wątek, który nie dawał mi spokoju. Gmoch opowiada: „Pamiętam mecz z Ruchem Chorzów, w trakcie którego dałem lekcję Gienkowi Faberowi - wtedy ich najlepszemu napastnikowi, z którym prywatnie bardzo się lubiliśmy. Ciąłem go równo. Jak w końcu po moim wejściu poleciał aż za linię autową, to cały stadion skandował: „Jacuś lipa! Jacuś lipa!”. A po śląsku „Jacuś” to taki piździelec, nie do końca chłop...”

To stwierdzenie mnie zdumiało, bo nigdy z czymś takim w swoim życiu nie spotkałem. Rozmawiałem z kilkoma Ślązakami z dziada pradziada, zainteresowanymi futbolem od dziecka, rewelacyjnie znających śląski, pamiętającymi dobrze tamte czasy. Nie potwierdzili stwierdzenia, że „Jacuś” to piździelec. Zdaniem niektórych z nich kibice wtedy użyliby na stadionie raczej słowa „paciulok” albo „ciuluś”, bo „ciul” byłoby jednak zbyt wulgarnie...

Niemniej jego wspomnienia to jedna z najlepszych książek futbolowych jakie ostatnio przeczytałem. Gmoch to człowiek z talentem. Także narracyjnym o czy i wy możecie się przekonać.

Najlepszy trener na świecie. Z Jackiem Gmochem rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

wyd.WAB. 

17:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 kwietnia 2018
Ciarki

Styk futbolu, polityki i historii zawsze wywołuje we mnie dreszcz. Książka Zbigniewa Rokity sprawia, że na plecach występuje mi ten najbardziej ulubiony przeze mnie rodzaj ciarek.

Jak wiadomo, najbliższy mundial odbędzie się już wkrótce w Rosji. Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” pokazuje, jakie ta dyscyplina ma znaczenie w kraju gospodarza. Książka pozwala zrozumieć między innymi, czym był futbol w Rosji i jak się tam zmieniał. Ma wiele zalet. Jedną z nich jest fakt, że napisana została językiem, jaki lubię. Żywym, a przy tym niepopadającym w emfazę. Jest w nim miejsce na ironię i humor. Opowiada o świetnych, często nieznanych mi historiach. Jak choćby tę, kiedy rosyjscy piłkarze mają szansę wziąć udział w igrzyskach sztokholmskich w 1912 roku, ale najpierw muszą zapisać się do FIFA. Niezły numer wycinają mieszkający w Petersburgu Anglicy. Nie pytając Rosjan o zgodę, wysyłają do Zurychu, gdzie siedzibę na FIFA, pismo z prośbą o nadanie im członkostwa jako przedstawicieli... Rosji! FIFA nie ma właściwie pojęcia, kto prosi, i... wyraża zgodę! Gieorgij Aleksandrowicz Diupierron, który stojąc na czele futbolu w Petersburgu, robi, co może, żeby to jego FIFA zauważyła (związek rosyjski nie ma jeszcze siedziby, więc korespondencję trzeba słać na adres biblioteki, gdzie pracuje Diupierron...).

Niedługo później Rosję (a więc i futbol) przejmują bolszewicy. W porewolucyjnej Rosji piłka nożna uchodzi początkowo za sport podejrzany. Niektórzy z ideowców twierdzą, że istotą futbolu jest oszukiwanie rywala, a co może być pożytecznego w oszustwie? Bolszewikom chodzi o kiwanie i zwody (sic!). Oni zawsze wiedzieli wszystko lepiej, więc wymyślili „futbol proletariacki”. O co chodzi? Boisko dzieli się na kwadraty, w każdym może znajdować się tylko jeden piłkarz. Zawodnicy mają podawać sobie piłkę. Nie mogą z tym zwlekać: piłka w kwadracie nie może znajdować się dłużej niż pięć sekund... Jakie to szczęście, że te banialuki nie znalazły poklasku w realnym świecie.

Muszę zaznaczyć, że o Rosji dużo w tej książce, ale nie tylko. Jest też m.in. wątek polski – a właściwie górnośląski. Nie dziwię się, że autor podjął ten wątek – losy Ernesta Wilimowskiego rozpalają każdego, kto je pozna. Jest o węgierskich waterpolistach, którzy miesiąc po upadku rewolucji w 1956 roku grają z Rosjanami podczas igrzysk w Melbourne. Mecz jest brutalny, w ruch idą pięści, basen spływa krwią [„Węgier czuje coś ciepłego na twarzy. Dużo krwi (...) Powie później, że cios był tak silny, że zobaczył cztery tysiące gwiazd. Lekarze przeliczają gwiazdy na szwy i wychodzi im trzynaście” – piękne].

Jest też o niezwykłej koszykarskiej rywalizacji litewskiego Żalgirisu z CSKA Moskwa. Centrzy obu klubów – Sabonis i Tkaczenko (obaj 221 cm wzrostu) – są wówczas najlepsi w Europie. Autor przytacza kawał: „Wracają razem z knajpy, zauważyli na ulicy rubla. Zabrali na szczęście. Okazało się, że był to właz do studzienki kanalizacyjnej”... Opowieść kończy się wizytą w Abchazji, gdzie w zeszłym roku odbyły się mistrzostwa świata drużyn, które nie zostały uznane przez FIFA. Przyjechali m.in. Lapończycy, drużyna wysp Czagos, reprezentacja Seklerszczyzny i Cypru Północnego (w finale gospodarze spotkali się z Pendżabem). Zakończenie abchaskiej przygody jest reporterskim opisem przechodzącym właściwie w poezję. Majstersztyk.

Nie zdradzę, sami musicie dać się pochłonąć.

Zbigniew Rokita

Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

wyd. Czarne

08:49, pavelczado , Książki
Link Komentarze (9) »
piątek, 23 marca 2018
To była przyjemność

W najbliższy wtorek Stadion Śląski ostatecznie wraca do świata żywych. Po dziewięciu latach znowu odbędzie się w tym miejscu mecz międzypaństwowy. Jak wiadomo przyjedzie Korea Południowa będzie naśladowała Japonię.

Właśnie w tym niezwykłym momencie pojawia się biografia tego obiektu. W piątkę - razem z Jerzym Górą, Henrykiem Grzonką, Wojtkiem Krzystankiem i Adamem Pawlickim (BTW: świetna ekipa) - miałem przyjemność opisać dzieje Stadionu Śląskiego. Nie mnie oceniać treść, ale mogę z zachwytem przyznać, że książka jest bardzo piękna. Nie tylko więc do czytania, ale i oglądania.

Miałem właśnie przyjemność uczestniczyć w jej prezentacji na Stadionie Śląskim. Byłem zaszczycony - wiecie: nie zawsze w uroczystości z okazji powstania książki, którą mieliście okazję napisać biorą udział takie sławy jak Antoni Piechniczek, Stanisław Oślizło, Jerzy Szczakiel i Zygmunt Hanusik.

Wierzę, że Wam się spodoba.

czwartek, 15 lutego 2018
Dziękuję za wyróżnienie

Miło mi zwrócić Waszą uwagę, że grono ekspertów (dziennikarzy sportowych, przedstawicieli branży) wybrało dziś "Sportową Książkę Roku" A.D.2017. Wyboru dokonano w pięciu kategoriach:

- piłka nożna;

- biografie;

- historia;

- góry;

- poradniki.

Moja "Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach" została uznana za najlepszą książkę piłkarską i najlepszą książkę historyczną. Pierwszy raz w historii plebiscytu jedna książka zgarnęła dwa wyróżnienia.

Dziękuję jurorom za te oceny. Kolejne wyzwania czekają.

środa, 31 stycznia 2018
Chorzów Batory. To był niezapomniany wieczór

Dostałem zaproszenie żeby poprowadzić panel z okazji wydania książki „Niebieskie majstry”, którą napisał Grzegorz Joszko i ogłoszenia nowej kibicowskiej inicjatywy: Stowarzyszenia Kibiców „Wielki Ruch”. 

Odbył się w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie-Batorym. To historyczny budynek: dokładnie w tym samym miejscu w 1920 roku powstał przecież Ruch Wielkie Hajduki.

Wieczór miało uświetnić spotkanie z gwiazdami, a mnie oczy się zaświeciły: kto z Was przepuściłby możliwość podyskutowania z ludźmi, którzy tworzyli przed laty ten Wielki Ruch?

Wspólnie z Grześkiem porozmawialiśmy więc z Eugeniuszem Lerchem (mistrz z 1960), Antonim Piechniczkiem (mistrz z 1968), Piotrem Czają (mistrz z 1974, 75 i 79) oraz Krzysztofem Warzychą (mistrz z 1989). Gwiazdy świetnie wczuły się w rolę. Pytaliśmy je o wszystko: o atmosferę tamtych lat, kolegów z drużyny (do rozstrzygnięcia wciąż jest choćby spór: kto jest właściwie lepszy Deyna czy Bula i dlaczego, bo to wcale nie jest oczywiste), trenerów, prezesów, nagrody za tytuły...

Musiałem pamiętać, że w tamtym momencie i miejscu nie byłem dziennikarzem, fanem futbolu czy słuchaczem. Jako prowadzący miałem konkretne zadania. Uważam, że taki moderator musi przede wszystkim sprawić, że sala żyje rozmową. Nie mnie oceniać czy to się udało. Cieszę się jednak, że dyskusji towarzyszyły wybuchy śmiechu publiczności, że sala trzęsła się od braw dla gwiazd, które ze swadą opowiadały.

Organizatorom dziękuję za możliwość udziału w tej imprezie. Kibiców pozdrawiam. Wyczuwałem w powietrzu uwagę z jaką słuchają.

Przy takiej uwadze Ruch nigdy nie zginie.

piątek, 19 stycznia 2018
Życie po życiu

Czadoblog nawet nie zorientował się, że stuknęła mu dyszka. Wraca żeby powiedzieć Wam, że życie jest do dupy.

Dlatego ci, którym dziś układa się wspaniale powinni pamiętać, że to jedynie szczęście.

09:02, pavelczado , żal
Link Komentarze (5) »
środa, 06 grudnia 2017
Piękny rok 1922

Jak to jest, że kiedy polski futbol był światową potęgą powstawało o nim tyle książek co kot napłakał, a dopiero kiedy próbuje odbudować dawne pozycje w ciekawych pozycjach możemy przebierać?

Roczniki to niezbędne kompendium wiedzy dla kibica. Okazuje się jednak, że nie tyle te bieżące są interesujące. Właśnie udało się zrealizować interesujący pomysł futbolowej opowieści o roku... 1922! Co przeciętny polski kibic piłki nożnej mógłby o tym okresie powiedzieć? Chyba nieliczni, że tamtego roku mistrzem Polski została Pogoń Lwów i... to by było na tyle. Tymczasem działo się!

Piotrowi Chomickiemu, Leszkowi Śledzionie, Edwinowi Kowszewiczowi oraz ich współpracownikom udało się na ponad 360 stronach przedstawić szeroką panoramę ówczesnego futbolu. Znajdą w tej książce coś dla siebie miłośnicy interesujących tekstów (wśród nich znajdziemy opowieść Bartłomieja Rabija o Ameryce Południowej tamtego okresu a także wywód Witolda Łastowieckiego o kolorach strojów ówczesnej reprezentacji Polski), zdjęć (ponad 350!) i... tabel (prawie 190).

Górny Śląsk nie stał wówczas w hierarchii przesadnie mocno więc przesadnie mocno jego obecność w tej książce nie jest zaakcentowana. To się jednak wkrótce całkowicie zmieni - autorzy chcą bowiem kontynuować idee wydawania rocznika z lat 20. i 30. Nadejdzie więc czas, że Górny Śląsk (a zwłaszcza Wielkie Hajduki będą rządzić). 

Dodatkowym bonusem są rzeczywiście wspaniałe pocztówki, na które mogą liczyć wszyscy chętni, którzy nabędą książkę przed świętami. pocztówki. To pokolorowane zdjęcia m.in. reprezentacji Polski przed zwycięskim meczem ze Szwecją, Cracovii czy Warty Poznań. 

Całość mnie się bardzo podoba. Więcej informacji znajdziecie na www.rocznikpilkarski.pl

12:44, pavelczado , Książki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017
Co Bambo ma wspólnego z senegalskimi butami

Kiedy byłem chłopczykiem a mama czytała mi do poduszki wierszyk Juliana Tuwima o Murzynku Bambo wydawało mi się, że wszyscy mieszkańcy Afryki wyglądają tak samo. Mają więc czarny kolor skóry, kręcone krótkie włosy, grube wargi no i błyskają białkami oczu. Ci straszniejsi mają jeszcze ewentualnie dzidy i nozdrza przebite zagiętą kością.

Od tamtego czasu jednak urosłem, zdążyłem się również przejechać po Afryce subsaharyjskiej. Pięć tygodni tam spędzone zmienia optykę. Przede wszystkim zacząłem dostrzegać, że Afrykańczycy nie są jednakowi: znacznie się różnią między sobą pod względem fizycznym. Wręcz dużo bardziej niż Europejczycy! Czy gdziekolwiek w Europie znajdziecie większą różnicę niż choćby między Pigmejami Mbuti z Konga a Masajami z Kenii? Już nie mówię, że rysy ich twarzy również potrafią bardzo się różnić. Niektóre ludy Etiopii posiadają rysy wręcz europejskie...

A wzrost? Kiedy na granicy kenijsko-tanzańskiej Masajowie sprzedawali mi tarczę (taką samą jak na fladze Kenii, mam ją do dziś) nie spotkałem wśród nich niższego od siebie. Z kolei w całej Lusace, stolicy Zambii, nie spotkałem od siebie wyższego...

Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Bo nie ukrywam: zdziwiłem się kiedy usłyszałem, że PZPN negocjuje przed mundialem mecz z Ghaną albo Nigerią. Ludy Akan czy Yoruba pod względem fizycznym to zupełnie inni Afrykańczycy niż Wolof. Ciekawe czy Senegal zakontraktuje przed mecze z nami spotkanie z Hiszpanią albo Norwegią...

Wydaje mi się, że to jednak ważne kto ubierze senegalskie buty. To nie jest tak, że afrykańskie drużyny nie różnią się między sobą stylem gry. Choćby same różnice fizyczne (ale nie tylko) powodują, że jednak się różnią... Tam wszyscy oczywiście kochają atakować, ale moim zdaniem robią to w różny sposób. 

Najlepsze drużyny z Afryki subsaharyjskiej (a takie przebijają się na mundial) są zawsze fantastycznie przygotowane pod względem fizycznym. Wszyscy to oczywiście wiedzą, wydaje mi się jednak, że nie można ich traktować jak trojaczków Bambo, Lambo i Sambo.

Kiedy wyraziłem wątpliwości na twitterze - zareagoweał prezes Zbigniew Boniek.eta

 - Czyli? - zapytał jeszcze raz prezes.

- Prędzej Mali. Inny etnos, ale wydaje mi się, że pod względem fizycznym bardziej podobni. Wielu piłkarzy powyżej 190 cm, jak w Senegalu (Diabate, Konate, Coulibaly, Yatabare). W ostatnich trzech meczach eliminacji. nie stracili gola. Drużyna frankofońska co też może być nie bez znaczenia. Nie awansowali do mundialu. ale nie jest to słaby zespół. Pewnie chętniej też przyjechaliby do Polski. Tak jak Senegalczycy najpierw szukają zatrudnienia w lidze francuskiej i w efekcie u tych, którym się udało, kształtują się podobne nawyki, zachowania - odparłem.

Przyznaję się bez bicia: piłkarską reprezentacją Senegalu zainteresowałem się jeszcze przed mistrzostwami świata w 2002 roku, pisałem o niej zresztą w tamtej książce. Przypuszczałem, że zawojują Azję, a potem, że cały świat. W tamtym mundialu rzeczywiście wypadli świetnie a potem... zniknęli. Dziś to już oczywiście zupełnie inna generacja. Bardzo żałuję, że akurat z nimi Polska zagra pierwszy mecz na tych mistrzostwach. Między innymi dlatego jestem pesymistą. Obecne Lwy Terangi mają te same fizyczne atuty, którymi mogli pochwalić się ich poprzednicy. Wtedy Pape Bouba Diop, pomocnik, który mierzył 195 cm strzelił gola w zwycięskim inauguracyjnym meczu z Francją. Powtórzę: pomocnik o wzroście 195 cm. Jeśli miłośnikom europejskiej piłki to nazwisko nic nie mówi przypomnę Patricka Vieirę - wzrost 191 cm. On też urodził się w Dakarze...

Dziś senegalską obroną trzęsie Kalidou Kulibaly z Napoli (195 cm przy wadze około 89 kg; to też dla nich charakterystyczne - są bardzo smukli nie tracąc nic z siły, szybkości i zręczności). W środku pola biega Cheikhou Kouyaté z West Hamu (192 cm) itd. Oczywiście nie jest tak, że tam są same wieżowce. Zarozumiały snajper sprzed 15 lat El Hadji Diouf miał "tylko" 181 cm, jego następca Sadio Mane to na ichniejsze warunki zaledwie kurczaczek (175 cm)...

Będzie ciężko. Może być tak, że od tego pierwszego spotkania w Moskwie zależeć będzie wszystko. Orły z Polski kontra Lwy Terangi.

Jedno jest pewne. Będzie się działo. To będzie wspaniały mundial. Oczywiście nie wiadomo tylko jeszcze dla kogo.

23:17, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (15) »
Archiwum