wtorek, 30 maja 2017
Popieram Antoniego Piechniczka

Odwiedziłem selekcjonera w Wiśle, porozmawialiśmy o obecnej sytuacji w Ruchu [możecie przeczytać - TUTAJ]. Antoni Piechniczek jest rozgoryczony i ja mu się wcale nie dziwię.

Zwracam uwagę na jeden charakterystyczny moment jego wypowiedzi. 

Cytuję: "Gdybym to ja, nawet w wieku jakim obecnie jestem, siedział na ławce trenerskiej to sprawiłbym, że ten mecz zostałby przerwany. Po prostu skoczyłbym na boisko do sędziego i tak bym mu naurągał, że by mnie służba porządkowa musiała wynieść!"

Niektórzy pewnie oburzą się na te słowa. Ja je oczywiście całkowicie popieram. Żyjemy bowiem w czasach kiedy uwikłanie w procedury, przepisy, regulaminy sprawia, że człowiek często czuje się jak ryba w sieci i nic nie może zrobić, choć wie, że ma moralną rację.

Takie zachowanie jest wyrazem rozpaczy w momencie kiedy trzeba ją wyrazić a nie da się inaczej. Jest też dobrym sposobem zwrócenia uwagi na draństwo jakie się dzieje.

Zawsze tak było. Tylko cynicy nie dostrzegą różnicy między słuszną wściekłością a zimną chęcią wykorzystania okazji do obalenia ancien regime'u.

niedziela, 28 maja 2017
Nigdy nie mów nigdy

Trwa szaleństwo w I lidze. Kilka dni temu rozmawiałem z Marcinem Broszem, trenerem Górnika Zabrze, który zwracał uwagę na to jak wszystko w tej lidze potrafi się wywrócić - bez przesady - w ciągu tygodnia.

Jeszcze przed niedawnym meczem Górnik Zabrze - GKS Katowice niektórzy fani KSG sugerowali żeby odpuścić ten mecz żeby ułatwić GieKSie awans. Tymczasem górnicy wygrali dziś piąty raz z rzędu (oglądało to aż 20 tysięcy ludzi) i to raczej GieKSa przysłużyła się Zabrzu ogrywając na wyjeździe Olimpię Grudziądz.

Przyznam, że jestem pod wrażeniem Marcina Brosza, jego sztabu i sposobem w jaki umiejętnie ustawia skład i wprowadza młodych. Właściwie Górnikowi została już tylko ostatnia przeszkoda żeby w Zabrzu nastąpiło wniebowstąpienie. To co tam się dzieje jest fantastyczne! Górnik ma moc.

Ale wiecie co? W tej lidze jedna przeszkoda to jednak dużo. Jeszcze wszystko się może odwrócić na opak. Jeszcze może awansować choćby... GieKSa!

Wystarczy, że katowiczanie wygrają ostatni mecz z Bytovią a oprócz tego Zagłębie, Miedź i Chojniczanka nie mogą wygrać, a Górnik przegra na wyjeździe z walczącą o utrzymanie Wisłą Puławy? Niemożliwe? W tej lidze nic nie jest chyba niemożliwe...

Chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedno. Ten niezwykły sezon, znacznie bardziej ciekawy niż rozgrywki ekstraklasy odbywa się według tradycyjnych reguł bez debilnego dzielenia punktów, bez debilnego podziału na grupy i bez debilnej nieparzystej liczby rozegranych spotkań w sezonie. Można? Można.

Czekam na oficjalną wypowiedź Zbigniewa Bońka

Jestem zdumiony.

Pierwszy raz w historii polskiej piłki nożnej jakaś drużyna spadła z najwyższej klasy rozgrywkowej po celowym wbiciu piłki ręką do bramki a najwyższe krajowe władze futbolowe ciągle milczą.

Od Zbigniewa Bońka, jako szefa PZPN i najważniejszej obecnie osoby w polskim futbolu oczekiwałbym jednak oficjalnego stanowiska. Oczywiście nie chodzi mi o stanowisko w kwestii karania sędziów czy strzelca. To w całej tej historii sprawa wręcz drugorzędna. Chodzi mi raczej o wyjaśnienie czy PZPN zamierza jakoś naprawić tę sytuację* i zadośćuczynić pokrzywdzonemu. To pokrzywdzony - czyli Ruch - jest teraz najważniejszy.

Oczekiwałbym specjalnie zwołanej konferencji prasowej w tej sprawie jeszcze w weekend, bo przypominam, że chodzi o wydarzenie bezprecedensowe w historii naszego futbolu.

Nie ulega bowiem wątpliwości, że Ruch spada z ekstraklasy tylko i wyłącznie z jednego powodu: oto sędzia uznaje bowiem bramkę, której w żadnym wypadku nie powinien był uznać. Przypominam - nie chodzi o gola po dyskusyjnym spalonym czy wątpliwym faulu jakie w ferworze zdarzają się dość często. Chodzi o zagranie doprawdy skandaliczne, o gola, który padł po celowym wbiciu piłki ręką do bramki. Należy to wyraźnie podkreślać: nie ma innych powodów dla których Ruchowi w sobotę przytrafia się degradacja. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wygrałby mecz z Gdyni.  A wówczas w ostatniej kolejce jeszcze wszystko mogłoby się wydarzyć łącznie z wersją, że chorzowianie w ostatniej chwili nie dali się na boisku zdegradować.

Ruch nie miał ostatnio dobrej opinii, to wiemy wszyscy. Kłopoty finansowe, zawirowania z licencją itd. nie sprzyjały w budowaniu sympatii u tzw. postronnego widza. Jednak oczywiste jest, że nie powinno mieć to żadnego wpływu na sportowy sposób wyłaniania spadkowiczów.

No chyba, że władze polskiej piłki hołdują stalinowskiej zasadzie "dajcie człowieka a znajdzie się paragraf". Jeśli nie uwalimy cię tak, to inaczej. W to oczywiście nie wierzę i przy okazji wyrażam szczerą nadzieję, że prokurator Andriej Wyszyński nie jest patronem decydentów naszego futbolu. 

*serdecznie proszę nie dręczyć mnie bełkotem w stylu "a co ma do tego Boniek"

PS Już po opublikowaniu tego wpisu widzę, że Zbigniew Boniek zabrał głos na Twitterze.

"Piłkarzom i kibicom Ruchu życzę szybkiego powrotu do Esa,niech nie myślą ze spadli przez Sedziów ,Siemaszkę czy PZPN,szkoda!"

Na razie nie będę komentował treści merytorycznej tego twitta, ciągle czekam bowiem na oficjalne stanowisko prezesa PZPN.

sobota, 27 maja 2017
Serdeczne pozdrowienia dla Rafała Siemaszki

Piłkarze często powtarzają, że nie analizują ligowej tabeli. Postępowanie Rafała Siemaszki jest tego dobitnym przykładem.

Napastnik Arki Gdynia w meczu z Ruchem strzelił gola ręką i nie był to przypadek. Obiecałem sobie, że jeśli zdobędzie w tym meczu jeszcze jedną bramkę, po minięciu sześciu piłkarzy Ruchu, nie padnie z mojej klawiatury słowo skargi. A jednak, o dziwo, bo to świetny piłkarz, nie dał rady...

Siemaszko nie analizuje tabeli więc pewnie nie wie, że w ostatniej kolejce Ruch gra z Łęczną u siebie. 

Oczywiście byłoby to co najmniej niesmaczne gdyby niebiescy odpuścili ten mecz i wzbudziłoby zrozumiałe oburzenie. Ale gdyby jednak Ruch z Łęczną przegrał, co jest przecież możliwe, Arka - żeby się utrzymać - musiałaby wygrać na wyjeździe z Lubinem, który właśnie udowodnił, że obce mu są problemy innych, bijąc bezlitośnie Łęczną. Nie będzie to więc dla gdynian łatwe zadanie.

Być może Arka się utrzyma, być może nie. Ciekawi mnie jednak czy po ostatniej kolejce Rafał Siemaszko otrzyma pocztówkę o treści: "Serdeczne pozdrowienia z Chorzowa z życzeniami dalszej udanej kariery popartej wieloma wspaniałymi bramkami". Myślicie, że otrzyma?

PS Wątek Siemaszki to oczywiście tylko znaczący, ale jednak epizod w kontekście tragedii Ruchu. W tym klubie zdarzyło się wiele złego. Nie mogę jednak napisać, że to zasłużony spadek. W zasłużony sposób spada się kiedy zdobywa się w sezonie najmniej punktów. Ruch wcale nie zdobył ich najmniej. Spada przecież przez pozaboiskowe decyzje. To zdanie polega na prawdzie. 

PS1 W poniedziałek przyjeżdża Ruud Gullit. Szkoda, że spotkanie z nim w stolicy a nie na Górnym Śląsku. Przecież najlepszy mecz w Polsce ten facet rozegrał jednak w Zabrzu. Byłem, widziałem, podziwiałem... Do dziś to mój ulubiony zawodnik.

wtorek, 23 maja 2017
Uważam, że góra GieKSy powinna zostać

Prezydent Katowic ogłosił dziś, że prezes Wojciech Cygan i wiceprezes Marcin Janicki złożyli rezygnację.

Szczerze mówiąc mam nadzieję, że ta rezygnacja nie zostanie przyjęta. Oczywiście pod warunkiem, że GKS Katowice w następnych sezonach nadal będzie miał ambicje awansu do ekstraklasy. 

Moim zdaniem Cygan i Janicki to fachowcy. Oczywiście wielu mnie wyśmieje - jak mogę tak pisać po ostatnich kompromitujących wynikach pierwszej drużyny i w fatalny sposób zaprzepaszczonej szansie na awans.

Zarządzanie klubem piłkarskim jest coraz bardziej skomplikowane, jak zresztą cała rzeczywistość wokół nas. Wielu ludzi nie ma nawet pojęcia jak bardzo. Czy GieKSę stać na to żeby ewentualni następcy uczyli się na żywym organizmie? W dodatku o tyle bardziej skomplikowanym od innych, że wielosekcyjnym? W dodatku presja na nowym szefie ciążyłaby od razu, bo nie wyobrażam sobie żeby w przyszłym sezonie GieKSa nie powalczyła o awans.

Czy Katowice na to stać?

PS Zwolenników teorii spiskowych, którzy będą twierdzić, że dotychczasowi prezesi GieKSy to moi kumple informuję, że zawsze byłem i jestem z nimi na per pan.

PS1 Rozmawiałem z piłkarzem GKS-u, który wywalczył pierwszy awans do ekstraklasy w 1964 roku. Ma ciekawe przemyślenia. Uważa, że nowym trenerem Katowic powinien zostać... Waldemar Fornalik.

poniedziałek, 22 maja 2017
Bransoleta od króla

W weekend była Noc Muzeów, z tej okazji miałem publiczne wystąpienie. Zainteresowanym opowiadałem o losach polskich sportowców, którzy zginęli w trakcie II wojny światowej.

Kolejny raz przekonałem się, że warto opowiadać o sprawach, które w jakiś sposób dotykają słuchaczy bezpośrednio. Bo potem potrafią oni dopełnić historię własną opowieścią.

Opowiadając o losach Janusza Kusocińskiego, pierwszego Polaka*, który zdobył dla Polski złoty medal olimpijski, nie mogłem nie wspomnieć o tym, że zanim został rozstrzelany w Palmirach, pracował w czasie okupacji jako kelner w barze „Pod kogutem” przy ulicy Jasnej w Warszawie, zwanym Gospodą Sportowców.

Nazwa była nie od parady, w takim samym charakterze pracowała w tym barze m.in. mistrzyni tenisowa Jadwiga Jędrzejowska. Do czasów Agnieszki Radwańskiej była jedyną Polką, która wystąpiła w finale wielkoszlemowego singla (Wimbledon 1937).

W czasie wojny Jędrzejowska dostała wezwanie do gestapo. Tam zdumiona usłyszała, że jej wyjazdu do Szwecji życzy sobie król Gustaw V, który w ten sposób próbował uratować jej życie. Monarcha pamiętał ją, bo była jego partnerką w mikście. Niemcy polecili jej przygotować się do wyjazdu.

Tenistka wprawiła jednak informującego ją o niezwykłej propozycji gestapowca w osłupienie kiedy oświadczyła, że nigdzie się nie wybiera i że chce pozostać nad Wisłą.

Przeżyła wojnę i zapisała się trwale w historii Katowic, bo potem przeprowadziła się właśnie do tego wspaniałego miasta. W ciągu 40 lat kariery zdobyła aż 63 tytuły mistrza Polski (23 w grze pojedynczej, 15 w deblu i 25 w mikście). Po raz ostatni indywidualną mistrzynią kraju została w wieku 53 lat! Jej największym sukcesem był awans do finału Wimbledonu w 1937 roku. Jest jedyną Polką, która wygrała turniej wielkoszlemowy seniorów. A w Baildonie Katowice grała od 1957 roku (wcześniej Legia Warszawa i kluby z Bydgoszczy oraz Pogoń Katowice). Po zakończeniu kariery trenowała młodzież. Zmarła w Katowicach w 1980 roku.

Wyobraźcie sobie, że po moim wystąpieniu zahaczył mnie jeden ze słuchaczy i opowiedział mi, że po wojnie Jędrzejowska spotkała się jednak z Gustawem V. Szwedzki monarcha miał ofiarować jej drogocenną bransoletę ozdobioną drogocennymi kamieniami. Mój rozmówca zaznaczył, że tę drogocenną pamiątkę widział, bo tenisistka często bywała u niego w domu odwiedzając jego rodziców. 

Uwielbiam kiedy ludzie opowiadają mi takie historie.

 *tak, wiem

wtorek, 16 maja 2017
Presja

GKS Katowice bezsprzecznie powinien grać w ekstraklasie. Tak jak Górnik Zabrze, Zagłębie Sosnowiec czy GKS Tychy.

Jednak jego sytuacja jest trochę inna niż konkurentów. Paradoksalnie trudniejsza, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. O co chodzi?

GKS jest klubem wielosekcyjnym, który mocno wspiera miasto. Magistrat bardzo chce powrotu do czasów świetności, ale klub nie może liczyć na coraz większe pieniądze z miasta, mimo że Katowice relatywnie są bogate. Powód jest prosty: budżet miasta, które dużo wydaje na sport nie jest przecież z gumy.

Paradoksalnie piłkarzom nie pomaga wielosekcyjność GieKSy. Inne sekcje - chodzi mi przede wszystkim o siatkarską i hokejową - spisywały się ostatnio bardzo dobrze, a wszystko wskazuje, że będą jeszcze lepiej. Przypuszczam, że w 2018 roku jedni i drudzy będą blisko medali mistrzostw Polski. Hokeiści już się wzmacniają, a te wzmocnienia nie są byle jakie. 

Z tego co słyszę w roku 2018 GieKSa będzie mogła liczyć na wsparcie z miasta na podobnym poziomie jak obecnie. Siatkarze i hokeiści będą potrzebowali więcej pieniędzy - jako, że drużyny są coraz silniejsze mają ku temu mocne argumenty. Wiem, że w mieście są ludzie, którzy patrzą na nie przychylnym okiem. Wygląda na to, że więcej pieniędzy dla hokeistów i siatkarzy może oznaczać mniej dla piłkarzy. No chyba, że awansują do ekstraklasy teraz.

Przypuszczam, że brak awansu w tym sezonie może oznaczać mniejsze nakłady na piłkę w przyszłym. Chyba warto zdać sobie z tego sprawę.

niedziela, 07 maja 2017
Jeden wielki spazm

Bylem wlasnie w mlynie podczas meczu tajskiej ekstraklasy miedzy Muangthong United a Royal Thai Navy FC. Siedzialem w miejscu gdzie na TYM zdjeciu jest czerwono-czarna flaga.

Mlyn jest generalnie podobny do tych europejskich, z jedna zasadnicza roznica. Oczywiscie jest prowadzacy doping, sa stanowiska dla bebniarzy, ale chyba nieco inne jest rozlozenie plci. Oczywiscie na plocie wisza najbardziej zagorzali fani, ktorzy pokazuja fucki gosciom, a ich bramkarzowi demonstruja, ze powinien isc sie onanizowac, ale kilka rzedow wyzej to juz krolestwo nastolatek.

Akurat tam sprzedali mi bilet i wokol mnie siedzialy tylko dziewczeta i panie ubrane w czerwono-czarne koszulki MTUTD. Nigdy w zyciu nie przezylem takiego meczu. Bez przerwy - doslownie bez przerwy - piszczaly a kiedy przy pilce byl oznaczony dziesiatka 29-letni napastnik Teerasil (z Muangthong przechodzil juz do Manchesteru City i Almerii, ale nie zrobil tam kariery) dostawaly wrecz spazmow.

Muangthong wygrali 4:0, a Teerasil strzelil dwa gole. Kiedy je wbijal wokol mnie rozpoczynal sie spazmatyczny, gromadny placz szczescia. Te dziewczyny placzac pokazywaly w strone idola rozczapierzone dlonie co mialo oznaczac dziesiatke, ktora mial na plecach.

Ale najbardziej zdziwilem sie kiedy trybuna nagle zaczela spiewac:

"Ruchu nasz kochany, my wspieramy zawsze cie

głośny doping, mecz wygrany, to dziś dla nas liczy się".

Oczywiscie spiewala to po tajsku:)

PS A po meczu musialem przejechac jakies 20 km do guesthouse'u. Juz calkowita noc. Wokol stadionu w ogole nie bylo taksowek wiec zgodzil sie mnie podrzucic motocyklista. To bylo jedno z najstraszniejszych przezyc w moim zyciu. Gwaltowny slalom miedzy autami, takze pod prad. Kiedy zsiadalem z motocykla trzesly mi sie dlonie. Ale warto bylo!

środa, 03 maja 2017
Dlaczego Kambodża nie wygrywa mundialu?!

Wiadomo, ze futbol tego kraju nie liczy sie, reprezentacja nigdy nie grala w finalach mistrzostw swiata, ale wlasnie tam zlapalem sie za glowe jak nigdzie indziej.

Jestem w Siem Reap, stolicy prowincji w polnocno-zachodniej Kambodzy. Wlasnie tutaj przy drewnianym mostku obok Psar Chaa (Old Market) spotykaja sie milosnicy niezwyklej gry. Wlasciwie nie wiem nawet czy to gra czy raczej forma przyjemnosci.

Przypadkowo przechodzilem i... zatrzymalem sie na cala godzine. Tylko wybaluszalem slepia. A potem przychodzilem popatrzec co wieczor przez cztery dni z rzedu.

Widzialem wiele ulicznych popisow w wielu czesciach swiata, ale czegos takiego jednak nigdy. Ci ludzie schodza sie o roznej porze, sa w roznym wieku. Od nastolatkow po starcow. Wyczyniaja cuda. Od razu przypomnial mi sie skorpion Higuity. 

 Tyle, ze to bylo jednorazowe, a panowie ze Siem Reap powtarzaja to kilkanascie razy podczas jednej akcji. Ustawiaja sie w kolku i przebijaja obcasami plasko zakonczona lotke (maly fragment gumowego weza do ktorego przytwierdzone sa piora). Kazdy z nich ma wlasny popisowy numer. Przebicie tej lotki jedna noga w stylu skorpiona to nic. Jeden najpierw lapie lotke na kark, inny przebija przez obrecz z wlasnych rak. Najbardziej zaimponowal mi starszy pan, ktory robil skorpiona na lezaco, jakby robil pompki.

Na bialych turystkach nie robilo to wrazenia. Ale widzialem, ze kazdy ich towarzysz ubrany w koszulke jakiegos europejskiego klubu byl w szoku.

Spytalem autochtonow jak nazywa sie ich sport. - Sey dark - odpowiedzieli. 

- Ile trzeba trenowac zeby tak odbijac? - pytam.

- Co najmniej dziesiec lat. Dzien w dzien - uslyszalem. 

Ponizej filmik obrazujacy co potrafia, choc nie oddajacy maestrii grupy ze Siem Reap. Co wazne - nie popisuja sie wcale dla pieniedzy. Ich przedstawiciel nie chodzi z kapeluszem. Po prostu sie bawia...

 

PS Jesli bedziecie z Kambodzy MUSICIE zobaczyc Angkor - nawet jesli nie interesujecie sie historia i zabytkami. Kiedy u nas rzadzili Piastowie - w Kambodzy powstal gigantyczny wyrafinowany kompleks budowli. To niesamowite, mogliby tu krecic kolejnego Indiane Jonesa. Juz nie mowie nawet o najslynniejszym Angkor Wat (jest na fladze Kambodzy) - zobaczcie jak drzewa pozeraja kamien w Ta Prahm... Warto wziac trzydniowy bilet za 62 dolce. Mnie w tym czasie udalo sie zobaczyc czternascie swiatyn porozrzucanych w dzungli. 

PS1 W roznych okolicznosciach mialem do czynienia z policja, ale w Kambodzy mnie zamurowalo. Dwukrotnie otrzymalem od funkcjonariuszy propozycje kupna odznaki. Nie zdecydowalem sie. Kupilem cos lepszego... 

środa, 19 kwietnia 2017
Laos

Jestem w tej chwili w Laotanskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Flagi z sierpem i mlotem powiewiaja tu wszedzie*, ale z drugiej strony buddystow jest jakies czterdziesci razy wiecej niz ateistow. Lud pracujacy miast i wsi tyra, a z drugiej strony luzujacy sie Budda z Xieng Khuan - budzi prawdziwa sympatie:)

Miejscowy futbol w Laosie nie jest zbyt popularny. Zwiedzam stolice Vientiane i przeszedlem sie wlasnie na obiekt o dumnej nazwie National Stadium. Odbywaja sie na nim mecze osmiozespolowej Lao League. Na moj nos ten pietnastotysieczny stadion bylby zdecydowanie najgorszym obiektem w polskiej ekstraklasie (zeby nie bylo: za miastem Laos wybudowal sobie New National Stadium, juz na 25 tys. ludzi).

Mistrz Laosu bierze m.in. udzial w mistrzostwach Mekongu**. Ostatnio zdominowali te rozgrywki Tajlandczycy, w 2015 i 2016 wygral je Buriram United - klub na tyle popularny, ze w Indochinach chodzi sie w jego koszulkach (oprocz tego popularne sa tez koszulki Realu, Barcelony, MU i Liverpoolu).

Podczas spaceru na National Stadium widzialem na nim budzace sympatie obrazki, ktore nie moglyby miec zapewne miejsca w polskiej ekstraklasie. Otoz na murawie odbywal sie wlasnie trening ligowej druzyny, a w tym samym czasie bieznia byla otwarta dla wszystkich. Kilkunastu ludzi uprawialo na niej jogging, nie przeszkadzajac futbolistom i nie interesujac sie w ogole ich treningiem. Tez chodzilem sobie po biezni i nikt nie probowal mnie z niej zganiac. Od czasu do czasu moglem odkopnac pilke, ktora minela bramke.

* flagi sa bardzo podobne do tych z czasow ZSRR, tyle ze sierp i mlot sa wieksze no i znajduja sie na centralnym miejscu a nie w rogu.

** alez to potezna rzeka, Wisla wyglada przy niej jak piecioletnia siostra.

Archiwum