wtorek, 29 stycznia 2008
Złodziejski hat-trick w Chorzowie

Nie ma nic gorszego niż nuda. Jeszcze wczoraj wieczorem pan Marian, portier na trybunie Ruchu Chorzów, żalił się mojemu koledze z działu sportowego Wojtkowi Todurowi, że jego praca jest jakaś taka - monotonna. No to wykrakał: teraz starczy mu wrażeń co najmniej do meczów Euro na Górnym Śląsku...

Nie wiadomo jak to się dzieje, ale stadion Ruchu i jego okolice jak magnes przyciągają osobników spod ciemnej gwiazdy, marzących nie tylko o klubowej forsie, ale także i o mołojeckiej sławie. Bo na Cichej nie jest to wcale pierwszy taki zbójecki numer!

Strzał pierwszy: w 1996 roku rabusie - podobnie jak zeszłej nocy - obezwładnili i związali portiera. Potem włamali się do kasy pancernej i ukradli pieniądze z raty transferu Radosława Gilewicza do szwajcarskiego St.Gallen. Wtedy zabrakło pieniędzy na wypłaty dla pracowników klubu.

Strzał drugi: w 1998 roku jacyś zuchwalcy skorzystali, że piłkarze Ruchu byli poddawani testom wytrzymałościowym w sąsiadującej ze stadionem hali. Z szatni zniknęły wtedy klucze, portfele, dokumenty i telefony komórkowe. Złodzieje pewnie zaśmiewali się w kułak, kiedy odjeżdżali spod stadionu volkswagenem Łukasza Surmy. Nieuszkodzoną brykę litościwie zostawili w Siemianowicach.

Ten paskudny policzek wymierzony chorzowskim działaczom spowodował, że właśnie wtedy siedziba Ruchu przestała być czymś w rodzaju ogólnodostępnej świetlicy zakładowej. Dotąd każdy synek z placu mógł w klubowej kawiarence napić się piwa albo herbaty, poklepać po plerach wychodzącego spod prysznica strzelca zwycięskiego tora, albo zajrzeć do szatni, żeby przekonać się czy tam śmierdzi czy może nie. Od listopada 1998 roku do klubowego budynku mogli wejść jedynie wybrańcy: VIP-y, zaproszeni goście, żony piłkarzy i dziennikarze. Ostrożności nigdy za wiele, ale - jak się okazuje - zawsze za mało: rabusie zaliczyli właśnie trzeci, chyba najgłośniejszy, strzał. Nachapali się pieniędzy ze sprzedanych biletów. Ciekawe czy sami też pójdą na 90. WDŚ?

Wydawać by się mogło, że zdumiewająca wieść o bezczelnym wyczynie wywoła w niebieskich domostwach od Mikołowa po Nakło Śląskie jedno fundamentalne pytanie: "Kto się ośmielił?!". Ale nie; kibiców Ruchu gnębi pytanie o niebo ważniejsze. Oto ono:

CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY? CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY? CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY?

O tym, że dla wielu już teraz nie ma nic ważniejszego niż ten marcowy mecz, przekonałem się dziś na Cichej. Pojechałem bowiem na Ruch, chcąc nawdychać się sensacyjnej atmosfery, zerknąć na budynek otoczony chmarą radiowozów no i pokibicować policyjnym owczarkom łapiącym trop złoczyńców. Tymczasem zastałem tylko... dłuuuuuuuugą kolejkę zniecierpliwionych mężczyzn, kobiet i innych mężczyzn. Dramatyczne nocne zdarzenia nie interesowały ich jakoś szczególnie w kontekście misji z jaką bliscy wysłali ich na stadion. "GDZIE SIĘ KUPUJE BILETY? GDZIE SIĘ KUPUJE BILETY?" Życie nie znosi próżni: w jednym kącie trybuny pracownicy klubu sprzątali więc po złodziejskim tornadzie, a w drugim ich koledzy nie mogli nadążyć ze sprzedażą wejściówek. 

Czy kojarzycie jakiś ligowy mecz w Polsce na który zabrakłoby biletów miesiąc przed pierwszym gwizdkiem?! Jak tak dalej pójdzie, to Canal+ będzie musiał rozpocząć przedmeczową relację już 15 lutego. Nagły wzrost sprzedaży dekoderów na Śląsku - gwarantowany.

PS. Chłopaki z działu sportowego katowickiej GW właśnie wybrały się w zagraniczne wojaże. Wojtek Todur pojechał za Ruchem do Turcji, a Piotrek Płatek za Górnikiem do Hiszpanii. Zapraszam do czytania codziennych reporterskich relacji na sportowych stronach katowickiej "Gazety"

poniedziałek, 28 stycznia 2008
Śląska e-rewolucja czyli GieKSa daje przykład

Kiedy byłem bajtlem* były trzy sposoby wejścia na mecz.

Pierwszy sposób: Tata i jego portfel. Najlepiej jeśli Tata któregoś z nas interesował się fussballem i zabierał na stadion - wtedy sprawa była załatwiona. Jeśli nie - do Taty uderzało się w chwilach naprawdę ważnych (dla mnie taką był choćby przyjazd na Śląsk ”Cornego Diobła**” w październiku 1987 roku. Pamiętam, że bilet na szczególny mecz z udziałem ”Diobła” dostałem od Taty z okazji urodzin).

Drugi sposób: na sępa. Czasem pieniądze otrzymane od ojców na bilet, chcieliśmy zagospodarować w inny sposób. Wtedy trzeba było zastosować sposób znany na Śląsku jeszcze przed wojną, pewnie w innych częściach kraju także. Swego czasu stosował go choćby Gerard Cieślik. Szło się pod bramę stadionu i liczyło na łaskawość starszych kibiców. Pan Gerard do dziś pamięta łzy, kiedy nie udało mu się zobaczyć meczu Ruchu z Wartą Poznań w 1935 roku. To nie było zwykłe spotkanie - piłkarze Ruchu pierwszy raz zagrali wówczas na nowo otwartym stadionie przy ul. Cichej (grają na nim do dziś). Ośmioletni Gerard nie miał pieniędzy na bilet, ale i tak poszedł pod stadion. Przed każdym meczem przy kasach pałętało się mnóstwo bajtli licząc, że uda im się załapać na mecz dzięki litościwemu sercu któregoś z dorosłych fanów. Czasem się udawało, ale czasem trzeba było zostać pod płotem. 29 września 1935 roku zapłakany Gerard został pod płotem. Dla nas bajtli ze złotej epoki lat 80. było to rozwiązanie nie do przyjęcia, istniał więc...

...trzeci sposób: na szwendaka. Szwendanie się z założenia nie ma żadnego celu, ale nie kiedy jesteś wątłym, zdeterminowanym, 13-letnim skurczybykiem, owiniętym w klubowy szalik. Wtedy twoje szwendanie  jest pożyteczne; w jego trakcie poznajesz topografię okolic okołostadionowych. Ja dzięki szwendaniu się w latach 80. zapoznałem dziury w płotach ważnych dla mnie obiektów. Nawet ogrodzenie najnowocześniejszego dziś w Polsce Stadionu Śląskiego miało kiedyś taką sympatycznę dziurkę (niedaleko przystanku ”elki”). Przy takiej dziurce słowo ”wątły” nabierało nowego znaczenia.

Potem - kiedy byłem trochę większy - olśniło mnie. Zrozumiałem, że wchodząc na mecz bez biletu nie spełniam standardów nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego we współczesnej Europie (czy coś w tym stylu). Napadły mnie wyrzuty sumienia i odtąd grzecznie stałem w kolejkach do kas, jak Pan Bóg przykazał. Myślałem, że tak już będzie do końca życia.

Ale nie będzie. Przekonałem się o tym właśnie dziś. Oto GKS Katowice - jako pierwszy klub na Śląsku - rozpoczyna dystrybucję elektronicznych kart kibica i to już na rundę wiosenną 2008. Działacze obwieścili z dumą, że zbliża się zmierzch biletów papierowych. Karta kibica będzie jednocześnie dowodem tożsamości, wejściówką na stadion, umożliwi też kupno pamiątek, albo kiełbasek smażonych pod trybuną. Jeśli system się sprawdzi, to pewnie będzie można opłacić nią wyszorowanie auta w zaprzyjaźnionej z klubem myjni, albo pobyt dziecka w zaprzyjaźnionym z klubem przedszkolu. A jak ci zabraknie pieniędzy na karcie, zawsze będziesz mógł ją sobie w siedzibie klubu naładować. Karta wygląda tak:

karta kibica GKS-u

Oczywiście zawsze należy liczyć się z sytuacją, że ktoś pierwszy raz w życiu przychodzi na mecz. Dlatego jeśli któryś z fanów GieKS-y nie zdąży zaopatrzyć się w kartę kibica, będzie na niego jeszcze czekać w kasie stary, poczciwy bilet. To nie będzie jednak się opłacać, bo papierowa wejściówka mocno zdrożeje, a poza tym za każdym razem trzeba będzie wyspowiadać się przed okienkiem kasy ze swoich danych personalnych. Niewygodne, prawda?

Pomysł z kartami moim zdaniem jest dobry, bo ma na celu wywalenie chuliganerii ze stadionów. Pewnie na początku nie uniknie się narzekania. Przed meczem ścisk przy czytnikach będzie duży, ale warto chyba będzie pościskać się dla dobra sprawy. Papierowe bilety na ligowy mecz staną się gratką dla kolekcjonerów. I tylko żal, że dzisiejsze małe, zdeterminowane, 13-letnie skurczybyki nie będą miały już szans na romantyczne wspomnienia. Na nich też czeka elektroniczna karta. 

* dla Czytelników bloga spoza Śląska: bajtel znaczy łebek.

** dla tropiących treści politycznie niepoprawne winnym wyjaśnienie. Sformułowanie ”Corny Diobeł” użyte przez mojego sąsiada na trybunie stadionu Górnika Zabrze nie było rasistowską obelgą, lecz - wypowiedziane z charakterystycznym cmoknięciem - wyrazem szczerego uznania. ”Corny Diobeł” wbił wtedy Polsce dwa gole. Wiecie o kogo chodzi? Dla  ułatwienia: fotka poniżej.

ruud gullit

PS. Wiadomość z ostatniej chwili z zuuuuuuupełnie innej beczki. Dziś był pierwszy dzień przedsprzedaży wejściówek na 90. Wielkie Derby Śląska. Na dzień dobry wykupiono 7500 biletów, a przecież mecz Ruchu z Górnikiem dopiero za 35 dni. Ale będzie jazda: 41 tysięcy kibiców na meczu ligowym w Polsce robi wrażenie, prawda? 

sobota, 26 stycznia 2008
Polonia kontra Jastrzębie czyli mecz nr 704

Wychodzę z założenia, że szanujący się fan futbolu powinien na własne oczy zobaczyć co najmniej pięćdziesiąt meczów rocznie. Dlatego ostatnio się zaniepokoiłem. Koniec stycznia, a ja nadal kibicuję w bamboszach przed telewizorem. Wybrałem się więc dziś w samo południe na boczne boisko Stadionu Sląskiego, żeby zobaczyć sparing Polonii Bytom z GKS-em Jastrzębie (Polonia w paski, Jastrzębie na czarno).

sparing Polonia - Jastrzębie

To był mecz nr 704 w moim życiu (wiem, bo od dziecka prowadzę szczegółowe statystyki). Poważną relację przeczytacie w "Gazecie". W tym miejcu tylko parę impresji:

1. Spotkały się dwie bardzo zmęczone drużyny. Piłkarze Polonii w ogóle nie spali poprzedniej nocy. Spędzili ją w autokarze wracając z halowego turnieju w Poznaniu. Z kolei piłkarze Jastrzębia dzień wcześniej w ramach ćwiczeń wytrzymałościowych wbiegali na Stożek. Okazuje się, że lepiej chyba być niewyspanym niż zadyszanym: Polonia wygrała 2:0.

2. W bytomskim klubie szykuje się nowy transfer. W meczu zagrał obrońca Paweł Wojciechowski z Cracovii.  Trener Michał Probierz znał go wcześniej, jest zdecydowany, muszą tylko dogadać się kluby. Ciekawe, że w razie transferu Wojciechowski nie musiałby wymieniać koszulki. Czerwone, pionowe pasy mogą zostać. Wystarczy, że spruje tylko białe i wstawi na ich miejsce niebieskie. Szafa gra.

3. Miło widzieć swojego wychowanka na boisku. Co prawda nie mam takich osiągnięć jak kolega z "Faktu", który był pierwszym trenerem jednego z najlepszych obecnie środkowych pomocników w ekstraklasie, ale jednego z zawodników przebywających na boisku uczyłem za to w ogólniaku o demokracji szlacheckiej w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ciekawe, prawda?

4. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że u trenera GKS Jastrzębie Piotra Rzepki nie jest możliwy inny wyraz twarzy jak tylko ten z szerokim uśmiechem. Pan Rzepka to autentycznie pogodny człowiek i za to go lubię. Przy tym nie ma w nim krzty fałszu, jaki prezentują niektórzy szkoleniowcy, żeby przypodobać się dziennikarzom. Pytanie: ciekawe jak wygląda trener Rzepka, kiedy ruga w szatni swoich piłkarzy za słabą grę? Odpowiedź: on ich nie ruga. On tylko po ojcowsku -  lekko uśmiechnięty - prosi podopiecznych o poprawę. Gdyby ktoś miał jednak zdjęcie rozwścieczonego Rzepki (ja nie mam) - proszę do mnie przysłać (pawel.czado@katowice.agora.pl). Wkleję na bloga.

5. Niby był to mecz polskich drużyn, ale zawodnicy przeciwnych zespołów mówili do siebie na boisku jednym obcym językiem.  Obrońca Kral podając piłkę krzyczał coś do bramkarza Peskovicia. Natychmiast zareagowal napastnik Huscava z Jastrzębia, który wystartował do piłki, chcąc im przeszkodzić. Sami Słowacy... Ekspansja piłkarzy z tego kraju nie tylko na Śląsk w kontekście naszej z nimi rywalizacji o MŚ 2010 zasługuje na osobny wpis.

6. Pod koniec pierwszej połowy szyki obronne Polonii zdezorganizowała awaria buta piłkarskiego. Obrońcy Kralowi w 36 minucie pękł trzewik. Zniesmaczony wyrzucił go za linię boczną i... zaczął truchtać (wpół obuty, wpół na bosaka) dookoła boiska. Zmienił go zmiennik.

7. Mecz prowadził mój ulubiony sędzia  Sebastian Jarzębiak. Lubię go, bo przypomina mi o jednej z najbardziej chwalebnych chwil mojej piłkarskiej "kariery". Bylo to 10 lat i 20 kilo temu. W rozgrywkach Amatorskiej Ligi Biznesu my - czyli katowicka Gazeta Wyborcza - złoiliśmy skórę w hali Zgody Bielszowice - uwaga! - Cleareksowi Chorzów! Było 5:2, a ten mecz prowadził właśnie sędzia Jarzębiak.

8. Na chwilę coś oderwało mnie od meczu. Zdumiony odwróciłem wzrok z murawy kiedy w I połowie przedefilowała przede mna nastoletnia fanka bodaj Polonii. Takich odjechanych białych kozaczków jeszcze nie widziałem. Nawet Dodzie zadrgałyby z zazdrości mięśnie twarzy na ten wstrząsający widok. Cholewy wystawały pannie ponad kolana - przypomniał mi się w tym momencie Zygmunt Kęstowicz jako jakiś ważny szwedzki oficer w "Potopie" (rok 1974, reż. Jerzy Hoffmann). Kęstowicz jako rajtar tez miał takie kozaczki, tyle że bez wysokich obcasów no i innego koloru. Jak się dowiedziałem od zaprzyjaźnionego reportera "Dziennika Zachodniego" takie buty w młodzieżowym slangu nazywają się "bikejki" (od liter B-K czyli białe kozaczki). Czyżby na futbolowe stadiony na Śląsku wkraczała nowa moda?

piątek, 25 stycznia 2008
I Wy też możecie być mordercami

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co tam Australian Open i problemy Federera, co tam skoki w Zakopanem i problemy małego Klimka. U nas liczą się przede wszystkim Wielkie Derby Śląska. Nie pamiętam meczu, który budziłby tak wielkie emocje i to na długo przed rozpoczęciem. Już teraz słyszę deklaracje pojawienia się 2 marca na Stadionie Śląskim od ludzi, którzy nigdy wcześniej nie widzieli na żywo ani piłkarzy Górnika Zabrze, ani Ruchu Chorzów. A co dopiero mówić o bywalcach stadionów...

Jedno jest pewne: to będzie WYDARZENIE. Fajnie, że wszyscy dostrzegają w nim wielką szansę dla Śląska. To nie egzaltacja: jeśli te pierwsze po latach derby na Śląskim wypalą, jeśli 40 tysięcy ludzi wróci do domów z wypiekami na twarzach i ze świadomością, że uczestniczyło w niezwykłym widowisku, może pojawić się nowa jakość! Chciałbym, żeby 90. WDŚ dały początek restauracji potęgi śląskiej piłki nożnej. Ten mecz to najlepszy sposób na udowodnienie potencjalnym sponsorom, że ludzie w naszym regionie naprawdę interesują się fussballem. To mógłby być początek nieustającego piłkarskiego cyklu na wypełnionych trybunach Śląskiego: Ruch - Górnik, Ruch - GKS albo Górnik - Polonia czy też GKS - Zagłębie (Sosnowiec też mógłby się przyłączyć). Coś pięknego, pomarzyć wolno...

Niestety widzę poważne zagrożenia dla idyllicznego scenariusza. Trudno ich nie zauważać: chorzowsko-zabrzańskie stosunki kibicowskie to nieustanny ciąg waśni, brutalnych bijatyk, wypominanych krzywd, nawet tragedii. Do meczu ponad miesiąc, a już teraz kibicowskie fora internetowe aż buzują od twardych obelg, jadowitych drwin czy pełnych wściekłości zarzutów. Ci z Chorzowa i ci z Zabrza nie chcą nawet wspólnego spotkania z organizatorami, żeby omówić szczegóły związane z przygotowaniami do meczu...

Czy apele do szalikowców o rozwagę, rozsądek, poczucie odpowiedzialności albo przyzwoitości mają sens? Wierzę, że tak. Miłośnikom zadym, którzy w nosie mają dziennikarskie ględzenie, da  być może do myślenia głos ich ”kolegi po fachu”, który zwraca się do internautów kibicujących tej samej drużynie, co on - Ruchowi. Głos może nieco chropawy, ale na pewno dobitny i poruszający:

”Jest jedna rzecz: jak się jedzie na haja to trza sie liczyć niestety, że ktoś może zginąć!!!!!!! Źle się obali i już po sprawie!!!!! I co wtedy? Takie żeście som mądre, ale jadąc na haja nie pomyślicie, że wy też możecie być mordercami. Jo zawsze mioł to na uwadze, ale na szczęście udało mi się nigdy nikogo nie zabić!!!!!!!! Więc nie pier.... teraz, że żabole [określenie kibiców Górnika, przyp.pacz] som mordercy, bo prędzej niż myślicie my też mogymy nimi być.”

Już normalny (były PF*)

*PF czyli Psychofans - grupa najbardziej radykalnych szalikowców Ruchu Chorzów. Wpis ze strony www.niebiescy.pl

czwartek, 24 stycznia 2008
Co wspólnego ma Pele z Janoszką? Reprymenda prof. Miodka

Moja kolekcja biletów piłkarskich wzbogaciła się dziś o takie cacuszko. 

bilet

Wejściówka pochodzi z wyjątkowego meczu. 25 maja 1960 roku jedyny raz w Polsce zagrał Pele. Aż 100 tysięcy ludzi przyszło na Stadion Śląski zobaczyć niespełna 20-letniego wówczas ”króla futbolu”, który miał już na koncie pierwszy tytuł mistrza świata. Jego klub Santos zagrał z reprezentacją Polski, która w tym meczu wystąpiła pod szyldem ”kadry olimpijskiej” (fakt, że przygotowywała się do igrzysk w Rzymie). Pele nie zawiódł. Strzelił dwa gole  - drugiego z uwieszonym mu na szyi bezradnym obrońcą Legii Henrykiem Grzybowskim. Santos prowadził już 5:0 i dopiero w końcówce dwom śląskim asom (Eugeniuszowi Faberowi z Ruchu Chorzów i Janowi Liberdzie z Polonii Bytom) udało się zmniejszyć rozmiar porażki (skończyło się 2:5). Ale szczęśliwcy, którym udało się na Śląskim zdobyć autograf Pelego (tak jak temu facetowi poniżej), i tak mogli tamto popołudnie zaliczyć do udanych.

pele

Mnie, kiedy słyszę zbitkę słów ”Pele” i ”śląska piłka nożna”, przypomina się dość zawstydzająca historia. Dziesięć lat temu surowej reprymendy na łamach szacownego miesięcznika kulturalno-społecznego ”Śląsk” (wiecie: recenzje teatralne, kąciki poetyckie, dyskursy historyczne, eseje literackie i takie tam) udzielił mi sam prof. Jan Miodek. Zebrałem wtedy materiał o rewelacyjnej drużynie Ruchu Radzionków, która właśnie wywalczyła awans do ekstraklasy. Z zachwytem wspomniałem o największej gwieździe cidrów - Marianie ”Eciku” Janoszce. Pisałem: ”O tym piłkarzu krążą w miasteczku niezliczone anegdoty. Choćby taka: Janoszka przygląda się badawczo swemu odbiciu w lustrze, gładzi czuprynę i w końcu szepce do siebie z lubością: ”tokie coło to mo ino Pele i jo”. Rzeczywiście; Ecik jest jednym z najlepiej grających głową piłkarzy w Polsce”.

Profesora omal szlag nie trafił jak to przeczytał. Ale nie chodziło mu bynajmniej o porównanie Janoszki do Pelego. ”Jak wytłumaczyć nieszczęsnemu stylizatorowi, że w zaimku ”taki, taka, takie” nie może być pochylenia?! Dopuszczenie ”tokiego coła” do powszechnego obiegu komunikacyjnego jest smutnym potwierdzeniem pogłębiającego się kryzysu gwarowego poczucia językowego” - grzmiał na łamach ”Śląska”.

Przez tydzień nie chciało mi się wstawać z łóżka. Wydawało mi się, że ludzie na ulicach wytykają mnie palcami i mówią między sobą: ”O! Patrzcie, to ten, co przyczynia się do pogłębienia kryzysu gwarowego poczucia językowego”...

Po paru dniach kac minął i znowu mogłem w tramwaju śmiało spojrzeć w oczy współpasażerom. Zadra jednak pozostała. I dobrze, bo już nigdy nie zapomnę, że na Śląsku mamy ”TAKIE coła”, a nie ”tokie coła”!

PS. Podziękowania dla Gaka 56. Bez niego ten wpis nie powstałby.

środa, 23 stycznia 2008
Uwaga, dawca organów

Jeśli klub kupił tylko kilka meczów to powinien być znacznie lepiej traktowany od tego, który ustawił ich kilkadziesiąt. W związku z tym nie zasługuje na karę degradacji do niższej klasy rozgrywkowej, tak jak tamten - bardziej winny, bardziej ubrudzony.

Powyższy kuriozalny tok rozumowania jest bliski sporej części futbolowego środowiska. A Wy? Czy uważacie, że ten, który zabił jednego człowieka nie zasługuje na więzienie, bo siedzi tam już seryjny (czyli bardziej winny) morderca?  

Sądzę, że w futbolu nie ma nic bardziej obrzydliwego niż korupcja i ustawianie meczów. Choćby jednego, jedynego, małego, maluteńkiego meczyku. Ustawiłeś - jesteś już po drugiej stronie. Dlatego nie przysłuchuję się zbyt uważnie buńczucznym wypowiedziom Roberta Pietryszyna, prezesa Zagłębia Lubin - klubu, któremu udowodniono już kupowanie meczów, a który (jeszcze) jest w ekstraklasie. "Live is brutal" -  dlatego dla mnie Zagłębie to pierwszoligowy trup. Interesuje mnie już tylko jako potencjalny dawca organów. Atrakcyjny dawca. Co by nie mówić: jest tam wielu znakomitych - jak na polskie warunki - piłkarzy, kilku z nich ma uzasadnione reprezentacyjne aspiracje. Czy po spodziewanej degradacji będą chcieli grać w II lidze? Nie sądzę; będą chcieli to jarzmo zrzucić.

Natychmiast nasuwa się pytanie: dlaczego nasze kluby miałyby z tej sytuacji nie skorzystać? Tym bardziej, że wielu tamtejszych piłkarzy nasze drużyny zna, ba - często się z nich wywodzi. Bo bogaty Lubin traktował śląskie kluby jak garniec z mięsiwem. Przyglądał się, przyglądał, a potem płacił, najsmaczniejsze kąski wybierając dla siebie. I to nie tylko te widoczne. Wybierał też co większe talenty ze spodu. Pamiętam jak w zeszłym roku na derbowym meczu Katowic (Rozwój - GKS) spotkałem znajomego trenera, który - jak się okazało - robił wtedy za skauta klubu z Lubina. Niedługo później 20-letni Łukasz Hanzel - bodaj najzdolniejszy piłkarz Rozwoju - trafił do zespołu Młodej Ekstraklasy Zagłębia.... 

Skorzystajmy więc z trudnej sytuacji dolnośląskiego klubu, zatrzyjmy z lubością ręce i... do dzieła! Po kolei więc:

- gdybym był prezesem Górnika - wziąłbym Arboledę, Chałbińskiego i Golińskiego; 

- gdybym był prezesem Ruchu - wziąłbym Łobodzińskiego i Iwańskiego;

- gdybym był prezesem Odry - wziąłbym Włodarczyka i Vaclawika;

- gdybym był prezesem Polonii - wziąłbym Pawłowskiego i Alunderisa;

- gdybym był prezesem GKS-u Katowice - wziąłbym Plizgę i Rui Miguela;

- gdybym był prezesem GKS Jastrzębie - wziąłbym Sretenovicia i Tiago Gomesa. 

Tak to właśnie powinno wyglądać: handlowałeś - lecisz. Lecisz - rozdrapują cię w kilka sekund.

wtorek, 22 stycznia 2008
Chcę oglądać wysokie obcasy!

Z zadowoleniem przyjąłem wieść, że nasze szczypiornistki - po tym jak Angola zdobyła mistrzostwo Afryki i zwolniła miejsce w turnieju kwalifikacyjnym - mają jeszcze szansę awansu na igrzyska w Pekinie. Żeńska piłka ręczna, zwłaszcza w śląskim wydaniu, pozostawiła w moim życiu niezatarty ślad. 

Kiedy zaczynałem pracę, moi przełożeni z upodobaniem wysyłali mnie na mecze handballu. Wcześniej nie miałem z tym do czynienia, więc z przerażeniem zaobserwowałem, że na świecie występuje nieznany mi dotąd gatunek kobiet.  Te panie najwyraźniej nie rozmawiały na co dzień o świetle poranka w kropli rosy albo o którejś z powieści Jane Austen. Wrzeszcząc, z rozczapierzonymi pazurami, wyrywały sobie piłkę, czasem znienacka wkładały najbliższej rywalce palec do oka. Z bliska okazywało się jednak, że to urocze dziewczyny, niektóre nawet bardzo ładne. Jako młody, niedoświadczony dziennikarz miałem jednak trudności z przeprowadzeniem pomeczowych rozmówek. Wiotkie ślicznotki grające na skrzydłach po prostu mnie onieśmielały, a do agresywnych dziewczyn z rozegrania też wahałem się podejść: obawiałem się, że nie otrząsnąwszy się jeszcze z bitewnego szału mogą mi z rozpędu przyp... Najbardziej bałem się potężnej obrotowej AKS-u Chorzów Gabrieli Kierońskiej (pozdrowienia). Kto ją widział w akcji, wie o czym piszę. 

Kiedyś nasz żeński szczypiorniak był bardzo mocny, 18 razy świętowaliśmy w regionie mistrzostwo Polski (9x Ruch Chorzów, 3x AKS Chorzów i Sośnica Gliwice, 2x Stal Chorzów i raz AZS Katowice), ale ostatni raz było to 20 lat temu. Teraz w ekstraklasie grają tylko dwa nasze kluby (Ruch i i Zgoda Bielszowice), ale o mocarstwowych planach mowy nie ma. Szkoda, bo bardzo chciałbym, żeby po latach posuchy nasze pani znów walczyły o tytuł. Obiecuję, że będę wtedy więcej pisać o piłce ręcznej... 

W żeńskim szczypiorniaku denerwowała mnie właściwie zawsze tylko jedna rzecz: spodenki. Zawodniczki biegają w jakichś workach po kartoflach... Jak można tak deformować kobiecą sylwetkę?! Czy nie można wziąć przykładu z dziewczyn, które często w tej samej hali odbijają piłkę nad siatką? Różnica między fajną kobiecą pupą w spodenkach do siatkówki, a fajną kobiecą pupą w spodenkach do piłki ręcznej jest taka jak między wysokimi obcasami, a rozdeptanymi kapciami. Widocznie w handballu obowiązuje jakaś fatalna krawiecka tradycja. Utwierdzam się w tym przekonaniu, kiedy oglądam zdjęcie, które wygrzebałem z archiwum. Oto na focie z 1947 roku kobieca sekcja szczypiorniaka Pogoni Zabrze. Fajne babki, tylko kto im wydał z magazynu takie ciuszki?

pogonzabrze

Na zakończenie wspomnę jeszcze o pysznej anegdotce, której autentyczności nigdy nie udało mi się jednak sprawdzić. Ponoć jeszcze za czasów PRL-u pewien klub z naszego regionu miał wysłać swoje zawodniczki na obóz zimowy w góry, żeby solidnie przepracowały okres przygotowawczy. Traf chciał, że w tym samym momencie do ośrodka trafili zapaśnicy z jakiegoś innego klubu. Po trzech kwartałach sekcja szczypiorniaka omal nie została rozwiązana z powodu gromadnie wybieranych urlopów macierzyńskich... Cóż, jestem pewien, że kto ma szczęście być dzieckiem zapaśnika i szczypiornistki, ten znakomicie daje sobie radę w życiu. Dwukrotny mistrz Europy w stylu wolnym opowiadał mi kiedyś, że już po trzech dniach musiał swojego syna zabrać z przedszkola. Panie wychowawczynie skarżyły się, że chłopak podczas obiadów wyjadał kolegom kotlety z talerzy. Był duży, silny i skory do bitki, żadne dziecko nie umiało mu się przeciwstawić. Wyobrażacie sobie co by było gdyby jego mama  była piłkarką ręczną? Pewnie zjadałby te kotlety razem z talerzami...

14:16, pavelczado , O Paniach
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Fani Ruchu Chorzów mistrzami Polski

Kibice zawsze zadziwiali mnie swoją pomysłowością, choć szkoda, że często ich inwencja nie służy dobrej sprawie. Fani klubów z naszego regionu zawsze byli  w absolutniej czołówce i jeśli tylko chcieli, potrafili stworzyć na stadionie atmosferę, którą wspomina się latami. Ja w każdym razie dobrze pamiętam kilka ich wyczynów.

Kopara opadała mi wielokrotnie. Pamiętacie „świetlny wodospad” podczas meczu z Ruchem jaki przygotowali na blaszoku fani GKS-u Katowice? Albo zagłębowskie „mlekołaki” czyli gigantyczny transparent przygotowany przez kibiców z Sosnowca na mecz z Polonią Bytom (”Polonio pij mleko! Do Zagłębia ci daleko”)? Albo zwolenników Górnika, kiedy triumfalnie wznieśli nad głowami wielkie tabliczki z latami wszystkich czternastu zdobytych przez ich klub tytułów mistrzowskich? Coś pięknego!

To jednak co zrobili w niedzielny wieczór kibice Ruchu przebiło wszystko! Sama realizacja planu nie była bardzo trudna, skoro ma się takie znajomości jak chorzowscy szalikowcy (sztama z ultrasami Atletico Madryt). Liczył się jednak pomysł, a ten był prosty i fantastyczny zarazem. Podczas derbów Madrytu na płocie stadionu Vicente Calderon zawisł doskonale widoczny transparent z napisem „2 marzec - wielkie deRby” (być może wielki fan Ruchu, językoznawca prof. Jan Miodek trochę by się skrzywił, ale w sumie nieważne). Mecz był transmitowany przez 22 stacje telewizyjne, w Polsce bezpośrednią relację przeprowadził Canal + Sport.

atletico

Autor pomysłu powinien wystartować w konkursie na PR-owca roku! To wyczyn spektakularny, pomysłowy, nie wymagający wkładu finansowego i budzący sympatię. No i służy dobrej sprawie, bo mecz Ruch - Górnik zasługuje na to, żeby mówiła o nim cała Europa. Choć (jeszcze) tak nie jest, nie ma wątpliwości, że zaczyna o nim już mówić cała Polska.

W moim prywatnym rankingu na najważniejszy polskojęzyczny transparent na hiszpańskich stadionach hasło ”2 marzec - wielkie deRby” zajmuje wysokie drugie miejsce. Liderem jest płachta z napisem „Solidarność” wywieszona 4 lipca 1982 na Camp Nou w Barcelonie podczas meczu Polska - ZSRR.

Teraz piłeczka jest po stronie Górnika, choć odbić ją będzie bardzo trudno. No bo co można jeszcze wymyślić? 2 marca coraz bliżej. Mam dwa pomysły. Pierwszy: 25/26 stycznia Adam Małysz skacze w Zakopanem. Na pewno więcej Polaków ogląda Małysza niż derby Madrytu. Problem jest taki, że organizatorzy pewnie nie zgodzą się na zaanektowanie buli na ten szczytny cel.

Drugi (znacznie trudniejszy do zrealizowania): 10 lutego w Akrze odbędzie się finał Pucharu Narodów Afryki. Pofantazjujmy: wyobrażacie sobie szalejący tłum, rozedrgany w rytm tam-tamów, błyskający dziko białkami oczu i wywijający transparentem „kibicuj Górnikowi 2 marca”?! Jest jednak jeden problem: Górnik nie ma sztamy z Hearts of Oak, a 19-krotny mistrz Ghany rządzi w stolicy. Może warto się więc z „Mocarnymi Sercami Dębu” zaprzyjaźnić?

Żarty żartami; ale nie pamiętam ligowego meczu, który budziłby tak wielkie emocje. Cieszę się, że kibice obu klubów traktują to spotkanie tak prestiżowo, już od dawna mobilizują się na swoich specjalnie założonych stronach internetowych (www.derby.niebiescy.pl, www.derbydlagornika.pl) Jest we mnie  nadzieja, że niedzielne marcowe popołudnie na Stadionie Śląskim będzie wielkim futbolowym świętem, a nie wstydliwą kartą chuligaństwa. Jeśli wszystko się powiedzie, jeśli będzie wspaniała atmosfera i sportowe emocje, zyska na tym cały Śląsk. Bardzo chciałbym, żeby w przyszłości biura turystyczne w całej Polsce dwukrotnie w ciągu roku organizowały wycieczki na ”najważniejszy mecz derbowy nad Wisłą”. Bo Stadion Śląski jest tak duży, że znalazłoby się na nim miejsce nie tylko dla fanów Górnika i Ruchu, ale także dla „pikników” z Krotoszyna, Giżycka albo Zielonej Góry. Przyjechaliby, urzekłoby ich i... to chodzi. Wielu się ze mną nie zgodzi, ale dla rozwoju obu klubów dobrze byłoby, żeby Górnikowi i Ruchowi nie kibicowały same hanysy.    

sobota, 19 stycznia 2008
Śląski futbol a picie wódki

Karnawał w pełni więc ludzie tęsknią do zabawy. Najlepszy do szaleństw jest oczywiście weekend, z czego (prawie) wszyscy skwapliwie korzystają. Są jednak nieszczęśnicy, którzy akurat teraz nie mogą sobie pofolgować. To piłkarze. Żadnych pląsów z kobietami przy alkoholu; kiedy czytacie ten wpis, futboliści ciężko dysząc zasuwają na morderczych zgrupowaniach w Wiśle albo innym Ustroniu. Potem pojadą tak samo męczyć się do ciepłych krajów (Górnik do Hiszpanii, a Ruch i reszta ferajny do Turcji). Wszystko po to żeby wyrobić w sobie siłę, szybkość, skoczność, gibkość, sprężystość, kondycję, czucie piłki, szybkość podejmowania decyzji na boisku, a także żeby zgrać się z resztą drużyny. Tym wszystkim będą nas zapewne czarować w rundzie wiosennej.

Alkohol w ośrodkach treningowych jest absolutnie wykluczony: o imprezowaniu w tej porze roku mogą myśleć jedynie nie dbający o przyszłość zawodnicy-desperaci . A może nie? Przecież piłka i wódka przez dziesięciolecia szły ze sobą w parze. Oj, zdarzało się ligowcom płacić kary nawet na zimowych zgrupowaniach...

W śródmieściu Katowic, wśród starszych mieszkańców, wciąż popularna jest historyjka o przedwojennym sławnym śląskim piłkarzu, który w przeddzień ważnego meczu reprezentacji Polski leżał nieprzytomny w jednym z lokali na... stole bilardowym. Cucony przez całą noc, rankiem - półprzytomny - wsiadł do pociągu, a po południu zdobył dla biało-czerwonych kilka wspaniałych bramek.

Miał pożądany przez wiele generacji futbolistów dar: mógł pić, a i tak był najlepszy. Ale smutna prawda jest taka, że wódka zniszczyła karierę wielu śląskim piłkarzom. Picie było czynnością naturalną i odstępstwa od normy wielu traktowało w środowisku jako coś dziwacznego. Kiedy w 1938 roku na mecz z reprezentacją Śląska przyjechała do nas zawodowa angielska drużyna Wolverhampton Wanderers, reporter wydawanej w Katowicach „Polski Zachodniej” obserwując wyspiarzy przeżył wstrząs. „Wszyscy bez wyjątku są dobrze wygimnastykowani, rośli, o fizjonomiach wybitnie angielskich. Wszyscy nie piją ani piwa, ani wódki i nie palą!” - relacjonował zaszokowany.

Zwyczaj picia w futbolowym środowisku przez te kilkadziesiąt lat nie wygasł, dziś ma się całkiem dobrze. Kiedyś w pewnym śląskim nocnym klubie naliczyłem jednocześnie piłkarzy pięciu ligowych klubów. Wiadomo, że do naszych knajp przyjeżdżali się bawić także zawodnicy drużyn spoza regionu. Mieli tu zagwarantowaną anonimowość (choć nie zawsze).

Żeby nie wyjść na malkontenta: wśród śląskich piłkarzy wiele jest przykładów godnych naśladowania. Choćby Henryk Wieczorek - ten znany w latach 70. obrońca Górnika Zabrze, obecnie chorzowski radny, to stuprocentowy abstynent. Opowiadał kiedyś „Gazecie”, że kiedy grał w Auxerre, na zgrupowaniu odwiedził piłkarzy prezydent Francji Francois Mitterand. - Z każdym się stuknął, tylko nie ze mną, bo jako jedyny nie wziąłem do ręki kieliszka. Prezydent zrobił wielkie oczy: Jak to? Polak i nie pije?

Nam, dziennikarzom sportowym oczywiście też można wiele zarzucić. Do dziś zaśmiewam się z historyjki sprzed paru lat, kiedy po jednym z ważnych meczów na nieformalnym spotkaniu z alkoholem w tle, podchmielony znany śląski reporter zaczął nagle warczeć jak pies i w pewnym momencie wbił się zębami w obojczyk prezesa pierwszoligowego klubu. - Proszę pana, proszę mnie nie gryźć - odparł spokojnie działacz. Do dziennikarza przylgnęła ksywka „Pitbull”...

Na zakończenie przypomnę o niebagatelnym wkładzie alkoholu w rozwój śląskiej piłki nożnej. Kiedy w latach 50. brakowało pieniędzy na budowę Stadionu Śląskiego, Wojewódzka Rada Narodowa wprowadziła akcyzę na wódkę. Do każdej ćwiartki dołączony był specjalny znaczek, który oczywiście trzeba było kupić, żeby zasilić fundusz budowy stadionu.

PS. Dość pisania. Dziś wieczorem impreza, trzeba się przygotować...

09:50, pavelczado , Alkohol
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 stycznia 2008
Górnik żałuje Dicksona Choto

W weekend zaczyna się Puchar Narodów Afryki. Kocham tę imprezę. Nie wiem tylko, czy uda mi się przekonać żonę, żeby oddała telewizor na te 32 mecze, mam pewne obawy... Kibicuję dwom drużynom - Senegalowi i Gwinei. Mięta do Senegalu zasługuje na osobny wpis (poczekam aż komuś da łupnia), a za Gwineą jestem dlatego, że pracuje z nią nasz człowiek (czytaj wywiad z Krzysztofem Zięcikiem).

Afrykański futbol uwielbiam choćby za kilka obrazków:

Obrazek I

Wielkie ligowe derby stolicy Zimbabwe: Dynamos kontra Black Rhinos (Czarne Nosorożce). Strasznie gorąco; 30 tys. półnagich kibiców na Stadionie Narodowym. Pytam ochroniarza czy też stróża, gdzie można kupić jakieś piłkarskie pamiątki. - Proszę za mną - odpowiada i ciągnie na...murawę, choć zaczyna się druga połowa! Prowadzi mnie na ławkę rezerwowych i bez skrępowania pyta trenera czy nie ma jakiegoś znaczka albo proporczyka dla gościa z Europy. Trener wybałusza oczy, rezerwowi zaczynają nerwowo grzebać po kieszeniach. Przepraszająco kiwają głowami. No trudno: wracam do tunelu prowadzącego na płytę przy okazji serdecznie pozdrawiając gwałtownie do mnie machającą murzyńską publiczność. Ale spontan: wyobrażacie sobie naszego ochroniarza ciągnącego onieśmielonego gościa z Afryki na ławkę rezerwowych do trenera Ryszarda Wieczorka podczas meczu Górnik - Ruch?! 

(sielanka, ale parę miesięcy wcześniej na tym samym stadionie podczas meczu z RPA zostało stratowanych na śmierć 13 kibiców, a kilkuset zostało rannych. Tratowanie to główny problem afrykańskich stadionów...)

Obrazek II

Trawnik szkoły średniej im.księcia Edwarda w Harare. Zaraz zacznie się trening olimpijskiej reprezentacji Zimbabwe. Trener woła do siebie roześmianych zawodników. Chłopcy przestają kopać piłkę, podchodzą i słuchają w skupieniu. - Musicie się starać, wtedy może i do was uśmiechnie się szczęście - mówi trener. Wyciąga rulon papieru i rozwija go. - Jak wiecie jeden z was gra w Europie. Powodzi mu się, przywiózł stamtąd plakat z samym sobą - kiwa głową. Chłopcy patrzą z podziwem raz na wielkie zdjęcie, raz na stojącego obok kolegę. Świecą im się oczy. Niejaki Shingayi Kaondera z Górnika Zabrze uśmiecha się, bo to niego chodzi. W otaczającej go grupie stoi wielki dryblas. Świetnie zbudowany nastolatek, rzuca się w oczy, że znakomicie potrafi podać piłkę na większe odległości. - To wielki talent, pojedzie do Europy - zamlaskał trener.

To był Dickson Choto. Teraz to on rozdaje malcom w Zimbabwe plakaty z samym sobą, cztery lata temu grał w Pucharze Narodów Afryki. A Górnik odpuścił go tak lekko...Szkoda.

Obrazek III

Zanzibar, główna ulica obok starego portu. Akurat ramadan, święty miesiąc muzułmanów. Post w pełni. Ludzie w milczeniu leżą w cieniu drzew i budynków. Rozdrażnieni czekają na zachód słońca, żeby wreszcie coś zjeść i wypić (ci mniej bogobojni pozwalają sobie na łyk coca-coli w publicznym kiblu, żeby nikt nie widział). Nagle ktoś stawia na parapecie stary telewizor.  Transmisja meczu ligi angielskiej. ”Arsenaaaaaaaaaallll” - wzdycha nabożnie tłum. Ludzie przysuwają się bliżej okna, rozsiadają się, gdzie kto może: na krawężnikach, trotuarze. Najbliżej telewizora pełno brzdąców. Prawie sto osób z uwagą ogląda mecz. Parno, robactwo tnie na potęgę, ale nikt na to nie zważa (oprócz mnie). Wszyscy zapominają, że są głodni i że chce im się pić (oprócz mnie). Liczy się tylko futbol!

PS. Kiedy byłem Afryce, na straganach w Zimbabwe, Zambii czy Tanzanii - wszędzie uliczni sprzedawcy zachwalali gazetę piłkarską z charakterystyczną okładką. Uśmiechał się z niej sławny wtedy afrykański piłkarz. Kupiłem ją. Pamiętacie jeszcze tego człowieka?

Pamiętacie go?

Archiwum