wtorek, 06 maja 2008
Przeprosiny

Można znaleźć tutaj.

Po tym jak już je przeczytacie, polecam tekst na stronie 6 wtorkowego wydania katowickiego "Sportu", autorstwa Krzysztofa Kubickiego i Zbigniewa Cieńciały (nr 105/13063). Powstrzymam się od komentarza.

Wgryźcie się w niego. Naprawdę warto.

niedziela, 04 maja 2008
Murzyńscy kibice: won białasie! Piłkarz: walcie się! Sędzia: pan zejdzie z boiska!

Właśnie zadzwonił do mnie kolega Jacek, który wprawdzie urodził się w Rudzie Śląskiej, ale studiuje w Ndamabungu weterynarię i gra w tamtejszej II-ligowej drużynie piłkarskiej. Roztrzęsiony opowiedział mi co mu się właśnie przytrafiło.

To było podczas ligowego meczu między Surbayadą N'dingou a Ndamabungu Etoile. Spotkanie było zacięte i emocjonujące. 1:1, do końca jakiś kwadrans. Goście z Ndamabungu są słabsi i bronią remisu. Jacek gra na lewej obronie. Tuż przed końcem przy linii bocznej fauluje napastnika gospodarzy i dostaje żółtą kartkę.

Do starcia dochodzi akurat tuż obok trybuny West Stand wypełnionej fanatycznymi murzyńskimi kibicami, położonej od strony Rue du Hêtre. Część z rozwrzeszczanych fanów wyzywa Jacka od brudnych białasów, pijaczków z Polski i każe wyp... Wyobrażacie sobie?!

Jacek nie wytrzymuje. W szale podbiega w stronę trybuny i pokazuje gdzie mu się zgina dziób pingwina. To co robi, jest idiotyczne, przecież może wywołać zamieszki. Na szczęście kibice zostają na swoich miejscach. - Rzeczywiście przesadziłem. Zapomniałem się, ale co ty zrobiłbyś na moim miejscu, gdybyś słyszał od jakichś łebków, że jesteś brudnym pijaczkiem z Polski?!  Kiedy ochłonąłem było już za późno: podbiegł arbiter i natychmiast pokazał mi czerwoną kartkę - mówi Jacek. 

- Dziwisz się? Przecież mogłeś wywołać rozruchy, wariacie. Piłkarzowi na boisku w ogóle nie wolno reagować na zaczepki z trybun. Jest przecież profesjonalistą - tlumaczę mu.  

- A wiesz jaka wściekłość gotuje się w publicznie poniżanym człowieku?! Przecież ja nic tym ludziom nie zrobiłem... Ja tylko gram w piłkę - wścieka się Jacek.

- Co dalej?

- Nie wiem. Chcę skończyć weterynarię i nadal grać, bo futbol sprawia mi przyjemność.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Dzisiaj.

a) Surbayada N'dingou to GKS Katowice.

b) Ndamabungu Etoile to Odra Opole.

c) West Stand przy Rue du Hêtre to Blaszok przy ul.Bukowej.

d) wyzwiska o pijaczku to gromadne udawanie pawianów

e) Weterynarz Jacek, obrońca Ndamabungu to Pape Samba Ba z Senegalu, obrońca Odry Opole i zawodowy futbolista.

Poczuliście jak można się poczuć?

***

Jest mi strasznie przykro. Mam wielu znajomych, którzy są kibicami GKS-u Katowice i brzydzą się rasizmem. W GKS-ie grało w przeszłości wielu czarnoskórych piłkarzy (Moussa Yahaya, Mike Okoro, Daniel Onyekachi, Leonardo da Silva), których katowiccy kibice bardzo dobrze przyjęli, piłkarze nigdy nie skarżyli się na rasistowskie incydenty. Ba, były wręcz krótkie okresy kiedy Yahaya i Leo byli idolami trybun, zdarzało się, że blaszok skandował na ich cześć! (tak było choćby wtedy gdy Yahaya strzelił w lidze bramkę Legii, a Leo - Lechowi Poznań). Pewnie gdyby dziś przypadkiem obaj siedzieli na trybunach byłoby im smutno.

Podkreślam: na trybunach przy Bukowej nie było wcale tłumu ludzi z zaciśniętymi szczękami i pięściami, w białych kapturach, a przed szatnią gości nie palił się ognisty krzyż. Pawiany naśladowała zdecydowana mniejszość, ale na tyle głośno, że słyszałem je ja, sędzia, a przede wszystkim Pape Samba Ba. I zapewniam, że pełne dezaprobaty buczenie po faulu, który popełnia biały piłkarz BRZMI ZUPEŁNIE INACZEJ. Uważam, że zwrócenie na to uwagi nie jest kwestią politycznej poprawności; jest kwestią przyzwoitości.

Nie szukam dziury w całym, ale przecież to co się stało, się stało. Byłem po spotkaniu w szatni sędziowskiej: arbiter dobitnie podkreślił, że w pomeczowym protokole wyjaśni nie tylko za co wyrzucił Senegalczyka z boiska, ale także co sprowokowało tak nieodpowiedzialne zachowanie tego piłkarza.

Teraz chodzi już o to, żeby część rasistowsko usposobionych kibiców GieKS-y zrozumiała, że takie wybryki przynoszą tylko i wyłącznie szkody.

Szkody ich klubowi.

sobota, 03 maja 2008
Pajac Nani

To chyba pierwszy wpis na tym blogu nie mający zupełnie nic wspólnego z Silesią, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. Właśnie oglądam mecz MU - WHU i w jednej chwili krew mnie zalała.

Faule, boiskowe złośliwości, gwałtowne reakcje - wszystko jest dla mnie nieodłącznym elementem najpiękniejszej gry wszech czasów. Ale jak widzę coś takiego, jak zaprezentował nam właśnie Luís Carlos Almeida da Cunha czyli Nani, to się najzwyczajniej w świecie wściekam.

Z reguły jest tak, że jak ktoś na boisku wali z byka przeciwnika, to potem nie ucieka od odpowiedzialności. Tak zachował się choćby Zidane w finale mundialu. Francuzowi w jednej chwili puściły wtedy nerwy, jego reakcja była niedopuszczalna. Zachował się jednak po męsku - nie udawał, że nie czegoś nie zrobił, nie sugerował, że wystający mostek Materazziego nagle złośliwie zranił go w skroń. Rypnął, dostał czerwień i zszedł z boiska. Jest wina, jest kara. 

Kiedy przed chwilą zobaczyłem zachowanie Naniego, poczułem się jakbym nagle wpadł do basenu wypełnionego oblepiającą wszystko kiślowatą żenadą. Po jednym ze starć w pobliżu bramki Portugalczyk, któremu właśnie nie udał się strzał przewrotką, wstał i uderzył czołem w czoło obrońcę Lucasa Neilla. Australijczyk się przewrócił, a Nani zamarł na sekundę i...też się przewrócił. Nie, on padł jak rażony gromem obok Neilla, trzymając się za twarz i krzywiąc z bólu! Tanią, odpustową sztuczką chciał wymusić na arbitrze, żeby ten wyrzucił z boiska nie jego, a rywala. Uderzenie było decyzją impulsywną; własny upadek już chytrym, szybko przemyślanym działaniem. Tak zachowuje się mężczyzna?! 

Nienawidzę boiskowego udawania. Zawsze wydawało mi się, że najbardziej w futbolu lekceważę zawodników, którzy "nurkują" w polu karnym, chcąc wymusić jedenastkę. Nani udowodnił, że można na boisku zrobić coś, co powoduje jeszcze większy odruch wymiotny. Dlatego żałuję, że sędzia nie mógł pokazać Naniemu dwóch czerwonych kartek naraz. Pierwszą za byka, a drugą za teatralny upadek. Jakbym był w tamtejszej komisji dyscyplinarnej, to wlepiłbym Naniemu przewidzianą regulaminem pauzę kilku meczów plus jeszcze co najmniej dwa miesiące za udawanie. Bo udawanie na boisku powinno być surowo tępione według starannie obmyślonego i precyzyjnego karomierza.  

Hasło na dziś: PRECZ Z CWANIACZKAMI!

PS. Uprzedzając ewentualne sugestie zaznaczam, że jest mi obojętne czy mistrzem Anglii zostanie MU, czy może raczej Chelsea. 

 

piątek, 02 maja 2008
Dziewiąty nasz człowiek, który może zdobyć puchar

Zenit St. Petersburg rozbił Bayern w półfinale Pucharu UEFA i dzięki temu pojawia się szansa, żeby wpisać kolejnego piłkarza do pewnego elitarnego grona, choć on sam pewnie... o tym nie wie.

Podstawowym piłkarzem mistrza Rosji jest chorwacki obrońca Ivica Kriżanac. Jeśli Zenit pokona Glasgow Rangers w finale Pucharu UEFA, Kriżanac będzie dziewiątym w historii piłkarzem, który kiedyś grał w drużynie z obecnego województwa śląskiego, a potem już w innych barwach zdobył klubowe trofeum w międzynarodowych rozgrywkach.

Kriżanac rundę jesienną sezonu 2002/03 spędził w Górniku Zabrze i prawie natychmiast stał się jednym z najlepszych zawodników. Zimą kupił go klub Dyskobolia Grodzisk Wlkp., do Sankt Petersburga odszedł w 2005 roku.

Kriżanac w koszulce Górnika

Poniżej lista wspomnianych piłkarzy, na którą może trafić Chorwat: 

1976 (za rok 1975) - Jan Gomola (Kuźnia Ustroń, Górnik Zabrze): zwycięstwo w Copa de Campeones de la CONCACAF z meksykańskim Atlético Español*

1976 (za rok 1975) - Jan Banaś (AKS Mikołów, Zryw Chorzów, Polonia Bytom, Górnik Zabrze): w zwycięstwo w Copa de Campeones de la CONCACAF z meksykańskim Atlético Español*

1979 - Helmut Dudek (Szombierki Bytom): zwycięstwo w Pucharze UEFA z Borussią Moenchengladbach

1987 - Józef Młynarczyk (BKS Stal Bielsko-Biała): zwycięstwo w Pucharze Mistrzów (plus Puchar Interkontynentalny za 1987 i Superpuchar za 1988)

1988 - Andrzej Buncol (Piast Gliwice, Ruch Chorzów): zwycięstwo w Pucharze UEFA z Bayerem Leverkusen

1997 - Martin Max (Rodło Górniki Bytom): zwycięstwo w Pucharze UEFA z Schalke 04 Gelsenkirchen 

2003 i 2004 - Eric Fasindoh** (Zagłębie Sosnowiec): zwycięstwo w afrykańskiej Lidze Mistrzów z FC Enyimba

2005 - Jerzy Dudek (Concordia Knurów, Sokół Tychy): zwycięstwo w Lidze Mistrzów z FC Liverpool 

Kogoś  brakuje?

* o szczegółach m.in. występów Banasia i Gomoli w klubowych mistrzostwach Ameryki Środkowej i nie tylko, możecie przeczytać w drugim tomie "Piłkarskich gastarbeiterów" Witolda Łastowieckiego, gliwickiego historyka futbolu. 

** grając w Sosnowcu przedstawił się jako Fasindoh, inna wersja jego nazwiska to Fasindo. 

PS. We wpisie wymieniam tylko tych piłkarzy, którzy zaliczyli choćby epizod w śląskim, zagłębiowskim lub beskidzkim klubie. Niekoniecznie grali w finale pucharowych rozgrywek, ale zaliczyli przynajmniej jeden mecz w całej edycji. Pomijam graczy urodzonych na Śląsku, ale robiących karierę gdzie indziej.

środa, 30 kwietnia 2008
Chelsea, a sprawa śląska. Szacunek dla Makelele

Chelsea to dziś bohaterowie wieczoru i fajnie byłoby się ogrzać w ich ciepełku. Sprawdziłem więc, co Chelsea może mieć wspólnego ze śląską piłką. Wyszło mizernie: wycisnąłem trzy wątki, a właściwie wąteczki.

a) 23 maja 1936 roku odbył się mecz Chelsea z reprezentacją polskiej ligi w Warszawie. W pierwszej połowie Hubert Gad, napastnik Śląska Świętochłowice spatałaszył wyborną sytuację. Przy stanie 0:1, minął już obrońcę Craiga, bramkarza Woodleya i z najbliższej odległości nie wcelował w pustą bramkę. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Chelsea 2:0. W spotkaniu zagrali także Ryszard Piec z Naprzodu Lipiny, Ewald Dytko z Dębu Katowice i Jerzy Wostal z AKS-u Chorzów;  

b) "Blue is the colour, football is the game" mogliby bez problemów, podczas każdego meczu wrzeszczeć sobie na Cichej kibice Ruchu Chorzów;

c) w 2006 roku dziesięciu oficerów śląskiej policji uczyło się na Stamford Bridge zabezpieczania imprez masowych.

Cholera, tym razem chyba nie da się ogrzać w ciepełku zwycięzców... A może o czymś zapomniałem? Jeśli tak - uzupełnijcie:)

PS. Z pozornie innej beczki. W połowie lat 90. uwielbiałem drużynę Nantes. Łebki ze stajni Roberta Budzynskiego w 1995 roku wywalczyły mistrzostwo Francji. Grały piękny, efektowny futbol, składem - napisałbym - nieopierzonym. Byłem wówczas przekonany, że zabójcze trio napastników Patrice Loko (rocznik 1970) - Reynald Pedros (1971) - Nicolas Ouedec (1971), wspierane znakomitymi pomocnikami Christianem Karambeu (1970) i Japhetem N'doramem (1966, Japheta nie mogę nie lubić, to przecież piłkarz CZADU wszech czasów) zrobi fantastyczną karierę. Tak się nie stało; trzy lata później z tej ekipy mistrzostwo świata wywalczył tylko Karambeu... Ale najlepszym piłkarzem tamtej cudownej drużyny "Kanarków" (zresztą prawie natychmiast rozkupionej) okazał się najmłodszy w tym gronie Claude Makelele (1973). Z każdym kolejnym meczem i z każdym kolejnym rokiem narasta mój podziw dla tego piłkarza. To jakiś fizjologiczny ewenement. Jak można w wieku 35 lat spełniać wyśrubowane do granic ludzkich możliwości wymagania Premier League i to w dodatku na pozycji defensywnego pomocnika?! Claude rządzi! Chelsea też...

makelele

wtorek, 29 kwietnia 2008
Poznański klimat nie służy śląskim napastnikom

Grzegorzowi Kapicy się nie udało.

Markowi Szemońskiemu się nie udało.

Adamowi Kuczowi się nie udało.

Krzysztofowi Gajtkowskiemu się nie udało.

Przemysławowi Pitremu się nie udaje. 

To zastanawiające, ale śląscy napastnicy nie potrafią zrobić w Lechu kariery. Co jest tego powodem? Nie wytrzymują presji? Nie rozumieją wielkopolskiej gwary? Brak im może zdrowego śląskiego powietrza? (jakby ktoś się pytał to nie jest tak, że w weekend miliony spragnionych zieleni Ślązaków spotykają się w otoczonym armią kominów i szybów chorzowskim parku, jedynym w promieniu stu kilometrów. Mamy tu osiem parków krajobrazowych i tysiące hektarów lasów z ok. 60 rezerwatami). Pewnie za każdym razem powód odrzucenia śląskiego szczepu na Bułgarskiej jest inny.     

Pitry gra w Lechu bardzo mało (przez niespełna dwa sezony zdołał strzelić w lidze cztery gole) i to się raczej nie zmieni, bo ”Franz” Smuda nie jest wielbicielem jego umiejętności.

Ja zachwyciłem się tym piłkarzem, kiedy przyszedł do II-ligowego Zagłębia. Pitry przyjeżdzał z rodzinnej Pszczyny swoim białym maluchem, wybiegał na boisko i natychmiast wprawiał w osłupienie sosnowieckich kibiców. Wyświechtane powiedzenie „piłkarz bez kompleksów” akurat do Pitrego pasowało mi idealnie. W Zagłębiu grał tylko do przodu, nie bał się dryblować - nawet kiedy miał przed sobą kilku obrońców. W swojej młodzieńczej, agresywnej przebojowości przypominał mi Romana Koseckiego z czasów kiedy ”Kosa” grał jeszcze w Gwardii Warszawa (tylko fryzura nie ta).

W ”Gazecie” na Śląsku mieliśmy kontakt z Pitrym, zanim go jeszcze... zobaczyliśmy na boisku. Swego czasu jego starszy brat Krzysztof grał na bramce w V-ligowej Iskrze Pszczyna. Jeden z kolegów często dzwonił do Pitrych po wynik i nazwiska strzelców goli. Zdarzało się, że słuchawkę podnosił Przemek i zawsze udzielił pełnej informacji.

To było jednak dawno temu, teraz przyszłość piłkarza w Poznaniu nie wygląda najlepiej. Może być i tak, że na Bułgarskiej zostanie albo Smuda albo on. Pewnie Franz, bo Lech wiosną grał bardzo dobrze (choć to właśnie Pitry strzelił złotego gola na Legii). Jeśli tak będzie to na miejscu piłkarza zrobiłbym wszystko żeby zmienić drużynę. Ile można siedzieć na ławce?

Pitry może przecież wrócić na Śląsk i trafić do klubu na pewno nie gorszego niż Lech; z równie atrakcyjnymi perspektywami, z równie wielką rzeszą kibiców, z bardzo mocnym sponsorem, a z sukcesami jednak większymi. Bo Pitrego bardzo chce Górnik Zabrze, który w tej chwili cierpi na deficyt dobrych napastników (Jarka bez formy i działacze chcą żeby zmienił środowisko, Moskal nie ten format, z kolei wszechstronny Zahorski jest przez trenera Wieczorka ustawiany na skrzydle). Gdyby Pitry trafił do Górnika, miałby pewne miejsce w składzie i wreszcie mógłby pokazać co potrafi. A i do Pszczyny miałby tylko trzy kwadranse. Choć już pewnie nie maluchem...

pitry

czwartek, 24 kwietnia 2008
Didżeje, pomóżcie Naprzodowi Rydułtowy

85. urodziny obchodzi dziś Naprzód Rydułtowy. Obecnie klub tuła się po A-klasie (ostatnio wyjazdowa porażka z Fortecą Świerklany Dolne), ale przecież jeszcze w latach 90. grał w drugiej lidze. Mógł nawet w pierwszej, bo właściciel Sokoła Pniewy zaproponował rydułtowianom kupno miejsca za 10 mln zł. Śląscy działacze się ostatecznie nie zdecydowali, a kiedy zwinął się kopalniany mecenat, także mocarstwowe ambicje wyparowały. Pozostał po nich stadion i anegdotki.

Trybuny stadionu Naprzodu jako pierwsze w Polsce w całości zostały pokryte plastikowymi krzesełkami (cztery tysiące sztuk). Było to w czasach, gdzie na innych obiektach dominowały chamskie, drewniane ławki. Lubiłem jeździć do Rydułtów na mecze, bo z lubością mogłem rozsiąść się na egzotycznych, schludnych, żółtych siedziskach. Najbardziej zapamiętałem stamtąd jednak nie sportowe emocje, ale odgrywany z mocą przez chrapliwe megafony hymn klubowy. Po każdym powrocie z Rydułtów jeszcze przez tydzień dźwięczało mi w uszach, a rodzina dziwnie patrzyła, kiedy nuciłem sobie w pokoju ”Naprzód, Naprzód dwadzieścia trzy”...

Anegdotki? Najbardziej pyszna jest ta o cudzoziemskich piłkarzach. Paru ich w Naprzodzie grało, wszyscy zza wschodniej granicy. Ale najwieksze emocje budzi  ten, który...nie zagrał. Na początku lat 90.w Rudułtowach spodobali się napastnicy goszczącego na Śląsku Dynama Tbilisi. Działacze chcieli ich zatrudnić, ale Gruzinom nie udało się załatwić pozwolenia na pracę w Urzędzie Wojewódzkim. Szkoda, ale jak nie Naprzód, to przynajmniej Ajax i Glasgow Rangers. Bo jednym z tych napastników był Szota Arweładze...  

szota arweładze

Urodziny Naprzodu dziś, ale festyn odbędzie się oczywiście w majowy weekend. Działacze poszukują osoby, "która w sobotę 3 maja, na festynie klubowym poprowadzi zabawę taneczną w stylu zabawy weselnej, oczywiście odpłatnie". Atrakcją festynu będzie mecz piłkarski z udziałem oldbojów Naprzodu i związkowców Kopalni Rydułtowy oraz Anna.

Zainteresowanym didżejom podaję numer do klubu: 0/32 457 50 93

14:58, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
1. Mourinho, 2. Benitez, 3. Wenger, 4. (na razie go tu nie wpiszę, bo dziwnie by to wyglądało)

Wszyscy bohaterowie tego tekściku mają w życiorysach dwa punkty styczne.

a) kiedy mieli 34 lata byli nieudanymi piłkarzami i prawie nikt o nich nie słyszał. 

b) kiedy mieli 34 lata byli strasznie ambitnymi, początkującymi trenerami i mocno w siebie wierzyli.

Jose Mourinho jako piłkarz nie osiągnął nic. Został trenerem w wieku 27 lat. W  wieku 34 lat jeszcze nie pracował samodzielnie, był asystentem Bobby'ego Robsona w Barcelonie. Pierwszy sukces osiągnął kiedy miał 39 lat - z klubem Uniao Leiria zdobył trzecie miejsce w ekstraklasie portugalskiej.

Rafael Benitez jako piłkarz nie osiągnął nic. Został trenerem w wieku 26 lat. W wieku 34 lat był trenerem rezerw Realu Madryt. Pierwszy sukces osiągnął kiedy miał 37 lat - z Extremadurą awansował do ekstraklasy hiszpańskiej.

Arsene Wenger jako piłkarz nie osiągnął prawie nic (choć jako mocno rezerwowy obrońca Strasbourga z dwoma ligowymi meczami na koncie może zapisać sobie mistrzostwo  Francji w 1979 roku). Został trenerem w wieku 32 lat. W wieku 34 lat pracował z młodzieżą w Strasbourgu. Pierwszy sukces osiągnął kiedy miał 39 lat - z AS Monaco został mistrzem Francji.

Wojciech Osyra jako piłkarz nie osiągnął nic (dwa ligowe występy w barwach GKS-u Katowice, w 1994 roku udało mu się zagrać w wyjazdowym meczu III rundy Pucharu UEFA przeciwko Bayerowi Leverkusen, wynik 0:4). Został trenerem w wieku 30 lat (choć już wcześniej, jeszcze jako zawodnik trenował młodzież w Sarmacji Będzin i Górniku Wesoła). DOKŁADNIE DZIŚ, w wieku 34 lat został pierwszym trenerem GKS-u Katowice. Sukcesów na początku kariery ma więcej niż sławniejszy tercet w jego wieku. Wywalczył trzy awanse: z rezerwami GKS-u, Górnikiem Wesoła (do IV ligi) i Górnikiem 09 Mysłowice (do okręgówki).                        

Oczywiście można się śmiać z tych porównań. Drwić, że każdy ma takiego Mourinho na jakiego sobie zasłużył. Kto jednak wie; może Osyra osiągnie przynajmniej tyle ile jego poprzednik na stanowisku trenera GKS-u? Piotr Piekarczyk, kiedy miał zaledwie 35 lat, jako trenerski żółtodziób wyeliminował Bordeaux z "Zizou" w składzie (w efekcie został szkoleniowcem roku w Polsce)! A że "Orzech" się później nie rozwinął jak się spodziewano, to już inna sprawa. 

Kiedy jest się początkującym 34-letnim trenerem, wyrobienie sobie autorytetu to kwestia zasadnicza. Osyra chyba źle zaczął. "Jeżeli zawodnicy nie będą kochali tego klubu tak jak ja, to już po pierwszym treningu mogą sobie iść do domów" - stwierdził na wejście. To nie jest właściwa droga - dobrych piłkarzy, którzy autentycznie kochają swój klub jest garstka. Znacznie więcej biega po boiskach dobrych najemników. Zakochanych nieudaczników też jest dużo, ale to już w niższych klasach. Niech więc Osyra nie wymaga od piłkarzy miłości, tylko chęci do pracy i postępu w grze (ja to bym wolał, żeby taki Hubert Jaromin klubu z Bukowej szczerze nienawidził, ale żeby wykorzystywał choć połowę swoich okazji strzeleckich w meczach wyjazdowych. Po licznych golach, których nie strzelił, nawet nie musiałby się cieszyć...) 

"Pierwsze koty za płoty" - życzę więc panu Osyrze sukcesów na Bukowej. Fajnie byłoby, gdyby dążył do poziomu o dwa lata starszego Macieja Skorży, który już zdążył być na mistrzostwach świata, zdobyć Puchar Polski i krajowe mistrzostwo. No i życzę Osyrze, żeby nie popełnił takich błędów jak Dariusz Kubicki w Legii, w 1999 roku.

PS. Nowy trener GKS-u Katowice ma nad Mourinho, Wengerem i Benitezem jedną przewagę, choć niekoniecznie przekłada się ona na rezultaty na boisku. Żaden z jego sławnych kolegów po fachu nie ma bowiem w rodzinie... prezydenta miasta. Grzegorz Osyra, starszy o 13 lat brat Wojciecha, jest prezydentem Mysłowic.  

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Kibic powinien czytać

Wyspy Brytyjskie to raj dla kibica nie tylko dlatego, że na okrągło może oglądać fascynujące mecze z udziałem wielkich gwiazd. Także dlatego, że może pielęgnowac namiętność do futbolu nie tylko na stadionie. Drugim ważnym dla niego miejscem po trybunach jest...księgarnia (no, może trzecim, zapomniałbym o pubie). Bo brytyjskie wydawnictwa prześcigają się w kuszących propozycjach dla fana futbolu. Oferta jest wyjątkowo różnorodna; skandalizujące (auto)biografie piłkarzy stoją na półkach obok historycznych esejów, są rozliczne klubowe monografie, almanachy, bardzo szczegółowe zestawienia statystyczne etc. Nie ma znaczenia, że nie wszystko jest godne polecenia, że czasem chłam miesza się z bibliami futbolu - i tak każdy znajdzie coś dla siebie. Kilka miesięcy temu w wielkiej księgarni w Glasgow naliczyłem ponad 600 (!) książek o tematyce piłkarskiej. Można było dostać ślinotoku, zawrotu głowy, a potem z wściekłością zajrzeć do portfela...

U nas o zawrocie głowy na razie nie ma mowy. Piłkarska bibliografia w Polsce jest uboga - w księgarniach dużych miast można znaleźć na półkach zaledwie kilka pozycji o futbolu. Czy wynika to z niewykształconych nawyków czytelniczych? Nie chce mi się w to wierzyć... Prawda jest taka, że w Polsce drukuje się mnóstwo książek o tematyce piłkarskiej, ale większość w niskich nakładach i bez szans na powszechną dystrybucję. Przeciętny kibic nawet nie wie, że gdzieś ktoś na Lubelszczyźnie albo Pomorzu napisał ksiażkę-perełkę, która może go zainteresować.

Dlatego bardzo spodobał mi się pomysł 24-letniego Łukasza Frydela z Krakowa. Łukasz po skończeniu studiów wpadł na pomysł założenia księgarni internetowej o bardzo wyspecjalizowanej - jak na polskie warunki - tematyce. Uznał, że jest grupa czytelników, którym najzwyczajniej w świecie brakuje książek piłkarskich. Dlatego obdzwonił kluby, związki okręgowe, wydawnictwa i teraz ma w ofercie aż 150 książek o tematyce futbolowej. Księgarnia istnieje dopiero od kilku miesięcy, ale cały czas poszerza ofertę; Łukasz ma ambitne plany sprowadzania interesujących książek także z zagranicy (na razie w ofercie jest monografia Chelsea i autobiografia Pelego); do końca roku czytelnik będzie mieć do wyboru 300 pozycji! Strategia biznesowa Frydela polega na założeniu, że polski kibol-troglodyta w swej masowości odchodzi w niebyt, a jego miejsce zajmie fan, który nie tylko chce powrzeszczeć, pobluzgać ale i poczytać. A jak poczyta to już nie pobluzga:)

Myślicie, że jego biznesplan ma szansę powodzenia? Ja wybrałem się do Łukasza przy okazji meczu Wisły z Cracovią (z wielu względów uwielbiam derby Krakowa!) i od ręki zakupiłem kilkanaście brakujących mi do kolekcji pozycji. Jeśli i Wy macie ochote odwiedzić jego księgarnię - polecam.

16:14, pavelczado
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Tomasz Adamek: głowa, potem nogi, a na końcu ręce

Katowice, Spodek, 20 kwietnia, godz.1.00. To najpiękniejsza noc w historii polskiego boksu zawodowego.

Dla mnie z jednego powodu. Dotąd sukcesy w tej branży biało-czerwonym przychodziły dzięki "nadludzkiemu wysiłkowi" albo "przeogromnej woli walki" czy też "heroicznej postawie". Dotąd kwestia zwycięstwa lub klęski w ważnej walce polskiego pięściarza zawodowego była otwarta do ostatnich sekund pojedynku. Kiedy sędzia ringowy tuż przed ogłoszeniem werdyktu łapał rywali za nadgarstki zazwyczaj drżeliśmy o wynik.

W Katowicach Tomasz Adamek wprowadził nową jakość. Tym razem nie były najważniejsze heroizm, ambicja i zajadłość, ale inteligencja i szybkość, konsekwencja i chłodna kalkulacja. Walka Adamka z Bellem przypominała mi nie boks, a raczej... zapasy. Oczywiście w przenośni: wydawało  mi się, jakby Adamek natychmiast po pierwszym gongu złapał rywala za gardło i powoli, coraz mocniej zaciskał rękę. Z powściągliwą, przerażającą satysfakcją obserwował jak z szamoczącego się, wpadającego w coraz większą rozpacz rywala uchodzi życie... A przecież ten bezlitośnie obijany przez Adamka przeciwnik to znany na całym świecie król nokautu! 

Tak walczą tylko najwięksi mistrzowie. Po pokazie w Spodku Polak jest już jednym z nich.

PS. Pięknie wieczór podsumował Jerzy Kulej. Dwukrotnego mistrza olimpijskiego zahaczyłem za kulisami. Stwierdził: "Często powtarzam, że pomysł i technika zawsze wygrają z siłą. Siła przydaje się głównie w kuźni, na kopalni i przy wyrębie drzewa. Dziś w Katowicach w wielkim stylu wróciła polska szkoła boksu. Papa Stamm zawsze nas uczulał, że w pięściarstwie najpierw liczy się głowa, potem nogi, a na końcu ręce. Tomek miał pomysł na tę walkę: lewy prosty i dobra praca nóg. Już na początku "lufa", żeby Bell wiedział, że to nie przelewki. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma nic do powiedzenia - podziękował".

To było chyba najbardziej przykre podziękowanie w jego życiu.

02:58, pavelczado , Boks
Link Komentarze (4) »
Archiwum