czwartek, 07 lutego 2008
GKS Katowice ma problem jak nigdy

Start II ligi tuż-tuż, a na Bukowej przebierają nogami. Gieksa ma poważny kłopot, który dotychczas się jej nie zdarzał. Z reguły byli tam bowiem ludzie, którzy potrafili strzelić w sezonie parenaście bramek. To było kiedyś... Jesienią ich następcy kompletnie zawiedli. Jeden strzelił dwa gole, drugi - trzy, a trzeci - żadnego. Czasu coraz mniej, konkurencja nie śpi, a liczni testowani w Katowicach napastnicy nie dają żadnej gwarancji zdobycia siedmiu-ośmiu bramek w rundzie. Ba, nawet trzech-czterech! Dlatego wyczuwam nad Rawą narastające zdenerwowanie...

Kto mógłby się sprawdzić? Choćby ten pan z archiwalnej fotki.

mikulenas

Uważam, że to byłby dobry strzał. Choć Grażvydas Mikulenas ma już 35 lat, w Katowicach jeszcze by się przydał (już przecież ligowe bramki dla GKS-u strzelał: zdarzyło mu się to jeden raz główką z 5 metrów, a dwa razy w sytuacji sam na sam po rajdach i odegraniu z klepki). Moim zdaniem - jeśli go wezmą - wiosną byłby w GKS-ie napastnikiem numer 1.

Kiedy kibicowi źle, jedyny ratunek we wspomnieniach. Poniżej - ku pokrzepieniu serc starszych i młodszych fanów z Bukowej - spis największych killerów w ataku Katowic (kolejność w miarę chronologiczna).

Hubert Miller (do 1953 r. Mueller). Pierwszy kapitan GKS. Jeszcze przed fuzją kilku klubów z których powstał GKS grał w Rapidzie Wełnowiec. Na co dzień był szefem BHP w zakładach Rapid. Chyba najbardziej elegancki napastnik w dziejach GKS-u. Zawsze bardzo starannie uczesany, stąd ksywka "szajtlik"*. Pokopał trochę piłkę na saksach, w Eagles Chicago.

Piotr Sobik. Na zawsze przeszedł do historii GKS-u, bo to właśnie on strzelił dwie pierwsze historyczne bramki dla GKS w lidze (2:3 z Górnikiem w sierpniu 1965 r. na Stadionie Śląskim). Kuzynem jego ojca był legendarny śląski fechtmistrz Antoni Sobik.

Zygmunt Schmidt. Jan Furtok ery przedtelewizyjnej. Do czasów Mariana Dziurowicza najlepszy piłkarz GKS-u. W ogóle pierwszy reprezentant Polski w barwach "Gieksy" (13 meczów w latach 1966-69). Debiutował podczas sensacyjnego remisu z Anglią na Wembley w 1966 r. (w kadrze grał także jego brat Jan, piłkarz Ruchu). Właściwie bardziej pomocnik niż napastnik, ale musiał się znaleźć w tym zestawieniu z powodu osiągnięcia wręcz niebywałego: w 1965 r., kiedy GKS walczył o ekstraklasę, zdobył aż 30 goli! Pseudo:„Zynza"'**

Gerard Rother. Zaledwie kilku polskich piłkarzy strzeliło Barcelonie gole na Nou Camp. Wśród nich jest właśnie „Siwy". Symbol klubu na przełomie lat 60. i 70. Ewenement: miał propozycję z Bundesligi (MSV Duisburg), ale w Niemczech mu się nie podobało, więc odmówił! Tak samo jak i Legii...

Eugeniusz Pluta. w latach 70. jeden z najlepszych strzelców zespołu. Często można spotkać go na Bukowej

Jan Furtok. Najlepszy piłkarz w historii klubu. Najskuteczniejszy ligowy snajper "Gieksy" (85 goli). W 1994 r. wybrany na piłkarza 30-lecia GKS. Jako piłkarz "Gieksy" zaliczył w reprezentacji 17 meczów i 6 goli. Siedem lat w Bundeslidze (HSV, Eintracht) i w efekcie szacunek niemieckich fanów. Dziś prezes klubu. On zdecyduje, kogo kupić na swoje miejsce.

Marek Koniarek. Jedyny z tego grona, który przekroczył barierę stu goli w polskiej ekstraklasie, ale bardziej legenda Widzewa niż GKS-u. Na wysokim ligowym poziomie grał aż do 36. roku życia.

Mirosław Kubisztal. Ten facet mógł z tego grona zrobić największą karierę. Najmniej znany członek słynnego tercetu K-F-K (Koniarek - Furtok - Kubisztal), ale na pewno nie najgorszy. Fantastyczny technik. Szkoda, że nie zawsze mu się... chciało. Pamiętam mecz, który przestał w kole na środku boiska, a potem dostał w "Sporcie" jedynkę. Wielki idol w...Szwecji (za niespełna siedem lat gry w klubie Oerebro).

Gija Guruli. Najlepszy cudzoziemiec w historii klubu. Działacze tak się nim zachwycili, że kupili kulawego i dali czas, żeby się wyleczył. Kilka razy pokazał takie sztuczki, jakie dziś ogląda się na sztucznie zmontowanych filmikach na You Tube. A on to robił naprawdę! Podobno był leniwy na treningach, ale właściwie co z tego?  

Zdzisław Strojek. Kolejne po Kubisztalu wzmocnienie z Galicji. Jego złoty gol w 89. min dał historyczne zwycięstwo GKS-owi nad Girondins Bordeaux w 1994 r.

Krzysztof Walczak. Drugi ligowy - po Furtoku - snajper w historii GKS (40 goli w ekstraklasie w latach 1988-95, z przerwą na ligę cypryjską).

Marian Janoszka. Legenda Radzionkowa. „Ecik" do Katowic trafił w wieku 32 lat i zdążył jeszcze strzelić dla tej drużyny 24 bramki. Nie było w GieKSie lepszego w grze głową. W debiucie zapiął wyjątkową Lechowi w Poznaniu: główka z 15 metrów i piłka w okienku!

Dariusz Wolny. Pseudo „Szybki". Zawał serca w 1995 r. przerwał karierę, zanim tak naprawde się rozpoczęła. Dziś trener w 1.FC Katowice.

Adam Kucz. Najmniejszy z tego grona, niewtajemniczeni nie mogli uwierzyć, że był profesjonalnym piłkarzem. A był okres, kiedy malutki napastnik (165 cm) zadziwiał całą Polskę. Pechowiec, bo jego najważniejszy gol w życiu (z Benficą w Lizbonie po strzale z rzutu rożnego) niesłusznie nie został uznany.

Czy długo będziemy czekać na rozszerzenie tej listy?

*„szajtel" to po śląsku „przedziałek"

**„zynza" to po śląsku „kosa"

środa, 06 lutego 2008
Polska - Czechy 2:0. Polski Śląsk - Czeski Śląsk 0:2

Piękny wynik, piękne zwycięstwo. Szkoda tylko, że wpływ śląskiego futbolu na wyniki reprezentacji Polski jest żaden. Z rozrzewnieniem można wspominać wspaniałe mecze Polski z lat 30., 50., 60., 70., i 80., które bez Ślązaków nie potoczyłyby się tak, jak się potoczyły. Przecież już w pierwszym meczu Polski na mistrzostwach świata wystąpiło ich aż siedmiu (cała pomoc: Góra z Szarleja, Nyc(tz) z Katowic i Dytko z Załęża oraz prawie cały atak: Piec z Lipin, Wilimowski z Katowic, Pią(on)tek z Królewskiej Góry i Wodarz z Hajduk Wielkich). 

To jednak dawne czasy. Kiedyś wkład czeskiego Śląska w sukcesy czeskiej piłki był nieporównywalnie mniejszy niż wkład polskiego Śląska w sukcesy biało-czerwonych. „Kiedyś” to kluczowe słowo, bo wszystko się zmieniło. W kadrze Beenhakkera nie wystąpił w środę ani jeden Ślązak. Ba, jako rezerwowy zagrał tylko jeden zawodnik, o którym można powiedzieć, że się na Śląsku piłkarsko rozwinął (Zahorski z Górnika Zabrze).

A Czechy ze śląskich piłkarzy korzystają. W tym względzie jest 2:0 dla południowych sąsiadów. W podstawowym składzie zagrało na Cyprze dwóch zawodników: obrońca Zdenek Pospech i pomocnik Libor Sionko.

Znany z wytrzymałości Pospech, pochodzi z przygranicznej Opavy  (niem.Troppau, pol.Opawa) - kiedyś grodu śląskiego plemienia Golęszyców. Z kolei Sionko, urodził się w Ostrawie, ale pochodzi z Hawierzowa - miasta sypialni (takie czeskie Tychy) położonego na drodze z Cieszyna do Ostrawy. Obaj grali kiedyś w Baniku, potem obaj przeszli do Sparty Praga (to tak jakby do Legii przeszli Wojciech Grzyb albo Dawid Jarka). Dziś obaj są zawodnikami FC Kopenhaga, choć Sionko zaliczył jeszcze epizod w Glasgow Rangers. Milana Barosa zaliczyć do Ślązaków nie możemy. Co prawda tez jest symbolem Banika Ostrawa, ale pochodzi z Vigantic, a to już Kraj Zliński. 

Mam nadzieję, że po tym zwycięstwie Leo Beenhakker nie przywiąże się do sprawdzonych nazwisk i w kadrze na Euro znajdzie się miejsce dla jakiegoś Ślązaka. No i mam nadzieję, że po tej porażce Karol Bruckner nie przekreśli śląskich Czechów i że oni także zagrają na Euro!

  sionko

Wbrew pozorom to nie Sokołowski. To Sionko.

wtorek, 05 lutego 2008
Wodzisław prześcignie resztę Polski

Ujął mnie Krzysztof Swoboda, 24-letni student z Wodzisławia. I to nie tylko pomysłem, żeby na miejscu gdzie stoi stadion Odry, powstał kompleks sportowo-komercyjny z prawdziwego zdarzenia. Przede wszystkim zaimponował mi energią i siłą przebicia -   to w końcu duża sztuka przekonać w pojedynkę najpierw firmę budowlaną, a potem radnych własnego miasta. I to na tyle, żeby ci zgodzili się zmienić plan zagospodarowania przestrzennego!

Ale czy Wy byście się zgodzili, gdyby ktoś nagle pokazał Wam taki projekt (autorstwa gliwickiej firmy P.A. Nova)?

wizualizacja stadionu Odry

Jeśli marzenia staną się rzeczywistością, Wodzisław zostawi za sobą resztę Polski. Takiego cacuszka na jakieś 12 tysięcy miejsc nie ma nigdzie nad Wisłą (i Odrą). Budziłoby zazdrość nie tylko na Śląsku, ale w całym kraju. W jednym miejscu mieszkaniec Wodzisławia  mógłby zrobić zakupy, zjeść obiad, obejrzeć mecz i pójść do kina. Galeria handlowa wypełniłaby całą przestrzeń między stadionem a Urzędem Miasta (to ten brązowy ceglasty budynek z prawej).

Rozmowy z potencjalnym inwestorem trwają. Jeśli wszystko wypali, Krzysiek Swoboda powinien dostać honorowe obywatelstwo Wodzisławia!

poniedziałek, 04 lutego 2008
W Bytomiu tramwaj nie nadjedzie

Wielu twierdzi, że stadion Polonii Bytom to największe szkaradzieństwo na jakim przyszło kopać piłkę naszym ligowcom. Cóż, 80-letni obiekt wygląda chyba znacznie gorzej niż w 1942 roku, kiedy reprezentacja Niemiec pokonała na nim Rumunię 7:0 (ciekawostka, że Bytom nigdy nie gościł za to reprezentacji Polski. A przecież to było ulubione miasto Kazimierza Górskiego). Niektórych przechodzą dreszcze kiedy patrzą na kamienne trybuny molocha, inni mają zawroty głowy w budynku klubowym, który pochyla się w jedną stronę ruchem jednostajnie jednostajnym. Ileż można napinać mięśnie żeby zachować pion? Ja jednak za tym stadioniskiem po prostu przepadam i zwyczajnie lubię przyjeżdżać na mecze Polonii. Wiem, że zawsze wprowadzę się w tym miejscu w taki fajny, ponury, gotycki nastrój. Niestety jest coś, co tą złowieszczą powagę na stadionie psuje. Co takiego? Spójrzcie. Dla ułatwienia dodam, że ci państwo nie czekają na tramwaj...

Polonia

Żarty żartami, ale dla Polonii idą lepsze czasy. Niedawno zamontowano jupitery, właśnie dziś zaczęto montaż kontenerów, w których powstaną nowe szatnie. Tylko czy to wystarczy, żeby bytomscy piłkarze mogli wreszcie rozgrywać pierwszoligowe mecze jako gospodarz na własnym stadionie? Mam nadzieję, że tak. Ten obiekt to atut polonistów; w zeszłym sezonie drugoligowi rywale nie potrafili sobie w Bytomiu poradzić. Atut, który może pomóc uratować im pierwszoligowy byt.

Wierzę, że Polonii się uda, bo ją lubię i cenię. Także za to, że przed sezonem prawie wszyscy dziennikarze skazywali ją na spadek, niektórzy lekceważąco przekręcali nazwiska trenera i niektórych bytomskich piłkarzy, a oni nic sobie z tego nie robili. Teraz chodzi o to, żeby żurnaliści umieli je powtórzyć nawet zbudzeni znienacka nad ranem, po ciężkim dniu pracy. Przynajmniej ci, którzy zajmują się sportem.

niedziela, 03 lutego 2008
Wreszcie wraca Górnik z rozmachem

Żeby klub był na topie, muszą być spełnione trzy warunki:

a) muszą spisywać się działacze;

b) muszą spisywać się kibice;

c) muszą spisywać się piłkarze.

Wygląda na to, że na najlepszej drodze do odhaczenia tych trzech punktów jest Górnik Zabrze.

ad a) Po najpaskudniejszej dekadzie w dziejach KSG, działacze nie są już najsłabszym ogniwem. Faktem jest, że w ostatnim dziesięcioleciu Górnik stał się klubem prowincjonalnym. Trudno rozstrzygać czy bardziej w wyniku zaniedbań czy malejących ambicji czy może braku pieniędzy. Jedyne czego Górnikowi w ostatniej dziesięciolatce nie brakowało  - to szczęście. Działącze sądzili pewnie, że umiejętności? Nie słyszałem, żeby pielgrzymowali pod obraz Matki Boskiej Piekarskiej w podzięce za ileś tam cudownych ocaleń przed degradacją...

Teraz nowa, prężna ekipa robi wszystko, żebyśmy jak najszybciej zapomnieli o zabrzańskiej bylejakości. O wielce ambitnych planach Górnika na ten rok pisze Piotr Płatek w swojej korespondencji z Hiszpanii. Po jej przeczytaniu przyszedł mi do głowy - oczywiście zachowując rozsądne proporcje - Górnik ze ”złotej ery” przełomu lat 60. i początku 70 . Przypomniał mi się także prezes Eryk Wyra, o którym do dziś w Zabrzu mówi się, że ”zastał Górnika drewnianego, a zostawił murowanego”.

Po wielu latach przerwy Górnik znowu ma zamiar wyjechać na amerykańskie tournee. Za czasów Wyry takie wojaże po krajach obu Ameryk były dla zabrzan codziennością. Do USA, Kolumbii, Ekwadoru, Peru albo Chile Górnik wyjeżdzał co roku. Oczywiście czasy były wtedy zupełnie inne: za dzienną dietę piłkarze z Zabrza mogli sobie w takiej Kolumbii kupić najwyżej znaczek na pocztówkę i papier toaletowy. Na dewizach zarabiał głównie PZPN, wizytówce polskiej piłki zostawał jakiś ochłap (no może ochłaaaaaaaaap),  ale oczywiście już w złotówkach, wypłacanych po państowowym kursie. Jako że wtedy nie było elektronicznej bankowości i nie można było przelać zarobionych pieniędzy, prezes Wyra podczas tych amerykańskich eskapad żył w nieustannym stresie. Zarobionej przez piłkarzy forsy ponoć nie spuszczał z oka; tysiące dolarów woził w podręcznej, wielkiej teczce. Teraz taka teczka jest już zbędna, a - co najistotniejsze - całe zarobione na podróżach pieniądze wzmocnią budżet klubu.

A propos podróży: wygrzebałem z archiwum zdjęcie Górnika (m.in. z Lubańskim, Kostką i Szołtysikiem) w charakterystycznych dla tamtego okresu okolicznościach przyrody:

Górnik Zabrze

ad b) Zabrzańscy kibice już teraz tworzą jedną z najliczniejszych widowni w Polsce, a za miesiąc - do spółki z kibicami Ruchu Chorzów - pobiją rekord ekstraklasy, obecnie nieosiągalny nigdzie indziej w Polsce. Na 90. Wielkie Derby Śląska (przypominam: 2 marca) sprzedano już 20 tysięcy biletów, o komplet widowni na Stadionie Śląskim (przygotowano 41 tys. wejściówek) jestem spokojny.

Widać, że na ambicję fanom z Zabrza weszli kibice Ruchu i ich słynna już akcja reklamująca WDŚ w trakcie derbowego meczu w Madrycie. Podczas transmisji sobotniego meczu Polska- Finlandia na Cyprze przemknął mi w telewizorze transparent z napisem ”www.derbydlagornika.pl” i hasłem ”Derby to rzecz święta, niech każdy z Was o tym pamięta”. Zapewne powtórkę tej niecodzienej reklamy zobaczymy podczas najbliższego meczu z Czechami. Jedno jest pewne: nigdy w historii polskiej ligi od lat 20. żaden mecz ekstraklasy nie był poprzedzony takim rozgłosem jak spotkanie Ruch - Górnik. WDŚ zapowiadają się jako popis kibicowania - i w Chorzowie i w Zabrzu trwa gorączkowa zbiórka pieniędzy na oprawę. Fajnie, byleby tylko odbyło się to fair i z klasą. Wierzę, że tak właśnie się stanie.

ad c) Dobra drużyna to warunek najtrudniejszy do spełnienia, bo i... najważniejszy. Na razie Górnik nie jest jeszcze zespołem, którego gra nie pozwalałaby zasnąć, choć na pewno o kilku emocjonujących jesiennych meczach na Roosevelta warto było przy piwku podyskutować. Najważniejsze, że są w zespole piłkarze z potencjałem, którzy już niedługo mogą być gwiazdami naszej ligi. I to potencjałem nie byle jakim, skoro zauważył go Leo Beenhakker. Byle tylko nie chcieli z Górnika za wcześnie wyfrunąć, przynajmniej do krajowej konkurencji. Zresztą - jeśli wszystko pójdzie jak należy - to już wkróce to Zabrze będzie ściągać co świetniejszych piłkarzy naszej ligi, jednocześnie osłabiając rywali.

PS. Mam jedno malutkie marzenie: żeby za parę lat (jak już sukcesy osiągnie Ryszard Wieczorek) do Zabrza wrócił... Henryk Kasperczak. Żeby Górnik był jego ostatnim klubem. Kasperczak tyle w piłce osiągnął; szkoda, że niczego z KSG. Wyfrunął z Zabrza jako zupełny gołowąs, a przecież pierwsze 18 lat spędził w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej, niecały kilometr od dworca PKP. Kiedy zaczął grać w Stali Mielec, jego matka widywała się z ówczesnym prezesem Górnika w warzywniaku. Próbowała go wtedy namówić, żeby na powrót ściągnął Heńka na Śląsk, ale ten nie był zainteresowany. Nie sądzicie, że Zabrze mogłoby stać się piękną klamrą w pięknej karierze?

piątek, 01 lutego 2008
Pach, pach, pach, pach, pach: Władca Muraw

Telewizja kłamie, więc najlepiej nauczyć się szacunku do piłkarza na własne oczy, z trybun. Ja i moi kumple usłyszeliśmy o uzdolnionym piłkarzyku rodem z Poznania jakieś dwanaście lat temu. Wtedy jednak nie zwróciliśmy na niego uwagi, bo wydawało nam się, że takich szwenda się w lidze na pęczki. Dopiero jak ktoś przyjeżdża na Śląsk i naprawdę pokazuje co potrafi, uznajemy jego klasę. Bohater tej historyjki pierwszy raz z dobrej strony dał się poznać na gościnnych występach w Rydułtowach - w drugoligowym meczu Naprzodu z Wartą Poznań (był maj 1996 roku). ”Niejaki Żurawski” wypracował wtedy honorowego gola dla gości, którzy przegrali 1:4. Parę lat później nigdy nie uwierzyłbym, że wobec tego grajka można użyć zwrotu ”niejaki Żurawski”.

O piłkarzu szybko stało się głośno; szum zmienił się we wrzawę. W końcu nadszedł 8 września 2001 roku. Miejsce: stadion przy ul. Bukowej. Mecz: GKS Katowice - Wisła Kraków. Nie będę się teraz zachłystywać wymyślnymi epitetami, nie będę opowiadać o przyśpieszonym biciu serca i opadającej coraz niżej szczęce. Piłkarz nie śląski, ale nie sposób było nie docenić jego klasy, szybko uprzytomnili to sobie na stadionie wszyscy obiektywni. Na potrzeby tego wpisu skradnę na momencik przydomek legendarnemu argentyńskiemu snajperowi Guillermo Stabile i użyję śmiało wobec polskiego piłkarza. ”El Filtrador” - ”przenikający”... Nie ma w tym krzty egzaltacji: Żurawski przenikał tego dnia obronę GieKSy niczym duch. Słychać było tylko pełne finezji ”pach”, kiedy kopał piłkę w stronę katowickiej bramki.

Pach: 16 minuta.

Pach: 22 minuta.

Pach: 29 minuta.

Pach: 42 minuta.

Pach: 47 minuta.

żurawski w katowicach

I tyle. W drugiej połowie otarł pot z czoła i usiadł skromnie na ławce rezerwowych. ”Żu-raw, Żu-raw, Wład-ca Mu-raw!”, niosło się. Odtąd i dla mnie był Władcą Muraw. Takim pozostał nawet po nieudanych dla niego i reprezentacji mistrzostwach świata (dwóch). Takim pozostał w nieudanych dla niego i Wisły eliminacjach Ligi Mistrzów. Takim pozostał, kiedy godzinami nie potrafił przełamać się w szkockiej lidze. Bo zmienić to sobie można żonę, ale ulubionego piłkarza - nigdy! (Kochanie nie bierz tego do siebie, napisałem tak, bo to chyba dość efektownie brzmi)

Jeśli ktoś twierdzi, że szkoccy kibice pod koniec pobytu Żurawskiego w Glasgow mieli go głęboko pod kiltem, to się myli. ”Magic” na zawsze zdobył ich szacunek za sezon 2005/06.

Dlaczego piszę dziś o Żurawskim? Bo właśnie został piłkarzem Larissy.  Nie jest to klub, który zwala mnie z nóg, ale za to dobre miejsce, żeby ON zaczął zwalać z nóg tamtejszych kibiców. Panie Maćku: niech się Pan na greckiej prowincji wyreguluje, nastroi, pohasa, nastrzela i już jako rozluźniony, pewny swej klasy Władca Muraw, wróci w blasku na Euro 2008. Dziękuję i powodzenia.

czwartek, 31 stycznia 2008
O tym, jak Legia musiała obejść się smakiem

Mysłowice kojarzą się ze sportową pustynią.  Co prawda najbardziej znany obywatel tego miasta, Artur Rojek z zespołu Myslovitz, opowiadał mi kiedyś jak zostawał mistrzem Polski juniorów w pływaniu, ale potem przestał rosnąć i szansę na wielką karierę szlag trafił. Niezłą drużynę futbolową Mysłowice może miały, ale to było prawie sto lat temu, kiedy klub z dzielnicy Słupna potrafił zremisować z megasilną wówczas Cracovią. Dobrych piłkarzy wyrosło w tym mieście zaskakująco niewielu, w ostatnim ćwierćwieczu w powszechnej kibicowskiej świadomości zaistnieli jedynie  Franciszek Sput, Jerzy Wijas i Wojciech Grzyb.

Dlatego dziś w sportowej historii Mysłowic jest wyjątkowy dzień. Honorowym obywatelem miasta został bowiem Czesław Kwieciński. To pierwszy polski zapaśnik w stylu klasycznym, który zdobył medal na mistrzostwach świata. Można powiedzieć, że jest Antonio Carbajalem polskich zapasów - na igrzyskach olimpijskich był aż pieć razy! A wszystkie swoje wspaniałe sukcesy osiągnął w zapaśniczym klubie Siła Mysłowice.

Czesław Kwieciński

Cieszy, że w Mysłowicach nikomu nie przeszkadza uhonorowanie... gorola*. Do Polski Kwieciński przyjechał już jako 16-latek; dzieciństwo spędził na Syberii, bo tam po wojnie wywieziono jego rodzinę z małej litewskiej wioski niedaleko Kowna. Nic dziwnego, że śląska gwara jest mu obca; mówi polszczyzną ze śpiewnym, wchodnim akcentem. Gorol, nie gorol - honorowe obywatelstwo Kwiecińskiemu zwyczajnie się należy, bo rozsławił Mysłowice jak mało kto.

Doceniam jego wspaniały sportowy życiorys, ale mnie ten człowiek już zawsze będzie kojarzyć się przede wszystkim z anegdotą, którą opowiedział mi swego czasu inny zapaśnik Jerzy Gryt, olimpijczyk z Helsinek. Ona pokazuje, jak w czasach PRL-u z polityką kadrową Legii Warszawa, która chochlą wybierała do różnych sekcji co bardziej utalentowanych poborowych, musieli walczyć na Śląsku nie tylko działacze piłkarscy. W 1962 roku Kwieciński, który zapasów uczył się w Piotrkowie, rozpoczął służbę wojskową w Katowicach. Tam szybko dostrzegli go działacze Siły, m.in. Gryt i ściągnęli do Mysłowic. Ale okazało się, że obiecujący atleta wpadł w oko - choć nieco później - działaczom Legii. Wkrótce przyszło pismo ze stolicy, informujące o przenosinach zapaśnika do jednostki wojskowej w Warszawie. Ale trafiła kosa na kamień...

 Siła była oczkiem w głowie mocnego na Śląsku Romana Stachonia, posła w latach 50., 60., 70. i 80. Stachoń interweniował w stolicy u gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego ministra obrony narodowej. Spychalski uznał, że sprawa ma być załatwiona po myśli Siły. Rzucił rozkaz, żeby sprawę załatwić w ciągu trzech dni. Ze słów Gryta wynika, że tym, który rozkaz Spychalskiego przyjął i go wypełnił był... Wojciech Jaruzelski. Wygląda na to, że gdyby nie on, Kwieciński nigdy nie zostałby honorowym obywatelem Mysłowic!

* - wyjaśnienie dla Czytelników bloga spoza Śląska. Mianem "gorola" rdzenni Górnoślązacy określają wszystkich mieszkańców naszego kraju z wyjątkiem nich samych.

21:46, pavelczado
Link Komentarze (3) »
środa, 30 stycznia 2008
Pan Zło

Sympatyczną godzinę spędziliśmy dziś z satyrykiem Tomaszem Jachimkiem (kojarzycie go m.in. ze ”Szkła Kontaktowego”). Udało się wyrwać człowieka w trakcie nagrywania programu dla telewizji w krakowskim klubie studenckim Rotunda niedaleko Akademii Górniczo-Hutniczej, małopolskiej kuźni śląskiej myśli inżynieryjnej. 

tomasz jachimek

Okazuje się, że Jachimek, znany w niektórych kręgach jako ”Pan Zło” (jego protest-song zapadł w wiele skłaniających się ku występkowi serc), to człowiek nieprzytomnie zakochany w sporcie, uwielbia zwłaszcza najważniejszą dyscyplinę świata. Futbolowe poglądy satyryk ma mocno ugruntowane i potrafi o nich rozprawiać z nieudawaną żarliwością, doprawioną na dodatek toną specyficznego humoru. Kilka razy w trakcie pogawędki rżeliśmy wspólnie z uciechy.

Rozmowa wkrótce na papierze - dziś na Czadoblogu tylko impresje Jachimka związane ze śląskim pejzażem futbolowym. Rzucałem nazwy, a on odpowiadał skojarzeniami:

Górnik Zabrze: owszem Lubański, owszem Urban, owszem Iwan, ale przede wszystkim... Piotr Rzepka! Blondwłosy rozgrywający zanim w 1988 roku trafił do Zabrza był gwiazdą Bałtyku Gdynia. A właśnie Bałtyk jest satyrykowi szczególnie bliski. Do osiemnastego roku życia Pan Zło grał w tym klubie na pozycji ofensywnego pomocnika.

Ruch Chorzów: na Cichej jeszcze niedawno występował jego stary kumpel z Bałtyku - Michał Smarzyński. Ale ”niebiescy” kojarzą się panu Tomkowi przede wszystkim z niemiłym dla Ślązaków napisem na murze niedaleko dworca Warszawa Zachodnia: ”Legia rucha Rucha”. 

GKS Katowice: i tu pan Tomek mnie zaskoczył.  Po naciśnięciu guzika z nazwą ”GKS” w mózgu satyryka zapala się żaróweczka z napisem... ”Gija Guruli”. Gruzin grał w Gieksie na początku lat 90. Niektórzy mówili, że leniwy, ale technikę przecież miał taką, że odegranie palcami stóp Poloneza As-dur op.53 nie byłoby dla niego żadnym wyzwaniem. Ba; poradziłby sobie nawet jedną stopą, jednocześnie odbijając piłkę głową. GieKSa kojarzy się także satyrykowi z twardo grającymi hanysami, którzy przyjeżdżali do Gdyni jak po swoje. Pamięta, że Bałtyk zawsze przegrywał, utkwił mu w głowie wynik 0:1. 

Piast Gliwice: na stadionie przy ul. Okrzei Jachimek jako nastolatek omal nie zaliczył gleby. W 1987 roku przyjechał za ukochanym Bałtykiem do Gliwic na mecz barażowy o wejście do ekstraklasy.  Z tatą i bratem siedzieli wśród miejscowej publiczności, ktora od razu wyczaiła, że wśród nich są obcy. Niewiele brakowalo, a doszłoby do linczu.  Chwile grozy skończyly się dla pana Tomka happy endem, bo ostatecznie to Bałtyk awansował wtedy do I ligi.

Stadion Śląski  ------------------------------- (z premedytacją ocenzurowane przez słuchającego ze zgrozą autora bloga. Podejrzewam, że pan Tomek nie chciał powiedzieć tego, co powiedział. Wyobrażacie sobie? Okazuje się, że jest w Polsce jeszcze garstka ludzi, na których nie działa magia Stadionu Śląskiego!)

18:10, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 stycznia 2008
Złodziejski hat-trick w Chorzowie

Nie ma nic gorszego niż nuda. Jeszcze wczoraj wieczorem pan Marian, portier na trybunie Ruchu Chorzów, żalił się mojemu koledze z działu sportowego Wojtkowi Todurowi, że jego praca jest jakaś taka - monotonna. No to wykrakał: teraz starczy mu wrażeń co najmniej do meczów Euro na Górnym Śląsku...

Nie wiadomo jak to się dzieje, ale stadion Ruchu i jego okolice jak magnes przyciągają osobników spod ciemnej gwiazdy, marzących nie tylko o klubowej forsie, ale także i o mołojeckiej sławie. Bo na Cichej nie jest to wcale pierwszy taki zbójecki numer!

Strzał pierwszy: w 1996 roku rabusie - podobnie jak zeszłej nocy - obezwładnili i związali portiera. Potem włamali się do kasy pancernej i ukradli pieniądze z raty transferu Radosława Gilewicza do szwajcarskiego St.Gallen. Wtedy zabrakło pieniędzy na wypłaty dla pracowników klubu.

Strzał drugi: w 1998 roku jacyś zuchwalcy skorzystali, że piłkarze Ruchu byli poddawani testom wytrzymałościowym w sąsiadującej ze stadionem hali. Z szatni zniknęły wtedy klucze, portfele, dokumenty i telefony komórkowe. Złodzieje pewnie zaśmiewali się w kułak, kiedy odjeżdżali spod stadionu volkswagenem Łukasza Surmy. Nieuszkodzoną brykę litościwie zostawili w Siemianowicach.

Ten paskudny policzek wymierzony chorzowskim działaczom spowodował, że właśnie wtedy siedziba Ruchu przestała być czymś w rodzaju ogólnodostępnej świetlicy zakładowej. Dotąd każdy synek z placu mógł w klubowej kawiarence napić się piwa albo herbaty, poklepać po plerach wychodzącego spod prysznica strzelca zwycięskiego tora, albo zajrzeć do szatni, żeby przekonać się czy tam śmierdzi czy może nie. Od listopada 1998 roku do klubowego budynku mogli wejść jedynie wybrańcy: VIP-y, zaproszeni goście, żony piłkarzy i dziennikarze. Ostrożności nigdy za wiele, ale - jak się okazuje - zawsze za mało: rabusie zaliczyli właśnie trzeci, chyba najgłośniejszy, strzał. Nachapali się pieniędzy ze sprzedanych biletów. Ciekawe czy sami też pójdą na 90. WDŚ?

Wydawać by się mogło, że zdumiewająca wieść o bezczelnym wyczynie wywoła w niebieskich domostwach od Mikołowa po Nakło Śląskie jedno fundamentalne pytanie: "Kto się ośmielił?!". Ale nie; kibiców Ruchu gnębi pytanie o niebo ważniejsze. Oto ono:

CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY? CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY? CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY?

O tym, że dla wielu już teraz nie ma nic ważniejszego niż ten marcowy mecz, przekonałem się dziś na Cichej. Pojechałem bowiem na Ruch, chcąc nawdychać się sensacyjnej atmosfery, zerknąć na budynek otoczony chmarą radiowozów no i pokibicować policyjnym owczarkom łapiącym trop złoczyńców. Tymczasem zastałem tylko... dłuuuuuuuugą kolejkę zniecierpliwionych mężczyzn, kobiet i innych mężczyzn. Dramatyczne nocne zdarzenia nie interesowały ich jakoś szczególnie w kontekście misji z jaką bliscy wysłali ich na stadion. "GDZIE SIĘ KUPUJE BILETY? GDZIE SIĘ KUPUJE BILETY?" Życie nie znosi próżni: w jednym kącie trybuny pracownicy klubu sprzątali więc po złodziejskim tornadzie, a w drugim ich koledzy nie mogli nadążyć ze sprzedażą wejściówek. 

Czy kojarzycie jakiś ligowy mecz w Polsce na który zabrakłoby biletów miesiąc przed pierwszym gwizdkiem?! Jak tak dalej pójdzie, to Canal+ będzie musiał rozpocząć przedmeczową relację już 15 lutego. Nagły wzrost sprzedaży dekoderów na Śląsku - gwarantowany.

PS. Chłopaki z działu sportowego katowickiej GW właśnie wybrały się w zagraniczne wojaże. Wojtek Todur pojechał za Ruchem do Turcji, a Piotrek Płatek za Górnikiem do Hiszpanii. Zapraszam do czytania codziennych reporterskich relacji na sportowych stronach katowickiej "Gazety"

poniedziałek, 28 stycznia 2008
Śląska e-rewolucja czyli GieKSa daje przykład

Kiedy byłem bajtlem* były trzy sposoby wejścia na mecz.

Pierwszy sposób: Tata i jego portfel. Najlepiej jeśli Tata któregoś z nas interesował się fussballem i zabierał na stadion - wtedy sprawa była załatwiona. Jeśli nie - do Taty uderzało się w chwilach naprawdę ważnych (dla mnie taką był choćby przyjazd na Śląsk ”Cornego Diobła**” w październiku 1987 roku. Pamiętam, że bilet na szczególny mecz z udziałem ”Diobła” dostałem od Taty z okazji urodzin).

Drugi sposób: na sępa. Czasem pieniądze otrzymane od ojców na bilet, chcieliśmy zagospodarować w inny sposób. Wtedy trzeba było zastosować sposób znany na Śląsku jeszcze przed wojną, pewnie w innych częściach kraju także. Swego czasu stosował go choćby Gerard Cieślik. Szło się pod bramę stadionu i liczyło na łaskawość starszych kibiców. Pan Gerard do dziś pamięta łzy, kiedy nie udało mu się zobaczyć meczu Ruchu z Wartą Poznań w 1935 roku. To nie było zwykłe spotkanie - piłkarze Ruchu pierwszy raz zagrali wówczas na nowo otwartym stadionie przy ul. Cichej (grają na nim do dziś). Ośmioletni Gerard nie miał pieniędzy na bilet, ale i tak poszedł pod stadion. Przed każdym meczem przy kasach pałętało się mnóstwo bajtli licząc, że uda im się załapać na mecz dzięki litościwemu sercu któregoś z dorosłych fanów. Czasem się udawało, ale czasem trzeba było zostać pod płotem. 29 września 1935 roku zapłakany Gerard został pod płotem. Dla nas bajtli ze złotej epoki lat 80. było to rozwiązanie nie do przyjęcia, istniał więc...

...trzeci sposób: na szwendaka. Szwendanie się z założenia nie ma żadnego celu, ale nie kiedy jesteś wątłym, zdeterminowanym, 13-letnim skurczybykiem, owiniętym w klubowy szalik. Wtedy twoje szwendanie  jest pożyteczne; w jego trakcie poznajesz topografię okolic okołostadionowych. Ja dzięki szwendaniu się w latach 80. zapoznałem dziury w płotach ważnych dla mnie obiektów. Nawet ogrodzenie najnowocześniejszego dziś w Polsce Stadionu Śląskiego miało kiedyś taką sympatycznę dziurkę (niedaleko przystanku ”elki”). Przy takiej dziurce słowo ”wątły” nabierało nowego znaczenia.

Potem - kiedy byłem trochę większy - olśniło mnie. Zrozumiałem, że wchodząc na mecz bez biletu nie spełniam standardów nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego we współczesnej Europie (czy coś w tym stylu). Napadły mnie wyrzuty sumienia i odtąd grzecznie stałem w kolejkach do kas, jak Pan Bóg przykazał. Myślałem, że tak już będzie do końca życia.

Ale nie będzie. Przekonałem się o tym właśnie dziś. Oto GKS Katowice - jako pierwszy klub na Śląsku - rozpoczyna dystrybucję elektronicznych kart kibica i to już na rundę wiosenną 2008. Działacze obwieścili z dumą, że zbliża się zmierzch biletów papierowych. Karta kibica będzie jednocześnie dowodem tożsamości, wejściówką na stadion, umożliwi też kupno pamiątek, albo kiełbasek smażonych pod trybuną. Jeśli system się sprawdzi, to pewnie będzie można opłacić nią wyszorowanie auta w zaprzyjaźnionej z klubem myjni, albo pobyt dziecka w zaprzyjaźnionym z klubem przedszkolu. A jak ci zabraknie pieniędzy na karcie, zawsze będziesz mógł ją sobie w siedzibie klubu naładować. Karta wygląda tak:

karta kibica GKS-u

Oczywiście zawsze należy liczyć się z sytuacją, że ktoś pierwszy raz w życiu przychodzi na mecz. Dlatego jeśli któryś z fanów GieKS-y nie zdąży zaopatrzyć się w kartę kibica, będzie na niego jeszcze czekać w kasie stary, poczciwy bilet. To nie będzie jednak się opłacać, bo papierowa wejściówka mocno zdrożeje, a poza tym za każdym razem trzeba będzie wyspowiadać się przed okienkiem kasy ze swoich danych personalnych. Niewygodne, prawda?

Pomysł z kartami moim zdaniem jest dobry, bo ma na celu wywalenie chuliganerii ze stadionów. Pewnie na początku nie uniknie się narzekania. Przed meczem ścisk przy czytnikach będzie duży, ale warto chyba będzie pościskać się dla dobra sprawy. Papierowe bilety na ligowy mecz staną się gratką dla kolekcjonerów. I tylko żal, że dzisiejsze małe, zdeterminowane, 13-letnie skurczybyki nie będą miały już szans na romantyczne wspomnienia. Na nich też czeka elektroniczna karta. 

* dla Czytelników bloga spoza Śląska: bajtel znaczy łebek.

** dla tropiących treści politycznie niepoprawne winnym wyjaśnienie. Sformułowanie ”Corny Diobeł” użyte przez mojego sąsiada na trybunie stadionu Górnika Zabrze nie było rasistowską obelgą, lecz - wypowiedziane z charakterystycznym cmoknięciem - wyrazem szczerego uznania. ”Corny Diobeł” wbił wtedy Polsce dwa gole. Wiecie o kogo chodzi? Dla  ułatwienia: fotka poniżej.

ruud gullit

PS. Wiadomość z ostatniej chwili z zuuuuuuupełnie innej beczki. Dziś był pierwszy dzień przedsprzedaży wejściówek na 90. Wielkie Derby Śląska. Na dzień dobry wykupiono 7500 biletów, a przecież mecz Ruchu z Górnikiem dopiero za 35 dni. Ale będzie jazda: 41 tysięcy kibiców na meczu ligowym w Polsce robi wrażenie, prawda? 

Archiwum