środa, 20 lutego 2008
Wielki dzień Beenhakkera. Także za sprawą... Katowic

W uznaniu zasług Lech Kaczyński odznaczył Leo Beenhakkera Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Cieszy, że prezydent RP docenia pracę Holendra, ale większe wrażenie zrobiła na mnie informacja nie z Warszawy, a z Katowic. News ze Śląska także w pewien sposób dotyczy selekcjonera. Oto działacze GKS Katowice ustanowili dziś specjalną nagrodę w wysokości 10 tysięcy zł. Pieniądze weźmie pierwszy piłkarz GKS-u, który otrzyma powołanie do kadry prowadzonej przez Beenhakkera no i wystąpi w oficjalnym spotkaniu reprezentacji Polski.

To dla holenderskiego trenera bardzo ważna wiadomość. Dla mnie ta bezprecedensowa decyzja katowickich działaczy jest bowiem nie tylko nietypowym zabiegiem motywacyjnym, ale i jednocześnie sygnałem pełnej akceptacji futbolowego środowiska w Polsce dla poczynań Holendra. Brzmi niekonkretnie, ale chodzi o to, że w terenie zaczynają rozumieć, że nie tylko kluby dają coś w kadrze (konkretnych piłkarzy), ale także kadra daje w zamian coś klubom (prestiż). Wyobrażacie sobie, żeby jakiś klub obiecywał swojemu piłkarzowi kasę za to, żeby załapał się u Wójcika, Engela czy innego Janasa? Dotychczas było raczej odwrotnie; Wisła latami wybrzydzała, kiedy kolejni selekcjonerzy powoływali jej zawodników na zgrupowania reprezentacji. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby Bogusław Cupiał - choć dla niego zawsze liczył się przede wszystkim interes "Białej Gwiazdy" - postawił Beenhakkerowi veto. No, ale nic dziwnego: teraz jeśli jakiś mało znany piłkarz trafia do TEJ, KONKRETNEJ kadry to nie znak, że ma obrotnego menedżera, ale sygnał dla działaczy, że chłopak ma talent i że warto w niego inwestować (a w przyszłości oczywiście z zyskiem sprzedać).

Zauważcie; GKS zaakcentował, że premia należy się za grę konkretnie u Holendra. Bo nie dość, że fachowiec, to jeszcze jest pewność, że bezstronny - nie uwikłany w żadne, układy, układziki, interesiki (pomyśleć, że na początku jego pracy w Polsce niektórzy dziennikarze wypominali mu kumoterskie lansowanie Jerzego Dudka, z którym pracował kiedyś w Feyenoordzie...)  

Wiele daje do myślenia także wiara ludzi w Katowicach, że któryś z drugoligowych piłkarzy GKS-u może się Beenhakerowi... w ogóle spodobać! Za poprzednich selekcjonerów nikomu z działaczy II-ligowego przecież klubu nawet przez myśl by to nie przeszło! A teraz już przeszło, bo Beenhakker nie boi szukać się talentów tam, gdzie inni nawet by nie spojrzeli.

beenhakker

Tak sobie więc myślę, że to był naprawdę świetny pomysł GieKSy, pod każdym względem. Nie dość, że oryginalny i budzący sympatię, to przede wszystkim mogący przynieść wymierne korzyści. Klubowi: bo piłkarze będa się bardziej starać w lidze, więc wyniki drużyny mogą być lepsze. Kadrze Beenhakkera: bo gieksiarze będą się baaardzo wysilać, żeby do niej trafić i może jakiś talent eksploduje, kto wie.... No i samym piłkarzom: każdy przecież chce, żeby żona pochwaliła go w domu, za to że przyniósł jej dodatkową forsę na... waciki:-)

PS. GKS zapisał w reprezentacji Polski całkiem przyzwoita kartę - zawodnicy z Bukowej grali w niej przez 38 lat. Pierwszy występ zaliczył Zygmunt Schmidt w 1966 roku (1:1 z Anglią w Liverpoolu), ostatni - jak dotąd - Jacek Kowalczyk w 2004 (6:0 z Wyspami Owczymi w San Fernando). Najlepszy bilans ma oczywiście obecny prezes Jan Furtok (36 meczów/10 goli), który jako jedyny piłkarz GKS-u wystąpił na MŚ. Gdybym miał obstawiać kto z obecnej Gieksy może trafić do kadry - zdecydowałbym się na Szymona Kapiasa. Zresztą co ja piszę: nie ośmieliłbym się podpowiadać selekcjonerowi... Leo Beenhakker był przecież na wtorkowym sparingu na Łazienkowskiej i na własne oczy zobaczył zwycięstwo GKS-u nad pierwszoligowcem. Może już któryś z katowiczan trafił do jego notesu, a nikt o tym jeszcze nie wie? 

wtorek, 19 lutego 2008
Franz Smuda: Wielki Motywator. Rywali

Franciszek Smuda, trener Lecha, wyżalił się poznańskiemu korespondentowi ”Gazety”. „Dziwi mnie jak w kadrze postępują z Rafałem Murawskim. Jak jesienią trzeba było grać z Serbią, to pojechał na to trudne spotkanie i spisał się świetnie przez 90 minut. A teraz pojechał na zgrupowanie i w dwóch meczach z Finami i Czechami dali mu pograć po parę minut. Nie było dla niego miejsca na boisku, a było dla jakichś z Górnika Zabrze, których nazwisk nawet nie znam. Dla mnie to niezrozumiałe” - stwierdził Smuda.

Tak się składa, że Lech już za parę dni rozpoczyna ligową wiosnę właśnie meczem w Zabrzu. Smuda tym tekstem wykonał za Ryszarda Wieczorka dużą część przedmeczowych przygotowań - tych dotyczących motywacji. Trener Górnika nie musi już puszczać swoim chłopakom ”Braveheart”, albo zabierać ich na walki kogutów (nawet nie wiem, czy są takie na Śląsku). Wystarczy, że Zahorskiemu, Pazdanowi czy Pawelcowi zacytuje w szatni słowa Smudy... Jestem przekonany, że ci ”jacyś z Górnika” wyjdą na plac z zaciśniętymi szczękami i przekrwionymi oczyma... Oj, czuję, że w Zabrzu może być ostro!

Franciszek Smuda zawsze znany był z tego, że mówi co myśli. Zdarza się, że miewa niekontrolowane wybuchy wściekłości, kilka takich wybuchów kiedyś opisałem. Ciekawe czy po meczu w Zabrzu Smuda będzie mieć powody do frustracji?

smuda

PS. Off-topic. Zobaczcie jaki fajny puchar. Jest tylko jeden taki w Polsce. Szczycą się nim w Sosnowcu.

puchar

To Puchar Europy, zdobyli go - jako jedyny klub nad Wisłą - siatkarze Płomienia Milowice. Dokładnie dziś mija 30 lat od tego wydarzenia. O meczach z 1978 roku możecie przeczytać w tekście Piotra Płatka. Z okazji okrągłej rocznicy - wielkie brawa dla Sosnowca!

poniedziałek, 18 lutego 2008
O tym jak niewiele brakowało, żeby chorzowski Ruch nie był chorzowski

Słychać to ponure skrzypnięcie? Właśnie otwieram moje domowe archiwum  spraw z czasów hitlerowskich i specjalnie dla czytelników Czadobloga wyciągam zdjęcie tej oto drużyny*:

germania

Na fotce z 1943 roku Germania Königshütte (czyli przedwojenny i powojenny AKS Chorzów). Wklejam ją dziś, bo właśnie mija 65 lat od momentu, kiedy zespół z fotografii zdobył swoje trzecie z kolei mistrzostwo Górnego Śląska. O tym dlaczego w czasie II wojny światowej Ślązacy mogli grać w piłkę, podczas gdy w całej Polsce groziła za to kara śmierci, przeczytacie tu, więc teraz do sprawy nie wracam.

Przypomnę tylko, że AKS/Germania rozgrywał(a) swoje mecze na Górze Wyzwolenia, gdzie stanął jeden z najpiękniejszych przedwojennych stadionów w Polsce, a na pewno pierwszy stadion z prawdziwego zdarzenia otwarty na Górnym Śląsku po polskiej stronie granicy. Z pompą otworzył go w 1927 roku sam prezydent RP Ignacy Mościcki. Po jego bieżni ścigał się z Januszem Kusocińskim legendarny Paavo Nurmi, dyskiem rzucała Halina Konopacka. Dziś możecie sobie w tym miejscu kupić mięso na obiad, kamasze i DVD, bo stoi piękny supermarket, który - ku mojej irytacji - bezczelnie wziął sobie litery ”AKS” do nazwy. Do Stadionu Śląskiego macie stąd na piechotę z 10 minut.

Ale nie o tym, nie o tym... Piszę dziś o Germanii, bo jest ona dla mnie pretekstem do refleksji: niewiele bowiem brakowało, żeby piłkarskie dzieje Chorzowa potoczyły się zupełnie inaczej niż się potoczyły. Ba, niewiele brakowało, a nie byłoby żadnych ”piłkarskich dziejów Chorzowa”! Bo nazwa ”Chorzów”, będąca dziś przecież jednym z symboli śląskiego futbolu, swoją piłkarską sławę zawdzięcza przede wszystkim... administracyjnym decyzjom urzędników i uporowi mieszkańców dziesięciotysięcznej wioski!

”Jak to możliwe?” - zapytacie. Cóż, jeszcze w latach 30. XX wieku Chorzów był tylko wsią powiatu katowickiego, nie mającą żadnych mocarstwowych ambicji. W 1928 roku uchwałą rajców osada została już nawet przyłączona przez prężne, przemysłowe 70-tysięczne miasto Królewska Huta (w XIX wieku znane jako Königshütte), którego dumą był klub piłkarski AKS.

Mieszkańcy malutkiego Chorzowa byli oburzeni, że nikt tego z nimi nie konsultował. Kategorycznie sprzeciwili się decyzji wchłonięcia, bo nie chcieli być jakimś zapyziałym przedmieściem Królewskiej Huty. W efekcie uchwała nie weszła w życie. Po latach wygląda na to, że właśnie bunt mieszkańców Chorzowa Starego z 1928 roku spowodował, że dziś na Cichej śpiewa się o Ruchu chorzowskim, a nie królewsko-huckim. To dobrze, choćby ze względu na rytmiczność przyśpiewek...

Gdyby Królewska Huta wchłonęła Chorzów w 1928 roku nie byłoby zapewne sprawy zmiany jej nazwy sześć lat później, kiedy wszystko zmieniło się o 180 stopni. W 1934 roku Sejm Śląski zdecydował o przyłączeniu chorzowskiej wsi do Królewskiej Huty, ale jednocześnie zmienił nazwę miasta na... Chorzów! To tak jakby Warszawa zmieniła nazwę na Żoliborz... Oficjalnym powodem tej decyzji był fakt, że Chorzów jest starszy niż Królewska Huta o bodaj 542 lata, ale pamiętajmy o ostrych sporach politycznych i narodowościowych tego okresu na Górnym Śląsku (cóż, po prostu nazwa Chorzów była bardziej... polskobrzmiąca).

W tym właśnie momencie AKS przestał być klubem królewsko-huckim, a stał się chorzowskim. A na to, żeby klubem chorzowskim stał się także Ruch, trzeba było czekać jeszcze pięć lat. W 1939 roku Sejm RP gminę Hajduki Wielkie zmienił w chorzowską dzielnicę Batory. Swoją drogą nazwa ”Ruch Królewska Huta” brzmiałaby dziwnie, prawda?

*Germania Königshütte z 1943 roku [od lewej: Pochopin I (Pochopień), Piontek (Piątek), Schatton (Szatoń), Sekulla (Sekuła), Uhlig, Janik, Spodzieja, Wieczorek, Kowollik, Koschny (Koszny), Urbanski]. Piontek był reprezentantem Polski przed wojną, a Janik, Spodzieja i Wieczorek - po. Teodor Wieczorek to jedyny żyjący członek tej drużyny. Dziś ma 85 lat. Z szacunkiem traktują go nie tylko w Chorzowie, ale także Zabrzu i Sosnowcu. Dlaczego? To już zupełnie inna historia.

niedziela, 17 lutego 2008
Jak się zachować, jeśli Twój klub chcą zdegradować za korupcję

Karząca ręka sprawiedliwości Wydziału Dyscypliny PZPN sieje spustoszenie i pewnie jeszcze będzie siać. Sprawa dotycząca korupcji w polskim futbolu jest - jak to się mówi - "rozwojowa" i odłamkowy wysłany przez wrocławską prokuraturę boleśnie trafi pewnie jeszcze w kilka klubów.

Nie wiem z czym można porównać tak traumatyczne przeżycie jak chwila, w której dowiadujesz się, że twój klub, który kochasz od dziecka, brał udział w ustawianiu meczów. Sporządzenie dokładnie w tym momencie portretu psychologicznego zastygłego z rozpaczy kibica to, moim zdaniem, świetny temat na pracę magisterską. I nie chodzi o to czy tego samego dnia po otrzymaniu feralnej wiadomości wstrząśnięty fan pójdzie się upić, czy może wybatoży małżonkę, podpali osiedlowy śmietnik albo na tydzień zamknie się w pokoju, obwieszczając światu swój ból smętnym dmuchaniem w saksofon...

Dla mnie dużo ciekawsze jest to, co kibic w takim momencie sądzi o winie swojego klubu. Z niesmakiem, ale i  z  dozą  zrozumienia (miłość kibicowska przecież ślepa jest) zauważam, że reakcje są następujące:

1. Najpierw nadchodzi etap niedowierzania: 

- "To jakaś bzdura, przecież nasz klub był zbyt biedny, żeby coś od kogoś kupić (ewentualnie: "zbyt bogaty i po to kupił wcześniej dobrych pilkarzy, żeby później nie kupowac meczów)"

Albo:

- "To jakaś bzdura. Co by nam dało kupowanie meczów, przecież i tak byliśmy w środku tabeli"

2. Potem jest etap próby oszukiwania własnej pamięci i nie przyjmowania faktów do wiadomości:

 - "Nie nie słyszałem o tym. To na pewno jakaś bzdura. W ogóle nie ma o czym rozmawiać"

3. Potem przychodzi etap pomniejszania winy:

- "No, może coś kupili, ale przecież nie sprzedali! Sprzedać to jest dopiero podłość. Nasi by się nie zeszmacili..."

Albo: 

 - "Może i kupili parę meczów, ale przecież i tak nic im to nie dało , bo nie awansowali (albo spadli)"

4. Potem brnie się w etap porównywania do innych:

- "A przecież oni kupili 47 meczów, a my tylko 4. Dlaczego mamy być karani tak jak oni?"

Albo: 

- "A oni kupili i dzięki temu awansowali, a myśmy na korupcji w ogóle nie skorzystali!" 

5. Potem nadchodzi etap przepoczwarzania się z winnego w skrzywdzonego:

 - "A przecież nikt w naszym klubie nie wiedział, że ten facet z zarządu (trener/kierownik drużyny/piłkarz) dawał sędziom pieniądze. A poza tym już dawno został wyrzucony. Dlaczego chcecie karać niewinny klub i niewinnych ludzi?"

6. Potem czas na etap szukania krzywdy i zwalania winy na cały świat:

 - "A przecież członek Wydziału Dyscypliny kibicuje naszemu największemu wrogowi. To gnój jeden!"

7. Potem nagły zwrot o 180 stopni: czas na troskę o cały świat i myślenie o przyszłości:

- "A przecież jeśli teraz wyrzuci się z ligi te wszystkie "umoczone" kluby, to dojdzie do całkowitego paraliżu rozgrywek! Czy polski futbol stać na tak wielki chaos i płynące z niego straty w perspektywie Euro 2012?!"   

8. Potem czas na argumenty prawne:

- "A przecież na razie prokuratura tylko przesłała materiały. Niezawisły sąd nie wydał wyroku, a oni już teraz chcą degradować. Karać bez udowodnienia winy?To szuje!"

Potem jeszcze może dojść parę etapów, ale efekt finalny jest taki, że nie zgadzający się z rzeczywistością kibic dotkniętej zarazą drużyny idzie przez życie z poczuciem krzywdy, niesprawiedliwości.

Zastanawiam się jak mają zachować się fani, których kluby ominęło (na razie) karzące ramię Temidy, a na których wkrótce spadnie grom z jasnego nieba?

Przyznaję: jestem zwolennikiem bezwzględnego karania za korupcję. Dla mnie degradacja jest oczywista już tylko za jeden, jedyny, malutki, ustawiony mecz, meczyk, meczątko. Każdy klub ma w historii chwalebne momenty i wstydliwe epizody. Chodzi o to, żeby za laury spijać śmietankę, ale za wtopy nie uciekać od odpowiedzialności. Dlatego teraz jakieś wspólne zakulisowe działania "pokrzywdzonych przez Wydział Dyscypliny", apelowanie o "rozsądek i umiar w walce z korupcją", budzą we mnie obrzydzenie. 

Moja rada jest więc taka: kibicu, nie szukaj usprawiedliwień, nie snuj spiskowej teorii. Bądź facetem, a nie _ _ _ _ _ (można tu sobie wpisać rubaszne śląskie słówko, jakie sobie kto uważa). Lepiej przyjąć hańbę na klatę i zachować się po męsku.

Co odpowiedziałbyś jeśli za dziesięć lat syn zadałby Ci pytanie: "Tata, a dlaczego wtedy zdegradowano Arkę, Łęczną, KSZO, a naszego klubu mimo że miał zarzuty, już nie?"

Czy patrząc mu w oczy odpowiesz: "Synu, bo oni byli winni, a nasz klub nie był?"

Albo stwierdzisz z uśmieszkiem: "Synu, u nas zawsze potafili załatwić te sprawy jak należy. Po prostu nasi działacze są operatywni i chwała im za to?"

I co? Przeszłoby Ci to przez usta? Moim zdaniem lepiej jeśli syn w ogóle nie musiałby zadawać tak postawionego pytania. A na jego:"Tato czy nasz klub był winny?" będziesz mógł odpowiedzieć "Tak, synu i poniósł zasłużoną karę. To przeszłość, za którą zapłaciliśmy".

Dlatego gdybym to ja był w Twojej sytuacji, od gorączkowego szukania przez mój klub śliskich sposobów ucieczki od odpowiedzialności, wolałbym jego pokutę, zadouśćuczynienie i postanowienie poprawy. I dopiero wtedy mógłbym z czystym sumieniem dalej kibicować mojej drużynie, która też miałaby już przecież czyste sumienie.

A potem? Potem byłby już tylko czas na zaciśnięcie zębów, dopingowanie klubu w najtrudniejszych chwilach (to też jest bardzo przyjemne) i powrót do elity po walce na boisku prowadzonej w sportowym stylu.

Przestrzegam: nieuznanie winy i nieprzyjęcie kary uczyni z ciebie KIBICA ZGORZKNIAŁEGO, bez wzniosłych marzeń, z ustami pełnymi szyderstw wykrzykiwanych na stadionach. A jeśli przyjmiesz do wiadomości że to, co było, to było i że kara jest słuszna - nadal będziesz pogodnym człowiekiem. 

Chyba warto. Pamiętaj o tym kibicu za parę miesięcy...

PS. Nie jestem cynikiem (przynajmniej jeśli chodzi o sprawy tak ważne jak futbol:-). Naprawdę wierzę w to, co napisałem. 


 

piątek, 15 lutego 2008
Wybudzanie

Przerzucam z niedowierzaniem notatki; wychodzi z nich, że na takim meczu jak dziś, jeszcze nie byłem. Nie chodzi wcale o dramatyczny przebieg, sportowe emocje czy wspaniałe bramki.

Jak myślisz Czytelniku - ilu kibiców przyjdzie na stadion zobaczyć mecz piłkarski jeśli:

- spotkanie jest zupełnie pozbawione stawki (to typowy sparing)?

- miejscowa drużyna gra przeciwko rezerwom gości (rywal już dzień wcześniej zapowiedział, że przyjedzie w mocno osłabionym składzie i dotrzymał obietnicy)?

- narastający mróz jest nie do zniesienia (chrzęszczą rzepki kolanowe, małżowiny się zwijają, a para bucha z ust jak z parowozu)?

- jest piątkowy wieczór (żona chciałaby inaczej rozpocząć weekend)?

Odpowiedż brzmi: SIEDEM TYSIĘCY.

Właśnie taki tłum nie przejął się niesprzyjającymi okolicznościami przyrody i zobaczył w Zabrzu, jak Górnik pokonał 3:0 drugi garnitur Wisły Kraków. Teraz już jestem pewien: wraca moda na fussball. Wreszcie, po prawie dwudziestu latach marazmu, śląski kibic wybudza się z letargu. Nie tylko w Zabrzu, bo czuję narastającą mobilizację także w Chorzowie, Katowicach, Gliwicach... 

A za tydzień to, co tygrysy lubią najbardziej: wraca ekstraklasa. Ale będzie się działo: na początek megahit w Sosnowcu, gdzie Zagłębie zagra z Ruchem, emocje też w Zabrzu, bo przyjeżdża Lech Poznań.

Już nie mogę się doczekać! 

czwartek, 14 lutego 2008
Jerzy Dudek: Teletubisie, a moździerz automatyczny 2B9 kalibru 82 mm

O Jerzym Dudku pierwszy raz napisałem w grudniu 1995 roku. Okazją był międzynarodowy turniej halowy w Szczygłowicach. Dudek grający w zwycięskiej drużynie AC Milan Skorpion Knurów został wybrany najlepszym bramkarzem zawodów. Za pierwsze miejsce on i jego kumple z drużyny dostali 2500 dolarów do podziału, stroje sportowe, mogli też wychłeptać beczkę piwa. Wtedy nawet mi się nie śniło (a komu się śniło), że wprawdzie Dudek nie zagra w prawdziwym Milanie, ale już w Feyenoordzie, Liverpoolu i Realu - owszem! No; z tym Realem to może lekka przesada: sezon bez choćby jednego ligowego meczu można spisać na straty. Takie zero fatalnie wygląda w statystykach (a właśnie statystyki oddadzą po latach - kiedy prawie nikt nie będzie pamiętać wspaniałych parad - bramkarską wielkość).

Życzę Dudkowi jak najlepiej i ciągle mam nadzieję, że do końca sezonu to nieszczęsne zero wymaże. Dlatego dziś ucieszyłem się na wieść, że jest szansa by wreszcie w Primera Division zadebiutował - choć było to zadowolenie z lekkim niedowierzaniem w tle. Od początku info brzmiało bowiem podejrzanie: przyczyną debiutu miała być kontuzja niezniszczalnego dotąd bramkarza Ikera Casillasa, choć przecież słowa "kontuzja" i "Iker Casillas" mają ze sobą tyle wspólnego, co Teletubisie z moździerzem automatycznym 2B9 kalibru 82 mm. Jestem pewny, że jeśli Iker pierwszy raz w życiu pójdzie wreszcie do lekarza, to już raczej ze swoim przeziębionym wnukiem...

Info rzeczywiście okazało się nadmuchanym balonem: ból nadgarstka Casillasowi już nie dokucza (nie wiedziałem, że terminatory mają nadgarstki), więc Dudek choć ledwo wstał, to znowu musi usiąść.

Pomyślałem jednak, że warto się przygotować na okoliczność ponownego napuchnięcia nadgarstka Ikera (1:250, że już nigdy nie napuchnie) i sprawdzić jak Jerzy Dudek radził sobie z presją we wcześniejszych ligowych debiutach - w Polsce, Holandii, Anglii. Co się okazuje? Żarło mu. Bramki wprawdzie w tych meczach przepuszczał, wyniki jego drużyn były nienadzwyczajne, ale nikt do niego nie miał pretensji, ba; wyróżniał się.

W debiucie numer 1 Dudek stracił dwa gole na Łazienkowskiej (16 marca 1996; Legia Warszawa - Sokół Tychy 2:0). Pierwszą bramkę w polskiej ekstraklasie przepuścił w 30. minucie. Rzut rożny wykonywał wtedy Leszek Pisz. Zbigniew Mandziejewicz strzelił niecelnie, ale piłka trafiła do Tomasza Sokołowskiego, a ten z bliska pokonał Dudka. Drugiego gola strzelił bramkarzowi Sokoła w przedostatniej minucie Tomasz Wieszczycki. Mimo porażki tyskiej drużyny człowiek ze Szczygłowic został uznany za jednego z najlepszych zawodników tego meczu; uchronił swój zespół od wyższej porażki.

Lepiej było w Feyenoordzie, choć w Rotterdamie zaczęło się podobnie jak  w Realu. Cały pierwszy rok na ławie bez choćby jednego ligowego meczu może spowodować ucisk na mózg i narastającą frustrację; czasem masz ochotę odgryźć magazynierowi tchawicę - za to, że podał ci złe rękawice... Ale Jerzy Dudek opanował rozdrażnienie, zacisnął zęby i udało się mu na stałe wskoczyć do bramki Feyenoordu na początku sezonu 1997/98. Debiut numer 2 przypadł na wyjazdowy mecz z Maastricht. Było gładkie 3:0 dla faworyta, Dudek zebrał pochwały.

Gorzej wyszło w Liverpoolu. 8 września 2001 "The Reds" po raz pierwszy z Dudkiem w składzie przegrali 1:3 z Aston Villą. Pierwszego gola wbił Polakowi Dion Dublin (mocnym strzałem głową po centrze z wolnego Paula Mersona). Ale i tym razem nikt nie winił debiutanta. Zniesmaczony „The Sunday Times" pisał: „Za każdym razem jedyną rzeczą, jaką Dudek mógł zrobić, to rozejrzeć się i spytać: „Hej, gdzie jest moja obrona?"

Bardzo chciałbym, żeby Jerzy Dudek choć raz miał możliwość powiedzieć te słowa podczas ligowego meczu w Madrycie. Żeby mógł spojrzeć na Cannavaro albo Sergio Ramosa i po udanej interwencji zawołać: „Hej, gdzie jest moja obrona?". 

dudek w realu 

Ale jeśli dalej tak pójdzie jak idzie, to te słowa Dudek wypowie raczej za rok -dwa i nie do Cannavaro, ale raczej do... Tomasza Hajto. I będzie to na kultowym dla Dudka stadionie Górnika Zabrze. No bo gdzie kończyć karierę jak nie tam? Był przecież szalikowcem KSG jeszcze w szkole podstawowej.  Mama kolegi z klasy szyła im szaliki i swetry w barwach biało-niebiesko-czerwonych... Jako obiecujący adept bramkarskiego fachu w Concordii Knurów, Jurek lubił przyjechać na Roosevelta trochę wcześniej, żeby podpatrywać rozgrzewkę Józefa Wandzika albo Marka Bębna.

Fajnie by wyszło, gdyby na zakończenie kariery mógł Dudka w Zabrzu podpatrywać jakiś - nieobjawiony nam jeszcze - śląski bramkarski talent. Co sądzicie?

środa, 13 lutego 2008
Cracovia najstarsza? No to skręćcie do Katowic (jedenastka wszech czasów)

103 lata... Piękny wiek! Tyle kończyłby właśnie dziś - gdyby istniał - Sport Club Diana z Katowic. Słowo stało się piłką właśnie 13 lutego 1905 roku.

W Dianie (nazwę na cześć ... rzymskiej bogini łowów wymyślił pierwszy prezes) grali gimnazjaliści i urzędnicy kolei. To musiały być dla futbolu piękne, romantyczne, nieskażone mamoną, czasy...

 diana

Wiele bym dał, żeby zobaczyć jak katowiccy pionierzy gorszyli statecznych mieszczan krótkimi portkami. Już widzę, jak panie w eleganckich sukniach zapinanych pod samą szyję, wstydliwie spuszczają wzrok widząc gołe kolana i włochate uda tych chłopaków... Chętnie pokopałbym z nimi szmaciankę na Placu Andrzeja (koło więzienia, niedaleko dworca PKP), wówczas zwykłym placu, gdzie był targ bydła. Sto lat temu ekipa brała go w posiadanie po godzinie 15, kiedy po krowach zostało już tylko łajno. Trzeba było tylko spytać o zgodę jednego z trzech urzędujących wówczas w mieście policjantów (kiedyś tylko tylu potrzeba było w Katowicach, naprawdę!), uprzątnąć kupy i...heja. Właśnie na tym placyku (do którego z roboty mam zresztą 46 sekund na piechotę) rodziły się pierwsze katowickie talenty. Tam piłkę kopał choćby mały rudzielec z odstającymi uszami, mieszkający z matką na Wrangelstraße (dziś ul. Barbary), znany później jako „Ezi"...

Dziś trudno w to uwierzyć, ale futbol w tamtych czasach był uważany powszechnie za dzieło szatana. Młodzież szkolna miała absolutny zakaz uczestnictwa w rozgrywkach. Przywołam przypadek ucznia gimnazjum Emila Nogli, jednego z najlepszych piłkarzy Diany, mistrza Górnego Śląska z 1912 roku - można by powiedzieć pierwszego idola... Nogli, na co dzień prymus, z powodu gry w piłkę został zawieszony w prawach ucznia, a dyrektor nie chciał dopuścić go do matury! Dopiero pod wpływem nauczycieli - potajemnie miłośników piłki - miał zmienić zdanie. Do przełomu doszło w 1913 roku, kiedy Südostdeutscher Fußball-Verband (Południowo-Wschodnio-Niemiecki Związek Piłki Nożnej) zawarł po pertraktacjach porozumienie z władzami szkolnymi. Odtąd młodzież miała możliwość zrzeszania się w oddziałach młodzieżowych piłki nożnej.

Oczywiście Diana szybko stała się poważnym klubem, dorobiła się własnego boiska (a właściwie boisk, ale to osobny temat). Co najmniej dwóch piłkarzy w niej grających trafiło już w barwach innych klubów do reprezentacji Polski (Paweł Lubina, Otto Riesner). Niestety - ostatni mecz Diana rozegrała prawie 70 lat temu. Kiedy w 1939 roku hitlerowcy zajęli Katowice, zakazali Dianie działalności. Powód? Klub - choć zakładany przez mieszkających w mieście Niemców - miał częste kontakty z polskimi drużynami (m.in. z Pogonią Lwów z Wacławem Kucharem w składzie), a w jego składzie było wielu Polaków.

godło diany

Urodziny Diany (fajny herb, prawda?) są dla mnie okazją do stwierdzenia, że Katowice pod względem piłkarskim nie wykorzystały wielkiego potencjału, jakim dysponowały od zawsze. To niewiarygodne, że nad Rawą  - mimo silnej na Śląsku konkurencji - nigdy nie świętowano mistrzostwa Polski (choć blisko było już przecież w latach 20)! Gdybym miał wskazać jedno miasto, którego drużyny ucierpiały na skutek przeróżnych nieszczęść, nagromadzonego pecha, odgórnych decyzji politycznych ale i wstydliwych epizodów - byłyby to bez wątpienia  Katowice. Dziś w tym mieście rządzi GKS, ale gdyby nie splot zdarzeń i okoliczności, mogłoby stać się zupełnie inaczej. Przed 1964 rokiem najważniejszym klubem Katowic - wręcz symbolem miasta  - mogły stać się Diana, 1. FC, Pogoń, Dąb, po wojnie Baildon i Stal. Niektóre z tych klubów same zmarnowały szansę, innym perfidnie ją zabrano. Dziś w Katowicach prawie nikt ich nie pamięta, nie żałuje. Liczy się tylko GieKSa...

Przy okazji wpisu pokusiłem się naprędce o jedenastkę wszechczasów złożoną z piłkarzy urodzonych w Katowicach (lub dzielnicach później do nich przyłączonych). Widać wyraźnie przewagę ataku nad obroną.

„Katowice All Stars": Edward Szymkowiak - Dariusz Fornalak, Jacek Kowalczyk, Grzegorz Fonfara - Ewald Dytko, Erwin Nyc(tz), Tomasz Zdebel, Ryszard Herman (Richard Hermann) - Krzysztof Warzycha, Jan Furtok, Ernest Wilimowski. Ławka rezerwowych: Emil Goerlitz, Karol Kossok, Edward Jankowski, Marek Koniarek, Paweł Lubina.

Jeden mistrz świata, pięciu uczestników mundiali, piętnastu reprezentantów Polski, dwóch reprezentantów Niemiec (bo „Ezi" tu i tam). Może kogoś pominąłem? Pomóżcie...

PS. Diana najstarsza? No to skręćcie do Raciborza. Tam byli pierwsi z pierwszych na Górnym Śląsku. Już w 1903 roku kopali piłkę w Ratibor Sportvereingung...

wtorek, 12 lutego 2008
Liczba dnia: 36000. To będzie odpał nie z tej ziemi!

Rany boskie, gorączkowa kotłowanina narasta... Kiedy piszę te słowa do 90. Wielkich Derbów Śląska pozostało aż 18 dni, 22 godziny, 47 minut i 22 sekundy, a przecież już sprzedano 36 tysięcy biletów!  Ludzie w Chorzowie i w Zabrzu wytrwale stoją po nie w kolejkach przez wiele godzin. Właściwie w Zabrzu już nie stoją, bo cała pula dla Górnika (12500 biletów) została rozdrapana. Zdeterminowani przedstawiciele zabrzańskiego klubu błagają organizatorów, żeby zmniejszyli bufor bezpieczeństwa i udostępnili im jeszcze jeden sektor. Z kolei kibice Ruchu już zaczynają trenować doping. Zwołali sobie na Śląskim zbiórkę z bębnami. Na zbiorowe śpiewanie przyszło prawie tysiąc kobiet, mężczyzn i dzieci! Oto filmik z treningu:

Coś czuję, że 2 marca Śląski będzie jak La Bombonera, Ruch jak Boca Juniors, a Górnik jak River Plate. Konfetti na pewno nie zabraknie!

PS. Szanownych Czytelników proszę: nie przypominajcie mi, że słówko „derby” jest nieodmienne. Ja sobie odmieniam i już!

poniedziałek, 11 lutego 2008
Dlaczego lubię Stadion Ludowy w Sosnowcu

Oczywiście nie ze względu na architekturę, brrrr.... Pomyślałem o Ludowym, bo jest fajna pogoda, zrobiło się ciepło i pewnie coraz mniej ludzi myśli o nartach, a coraz więcej o spacerach na świeżym powietrzu, grze w nogę, siatkówkę, kosza, o joggingu albo innym nordic walkingu ... Wkrótce wiosna! 

I właśnie w tym momencie Sosnowiec ze swoim Ludowym zyskuje - moim zdaniem - przewagę nad miastami z drugiej strony Brynicy. Żeby przekonać się o co mi chodzi, trzeba przyjechać na stadion Zagłębia nie tuż przed meczem, ale na przykład we wtorek po południu albo w sobotni ranek czy kiedy tam chcecie. Przekonacie się, że to miejsce bez przerwy tętni życiem. Przy Ludowym jest bowiem rozległy kompleks boisk i boiseczek na których kopią piłkę nie tylko zrzeszeni w Zagłębiu młodzicy, trampkarze, juniorzy albo gwiazdy z pierwszej drużyny. Jest też miejsce dla zwykłych mieszkańców, którzy chcą pokopać piłkę po stresującym dniu w biurze. Albo chcą pozrzucać brzuchy w truchcie dookoła boiska. Albo chcą poplotkować przy piwku w przystadionowej knajpce. I teraz uwaga: CHCĄ I MOGĄ! Ta  powszechna dostępność Ludowego (co za adekwatna nazwa!) jest dla mnie godnym podziwu fenomenem. Zawsze kiedy się tam pojawiam w porze niekoniecznie meczowej, słyszę świergot rozkrzyczanych, biegających za piłką bajtli (przepraszam, w Sosnowcu na bajtli mówi się "chłopcy"), wymieszany z gwarem produkowanym przez atrakcyjne matki po trzydziestce, plotkujące na przykład o ostatniej imprezie w Zakręconej...

Właśnie o to chodzi! W ten naturalny, niedostrzegalny sposób buduje się więź między ludźmi a klubem z ich miasta. Dzięki temu, że mieszkańcy mają Ludowy na co dzień, Zagłębie zawsze będzie dla nich zjawiskiem godnym zainteresowania. Przy takich Zagłębiach, towarzyszach życia codziennego określonej społeczności, sztucznie hodowane kluby, które posklejał i ożywił jedynie kaprys bogacza, to trupy od samego początku. Żadne sukcesy im nie pomogą. Kiedy odchodzą w niebyt, pies z kulawą nogą za nimi nie zapłacze (vide:Amica).

Jako, że blog poświęcony jest głównie śląskiej piłce, muszę odnieść się do jej klubów-ikon. Oczywiście o Górniku, Ruchu, Polonii czy Gieksie też będzie mówić się do końca świata, a nawet dzień dłużej. Ale chyba nigdzie na Śląsku, klub nie jest tak blisko zwykłego mieszkańca jak u sąsiada. A może się mylę? Może są gdzieś kluby pod tym względem do Zagłębia podobne? Jeśli tak jest - dajcie znać. Chętnie o tym napiszę!

Ah, zapomniałbym... Lubię Ludowy za jeszcze jedną - unikalną w warunkach polskich - cechę. Sprawa jest prosta: stadion w Sosnowcu dorobił się własnej nazwy. Chyba jako jedyny, na którym gra na co dzień klub pierwszoligowy w tym kraju. Dla mnie to ważne. Gdzieś w świecie istnieje przecież nie Manchester Stadium, a Old Trafford, nie Glasgow Stadium, a Ibrox Park, nie Dortmundstadion, a Westfallenstadion (choć akurat tam się sprzedali)...

W Polsce nie ma niestety tradycji nadawania stadionom własnych nazw. Natchnienie dają albo klub, albo pobliska ulica. Dlatego stadion w powszechnej śląskiej świadomości jest albo Ruchu albo na Cichej, albo Górnika albo na Roosevelta, albo GKS-u albo na Bukowej. A w Sosnowcu wystarczy powiedzieć, że idzie się na Ludowy i wszystko jasne. Mało kto pamięta przy jakiej on właściwie stoi ulicy, bo nie musi pamiętać... Mam nadzieję, że w Sosnowcu nikomu nie przyjdzie do głowy zmienić nazwę, tak jak zrobili to choćby w Budapeszcie. Węgrzy przez dziesięciolecia mieli swój Nepstadion (czyli właśnie... Stadion Ludowy), ale kilka lat temu przemianowali go na Puskas Ferenc-stadion. Przy całym szacunku dla "Galopującego Majora" -  nie mogę się przyzwyczaić... Tak jak nie mógłbym się przyzwyczaić do stadionu im. Jana Kiepury w Sosnowcu albo Stadionu Narodowego im. Jerzego Ziętka w Chorzowie...

niedziela, 10 lutego 2008
O najpotworniejszej lewej nodze lat 90.

Po ciężkim tygodniu żmudnej pracy biurowej, z radością wybrałem się na weekendowy sparing. Tym razem wybór padł na Koszutkę i boisko Rapid. Zagrały na nim GKS Katowice z IV-ligowym Beskidem Skoczów. Mecz bez historii, GKS wygrał 5:0. Potwierdziło się, że Grażvydas Mikulenas może być dla katowickiego zespołu kimś znacznie ważniejszym niż Rasiak dla Boltonu. Ciekawe tylko czy Ruch Litwina do GieKSy - w kontekście paskudnej kontuzji Jezierskiego - w ogóle puści?

Ale ja chciałem nie o tym, nie o tym... Podczas meczu na Koszutce w jedenastce ze Skoczowa zauważyłem faceta, który znikł mi z pola widzenia dobrych parę lat temu. Wróciły wspomnienia... Pamiętacie Bogdana Pruska? Wychowanek klubiku LKS Stara Wieś spod Pszczyny, w klubach śląskich i wielkopolskich rozegrał prawie 200 meczów w ekstraklasie i strzelił ponad 30 bramek. To właśnie ten człowiek uzmysłowił mi, że futbol to nie jest tylko przyjemna gra, w której jeśli jesteś dobry, to faceci wrzeszczą z zachwytu po twoim efektownym dryblingu, a kobiety posyłają powłóczyste spojrzenia, kiedy schodzisz w chwale do szatni po meczu... 

Bogdan Prusek wiele lat temu sprawił, że doznałem na boisku piłkarskim paskudnego, dotąd kompletnie mi obcego, uczucia. To był paraliżujący, wręcz zwierzęcy strach: podczas treningu, który oglądałem zza linii końcowej, Prusek lewą nogą nagle oddał strzał, po którym nadlatująca ze świstem piłka omal mnie nie zabiła. Sformułowanie „oddał strzał” jest nieprecyzyjne; dotąd nawet nie zdawałem sobie sprawy, że człowiek może kopnąć piłkę z tak potworną, nieprawdopodobną siłą.

Od tego momentu - kiedy już ochłonąłem - zacząłem śledzić dokonania Pruska, a zwłaszcza jego lewej nogi. Parę razy widziałem jak stopa blondwłosego piłkarza dokonuje spustoszeń w szeregach  przeciwników. Pamiętam choćby 1995 rok, kiedy Prusek był piłkarzem Sokoła Tychy. Byłem na meczu kiedy jego młot pneumatyczny dwukrotnie wprawił w osłupienie bramkarza Lecha Poznań Mioduszewskiego. Mioduszewskiemu po ludzku współczułem, ale i cieszyłem się, że nie jestem na jego miejscu. Zawsze uważałem, że każdy bramkarz grający przeciw Pruskowi powinien przed meczem dostać w szatni suspensorium i podpisać dodatkową polisę ubezpieczeniową...

W 1997 roku razem z Pruskiem i jego ówczesną drużyną Odrą Wodzisław, byłem na pucharowym meczu w rosyjskim Wołgogradzie. Na stołówce niepostrzeżenie stanąłem za Pruskiem w kolejce po obiad i uważnie dokonałem intensywnej obserwacji jego kończyny. Niczego się nie dowiedziałem: okazało się, że Prusek dysponuje zwyczajną, męską, po piłkarsku umięśnioną, lekko owłosioną, lewą nogą. Myślałem, że ma może zdeformowaną stopę, że ma na stanie coś na kształt bawolego kopyta, które jest tajemnicą jego sukcesu, ale nie... Stopa Pruska w klapku wyglądała całkiem zwyczajnie. Wytłumaczenie mogło być tylko jedno: opatrzność dała Pruskowi moc wrodzoną. W efekcie kiedy Bogdan dotykał lewą stopą piłki następowało wyładowanie elektryczne i tyle. Takie wytłumaczenie musiało mi wystarczyć...

Na pamiątkę pobytu w Rosji zrobiłem sobie z drużyną Odry zdjęcie w mauzoleum świętego ognia (przypominam, że Wołgograd to był kiedyś Stalingrad i w czasie wojny zginęło tam ponad milion żołnierzy). Przykucnąłem oczywiście obok Bogdana Pruska, licząc po cichutku, że przynajmniej część jego lewonożnej mocy na mnie spłynie. Nie spłynęła, ale fotka pozostała:

Odra w Wołgogradzie 

Odra Wodzisław A.D.1997, mauzoleum w Wołgogradzie. W pierwszym rzędzie od lewej: Paweł Czado,  Bogdan Prusek, Przemysław Pluta, Arkadiusz Bałuszyński, Paweł Sibik, Krzysztof Zagórski, Piotr Sowisz, Jan Woś, Mirosław Staniek. W górnym rzędzie od lewej: Paweł Primel, lekarz Ryszard Zakrzewski, Piotr Jegor, trener Marcin Bochynek, Jacek Polak, działacz, Ryszard Wieczorek, Dariusz Kłoda i drugi trener Jerzy Wolny.

Otrząsam się ze wspomnień, znów jestem na Koszutce... Bogdan Prusek ma dziś 37 lat i ciężko mu w Katowicach rywalizować z obrońcami półtora dekady młodszymi od siebie. Nie liczę na wiele. Chcę tylko, żeby choć raz wprawił w osłupienie dość licznie zgromadzonych kibiców, z których większość nie ma nawet pojęcia, że po boisku biega uśpiona bomba. Niestety; mechanizm tym razem nie odpala, katowicki bramkarz nie ma okazji się wystraszyć. W drugiej połowie ciężko dyszący Prusek siada na ławce rezerwowych...

Sława przemija, ale wspomnienia zostają. Dla mnie Bogdan Prusek zawsze będzie tym, który miał najpotworniejszą nogę w Polsce. Przynajmniej w latach 90.

A może nie? Może znacie kogoś z potężniejszym kopytem?

Archiwum