czwartek, 13 marca 2008
Manchester pamięta o Górniku

Musiałem przypomnieć o tej chwili. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zdarzyło się, żeby polska drużyna pokonała w rozgrywkach Pucharu Europy klub, który w tej samej edycji zdobył to trofeum. Rodzynek, który dokonał tej sztuki to Górnik Zabrze. Przytrafiło mu się to dokładnie 40 lat temu: 13 marca 1968 roku Górnik wygrał na Stadionie Śląskim 1:0 z Manchesterem United. To był ćwierćfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. "Czerwonym Diabłom" nie pomogli wtedy Bobby Charlton i George Best - bohaterem meczu był Włodzimierz Lubański, który efektownym strzałem zdobył jedynego gola. Ludzie, którzy byli na tym spotkaniu pamiętają przenikliwe zimno, oblodzoną murawę i zwały śniegu wokół boiska. Górnik wygrał, ale właściwie przegrał, bo odpadł. To dlatego, że w pierwszym meczu w Manchesterze, którego bohaterem był bramkarz Hubert Kostka, wygrali gospodarze 2:0.

Ogółem polskie drużyny grały z poźniejszym triumfatorem najważniejszych europejskich rozgrywek pucharowych (wliczając oczywiście Ligę Mistrzów) jeszcze trzy razy:

- w edycji 1969/70 roku Legia odpadła w półfinale z Feyenoordem (0:0, 0:2);

- w edycji 1996/97 Widzew nie dał rady w grupie LM Borussii Dortmund (2:2, 1:2);

- w edycji 1998/99 ŁKS odpadł w eliminacjach z... MU (0:0, 0:2). 

Tamto spotkanie sprzed 40 lat dobrze pamiętają nie tylko w Zabrzu, ale i w Manchesterze. To była przecież jedyna porażka tamtej wspaniałej drużyny w całych rozgrywkach Pucharu Europy sezonu 1967/68 (a chłopcy Busby'ego grali przecież wtedy z nie byle kim - Benficą Lizbona, Realem Madryt, FK Sarajevo i - na przystawkę - z maltańskim Hiberniansem Paola). Angielski klub przygotowuje się zresztą do obchodów okragłej rocznicy tamtego triumfu i ostatnio zwrócił się do Górnika z prośbą o udostępnienie pamiątek sprzed lat.

Mam właśnie przed sobą pachnący jeszcze świeżością zeszłoroczny almanach "Manchester United. The complete record. The most comprehensive book of facts, figures and statistics about Manchester United ever published". Wyobraźcie sobie 1146 stron samych statystyk, liczb, suchych faktów - bez takiego ględzenia jak choćby na Czadoblogu. Autor tej cegły Andrew Endler liczył sobie te wszystkie zestawienia chyba od dziecka! Wygląda mi to na sympatyczną obsesję - myślę, że po obiedzie będzie się Endlerowi odbijać cyframi jeszcze wiele lat... Z jego rachunków wynika, że 13 marca to dzień wyjątkowo szczęśliwy dla MU, a przecież Górnik potrafił jednak przełamać tą passę!

Otóż w całej swej historii Manchester rozegrał tego dnia 18 meczów i tylko trzy z nich przegrał. Ostatni raz - właśnie z Górnikiem (był to mecz nr 2843 w historii MU. Wcześniej "Czerwone Diabły" musiały uznać wyższość Huddersfield w 1926 roku i Charltonu w 1937 roku). Wniosek? Pod żadnym pozorem nie grajcie z MU 13 marca!

Tamten mecz sprzed 40 lat jest dla United niecodzienny także z innego powodu. Z obliczeń Endlera wychodzi, że w całej historii klubu tylko podczas trzech meczów było na trybunach więcej ludzi niż wtedy na Stadionie Sląskim. Rekord należy do meczu Real - MU na Santiago Bernabeu z 1957 roku (135 000 widzów), drugie miejsce ma ten sam zestaw rywali z tym samym miejscem rozegrania spotkania, tyle że 11 lat później (125 000), a trzecią lokatę zajmuje mecz Barcelona - MU z 1994 roku (114 273). Czwarta zaszczytna pozycja przypadła według Endlera spotkaniu Górnik - MU z wynikiem 105 000 widzów (nie do końca jestem jednak przekonany, czy rzeczywiście aż takie tłumy oglądały ten mecz - zdaniem Andrzeja Gowarzewskiego na Śląskim było wtedy ok. 90 0000)

Czy trzeba przypominać, że przełom lat 60. i 70. był szczytowym momentem chwały Górnika? Jego popularność biła wtedy wszelkie rekordy. Kochali go ludzie w całej Polsce; do siedziby klubu przychodziły tysiące listów od fanów i fanek. Obok słów uwielbienia, podziekowań, serdeczności, pojawiała się także "twórczość artystyczna". Przytoczmy dwa przykłady: jeden wierszyk napisany został tuż przed meczem Górnik - MU, drugi - tuż po. Piszący bardzo się starali...

"Trzynastego Górnik wygra 3:0,

Trzynastego Bobby Charlton to zero,

Trzynastego brawa dla Lubańskiego,

Trzynastego co ma Anglia do tego,

Trzynastego, bo ja właśnie dla Włodka śpiewam tak:

Trzynastego wszystko zmienić się może,

Trzynastego wygramy kolego,

Trzynastego Anglia przegra do zera,

Trzynastego niech ich weźmie cholera,

Trzynastego nie damy Górnika,

Trzynastego Polak bije Anglika,

Trzynastego wiem, że przegra Manchester,

Trzynastego, bo ma pecha ten zespół!

PS. Prosimy o szybki odpis, czy piosenka się podobała (To jest bardzo ważne)

Monika i Magda z Lublina

A po meczu mimo niedosytu twórcy nadal byli nastawieni bojowo:

...Lecz taka jest mistrzów dola,

Że zabraknie czasem gola.

Zaczekamy do sezonu,

Puchar Mistrzów bedzie w domu

klasa VII a szkoły podstawowej w Gdańsku-Wrzeszczu

PS. W swoim archiwum mam pamiątkę po tamtym wydarzeniu: starannie wydany, przedmeczowy program. Trzeba przyznać, że organizatorzy się wtedy przyłożyli.

program na mecz Górnik - MU

PS2. Wierszyki pochodzą z wydanego na fali entuzjazmu po występach Górnika w 1968 roku folderu "W pogoni za pucharem".

środa, 12 marca 2008
Zróbcie coś z tym gliwickim kurnikiem

Witam po dłuższej nieobecności:))))

Tak naprawdę mój wyjazd się nieco opóźnił, a że po dniu bezblogowania zaczęły trząść mi się ręce - musiałem oddać się nałogowi... Jako że temat jest w moim przekonaniu ważny i niecierpiący zwłoki - znów pojawia się wpis.

Dziś o Gliwicach.  Zawsze dziwiłem się, jak to możliwe, że tak wspaniałe miasto nigdy nie dorobiło się klubu piłkarskiego w ekstraklasie. Co prawda kiedyś istniała tu znakomita drużyna SpVgg Vorwaerts Rasensport, która wielokrotnie była mistrzem Śląska (w sezonie 1935/36 gliwiczanie dotarli nawet do półfinału mistrzostw Niemiec, eliminując m.in. Werder Brema), a jej piłkarze grali w reprezentacji Seppa Herbergera, ale to czasy tak dawne, że dla obecnych gliwiczan, pasjonujących się piłką mogłoby ich nie być.

Założony w 1945 roku Piast szybko został piłkarską wizytówką miasta, jednocześnie stając się symbolem II ligi, w której ugrzązł na kilkadziesiąt lat. Choć kilka razy ekstraklasa była bardzo blisko Gliwic - nie udało się ani razu, zawsze w samej końcówce był ktoś lepszy. Teraz wydaje się, że wreszcie Piast do tej cholernej ekstraklasy awansuje. Tylko co z tego, skoro może w niej w ogóle nie zagrać?!

Wszystko rozbija się o bazę. Gliwice to bardzo piękne miasto z wyjątkowo obrzydliwym stadionem piłkarskim. Sformułowanie „kurnik" to komplement - współczuję kibicom Piasta, że przez tyle lat ten „kurnik" był ich domem. Jak to możliwe, że w Gliwicach stoi tyle wspaniałych, zapierających dech w piersiach architektonicznych perełek, a stadion pasuje raczej do klubu LZS Wólka Zielona Nakrapiana? Obecny obiekt przy ul. Okrzei w żaden sposób nie spełnia wymogów ekstraklasy. Co prawda ostatnio pojawiły się tam wreszcie jupitery i monitoring, ale nadal brakuje trybuny z zadaszeniem, ogrodzenia, porządnego budynku klubowego. Czyli właściwie wszystkiego.

Władze Ekstraklasy SA kategorycznie zapowiadają, że nie dopuszczą już do rozgrywek klubu niespełniającego standardów. Powtórzenie cyrków, które były udziałem Polonii z sąsiedniego Bytomia nie wydaje się więc możliwe. Właścicielem „stadionu" jest miasto, które wygląda na kompletnie zdezorientowane rozwojem sytuacji. Trwa zastanawianie się: czy pakować pieniądze w remont obiektu przy Okrzei (potrzeba co najmniej 10 mln zł), czy może wybudować całkiem nowy stadion w całkiem innym miejscu?

Nie wiadomo. Nikt z najważniejszych osób w mieście nie umie się określić, a CZAS LECI.

Panowie z magistratu, zróbcie coś! Nie lekceważcie piłkarzy, bo dzięki nim o Gliwicach może usłyszeć cała Polska. Jeśli Piast po 63 latach istnienia wreszcie awansuje do ekstraklasy, a potem nie będzie mógł w niej zagrać - ludzie wam tego nie zapomną!

poniedziałek, 10 marca 2008
Zamykam bloga

... bo wyjazd się szykuje. Po powrocie otworzę go na nowo.

Pozdrawiam wszystkich

PaCz

15:15, pavelczado
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 marca 2008
Futbol bez wślizgów? Bez sensu

Brutalny faul Martina Taylora na Eduardo rozpoczął debatę nie tyle nad zasadnością zaostrzenia kar dla boiskowych brutali, co raczej nad wprowadzeniem całkowitego zakazu stosowania wślizgów w piłce nożnej. Pomysł popiera choćby Marek Citko, jeden z najlepszych polskich piłkarzy lat 90.

Nie zgadzam się. 

Zwolennicy zakazu wślizgów argumentują, że brutalne faule odbierają radość oglądania futbolu. Ale wślizg nie oznacza przecież automatycznie brutalnego faulu, czy... faulu w ogóle! Pójdę jeszcze dalej: moim zdaniem wprowadzenie zakazu wślizgów odebrałoby radość oglądania futbolu w równym stopniu jak brutalna gra! 
Powody dla których tak uważam są dwa.
Pierwszy powód (nie zdziwcie się) - doznania estetyczne
Sytuacja gdy następuje prawidłowo wykonany, elegancki wślizg, po którym rozpędzony napastnik biegnie, ale... już bez piłki, a obrońca podnosi się z murawy z wyłuskaną futbolówką, żeby rozpocząć kontratak, budzi we mnie autentyczny zachwyt. Czuję się w pełni usatysfakcjonowany, moje kibicowskie poczucie estetyki jest całkowicie zapokojone. Uważam, że gra wślizgiem to bardzo trudny element futbolowej sztuki, a perfekcja w jego stosowaniu jest równie godna podziwu, jak smykałka do niekonwencjonalnego dryblingu albo umiejętność zdobywania goli po strzałach z przewrotki! Moim zdaniem udany wślizg może tak samo z wrażenia odebrać dech w piersiach, jak strzał z woleja, zaskakujące podanie piętką czy rajd przez pół boiska.
Drugi powód (ważniejszy) - tempo gry 
Zakaz wślizgów spowoduje nie tylko uboższe doznania estetyczne. Bez nich mecz piłkarski stanie się zwyczajnie gorszy, bo... wolniejszy. Wślizgi zapisały się w historii rozwoju futbolu także dlatego, że wymusiły na piłkarzach szybszą - a nawet znacznie szybszą  - grę. Będący przy piłce zawodnicy musieli się przecież nauczyć jak ją rozgrywać (albo jak się jej pozbywać - to to samo) w tempie nieporównywalnym niż wcześniej. Nikt chyba nie zaprzeczy, że ”szybciej znaczny ciekawiej”; we współczesnym futbolu nie ma już miejsca na kółeczka, albo kilkunastosekundowe rozglądanie się na boki, komu by tu podać...
Nie wyobrażam więc sobie, że moglibyśmy wrócić do epoki ”przedwślizgowej”. Tak, ”przedwślizgowej”, bo wbrew pozorom to przekleństwo napastników wcale nie istniało od zarania futbolowych dziejów. Ba, od kiedy w Polsce kopie się piłkę, wślizg jest u nas stosowany krócej niż dłużej! Ciekawe, że jego pojawienie się na naszych boiskach to zasługa piłkarza ze Śląska. Przyjmuje się, że wślizg pierwszy zastosował w Polsce Stefan Florenski, sławny obrońca Górnika Zabrze. Było to na przełomie lat 50. i 60.
stefan florenski 
Florenski na stałe mieszka w dziś w Niemczech, więc kiedy kilka lat temu przyjechał odwiedzić stare kąty, od razu go o te wślizgi ”zahaczyłem”.  Opowiedział mi, że podpatrzył takie zagranie na jednym z meczów w Austrii. - Olśniło mnie wtedy, że to świetny pomysł, postanowiłem też spróbować. Pierwszy raz zaryzykowałem na Stadionie Śląskim, nie pamiętam, z kim graliśmy.

- Czy arbiter odgwizdał wtedy faul? - spytałem.

Florenski odparł, że nie.- To był jakiś sędzia zagraniczny, który się już wcześniej musiał spotkać z takim zagraniem. W polskiej lidze na początku jednak nie było mi łatwo. Sędziowie często odgwizdywali faule, wybuchła ogólna dyskusja, czy w ogóle pozwolić grać w ten sposób. Zwolennicy podkreślali, że nie ma mowy o faulu, kiedy noga atakuje piłkę. Wkrótce także inni zaczęli stosować wślizgi i nie było tematu - zakończył Florenski.

Jak chyba każdy normalny człowiek interesujący się futbolem, jestem zaciekłym przeciwnikiem brutalnej gry. Doskonale zdaję sobie sprawę jak bardzo paskudne są faule przy okazji zastosowania wślizgu. Istota problemu tkwi jednak nie tyle w samych wślizgach, co nieprawidłowym ich wykonywaniu. Pięta atakującego piłkarza zawsze powinna dotykać murawy, a nie przecinać ze świstem powietrze trzydzieści centymetrów wyżej, tak jak choćby na poniższym zdjęciu.
wślizg Pawła Skrzypka. Atakowany Sebastian Szałachowski
Zbójeckie zagranie, prawda? Chodzi o to, żeby sędziowie egzekowali prawidłowe wykonanie wślizgu z całą surowością - piłkarzy, którzy źle opanowali sztukę bez wahania odsyłali do szatni (z więzieniem to już przesada). Na razie tak nie jest, o pięcie na ziemi już chyba nikt nie pamięta...
PS. Podejrzewam, że gdyby porównać ilość wszystkich wślizgów wykonywanych codziennie przez piłkarzy na treningach i meczach oraz ilość wślizgów, po których ktoś odnosi kontuzję, okazałoby się, że odsetek tych drugich jest zaskakująco niski. Nie zmienia to faktu, że jak jakiś profan wślizgu trafi cię w piszczel, może być po wszystkim... 
 
PS2. Zwolennicy zakazu wślizgów przypominają Marco van Bastena, który jako ofiara wielu brutalnych fauli musiał powiesić buty na kołku w wieku 29 lat. Nietrafiony wybór! Nie sądzę, żeby akurat van Basten miał coś przeciwko wślizgom. Pamiętacie jego fantastycznego gola w przedostatniej minucie półfinałowego meczu Niemcy - Holandia na Euro'88? STRZELIŁ GO WŁAŚNIE WŚLIZGIEM!
Zobaczyć zbaraniałą minę Juergena Kohlera - bezcenne!
piątek, 07 marca 2008
Zupełnie nowe wcielenie Jana Furtoka

Był styczeń 2007 roku. Kiedy dotarła do mnie ta porażająca wiadomość, nakryłem się prześcieradłem i w boleści przeleżałem dwa dni. Otóż w Szwecji przestała ukazywać się w druku “Post Och Inrikes Tidningar”, najstarsza gazeta na świecie, założona w 1645 roku. Jej właściciele postanowili, że będzie można ją przeczytać tylko w Internecie, a trzy egzemplarze dziennika będą drukowane i przechowywane w uniwersyteckiej bibliotece - tak, by tradycja nie umarła.

Los „Post Och Inrikes Tidningar” był dla mnie złowieszczym symbolem nadchodzących czasów, których jako miłośnikowi prasy bardzo trudno byłoby mi zaakceptować. Czy stopniowo gazety miałyby w ogóle przestać się ukazywać?! Czyżby nerwowe przebieranie palcami po klawiaturze miało zastapić niebiański dla ucha szelest powolutku przewracanych stron przy porannej herbacie ? (nie znoszę kawy)

NIE, NIE, NIE - myślałem. Dzień bez gazet to dzień stracony! Czytam je namiętnie od dziecka i nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek mogłoby byc inaczej. Uwielbiałem zagracać swój pokój oprawianymi u intraligotora kolejnymi rocznikami sportowych czasopism. Zawsze chciałem być dziennikarzem pracującym tylko i wyłącznie w gazecie. Marzenie się spełniło, było fajnie. Aż tu nagle przytrafił się ten cholerny Internet...

Monopol gazet na sportowego newsa został bezpowrotnie złamany (wbrew pozorom radio i TV nie są w tym względzie dla prasy konkurencją), sportowy świat znalazł się w zupełnie nowej rzeczywistości... O nie, myślałem z mocą, nigdy nie zdradzę gazety dla Internetu, nigdy!

Co wyszło z tych zapewnień, widzicie sami - czytając choćby ten wpis (na gazetowym papierze przecież go nie będzie). Dzieckiem Internetu jest długo niedoceniany i lekceważony przeze mnie blog. A teraz bloguję sobie błogo i podoba mi się to coraz bardziej. Jakie to fajne podyskutować sobie w komentarzach z własnymi czytelnikami, jakie to fajne poczytać złośliwości dotkniętych do żywego czytelników...

Zalety bloga dostrzegli nie tylko dziennikarze sportowi, nie tylko kibice. Zaczyna się nowa era: korzystają z niego także sami sportowcy i kluby. ”Fajny ten twój blog” - zauważyli kilka dni temu działacze GKS-u Katowice (miło mi), deklarując jednocześnie, że ruszają z podobną inicjatywą. Właśnie dziś zaistniał blog Jana Furtoka, najsławniejszego piłkarza w historii GKS-u, teraz prezesa tego klubu. Zapraszam: znajdziecie go na katowickich stronach portalu gazeta.pl. Winieta bloga wygląda tak:

blog Jana Furtoka

Jeśli są jakieś inne kluby, które też chciałyby założyć bloga - serdecznie zachęcem i proszę o kontakt: pawel.czado@katowice.agora.pl

PS. Jeśli prasy w tradycyjnym rozumieniu tego słowa kiedyś zabraknie, pewnie odetchnie z ulgą moja żona. Nie będzie już musiała patrzeć z obrzydzeniem na potwornie zaśmiecone przeróżnymi gazetami wnętrze mojego samochodu. Ale ona już od dawna wszelkie informacje czerpie z Internetu...

PS 2. Mimo wszystko nadal wierzę w potęgę prasy. Wierzę, że za sto lat mój prawnuk nadal będzie mógł czytać o swojej ukochanej drużynie w papierowej gazecie, że będzie mógł wycinać sobie artykuły, zdjęcia i wklejać je do pamiątkowych zeszytów. Przecież choć istnieje bardzo wygodne DVD, ludzie nadal uwielbiają chodzić do kina...

Ja z całą mocą na jaką mnie stać, składam teraz dwie deklaracje:

- będę pisać do gazety tak długo, jak ktoś zechce drukować moje teksty.

- będę kupować gazety do ostatniego dnia mojego życia.

Albo ich.

 

czwartek, 06 marca 2008
Kłopoty Federera zaczęły się na Śląsku

Na tenisie znam się tak samo, jak na hodowaniu storczyków. Nie zmienia to faktu, że mam w tej dziwacznej i niezrozumiałej grze (dlaczego 15:0, 30:0, a nie 1:0, 2:0?!:-) swojego faworyta. Z zadowoleniem przyjmuję informację, że jeszcze w tym miesiącu nowym liderem światowych rankingów może zostać hiszpański heros Rafael Nadal! Panu Rogerowi Federerowi już dziękujemy - jest na topie od 2 lutego 2004 r. To aż 214 tygodni, ileż można?! 

Mam swoją prywatną teorię, skąd wziął się kryzys Federera. Moim zdaniem to efekt traumatycznych przeżyć z czasów, gdy Szwajcar dopiero rozpoczynał wielką karierę. Do wstrząsu doszło w 1997 roku na kortach Mostostalu Zabrze. Odbył się tam wtedy turniej eliminacyjny drużynowych mistrzostw Europy juniorów. W meczu Szwajcaria - Polska 16-letniemu Federerowi złoił skórę w dwóch setach niejaki Jakub Iłowski reprezentujący Kolejowy Klub Sportowy Bielsko-Biała (było 7:5, 6:2). Przeczuwam, że to właśnie ta bolesna porażka, połączona z przygnębiającym widokiem śląskich hut i kopalń musiała poczynić w psychice Federera znaczne spustoszenia i co pewien czas objawia się słabszymi wynikami;-)

Ciekawe jak czułby się na śląskiej mączce Rafael Nadal? Myślę, że na kortach Baildonu przy ul. Fiołków by sobie nie poradził...  

PS. Po meczu w Zabrzu Federer zdobył dwanaście tytułów wielkoszlemowych. Iłowski wyjechał na studia do USA i ożenił się z Kolumbijką.

PS 2. Trochę bardziej poważnie - gdyby ktoś uparcie twierdził, że Śląsk ma tyle wspólnego z tenisem, co z Morzem Kaspijskim, przypominam na wszelki wypadek parę nazwisk asów reprezentujących nasze kluby: Jadwiga Jędrzejowska, Andrzej Licis, Barbara Kral - Olsza z córką Aleksandrą... Ostatnie perełki to Błażej Koniusz (rocznik 1988) z Chorzowskiego Towarzystwa Tenisowego i jego rówieśnik Grzegorz Panfil z Górnika Bytom - w 2006 roku wygrali Australian Open juniorów. 

 

23:58, pavelczado
Link Komentarze (17) »
środa, 05 marca 2008
Musicie strzelać więcej goli: Towarzysz Stalin nie żyje!

Z okazji wydarzeń sprzed dokładnie 55 lat, przesuńmy na chwilę chronometry i przenieśmy się na inną planetę.

Moskwa, 5 marca 1953 roku: umiera Józef Wissarionowicz Stalin.

stalin

Jakby na chwilę świat stracił dech, jakby przygasło słońce... Na Śląsku jakby poszarzał i tak szary dym z kominów... W Katowicach nikomu z mieszkańców do głowy by nie przyszło, że za chwilę obudzi się w innym mieście.

Dwa dni po śmierci Stalina, w sobotę 7 marca 1953 roku uchwałą Rady Państwa, stolica województwa stanie się Stalinogrodem. Katowicki (a właściwie już stalinogrodzki) "Sport" napisze wtedy: "Na obozie kondycyjnym pływaków Gwardii w Zabrzu zgrupowani są czołowi zawodnicy Polski. Już od pierwszego dnia obozu tematem rozmów jest przemianowanie miasta Katowice na Stalinogród. Wypowiedzi obozowiczów są ciekawe: w słowach Ślązaków przebija duma, iż właśnie ich miasto dostąpiło zaszczytu przemianowania, zawodnicy innych okręgów zazdroszczą swym kolegom ze Śląska".

Trzy dni po śmierci Stalina, w niedzielę 8 marca 1953 roku, z megafonów na katowickim dworcu popłynie już zapowiedź: "Tu stacja Stalinogród".  Nazwa ”Katowice” będzie passé: nie daj Boże głośno ją wymawiać, roztargnieni będą mieć problem. Jakiś konduktor w jakimś tramwaju wyrzuci jakąś kobietę tylko dlatego, że ona poprosi o bilet do ”Katowic”...

Oczywiście miejscowi sportowcy, jak i wszyscy Ślązacy, będą odczuwać z powodu zmiany nazwy stolicy województwa  nie dumę, a złość i zażenowanie. Prawda jest taka, że na Śląsku wszyscy doskonale pamiętali okoliczności wejścia Armii Czerwonej. Jeden z urodzonych przed wojną mieszkańców Katowic opowiadał mi kilka lat temu  o skandalu jaki wybuchł w mieście pod koniec lat 40. Podczas meczu bokserskiego reprezentacji Śląska z ekipą ZSRR (przegraliśmy 4:12) na stadionie katowickiej Pogoni (dziś AWF), 15 tys. kibiców pamiętających pierwszy kontakt z sołdatami na początku 1945 roku, skandowało: "Bierzcie zegarki i rowery, idźcie do jasnej cholery!". Skonsternowani porządkowi nie wiedzieli jak zareagować. Szczęście, że nie skończyło się to zamieszkami. Gdyby to zdarzenie miało miejsce 2-3 lata później, w szczytowej fazie stalinizmu w Polsce - masakra byłaby pewna...

Po śmierci tyrana przez kilkanaście najbliższych miesięcy, komunistyczna propaganda będzie zmuszać śląskich sportowców, żeby wygadywali bzdury na specjalnych wiecach albo akademiach. Zwykłym ludziom będzie wmawiać, że sportowcy na zgrupowaniach nie tylko ciężko trenują, ale szlifują formę wspólną głośną lekturą marksistowskich książek. Będzie się cytować ich pełne patosu deklaracje, choć wielu z nich nigdy tych słów nie wypowiedziało.

Posłuchajcie tego: Zaufanie okazane robotnikom śląskim w związku z przemianowaniem miasta i województwa na Stalinogród obowiązuje także nas, sportowców. Nowe wyniki w sporcie muszą iść w parze z osiągnięciami produkcyjnymi naszych hutników i górników (fragment przemównienia jednej z mistrzyń Polski) . Zaskoczeni miłośnicy sportu zaczną czytać w gazetach, że ”zawodnicy Stali Czechowice są na czele III ligi stalinogrodzkiej”, a ”florecistki Stalinogrodu odniosły sukces w mistrzostwach Polski”.

Pierwsza kolejka piłkarska po śmierci Stalina odbędzie się dziesięć dni później, 15 marca. Na Śląsku najważniejszy mecz odbędzie się w Bytomiu, gdzie miejscowe Ogniwo podejmie Unię Chorzów (pisząc po ludzku, będzie to mecz Polonii z Ruchem). W obecności prawie 20 tysięcy kibicow na bytomskim stadionie odbędzie się uroczysta akademia ku czci zmarłego. Piłkarze, a także członkowie innych sekcji uroczyście przedefilują po murawie, kapitanowie obu drużyn wciągną na maszt flagę państwową, a potem wszyscy wysłuchają przez megafony radiowego przemówienia ówczesnego szefa Głównego Komitetu Kultury Fizycznej - Włodzimierza Reczka (wyjątkowa postać, muszę o nim Wam kiedyś napisać):

”W dniu dzisiejszym rozpoczynamy w całym kraju wiosenno-letni sezon sportowy. Setki boisk napełni się gwarem tysięcy głosów, załopocą na wiosennym wietrze kolorowe flagi zrzeszeń sportowych. Liczne rzesze sportowców zwracają się myślą ku naszym przyjaciołom - sportowcom radzieckim. Przeżyliśmy wraz nimi (...) i z całą postępową ludzkością najboleśniejszą stratę jaka mogła nas dotknąć”.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że po wyłączeniu megafonów, Unia - po bramkach Henryka Bartyli i Gerarda Cieślika - wygra z Ogniwem 2:0.

PS 1. Katowice nie będą wstydzić się długo. Wrócą do swojej historycznej nazwy dzięki potępieniu kultu Stalina w ZSRR. Stanie się to po dojściu do władzy tow. Gomułki. 21 października 1956 roku Miejska Rada Narodowa w Stalinogrodzie przyjmie uchwałę o przywróceniu nazwy Katowice. Nikt z zatwardziałych miejscowych komunistów nie będzie raczej protestował, a gdyby nawet - w centrali będą ważniejsze sprawy. Sejm zatwierdzi decyzję katowickich ”rajców” pięć miesięcy później.

PS 2. Stalin pewnie przewróciłby się w grobie, gdyby zobaczył jak zaledwie nieco ponad rok od jego śmierci, starzy bywalcy katowickiego baru ”Karolinka”, po kryjomu będą świętować sensacyjne mistrzostwo świata drużyny NRF, która w finale pokona sławną drużynę Węgier. Trudno się piwoszom z Karolinki dziwić - wśród chłopców Herbergera będzie przecież ich Rysiek, synek z Dębu...

Po kolejnych trzech latach po śmierci Stalina, nikt już nawet nie pomyśli na Śląsku o ukrywaniu swej radości, kiedy Polska wygra na - oddalonym od Karolinki o przyjemny spacer - Stadionie Śląskim ze Związkiem Radzieckim 2:1, a tłum szczęśliwych śląskich kibiców zniesie z boiska na ramionach Gerarda Cieślika.

PS 3. Na koniec rarytas: wiersz sławnego polskiego poety z 1949 roku. Wyobraźcie sobie, że po śmierci Stalina wydrukowali mu go na stronach sportowych śląskiej prasy. Facet był bardzo zdolny, w tamtych czasach innych utworów cenzura by mu nie puściła... Jeśli chcecie poczuć na chwilę ducha tamtej rzeczywistości, zawołajcie szybko przed komputer wszystkich obecnych w domu członków rodziny. Ustawcie się w półokręgu, splećcie ramiona i jednym głosem RYTMICZNIE, GŁOŚNO zadeklamujcie:

Rewolucja - parowóz dziejów

Chwała jej maszynistom!

Cóż, że wrogie wiatry powieją?

Chwała płonącym iskrom!

Chwała tym, co wśród ognia i mrozu,

jak złom granitowy trwali,

jak wcielona wola i rozum,

jak Stalin

(...)

Potrzebny jest Maszynista,

którym jest On:

towarzysz, wódz, komunista -

Stalin - słowo jak dzwon!

(...)

Tam - bezrobocia, strajki, głód.

Tu - praca. Natchniony traktor.

Tworzy historię zwycięski lud.

Chwała faktom!

(...) 

Rewolucjo! - któż wiatr powstrzyma,

kto ziemie zawróci w biegu?

Rewolucjo! Tablice praw Rzymian

obalamy od Chin po biegun

Rewolucjo! Siedemdziesiąt lat

Stalinowych powiewa na światem.

I rodzi się nowy świat

Świat stary pęka jak atom!

wtorek, 04 marca 2008
1. Brazylia, 2. Śląsk, 3. Grecja, 4. Portugalia, 5. Anglia, 6. Turcja

Już dość napawania się 90.Wielkimi Derbami Śląska, to ostatni wpis na ten temat.  Jako że piłkarskich derbów było w ten weekend na  europejskich boiskach zatrzęsienie (i to nie byle jakich), zastanowiło mnie jak na tle stawki wypadła publika na Stadionie Śląskim. Po lekturze ciekawego tekstu Henryka Góreckiego w katowickim ” Sporcie” zaczęło we mnie narastać przekonanie, że Śląski był w weekend... najbardziej zatłoczonym stadionem świata! 

Prześledźcie poniższe zestawienie:

Ruch Chorzów - Górnik Zabrze - 41 000 widzów

AEK Ateny - Panathinaikos Ateny - 40 869

Sporting Lizbona - Benfica Lizbona - 40 659

West Ham Londyn - Chelsea Londyn - 34 969

Besiktas Stambuł - Galatasaray Stambuł - 30 000

FC Porto - Boavista Porto - 20 000

FC Zurych - Grasshoppers Zurych - 14 400

(nie liczymy derbów Belgradu, bo mecz Crvena Zvezda - Partizan  odbył się bez udziału publiczności - kara za wcześniejsze ekscesy. Przyznać trzeba, że one mogłyby WDŚ przebić)

W radosnym uniesieniu postanowiłem sprawdzić, czy przez przypadek nie odbyły się w ten weekend jakieś ważne derby w Ameryce Południowej. No i odbyły się... Derby Sao Paulo czyli mecz Corinthians kontra Palmeiras zgromadziły na Morumbi  ok. 50 tysięcy ludzi....

Tym sposobem Śląski spadł na drugą pozycję. Ale co tam: najważniejsze, że jest pudło!

PS. A może druga pozycja też się nie należy? Może gdzieś w Chinach, Indenezji albo Nigerii odbyło się w weekend jakieś niesamowite derbowe meczysko z gorącym, stutysięcznym tłumem w tle? Jeśli coś wiecie - dajcie znać.

poniedziałek, 03 marca 2008
Znawca Paweł Zarzeczny

Wiem, że to nie po chrześcijańsku, ale nie mogłem się powstrzymać... Oto fragment niedawnego felietonu Pawła Zarzecznego „Dziesięć absurdów polskiego futbolu" z tygodnika "Wprost" (6/2008):


Absurd numer 5

„Za najgłupszy pomysł należy uznać oficjalne ogłoszenie, że Ruch Chorzów zamierza wejść na giełdę - mając długi, warunkową licencję i kibiców tak nielicznych, że mieszczą się w kilku autobusach. Jest jednak szansa, że niebiescy trafią na giełdę, tyle że kwiatową. O chorzowskich graczach mówi się zresztą od dawna: ziemia do kwiatów".

Nie wdaję się w dyskusję o ziemi do kwiatów (o tym z Pawłem Zarzecznym mogłaby porozmawiać moja teściowa), zaintrygowała mnie natomiast sprawa autobusów. Autor tekstu uznał, że kibice Ruchu zmieszczą się do kilku (kilka to od 3 do 9, bierzemy średnią - 6).  

Pytanie brzmi: o ile autobusów pomylił się felietonista ”Wprost”? 

Zacznijmy od stwierdzenia, że autobusy są różne. Do wyliczeń postanowiłem wypożyczyć z zajezdni produkowanego od 1972 roku Ikarusa 260. Do dziś jeździ w Warszawie mnóstwo Ikarusów 260, więc Paweł Zarzeczny na pewno bardzo dobrze je kojarzy. Taki Ikarus mieści stu pasażerów (22 osoby mogą się mniej lub bardziej wygodnie rozsiąść).

Teraz tak: na meczu Ruchu z Górnikiem było 41 tysięcy widzów. Od ogólnej liczby odejmujemy najpierw kibiców Górnika (12,5 tysiąca). Potem odejmujemy fanów neutralnych (tacy też pojawili się na meczu. Miejsc w ścisłym tego słowa znaczeniu neutralnych nie było, więc miłośnicy dobrej piłki, a niekoniecznie którejś z drużyn, siedzieli przemieszani z fanami Ruchu). Można ich szacować na jakieś dwa tysiące. Odejmijmy jeszcze vipów, których liczbę Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego, oblicza na dwustu.

Rachowanie wygląda tak: 41000 - 12500 - 2000 - 200 = 26300

26300 - ok. tylu było na Śląskim sympatyków Ruchu. Teraz usadźmy ich w Ikarusach.

26300: 100 = 263

263. W tylu Ikarusach zmieściliby się kibice Ruchu jadący na mecz z Górnikiem. Teraz odejmijmy autobusy zarezerwowane dla nich przez Pawła Zarzecznego.

263 - 6 = 257.

Odpowiedź brzmi:  felietonista ”Wprost” pomylił się o 257 autobusów, c.b.d.u.

Co z tego wynika? Właściwie nic. Proszę tylko autora ”Wprost”, żeby nie pisał absurdalnie o absurdach. Wychodzi wtedy pindulenie kotka za pomocą młotka, a na dźwięk nazwiska ”Zarzeczny” słychać donośne rżenie w czworokącie Świętochłowice - Radlin - Pszczyna - Imielin.

Yes, We Can. JA, MY MOGYMY

Wybaczcie, że dopiero teraz, ale aż opuszki palców mi ochrypły... 

Nie mam zamiaru opisywać 90. WDŚ, zrobił to już Wojtek Todur. Cieszę się, że wydarzenia na Stadionie Śląskim za "całkiem smaczne" uznał Rafał Stec, słusznie przecież oszczędny w zachwalaniu codzienności polskiej ekstraklasy (cholerna Emma - gdyby nie ona, być może Rafał oglądając WDŚ poczułby, że w ustach rozpływa mu się pâté de canard albo melanzane alla parmigiana?;-)  

Nawet nie wyobrażacie sobie jakie to przyjemne pozwolić sobie na trochę więcej niż tylko szczyptę egzaltacji. W tym stanie ducha śmiało uzurpuję sobie do niej prawo, ale czy może być  inaczej? W to niedzielne popołudnie kilkudziesięciu tysiącom Hanysów ze szczęścia i dumy zwilgotniały oczy.

Przez ostatnie dwadzieścia lat naszą futbolową krainę  oplotły powolutku i podstępnie obezwładniające macki apatii. Dołączyły do niej, niewiara w przyszłość, bylejakostwo, sąsiedzka zawiść, lenistwo... Niepostrzeżenie dla nas samych Śląsk zmienił się we futbolowy grajdołek, gdzie ilość przestała iść w parze z jakością.

Aż nadszedł 2 marca 2008. Od tej paskudnej dżdżysto-wietrznej niedzieli wiadomo już, że śląski kibic nie musi być wcale skazany na okruchy z pańskiego stołu. Nie musi być skazany na oglądanie ulubionych drużyn walczących o utrzymanie. Nie musi być skazany na oglądanie europejskich pucharów tylko w telewizji. Wczoraj wszyscyśmy na stadionie uwierzyli, że możemy przestać przeglądać coraz bardziej pożółkłe zdjęcia w domowych archiwach, że możemy wyzwolić się z kompleksów, w które bezwiednie dawaliśmy się wtłaczać przez ostatnich piętnaście lat.

Jestem przekonany, że ten żarliwy płomień entuzjazmu, który opanował wielotysięczny tłum na chorzowskim stadionie, może się błyskawicznie rozprzestrzenić po całym regionie (zresztą już się rozprzestrzenia; czego przykładem może być choćby Bytom). Ten powszechny entuzjazm wymusi teraz zmiany zarówo w jakości gry drużyn, jak i jakości dopingu i ilości kibiców przychodzących na stadiony.

Jakiś czas temu wymyśliłem sobie na mój prywatny użytek teorię, że na Górnym Śląsku jest miejsce dla tylko jednego silnego klubu. Wyobrażałem sobie, że niektóre z nich, świadome wyścigu szczurów, stoją już w zniecierpliwieniu na peronie, inne dopiero są przed dworcem, a jeszcze inne nawet nie pomyślały o zarezerwowaniu biletu. Na razie do pociągu prowadzącego świetlaną przyszłość nie wsiadł jeszcze żaden klub, ale ten pierwszy - jedyny, który wskoczył na stopnie wagonu, miał moim zdaniem uciec lokalnym rywalom na wiele lat. Zwycięzca wziąłby wszystko: sponsorów z pieniędzmi, w konsekwencji zdolnych piłkarzy i silną drużynę, a w dalszej konsekwencji napływ nowych kibiców i coraz większe zainteresowanie nie tylko lokalnych mediów...

Teraz na szczęście wiem, że głupio to sobie wykombinowałem. Czy nadejdzie czas kiedy nie jeden, a  kilka śląskich zespołów będzie mogło naraz walczyć o mistrzostwo Polski? Wczoraj oglądaliśmy mecz ósmej drużyny z jedenastą, ale dlaczego za chwilę nie miałby to być mecz pierwszej drużyny z drugą, albo i trzecią?

Czy jest na to szansa nie wiem, ale wiem, że tak jak w Stanach zwolennicy Baracka Obamy gromadnie skandują przebój ”Yes, We Can”,  tak my na Śląsku możemy teraz wywrzeszczeć z satysfakcją na całe gardło: „JA, MY MOGYMY!”

PS. Mój Tata był wczoraj bodaj pierwszy raz w życiu na meczu pierwszej ligi polskiej. Po tym co zobaczył chce iść znowu, jak najszybciej (i nieważne, że nie miał ze sobą parasola. Parasol? Po co mu parasol?!)

Ciekawi mnie, ilu takich ludzi było wczoraj na Śląskim jak mój ojciec? To się nazywa "poszerzanie rynku". Teraz trzeba walczyć, żeby się nie zwężył.   

Archiwum