czwartek, 06 marca 2008
Kłopoty Federera zaczęły się na Śląsku

Na tenisie znam się tak samo, jak na hodowaniu storczyków. Nie zmienia to faktu, że mam w tej dziwacznej i niezrozumiałej grze (dlaczego 15:0, 30:0, a nie 1:0, 2:0?!:-) swojego faworyta. Z zadowoleniem przyjmuję informację, że jeszcze w tym miesiącu nowym liderem światowych rankingów może zostać hiszpański heros Rafael Nadal! Panu Rogerowi Federerowi już dziękujemy - jest na topie od 2 lutego 2004 r. To aż 214 tygodni, ileż można?! 

Mam swoją prywatną teorię, skąd wziął się kryzys Federera. Moim zdaniem to efekt traumatycznych przeżyć z czasów, gdy Szwajcar dopiero rozpoczynał wielką karierę. Do wstrząsu doszło w 1997 roku na kortach Mostostalu Zabrze. Odbył się tam wtedy turniej eliminacyjny drużynowych mistrzostw Europy juniorów. W meczu Szwajcaria - Polska 16-letniemu Federerowi złoił skórę w dwóch setach niejaki Jakub Iłowski reprezentujący Kolejowy Klub Sportowy Bielsko-Biała (było 7:5, 6:2). Przeczuwam, że to właśnie ta bolesna porażka, połączona z przygnębiającym widokiem śląskich hut i kopalń musiała poczynić w psychice Federera znaczne spustoszenia i co pewien czas objawia się słabszymi wynikami;-)

Ciekawe jak czułby się na śląskiej mączce Rafael Nadal? Myślę, że na kortach Baildonu przy ul. Fiołków by sobie nie poradził...  

PS. Po meczu w Zabrzu Federer zdobył dwanaście tytułów wielkoszlemowych. Iłowski wyjechał na studia do USA i ożenił się z Kolumbijką.

PS 2. Trochę bardziej poważnie - gdyby ktoś uparcie twierdził, że Śląsk ma tyle wspólnego z tenisem, co z Morzem Kaspijskim, przypominam na wszelki wypadek parę nazwisk asów reprezentujących nasze kluby: Jadwiga Jędrzejowska, Andrzej Licis, Barbara Kral - Olsza z córką Aleksandrą... Ostatnie perełki to Błażej Koniusz (rocznik 1988) z Chorzowskiego Towarzystwa Tenisowego i jego rówieśnik Grzegorz Panfil z Górnika Bytom - w 2006 roku wygrali Australian Open juniorów. 

 

23:58, pavelczado
Link Komentarze (17) »
środa, 05 marca 2008
Musicie strzelać więcej goli: Towarzysz Stalin nie żyje!

Z okazji wydarzeń sprzed dokładnie 55 lat, przesuńmy na chwilę chronometry i przenieśmy się na inną planetę.

Moskwa, 5 marca 1953 roku: umiera Józef Wissarionowicz Stalin.

stalin

Jakby na chwilę świat stracił dech, jakby przygasło słońce... Na Śląsku jakby poszarzał i tak szary dym z kominów... W Katowicach nikomu z mieszkańców do głowy by nie przyszło, że za chwilę obudzi się w innym mieście.

Dwa dni po śmierci Stalina, w sobotę 7 marca 1953 roku uchwałą Rady Państwa, stolica województwa stanie się Stalinogrodem. Katowicki (a właściwie już stalinogrodzki) "Sport" napisze wtedy: "Na obozie kondycyjnym pływaków Gwardii w Zabrzu zgrupowani są czołowi zawodnicy Polski. Już od pierwszego dnia obozu tematem rozmów jest przemianowanie miasta Katowice na Stalinogród. Wypowiedzi obozowiczów są ciekawe: w słowach Ślązaków przebija duma, iż właśnie ich miasto dostąpiło zaszczytu przemianowania, zawodnicy innych okręgów zazdroszczą swym kolegom ze Śląska".

Trzy dni po śmierci Stalina, w niedzielę 8 marca 1953 roku, z megafonów na katowickim dworcu popłynie już zapowiedź: "Tu stacja Stalinogród".  Nazwa ”Katowice” będzie passé: nie daj Boże głośno ją wymawiać, roztargnieni będą mieć problem. Jakiś konduktor w jakimś tramwaju wyrzuci jakąś kobietę tylko dlatego, że ona poprosi o bilet do ”Katowic”...

Oczywiście miejscowi sportowcy, jak i wszyscy Ślązacy, będą odczuwać z powodu zmiany nazwy stolicy województwa  nie dumę, a złość i zażenowanie. Prawda jest taka, że na Śląsku wszyscy doskonale pamiętali okoliczności wejścia Armii Czerwonej. Jeden z urodzonych przed wojną mieszkańców Katowic opowiadał mi kilka lat temu  o skandalu jaki wybuchł w mieście pod koniec lat 40. Podczas meczu bokserskiego reprezentacji Śląska z ekipą ZSRR (przegraliśmy 4:12) na stadionie katowickiej Pogoni (dziś AWF), 15 tys. kibiców pamiętających pierwszy kontakt z sołdatami na początku 1945 roku, skandowało: "Bierzcie zegarki i rowery, idźcie do jasnej cholery!". Skonsternowani porządkowi nie wiedzieli jak zareagować. Szczęście, że nie skończyło się to zamieszkami. Gdyby to zdarzenie miało miejsce 2-3 lata później, w szczytowej fazie stalinizmu w Polsce - masakra byłaby pewna...

Po śmierci tyrana przez kilkanaście najbliższych miesięcy, komunistyczna propaganda będzie zmuszać śląskich sportowców, żeby wygadywali bzdury na specjalnych wiecach albo akademiach. Zwykłym ludziom będzie wmawiać, że sportowcy na zgrupowaniach nie tylko ciężko trenują, ale szlifują formę wspólną głośną lekturą marksistowskich książek. Będzie się cytować ich pełne patosu deklaracje, choć wielu z nich nigdy tych słów nie wypowiedziało.

Posłuchajcie tego: Zaufanie okazane robotnikom śląskim w związku z przemianowaniem miasta i województwa na Stalinogród obowiązuje także nas, sportowców. Nowe wyniki w sporcie muszą iść w parze z osiągnięciami produkcyjnymi naszych hutników i górników (fragment przemównienia jednej z mistrzyń Polski) . Zaskoczeni miłośnicy sportu zaczną czytać w gazetach, że ”zawodnicy Stali Czechowice są na czele III ligi stalinogrodzkiej”, a ”florecistki Stalinogrodu odniosły sukces w mistrzostwach Polski”.

Pierwsza kolejka piłkarska po śmierci Stalina odbędzie się dziesięć dni później, 15 marca. Na Śląsku najważniejszy mecz odbędzie się w Bytomiu, gdzie miejscowe Ogniwo podejmie Unię Chorzów (pisząc po ludzku, będzie to mecz Polonii z Ruchem). W obecności prawie 20 tysięcy kibicow na bytomskim stadionie odbędzie się uroczysta akademia ku czci zmarłego. Piłkarze, a także członkowie innych sekcji uroczyście przedefilują po murawie, kapitanowie obu drużyn wciągną na maszt flagę państwową, a potem wszyscy wysłuchają przez megafony radiowego przemówienia ówczesnego szefa Głównego Komitetu Kultury Fizycznej - Włodzimierza Reczka (wyjątkowa postać, muszę o nim Wam kiedyś napisać):

”W dniu dzisiejszym rozpoczynamy w całym kraju wiosenno-letni sezon sportowy. Setki boisk napełni się gwarem tysięcy głosów, załopocą na wiosennym wietrze kolorowe flagi zrzeszeń sportowych. Liczne rzesze sportowców zwracają się myślą ku naszym przyjaciołom - sportowcom radzieckim. Przeżyliśmy wraz nimi (...) i z całą postępową ludzkością najboleśniejszą stratę jaka mogła nas dotknąć”.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że po wyłączeniu megafonów, Unia - po bramkach Henryka Bartyli i Gerarda Cieślika - wygra z Ogniwem 2:0.

PS 1. Katowice nie będą wstydzić się długo. Wrócą do swojej historycznej nazwy dzięki potępieniu kultu Stalina w ZSRR. Stanie się to po dojściu do władzy tow. Gomułki. 21 października 1956 roku Miejska Rada Narodowa w Stalinogrodzie przyjmie uchwałę o przywróceniu nazwy Katowice. Nikt z zatwardziałych miejscowych komunistów nie będzie raczej protestował, a gdyby nawet - w centrali będą ważniejsze sprawy. Sejm zatwierdzi decyzję katowickich ”rajców” pięć miesięcy później.

PS 2. Stalin pewnie przewróciłby się w grobie, gdyby zobaczył jak zaledwie nieco ponad rok od jego śmierci, starzy bywalcy katowickiego baru ”Karolinka”, po kryjomu będą świętować sensacyjne mistrzostwo świata drużyny NRF, która w finale pokona sławną drużynę Węgier. Trudno się piwoszom z Karolinki dziwić - wśród chłopców Herbergera będzie przecież ich Rysiek, synek z Dębu...

Po kolejnych trzech latach po śmierci Stalina, nikt już nawet nie pomyśli na Śląsku o ukrywaniu swej radości, kiedy Polska wygra na - oddalonym od Karolinki o przyjemny spacer - Stadionie Śląskim ze Związkiem Radzieckim 2:1, a tłum szczęśliwych śląskich kibiców zniesie z boiska na ramionach Gerarda Cieślika.

PS 3. Na koniec rarytas: wiersz sławnego polskiego poety z 1949 roku. Wyobraźcie sobie, że po śmierci Stalina wydrukowali mu go na stronach sportowych śląskiej prasy. Facet był bardzo zdolny, w tamtych czasach innych utworów cenzura by mu nie puściła... Jeśli chcecie poczuć na chwilę ducha tamtej rzeczywistości, zawołajcie szybko przed komputer wszystkich obecnych w domu członków rodziny. Ustawcie się w półokręgu, splećcie ramiona i jednym głosem RYTMICZNIE, GŁOŚNO zadeklamujcie:

Rewolucja - parowóz dziejów

Chwała jej maszynistom!

Cóż, że wrogie wiatry powieją?

Chwała płonącym iskrom!

Chwała tym, co wśród ognia i mrozu,

jak złom granitowy trwali,

jak wcielona wola i rozum,

jak Stalin

(...)

Potrzebny jest Maszynista,

którym jest On:

towarzysz, wódz, komunista -

Stalin - słowo jak dzwon!

(...)

Tam - bezrobocia, strajki, głód.

Tu - praca. Natchniony traktor.

Tworzy historię zwycięski lud.

Chwała faktom!

(...) 

Rewolucjo! - któż wiatr powstrzyma,

kto ziemie zawróci w biegu?

Rewolucjo! Tablice praw Rzymian

obalamy od Chin po biegun

Rewolucjo! Siedemdziesiąt lat

Stalinowych powiewa na światem.

I rodzi się nowy świat

Świat stary pęka jak atom!

wtorek, 04 marca 2008
1. Brazylia, 2. Śląsk, 3. Grecja, 4. Portugalia, 5. Anglia, 6. Turcja

Już dość napawania się 90.Wielkimi Derbami Śląska, to ostatni wpis na ten temat.  Jako że piłkarskich derbów było w ten weekend na  europejskich boiskach zatrzęsienie (i to nie byle jakich), zastanowiło mnie jak na tle stawki wypadła publika na Stadionie Śląskim. Po lekturze ciekawego tekstu Henryka Góreckiego w katowickim ” Sporcie” zaczęło we mnie narastać przekonanie, że Śląski był w weekend... najbardziej zatłoczonym stadionem świata! 

Prześledźcie poniższe zestawienie:

Ruch Chorzów - Górnik Zabrze - 41 000 widzów

AEK Ateny - Panathinaikos Ateny - 40 869

Sporting Lizbona - Benfica Lizbona - 40 659

West Ham Londyn - Chelsea Londyn - 34 969

Besiktas Stambuł - Galatasaray Stambuł - 30 000

FC Porto - Boavista Porto - 20 000

FC Zurych - Grasshoppers Zurych - 14 400

(nie liczymy derbów Belgradu, bo mecz Crvena Zvezda - Partizan  odbył się bez udziału publiczności - kara za wcześniejsze ekscesy. Przyznać trzeba, że one mogłyby WDŚ przebić)

W radosnym uniesieniu postanowiłem sprawdzić, czy przez przypadek nie odbyły się w ten weekend jakieś ważne derby w Ameryce Południowej. No i odbyły się... Derby Sao Paulo czyli mecz Corinthians kontra Palmeiras zgromadziły na Morumbi  ok. 50 tysięcy ludzi....

Tym sposobem Śląski spadł na drugą pozycję. Ale co tam: najważniejsze, że jest pudło!

PS. A może druga pozycja też się nie należy? Może gdzieś w Chinach, Indenezji albo Nigerii odbyło się w weekend jakieś niesamowite derbowe meczysko z gorącym, stutysięcznym tłumem w tle? Jeśli coś wiecie - dajcie znać.

poniedziałek, 03 marca 2008
Znawca Paweł Zarzeczny

Wiem, że to nie po chrześcijańsku, ale nie mogłem się powstrzymać... Oto fragment niedawnego felietonu Pawła Zarzecznego „Dziesięć absurdów polskiego futbolu" z tygodnika "Wprost" (6/2008):


Absurd numer 5

„Za najgłupszy pomysł należy uznać oficjalne ogłoszenie, że Ruch Chorzów zamierza wejść na giełdę - mając długi, warunkową licencję i kibiców tak nielicznych, że mieszczą się w kilku autobusach. Jest jednak szansa, że niebiescy trafią na giełdę, tyle że kwiatową. O chorzowskich graczach mówi się zresztą od dawna: ziemia do kwiatów".

Nie wdaję się w dyskusję o ziemi do kwiatów (o tym z Pawłem Zarzecznym mogłaby porozmawiać moja teściowa), zaintrygowała mnie natomiast sprawa autobusów. Autor tekstu uznał, że kibice Ruchu zmieszczą się do kilku (kilka to od 3 do 9, bierzemy średnią - 6).  

Pytanie brzmi: o ile autobusów pomylił się felietonista ”Wprost”? 

Zacznijmy od stwierdzenia, że autobusy są różne. Do wyliczeń postanowiłem wypożyczyć z zajezdni produkowanego od 1972 roku Ikarusa 260. Do dziś jeździ w Warszawie mnóstwo Ikarusów 260, więc Paweł Zarzeczny na pewno bardzo dobrze je kojarzy. Taki Ikarus mieści stu pasażerów (22 osoby mogą się mniej lub bardziej wygodnie rozsiąść).

Teraz tak: na meczu Ruchu z Górnikiem było 41 tysięcy widzów. Od ogólnej liczby odejmujemy najpierw kibiców Górnika (12,5 tysiąca). Potem odejmujemy fanów neutralnych (tacy też pojawili się na meczu. Miejsc w ścisłym tego słowa znaczeniu neutralnych nie było, więc miłośnicy dobrej piłki, a niekoniecznie którejś z drużyn, siedzieli przemieszani z fanami Ruchu). Można ich szacować na jakieś dwa tysiące. Odejmijmy jeszcze vipów, których liczbę Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego, oblicza na dwustu.

Rachowanie wygląda tak: 41000 - 12500 - 2000 - 200 = 26300

26300 - ok. tylu było na Śląskim sympatyków Ruchu. Teraz usadźmy ich w Ikarusach.

26300: 100 = 263

263. W tylu Ikarusach zmieściliby się kibice Ruchu jadący na mecz z Górnikiem. Teraz odejmijmy autobusy zarezerwowane dla nich przez Pawła Zarzecznego.

263 - 6 = 257.

Odpowiedź brzmi:  felietonista ”Wprost” pomylił się o 257 autobusów, c.b.d.u.

Co z tego wynika? Właściwie nic. Proszę tylko autora ”Wprost”, żeby nie pisał absurdalnie o absurdach. Wychodzi wtedy pindulenie kotka za pomocą młotka, a na dźwięk nazwiska ”Zarzeczny” słychać donośne rżenie w czworokącie Świętochłowice - Radlin - Pszczyna - Imielin.

Yes, We Can. JA, MY MOGYMY

Wybaczcie, że dopiero teraz, ale aż opuszki palców mi ochrypły... 

Nie mam zamiaru opisywać 90. WDŚ, zrobił to już Wojtek Todur. Cieszę się, że wydarzenia na Stadionie Śląskim za "całkiem smaczne" uznał Rafał Stec, słusznie przecież oszczędny w zachwalaniu codzienności polskiej ekstraklasy (cholerna Emma - gdyby nie ona, być może Rafał oglądając WDŚ poczułby, że w ustach rozpływa mu się pâté de canard albo melanzane alla parmigiana?;-)  

Nawet nie wyobrażacie sobie jakie to przyjemne pozwolić sobie na trochę więcej niż tylko szczyptę egzaltacji. W tym stanie ducha śmiało uzurpuję sobie do niej prawo, ale czy może być  inaczej? W to niedzielne popołudnie kilkudziesięciu tysiącom Hanysów ze szczęścia i dumy zwilgotniały oczy.

Przez ostatnie dwadzieścia lat naszą futbolową krainę  oplotły powolutku i podstępnie obezwładniające macki apatii. Dołączyły do niej, niewiara w przyszłość, bylejakostwo, sąsiedzka zawiść, lenistwo... Niepostrzeżenie dla nas samych Śląsk zmienił się we futbolowy grajdołek, gdzie ilość przestała iść w parze z jakością.

Aż nadszedł 2 marca 2008. Od tej paskudnej dżdżysto-wietrznej niedzieli wiadomo już, że śląski kibic nie musi być wcale skazany na okruchy z pańskiego stołu. Nie musi być skazany na oglądanie ulubionych drużyn walczących o utrzymanie. Nie musi być skazany na oglądanie europejskich pucharów tylko w telewizji. Wczoraj wszyscyśmy na stadionie uwierzyli, że możemy przestać przeglądać coraz bardziej pożółkłe zdjęcia w domowych archiwach, że możemy wyzwolić się z kompleksów, w które bezwiednie dawaliśmy się wtłaczać przez ostatnich piętnaście lat.

Jestem przekonany, że ten żarliwy płomień entuzjazmu, który opanował wielotysięczny tłum na chorzowskim stadionie, może się błyskawicznie rozprzestrzenić po całym regionie (zresztą już się rozprzestrzenia; czego przykładem może być choćby Bytom). Ten powszechny entuzjazm wymusi teraz zmiany zarówo w jakości gry drużyn, jak i jakości dopingu i ilości kibiców przychodzących na stadiony.

Jakiś czas temu wymyśliłem sobie na mój prywatny użytek teorię, że na Górnym Śląsku jest miejsce dla tylko jednego silnego klubu. Wyobrażałem sobie, że niektóre z nich, świadome wyścigu szczurów, stoją już w zniecierpliwieniu na peronie, inne dopiero są przed dworcem, a jeszcze inne nawet nie pomyślały o zarezerwowaniu biletu. Na razie do pociągu prowadzącego świetlaną przyszłość nie wsiadł jeszcze żaden klub, ale ten pierwszy - jedyny, który wskoczył na stopnie wagonu, miał moim zdaniem uciec lokalnym rywalom na wiele lat. Zwycięzca wziąłby wszystko: sponsorów z pieniędzmi, w konsekwencji zdolnych piłkarzy i silną drużynę, a w dalszej konsekwencji napływ nowych kibiców i coraz większe zainteresowanie nie tylko lokalnych mediów...

Teraz na szczęście wiem, że głupio to sobie wykombinowałem. Czy nadejdzie czas kiedy nie jeden, a  kilka śląskich zespołów będzie mogło naraz walczyć o mistrzostwo Polski? Wczoraj oglądaliśmy mecz ósmej drużyny z jedenastą, ale dlaczego za chwilę nie miałby to być mecz pierwszej drużyny z drugą, albo i trzecią?

Czy jest na to szansa nie wiem, ale wiem, że tak jak w Stanach zwolennicy Baracka Obamy gromadnie skandują przebój ”Yes, We Can”,  tak my na Śląsku możemy teraz wywrzeszczeć z satysfakcją na całe gardło: „JA, MY MOGYMY!”

PS. Mój Tata był wczoraj bodaj pierwszy raz w życiu na meczu pierwszej ligi polskiej. Po tym co zobaczył chce iść znowu, jak najszybciej (i nieważne, że nie miał ze sobą parasola. Parasol? Po co mu parasol?!)

Ciekawi mnie, ilu takich ludzi było wczoraj na Śląskim jak mój ojciec? To się nazywa "poszerzanie rynku". Teraz trzeba walczyć, żeby się nie zwężył.   

niedziela, 02 marca 2008
Emma niszczy stadion!

Jeszcze parę dni temu pogoda na Śląsku była fantastyczna. Niektóre, skołowane aurą gatunki ptaków zaczęły nawet po wiosennemu ćwierkać. Nadeszła jednak Emma.

Pustoszy. Zobaczcie, co w sobotę zrobiła ze stadionem Górnika Zabrze!  Tak przygiąć stalowe maszty o barierki nie potrafiłby nawet Zbyszko Cyganiewicz,  choćby się nażarł dwiesta kilo wurstu... (niedługo minie sto lat od momentu, kiedy Zbyszko zachwycił Bytom)

PS. Mam sygnał, że Stadion Śląski cały czas stoi. I jestem pewien, że w niedzielne popołudnie mnie i 41 tysiącom moich towarzyszy - choćby grad bezlitośnie ciął nas w twarze - i tak będzie ciepło!

piątek, 29 lutego 2008
Piękno

Do niedzielnego meczu na Stadionie Śląskim nie napiszę już nic o 90. WDŚ, o nich możecie naczytać się do syta w innym miejscu

Dziś nietypowo. 

Natchniony stwierdzeniami ludzi niechętnych, sugerujących, że podczas Euro 2012 na Śląsku nie byłoby co robić, czym się zachwycić, czego zwiedzić, spieszę donieść, że to stwierdzenie nie polega na prawdzie. Na razie nie zamierzam bawić się w przewodnika po baśniowej krainie, bo nie taka moja rola, choć chęć -  owszem. Zwracam jedynie uwagę: CZY GDZIEKOLWIEK INDZIEJ byłby możliwy tak harmonijny mariaż industrialnej rzeczywistości z esencją kobiecego piękna?

U nas, na Śląsku, taki mariaż jest nie tylko możliwy, ale nawet spełniony. Udowadnia to Bartek Barczyk, mój kolega z pracy. Bartek w wolnych chwilach od zawodowego robienia zdjęć, pstryka sobie profesjonalne tancerki szukające natchnienia na śląskich i zagłębiowskich ruderach, hasiokach, mostach, hałdach, halach fabrycznych, kopalniach i łąkach (bo wiecie, łąki u nas też są). 

Chłońcie piękno, poniżej fajne fotki Bartka. 

Opis po kolei, z góry do dołu:

- pani Nora Chipaumire z Zimbabwe w będzińskiej cementowni Grodziec;

- pani Kally Hamlin z USA na hałdzie w Piekarach;              

- pani Chikako Kaido z Japonii na drzewach w okolicach Bytomia;              

- pani Hanna Woczka z Polski w bytomskiej kopalni Rozbark;              

- pani Aisa Lafour z Holandii w elektrowni w Czeladzi;              

- pani Dipisha Patel z Indii w Zakładzie Sztuki Sakralnej w Piekarach;

- zapomnieliśmy kto (przepraszamy, może uda się uzupełnić) na starym moście  w Gliwicach. Mimo braku szczegółów umieszczam fotkę, bo to zdjęcie wyjątkowo mnie urzekło...             

taniec 1

taniec 2 

taniec na drzewie 

tancerka i górnicy

taniec na haku 

wśród rzeźb 

taniec na moście 

I co: nie mielibyście ochoty popląsać razem z nimi rozrzucając wokół siebie zakwitłe kaczeńce? (nie wierzę, że to napisałem. Kumple będą polewać, więc nic im nie mówcie)

PS. Ale zaraz po tym jak zdyszani, drżący, roześmiani, rozrzucicie już wokół siebie te kaczeńce (dla dociekliwych - Caltha palustris), to nie zapomnijcie napić się ciepłej herbaty, owinąć się klubowymi szalikami i na... Stadion Śląski dziarskim krokiem marsz!

PS2. Bartek, czy zabierzesz koleżanki na derby? Pliiiiiiiiiiiiiiiiiizzz...

13:01, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 lutego 2008
Mój idol Grzegorz Schetyna

„Mam sygnały z UEFA, że Kraków jest oceniony pozytywnie. Jest duża szansa, że lista organizatorów zostanie poszerzona do pięciu miast. Wówczas stadion Wisły zostanie potraktowany jak pozostałe areny, na których będą rozgrywane mecze [dostanie rządowe pieniądze na budowę]. Podobną sytuację ma Odessa u naszych ukraińskich partnerów” - mówił w środę w Krakowie wicepremier Grzegorz Schetyna o tym, kto bedzie organizować Euro 2012.

Nie wiem co mam myśleć, czytając takie słowa.  Przypominam, że UEFA ostateczną decyzję w sprawie liczby miast ma podjąć 3 marca, a właśnie dziś jej delegaci wizytują Górny Śląsk.

Są dwa wyjścia.

Pierwsze: słowa Grzegorza Schetyny są prawdą i wkrótce się potwierdzą. Oznaczałoby to że przyjazd delegatów na Śląsk jest szopką, a decyzja została podjęta już wcześniej, bo wicepremier przecież wyraźnie zaznacza, że mistrzostwa organizowałoby pięć miast, czyli Chorzów jest już poza  Euro.

Druga: jego słowa są nieprawdą i się nie potwierdzą.  Oznaczałoby to tyle, że Schetyna ”chlapnął” coś chcąc przypodobać się ludziom w Krakowie, któremu zresztą życzę jak najlepiej i nie wyobrażam sobie, żeby w tym mieście Euro mogło zabraknąć.

Ale jedno jest pewne już teraz: słowa wicepremiera w takim właśnie momencie są względem walczącego o Euro Górnego Śląska wyjątkowo niezręczne. Jeśli ministrowi Schetynie jest obojętne, czy mistrzostwa Europy będą odbywać się także w Chorzowie, niech to powie wprost. Najlepiej przez megafon w przerwie Wielkich Derbów Śląska.

PS. A może wicepremier zdąży powiedzieć jeszcze coś innego? Chcielibyście usłyszeć: ”Mam sygnały z UEFA, że Chorzów jest oceniony pozytywnie. Jest duża szansa, że lista organizatorów zostanie poszerzona do pięciu miast. Wówczas Śląski zostanie potraktowany jak pozostałe areny, na których będą rozgrywane mecze”?

PS2. Właśnie dowiedziałem się, że termin 3 marca jest nieaktualny, decyzja zapadnie później

15:08, pavelczado , Euro 2012
Link Komentarze (15) »
środa, 27 lutego 2008
Wielki Bayernie, czy pamiętasz jeszcze klapsa od Ślązaków?

Bayern Monachium obchodzi właśnie 108. urodziny. Zawsze myślałem o tym wielkim klubie bez serdecznych emocji, ale zawsze z należnym respektem. Bayern to dla mnie esencja wszystkiego, co w niemieckim futbolu najlepsze. Wyobraźcie sobie mieszankę siły, rozmachu i ambicji, doprawioną czymś wyjątkowym, czymś, dzięki czemu Bayern jest Bayernem: NIEZACHWIANYM PRZEKONANIEM O WŁASNEJ WYŻSZOŚCI. Tak niezachwianym, że graniczącym wręcz z butą.

triumfujący bayern 

To właśnie jest dla mnie znak firmowy Bawarczyków. Jak ja tego nie lubię i jak... wiele bym dał, żeby tą paskudną cechę przynajmniej w części przejęła któraś z naszych drużyn!

Chciałbym, żeby to nasze zespoły wzbudzały bezsilną złość rywali swoją chłodną arogancją.

Chciałbym, żeby to nasi piłkarze reagowali  z zimną powściągliwością na prowokacyjne zaczepki rozemocjonowanych rywali, czynione w tunelu prowadzącym na murawę. Żeby na ostre słowa czy prowokacyjne gesty tylko  wzruszali ramionami, z rzadka pozwalając sobie na prychnięcie...

Chciałbym, żeby to nasi chłopcy na pomeczowej, zwycięskiej biesiadzie wymieniali przy piwku uwagi o bawarskiej literaturze dziewiętnastowiecznej albo biuściastych dziewczynach, bo przecież nie o tych paru golach, które wbili przed chwilą jakimś kolejnym leszczom...

Chciałbym, chciałbym, chciałbym... Cóż, kiedy takiej naturalnej piłkarskiej pewności siebie nie da się wyćwiczyć w sezon albo dwa. To jest jak z trawnikami przed Buckingham Palace. Mozolne strzyżenie i podlewanie, strzyżenie i podlewanie, strzyżenie i podlewanie, strzyżenie i podlewanie... Aż wreszcie trawniki mają gdzieś, że buciorami wytrwale depczą je hordy turystów. Tak samo z piłką nożną: mozolne granie i wygrywanie, granie i wygrywanie, granie i wygrywanie, granie i wygrywanie...A wreszcie masz gdzieś, że co dziesiąty mecz trafi ci się porażka, bo i tak jesteś najlepszy!

Tak właśnie jawi mi się Bayern: kiedy bawarczycy wychodzą na boisko, to jakbym widział okutą w ciężką stal, ustawioną w szyk kolumnowo-klinowy, bojową drużynę, a spod przyłbic tych herosów jakbym słyszał majestatyczne "Christ ist erstanden".  A potem rozlega się już tylko rzężenie rannych, a na tablicy wyników świeci się na przykład 3:7...

Dostojnemu jubilatowi z okazji nieokrągłych urodzin składam wyrazy szacunku.   Uzmysławiam sobie jednak jednocześnie, że Czadoblog traktuje przecież o piłce śląskiej, a nie bawarskiej. Dlatego przypomnę: dawno, dawno temu Bayern został jeden, jedyny raz przez polską (konkretnie śląską) drużynę pokonany! W dodatku u siebie, w Monachium!

Wielki Bayernie, czy to jeszcze pamiętasz? Okoliczności były niecodzienne: niespełna dwa lata przed meczem o którym mowa, Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy, a Monachium było przecież matecznikiem nazizmu. Wielu obywateli stolicy Bawarii  właśnie w tym okresie startowało do wielkich karier: Heinrich Himmler, Ewa Braun, Max Amann (największy magnat prasowy III Rzeszy), Philipp Bouchler (kierownik kancelarii führera, w momencie przyjazdu śląskich piłkarzy szef monachijskiej policji), Heinrich Mueller (nieformalny szef gestapo odpowiedzialny za realizację "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej") czy Hermann Esser (m.in. szef Departamentu Turystyki w Ministerstwie Propagandy Rzeszy). Może któraś z tych ''osobistości" oglądała zwycięski mecz śląskiej drużyny na Grünwalder Strasse (stadion Bayernu w latach 1925-72)? Chcecie poczytać o szczegółach? 

PS. Wydaje mi się, że Bayern nie jest klubem jakoś szczególnie bliskim sercom Ślązaków (ryzykuję pisząc te słowa, bo lada chwila kolega, z którym siedzę biurko w biurko, zaraz strzeli mnie „z liścia”). Ci ze znajomych, którzy śledzą Bundesligę, wolą raczej Borussię Dortmund albo Schalke Gelsenkirchen. Czy wpływ na to ma pamięć o kierunku emigracji zarobkowej wiele lub niewiele lat temu? Czy może jakieś podobieństwo miejsca, w którym przyszło żyć nam na Górnym Śląsku a im w Zagłębiu Ruhry? A może chodzi o to, że śląskim kibicom dobrze kojarzą się... stroje tych zespołów? Bo faktycznie, kiedy w telewizji oglądam mecz Schalke z Borussią, to przez chwilę mam złudzenie, jakby niebieski Ruch grał z żółto-czarną GieKSą.... (teraz czas na szyderczy rechot, ale kiedy już obetrzecie łzy, które poleciały wam ze śmiechu, zaprzeczcie, że mecze między tymi drużynami na takim poziomie, przy takiej frekwencji i w takiej oprawie, nie mogłyby wyglądać tak na Śląsku w jakimś 2035 roku? Żeby to osiągnać, potrzeba tylko jednego i akurat Śląsk to ma. POTENCJAŁ).

PS2. W ten sam dzień co Bayern, czyli 27 lutego, urodziny obchodzi także GKS Katowice (tyle, że 44-te). Klubowi życzę awansu, a katowickim działaczom oddaję pod rozwagę: byłoby czymś fantastycznym, gdyby symbol piłkarskich Niemiec udało się zaprosić  na Bukową dokładnie w 2014 roku i rozegrać jubileuszowy mecz z okazji 50. rocznicy istnienia śląskiego klubu. Wspólne świętowanie urodzin? Oktoberfest w Spiżu? Pomarzyć zawsze można...

wtorek, 26 lutego 2008
Żeby każdy piłkarz miał zawsze cztery cienie (zamiast trzech)

Dziś był szczególny dzień dla Śląska - pierwszy raz w historii Bytomia odbył się w tym mieście mecz piłkarski przy sztucznym oświetleniu. Nieważne, że Polonia przegrała z innym pierwszoligowcem w ćwierćfinale jakiegoś Pucharu Ekstraklasy. Ważne, że Polonia jako ostatni z grona pierwszoligowców naszego regionu, wreszcie dołączyła do klubów dysponujących stadionami z jupiterami w tle.

Polonia - Legia

Perturbacje organizacyjne Polonii przypominają mi bieg wyzutego z sił maratończyka, który zatacza się, czasem upada, ale cały czas biegnie dalej. To wręcz zdumiewające i mój podziw dla ekwilibrystycznych poczynań bytomskich działaczy narasta... Fatalna baza, anonimowi w skali krajowej piłkarze, jesienią dość mizerna frekwencja; nic to. Maratończyk słaniając się ociera pot z czoła i biegnie dalej. Baza coraz lepsza, niektórych piłkarzy już chce podkupywać konkurencja, sponsor na horyzoncie, a frekwencja będzie coraz lepsza...

Niektórym to nie w smak, ale dla mnie Polonia wreszcie staje się pierwszoligowcem w pełnym tego słowa znaczeniu (pod względem sportowym jest już nim dawno). Już widzę te pobłażliwe uśmieszki kibiców innych klubów: "Bytom i jupitery, nie do wiary..." STOP: Polonii należy się szacunek - choćby ze względów historycznych.

Czy wiecie jaki polski klub rozegrał pierwszy ligowy mecz przy sztucznym oświetleniu? Właśnie Polonia. A wiecie gdzie? Na Stadionie Śląskim. Było to 2 maja 1959 roku. Pierwszoligowe spotkanie Polonii Bytom ze swoją imienniczką  z Bydgoszczy* było punktem kulminacyjnym pięciogodzinnego programu z okazji Święta Pracy. O godz. 19.30 zakończyły się zawody lekkoatletyczne. "Mrok ogarnia nieckę stadionu. Spiker zachęca publiczność do zapalenia zapałek. Orkiestra kop. Wujek gra hymn państwowy. Z jupiterów umieszczonych na masztach spływają na płytę stadionu potężne snopy światła. Tarcza boiskowego zegara rozbłyska efektownym łukiem żarówek. Trzykrotne hip hip hurra na cześć budowniczych stadionu rozlega się z siłą grzmotu" - pisał katowicki "Sport" 49 lat temu.  

Śląscy i zagłębiowcy ligowcy poczekali na swoje własne światła jeszcze prawie 10 lat. Piłkarze Górnika Zabrze zaczęli grać przy sztucznym świetle w 1967 roku, Zagłębia Sosnowiec - w 1968, Ruchu Chorzów - w 1969, a GKS Katowice - w 1988. Jupitery zabłysły także w Rybniku na stadionie ROW-u i w Jastrzębiu na obiekcie GKS-u. XXI wiek to montaż oświetlenia w Wodzisławiu, Gliwicach i... znowu w Sosnowcu (w międzyczasie stare maszty pocięto na złom, bo groziły zawaleniem, a niedawno postawiono nowe). Tym sposobem Śląsk i okolice jest dziś najbardziej "zjupiterowanym" terenem w Polsce.

Oczywiście nie zawsze była niedziela: piszę te słowa po ciemku, bo zepsuł mi się kontakt, a prąd nie jest moim przyjacielem. Nie zawsze był też przyjacielem śląskich kibiców. Złośliwcy wiele lat wyśmiewali tzw. świeczki na stadionie Ruchu. Po pierwsze dlatego, że dawały mniej więcej tyle samo światła co jednocześnie zapalone przednie reflektory z ośmiu fiatów 126p (narożniki boiska zawsze spowijał półmrok), a po drugie maszty dostojnie chwiały się przy mocniejszych podmuchach wiatru. Raz poświęciłem kwadrans meczu Ruchu i zamiast patrzeć na boisko, stanąłem pod masztem i kiwałem się wraz z nim. Po meczu zrobiło mi się niedobrze...

Na szczęście to już przeszłość: Cicha dorobiła się profesjonalnego oświetlenia. Ale że na profesjonalnym oświetleniu nie zawsze można polegać, przekonali się kibice GKS-u Katowice. Kiedy Gieksa była na absolutnym topie, Marian Dziurowicz wystawił na Bukowej superjupitery, które wówczas były najmocniejsze w Polsce: mogły oślepiać kibicowski lud z siłą 2000 luksów! Nie przypominam sobie jednak, żeby podczas meczu na Bukowej kiedykolwiek wykorzystano pełną ich moc. A i tak w 1994 roku stały się bohaterem niechlubnej historyjki (przebiła ją dopiero mająca międzynarodowy zasięg kompromitacja podczas niedawnego meczu Polski z Kazachstanem). Oto podczas spotkania GKS-u z Górnikiem Zabrze przy stanie 1:0 dla gości, w 71. minucie lampy wież oświetleniowych po lewej stronie stadionu zaczęły syczeć i... zgasły. Sędzia dał organizatorom 35 minut na usunięcie awarii. Arbiter i kwalifikator argumentowali, że warunki na obu stronach boiska nie są jednakowe. Lewa połowa była rzeczywiście gorzej oświetlona. Arbitrowi nie podobało się, że każdy piłkarz biegający po murawie miał tylko trzy cienie, a powinien przecież mieć...cztery! Kiedy elektryk próbował włączyć światło na nieszczęsnym czwartym słupie, w rozdzielni nastąpiło zwarcie. Dobrze, ze nie było ofiar. Sędzia długo naradzał się z kwalifikatorem w ciemnym pokoju, aż po 75 minutach wyszedł z kapitanami na murawę i zakończył mecz. Ówczesny trener Górnika Hubert Kostka dostał szału, a zasilanie podłączono... pół godziny później. PZPN - jak gdyby nigdy nic - zdecydował o powtórzeniu meczu, padł remis 1:1. Zabrzańscy kibice do dziś uważają, że Marian Dziurowicz specjalnie wydał wtedy polecenie, żeby zgasić światło... Niektórym z nich nazwisko zmarłego szefa Gieksy już na zawsze będzie się kojarzyć z... ogrodniczym sekatorem.

Minęło zaledwie 14 lat, a cztery piękne maszty katowickiego stadionu kończą swój żywot. Skorodowane do cna, mają zostać wzorem poprzedników z Sosnowca pocięte i oddane na złom. Ale te sosnowieckie zanim wyzionęły ducha zdążyły pomóc swoim piłkarzom. Fajna jest opowiastka o historii z końca lat 60., kiedy podczas meczu Zagłębia z Górnikiem jupiterom nikt chyba nie podał kolacji i świeciły se tak byle jak...Było tak ciemno, że Jan Gomola, bramkarz Górnika, przy wyprowadzaniu piłki nie zauważył sprytnego napastnika Józefa Gałeczki, który był niczym zjawa (w czym pomogła mu akurat zielona klubowa koszulka więc świetnie komponował się z murawą). Gałeczka wybił zaskoczonemu Gomoli piłkę spod nóg i spokojnie strzelił do pustej bramki...

PS. Dziś jupitery na stadionie (nawet polskim) to żadna atrakcja, przewaga czy powód do dumy. Przyzwyczailiśmy się do meczów rozgrywanych o godz. 19 lub 20. Bo człowiek szybko się do wygód przyzwyczaja. Pamiętacie kiedy odbyła się w Polsce pierwsza ligowa kolejka, w całości rozegrana przy sztucznym oświetleniu? Było to dopiero POD KONIEC WRZEŚNIA 2003 roku (w tym miejscu chciałem zakończyć wpis, ale dociekliwi mogą mi zaraz coś wypomnieć. Sam więc wolę dodać: jeden mecz z tamtej kolejki został przełożony na listopad, ale i tak odbył się przy załączonych jupiterach, więc tym razem mnie nie macie:-) 

*było 5:0 dla Polonii. Tej z Bytomia

Archiwum