poniedziałek, 18 lutego 2008
O tym jak niewiele brakowało, żeby chorzowski Ruch nie był chorzowski

Słychać to ponure skrzypnięcie? Właśnie otwieram moje domowe archiwum  spraw z czasów hitlerowskich i specjalnie dla czytelników Czadobloga wyciągam zdjęcie tej oto drużyny*:

germania

Na fotce z 1943 roku Germania Königshütte (czyli przedwojenny i powojenny AKS Chorzów). Wklejam ją dziś, bo właśnie mija 65 lat od momentu, kiedy zespół z fotografii zdobył swoje trzecie z kolei mistrzostwo Górnego Śląska. O tym dlaczego w czasie II wojny światowej Ślązacy mogli grać w piłkę, podczas gdy w całej Polsce groziła za to kara śmierci, przeczytacie tu, więc teraz do sprawy nie wracam.

Przypomnę tylko, że AKS/Germania rozgrywał(a) swoje mecze na Górze Wyzwolenia, gdzie stanął jeden z najpiękniejszych przedwojennych stadionów w Polsce, a na pewno pierwszy stadion z prawdziwego zdarzenia otwarty na Górnym Śląsku po polskiej stronie granicy. Z pompą otworzył go w 1927 roku sam prezydent RP Ignacy Mościcki. Po jego bieżni ścigał się z Januszem Kusocińskim legendarny Paavo Nurmi, dyskiem rzucała Halina Konopacka. Dziś możecie sobie w tym miejscu kupić mięso na obiad, kamasze i DVD, bo stoi piękny supermarket, który - ku mojej irytacji - bezczelnie wziął sobie litery ”AKS” do nazwy. Do Stadionu Śląskiego macie stąd na piechotę z 10 minut.

Ale nie o tym, nie o tym... Piszę dziś o Germanii, bo jest ona dla mnie pretekstem do refleksji: niewiele bowiem brakowało, żeby piłkarskie dzieje Chorzowa potoczyły się zupełnie inaczej niż się potoczyły. Ba, niewiele brakowało, a nie byłoby żadnych ”piłkarskich dziejów Chorzowa”! Bo nazwa ”Chorzów”, będąca dziś przecież jednym z symboli śląskiego futbolu, swoją piłkarską sławę zawdzięcza przede wszystkim... administracyjnym decyzjom urzędników i uporowi mieszkańców dziesięciotysięcznej wioski!

”Jak to możliwe?” - zapytacie. Cóż, jeszcze w latach 30. XX wieku Chorzów był tylko wsią powiatu katowickiego, nie mającą żadnych mocarstwowych ambicji. W 1928 roku uchwałą rajców osada została już nawet przyłączona przez prężne, przemysłowe 70-tysięczne miasto Królewska Huta (w XIX wieku znane jako Königshütte), którego dumą był klub piłkarski AKS.

Mieszkańcy malutkiego Chorzowa byli oburzeni, że nikt tego z nimi nie konsultował. Kategorycznie sprzeciwili się decyzji wchłonięcia, bo nie chcieli być jakimś zapyziałym przedmieściem Królewskiej Huty. W efekcie uchwała nie weszła w życie. Po latach wygląda na to, że właśnie bunt mieszkańców Chorzowa Starego z 1928 roku spowodował, że dziś na Cichej śpiewa się o Ruchu chorzowskim, a nie królewsko-huckim. To dobrze, choćby ze względu na rytmiczność przyśpiewek...

Gdyby Królewska Huta wchłonęła Chorzów w 1928 roku nie byłoby zapewne sprawy zmiany jej nazwy sześć lat później, kiedy wszystko zmieniło się o 180 stopni. W 1934 roku Sejm Śląski zdecydował o przyłączeniu chorzowskiej wsi do Królewskiej Huty, ale jednocześnie zmienił nazwę miasta na... Chorzów! To tak jakby Warszawa zmieniła nazwę na Żoliborz... Oficjalnym powodem tej decyzji był fakt, że Chorzów jest starszy niż Królewska Huta o bodaj 542 lata, ale pamiętajmy o ostrych sporach politycznych i narodowościowych tego okresu na Górnym Śląsku (cóż, po prostu nazwa Chorzów była bardziej... polskobrzmiąca).

W tym właśnie momencie AKS przestał być klubem królewsko-huckim, a stał się chorzowskim. A na to, żeby klubem chorzowskim stał się także Ruch, trzeba było czekać jeszcze pięć lat. W 1939 roku Sejm RP gminę Hajduki Wielkie zmienił w chorzowską dzielnicę Batory. Swoją drogą nazwa ”Ruch Królewska Huta” brzmiałaby dziwnie, prawda?

*Germania Königshütte z 1943 roku [od lewej: Pochopin I (Pochopień), Piontek (Piątek), Schatton (Szatoń), Sekulla (Sekuła), Uhlig, Janik, Spodzieja, Wieczorek, Kowollik, Koschny (Koszny), Urbanski]. Piontek był reprezentantem Polski przed wojną, a Janik, Spodzieja i Wieczorek - po. Teodor Wieczorek to jedyny żyjący członek tej drużyny. Dziś ma 85 lat. Z szacunkiem traktują go nie tylko w Chorzowie, ale także Zabrzu i Sosnowcu. Dlaczego? To już zupełnie inna historia.

niedziela, 17 lutego 2008
Jak się zachować, jeśli Twój klub chcą zdegradować za korupcję

Karząca ręka sprawiedliwości Wydziału Dyscypliny PZPN sieje spustoszenie i pewnie jeszcze będzie siać. Sprawa dotycząca korupcji w polskim futbolu jest - jak to się mówi - "rozwojowa" i odłamkowy wysłany przez wrocławską prokuraturę boleśnie trafi pewnie jeszcze w kilka klubów.

Nie wiem z czym można porównać tak traumatyczne przeżycie jak chwila, w której dowiadujesz się, że twój klub, który kochasz od dziecka, brał udział w ustawianiu meczów. Sporządzenie dokładnie w tym momencie portretu psychologicznego zastygłego z rozpaczy kibica to, moim zdaniem, świetny temat na pracę magisterską. I nie chodzi o to czy tego samego dnia po otrzymaniu feralnej wiadomości wstrząśnięty fan pójdzie się upić, czy może wybatoży małżonkę, podpali osiedlowy śmietnik albo na tydzień zamknie się w pokoju, obwieszczając światu swój ból smętnym dmuchaniem w saksofon...

Dla mnie dużo ciekawsze jest to, co kibic w takim momencie sądzi o winie swojego klubu. Z niesmakiem, ale i  z  dozą  zrozumienia (miłość kibicowska przecież ślepa jest) zauważam, że reakcje są następujące:

1. Najpierw nadchodzi etap niedowierzania: 

- "To jakaś bzdura, przecież nasz klub był zbyt biedny, żeby coś od kogoś kupić (ewentualnie: "zbyt bogaty i po to kupił wcześniej dobrych pilkarzy, żeby później nie kupowac meczów)"

Albo:

- "To jakaś bzdura. Co by nam dało kupowanie meczów, przecież i tak byliśmy w środku tabeli"

2. Potem jest etap próby oszukiwania własnej pamięci i nie przyjmowania faktów do wiadomości:

 - "Nie nie słyszałem o tym. To na pewno jakaś bzdura. W ogóle nie ma o czym rozmawiać"

3. Potem przychodzi etap pomniejszania winy:

- "No, może coś kupili, ale przecież nie sprzedali! Sprzedać to jest dopiero podłość. Nasi by się nie zeszmacili..."

Albo: 

 - "Może i kupili parę meczów, ale przecież i tak nic im to nie dało , bo nie awansowali (albo spadli)"

4. Potem brnie się w etap porównywania do innych:

- "A przecież oni kupili 47 meczów, a my tylko 4. Dlaczego mamy być karani tak jak oni?"

Albo: 

- "A oni kupili i dzięki temu awansowali, a myśmy na korupcji w ogóle nie skorzystali!" 

5. Potem nadchodzi etap przepoczwarzania się z winnego w skrzywdzonego:

 - "A przecież nikt w naszym klubie nie wiedział, że ten facet z zarządu (trener/kierownik drużyny/piłkarz) dawał sędziom pieniądze. A poza tym już dawno został wyrzucony. Dlaczego chcecie karać niewinny klub i niewinnych ludzi?"

6. Potem czas na etap szukania krzywdy i zwalania winy na cały świat:

 - "A przecież członek Wydziału Dyscypliny kibicuje naszemu największemu wrogowi. To gnój jeden!"

7. Potem nagły zwrot o 180 stopni: czas na troskę o cały świat i myślenie o przyszłości:

- "A przecież jeśli teraz wyrzuci się z ligi te wszystkie "umoczone" kluby, to dojdzie do całkowitego paraliżu rozgrywek! Czy polski futbol stać na tak wielki chaos i płynące z niego straty w perspektywie Euro 2012?!"   

8. Potem czas na argumenty prawne:

- "A przecież na razie prokuratura tylko przesłała materiały. Niezawisły sąd nie wydał wyroku, a oni już teraz chcą degradować. Karać bez udowodnienia winy?To szuje!"

Potem jeszcze może dojść parę etapów, ale efekt finalny jest taki, że nie zgadzający się z rzeczywistością kibic dotkniętej zarazą drużyny idzie przez życie z poczuciem krzywdy, niesprawiedliwości.

Zastanawiam się jak mają zachować się fani, których kluby ominęło (na razie) karzące ramię Temidy, a na których wkrótce spadnie grom z jasnego nieba?

Przyznaję: jestem zwolennikiem bezwzględnego karania za korupcję. Dla mnie degradacja jest oczywista już tylko za jeden, jedyny, malutki, ustawiony mecz, meczyk, meczątko. Każdy klub ma w historii chwalebne momenty i wstydliwe epizody. Chodzi o to, żeby za laury spijać śmietankę, ale za wtopy nie uciekać od odpowiedzialności. Dlatego teraz jakieś wspólne zakulisowe działania "pokrzywdzonych przez Wydział Dyscypliny", apelowanie o "rozsądek i umiar w walce z korupcją", budzą we mnie obrzydzenie. 

Moja rada jest więc taka: kibicu, nie szukaj usprawiedliwień, nie snuj spiskowej teorii. Bądź facetem, a nie _ _ _ _ _ (można tu sobie wpisać rubaszne śląskie słówko, jakie sobie kto uważa). Lepiej przyjąć hańbę na klatę i zachować się po męsku.

Co odpowiedziałbyś jeśli za dziesięć lat syn zadałby Ci pytanie: "Tata, a dlaczego wtedy zdegradowano Arkę, Łęczną, KSZO, a naszego klubu mimo że miał zarzuty, już nie?"

Czy patrząc mu w oczy odpowiesz: "Synu, bo oni byli winni, a nasz klub nie był?"

Albo stwierdzisz z uśmieszkiem: "Synu, u nas zawsze potafili załatwić te sprawy jak należy. Po prostu nasi działacze są operatywni i chwała im za to?"

I co? Przeszłoby Ci to przez usta? Moim zdaniem lepiej jeśli syn w ogóle nie musiałby zadawać tak postawionego pytania. A na jego:"Tato czy nasz klub był winny?" będziesz mógł odpowiedzieć "Tak, synu i poniósł zasłużoną karę. To przeszłość, za którą zapłaciliśmy".

Dlatego gdybym to ja był w Twojej sytuacji, od gorączkowego szukania przez mój klub śliskich sposobów ucieczki od odpowiedzialności, wolałbym jego pokutę, zadouśćuczynienie i postanowienie poprawy. I dopiero wtedy mógłbym z czystym sumieniem dalej kibicować mojej drużynie, która też miałaby już przecież czyste sumienie.

A potem? Potem byłby już tylko czas na zaciśnięcie zębów, dopingowanie klubu w najtrudniejszych chwilach (to też jest bardzo przyjemne) i powrót do elity po walce na boisku prowadzonej w sportowym stylu.

Przestrzegam: nieuznanie winy i nieprzyjęcie kary uczyni z ciebie KIBICA ZGORZKNIAŁEGO, bez wzniosłych marzeń, z ustami pełnymi szyderstw wykrzykiwanych na stadionach. A jeśli przyjmiesz do wiadomości że to, co było, to było i że kara jest słuszna - nadal będziesz pogodnym człowiekiem. 

Chyba warto. Pamiętaj o tym kibicu za parę miesięcy...

PS. Nie jestem cynikiem (przynajmniej jeśli chodzi o sprawy tak ważne jak futbol:-). Naprawdę wierzę w to, co napisałem. 


 

piątek, 15 lutego 2008
Wybudzanie

Przerzucam z niedowierzaniem notatki; wychodzi z nich, że na takim meczu jak dziś, jeszcze nie byłem. Nie chodzi wcale o dramatyczny przebieg, sportowe emocje czy wspaniałe bramki.

Jak myślisz Czytelniku - ilu kibiców przyjdzie na stadion zobaczyć mecz piłkarski jeśli:

- spotkanie jest zupełnie pozbawione stawki (to typowy sparing)?

- miejscowa drużyna gra przeciwko rezerwom gości (rywal już dzień wcześniej zapowiedział, że przyjedzie w mocno osłabionym składzie i dotrzymał obietnicy)?

- narastający mróz jest nie do zniesienia (chrzęszczą rzepki kolanowe, małżowiny się zwijają, a para bucha z ust jak z parowozu)?

- jest piątkowy wieczór (żona chciałaby inaczej rozpocząć weekend)?

Odpowiedż brzmi: SIEDEM TYSIĘCY.

Właśnie taki tłum nie przejął się niesprzyjającymi okolicznościami przyrody i zobaczył w Zabrzu, jak Górnik pokonał 3:0 drugi garnitur Wisły Kraków. Teraz już jestem pewien: wraca moda na fussball. Wreszcie, po prawie dwudziestu latach marazmu, śląski kibic wybudza się z letargu. Nie tylko w Zabrzu, bo czuję narastającą mobilizację także w Chorzowie, Katowicach, Gliwicach... 

A za tydzień to, co tygrysy lubią najbardziej: wraca ekstraklasa. Ale będzie się działo: na początek megahit w Sosnowcu, gdzie Zagłębie zagra z Ruchem, emocje też w Zabrzu, bo przyjeżdża Lech Poznań.

Już nie mogę się doczekać! 

czwartek, 14 lutego 2008
Jerzy Dudek: Teletubisie, a moździerz automatyczny 2B9 kalibru 82 mm

O Jerzym Dudku pierwszy raz napisałem w grudniu 1995 roku. Okazją był międzynarodowy turniej halowy w Szczygłowicach. Dudek grający w zwycięskiej drużynie AC Milan Skorpion Knurów został wybrany najlepszym bramkarzem zawodów. Za pierwsze miejsce on i jego kumple z drużyny dostali 2500 dolarów do podziału, stroje sportowe, mogli też wychłeptać beczkę piwa. Wtedy nawet mi się nie śniło (a komu się śniło), że wprawdzie Dudek nie zagra w prawdziwym Milanie, ale już w Feyenoordzie, Liverpoolu i Realu - owszem! No; z tym Realem to może lekka przesada: sezon bez choćby jednego ligowego meczu można spisać na straty. Takie zero fatalnie wygląda w statystykach (a właśnie statystyki oddadzą po latach - kiedy prawie nikt nie będzie pamiętać wspaniałych parad - bramkarską wielkość).

Życzę Dudkowi jak najlepiej i ciągle mam nadzieję, że do końca sezonu to nieszczęsne zero wymaże. Dlatego dziś ucieszyłem się na wieść, że jest szansa by wreszcie w Primera Division zadebiutował - choć było to zadowolenie z lekkim niedowierzaniem w tle. Od początku info brzmiało bowiem podejrzanie: przyczyną debiutu miała być kontuzja niezniszczalnego dotąd bramkarza Ikera Casillasa, choć przecież słowa "kontuzja" i "Iker Casillas" mają ze sobą tyle wspólnego, co Teletubisie z moździerzem automatycznym 2B9 kalibru 82 mm. Jestem pewny, że jeśli Iker pierwszy raz w życiu pójdzie wreszcie do lekarza, to już raczej ze swoim przeziębionym wnukiem...

Info rzeczywiście okazało się nadmuchanym balonem: ból nadgarstka Casillasowi już nie dokucza (nie wiedziałem, że terminatory mają nadgarstki), więc Dudek choć ledwo wstał, to znowu musi usiąść.

Pomyślałem jednak, że warto się przygotować na okoliczność ponownego napuchnięcia nadgarstka Ikera (1:250, że już nigdy nie napuchnie) i sprawdzić jak Jerzy Dudek radził sobie z presją we wcześniejszych ligowych debiutach - w Polsce, Holandii, Anglii. Co się okazuje? Żarło mu. Bramki wprawdzie w tych meczach przepuszczał, wyniki jego drużyn były nienadzwyczajne, ale nikt do niego nie miał pretensji, ba; wyróżniał się.

W debiucie numer 1 Dudek stracił dwa gole na Łazienkowskiej (16 marca 1996; Legia Warszawa - Sokół Tychy 2:0). Pierwszą bramkę w polskiej ekstraklasie przepuścił w 30. minucie. Rzut rożny wykonywał wtedy Leszek Pisz. Zbigniew Mandziejewicz strzelił niecelnie, ale piłka trafiła do Tomasza Sokołowskiego, a ten z bliska pokonał Dudka. Drugiego gola strzelił bramkarzowi Sokoła w przedostatniej minucie Tomasz Wieszczycki. Mimo porażki tyskiej drużyny człowiek ze Szczygłowic został uznany za jednego z najlepszych zawodników tego meczu; uchronił swój zespół od wyższej porażki.

Lepiej było w Feyenoordzie, choć w Rotterdamie zaczęło się podobnie jak  w Realu. Cały pierwszy rok na ławie bez choćby jednego ligowego meczu może spowodować ucisk na mózg i narastającą frustrację; czasem masz ochotę odgryźć magazynierowi tchawicę - za to, że podał ci złe rękawice... Ale Jerzy Dudek opanował rozdrażnienie, zacisnął zęby i udało się mu na stałe wskoczyć do bramki Feyenoordu na początku sezonu 1997/98. Debiut numer 2 przypadł na wyjazdowy mecz z Maastricht. Było gładkie 3:0 dla faworyta, Dudek zebrał pochwały.

Gorzej wyszło w Liverpoolu. 8 września 2001 "The Reds" po raz pierwszy z Dudkiem w składzie przegrali 1:3 z Aston Villą. Pierwszego gola wbił Polakowi Dion Dublin (mocnym strzałem głową po centrze z wolnego Paula Mersona). Ale i tym razem nikt nie winił debiutanta. Zniesmaczony „The Sunday Times" pisał: „Za każdym razem jedyną rzeczą, jaką Dudek mógł zrobić, to rozejrzeć się i spytać: „Hej, gdzie jest moja obrona?"

Bardzo chciałbym, żeby Jerzy Dudek choć raz miał możliwość powiedzieć te słowa podczas ligowego meczu w Madrycie. Żeby mógł spojrzeć na Cannavaro albo Sergio Ramosa i po udanej interwencji zawołać: „Hej, gdzie jest moja obrona?". 

dudek w realu 

Ale jeśli dalej tak pójdzie jak idzie, to te słowa Dudek wypowie raczej za rok -dwa i nie do Cannavaro, ale raczej do... Tomasza Hajto. I będzie to na kultowym dla Dudka stadionie Górnika Zabrze. No bo gdzie kończyć karierę jak nie tam? Był przecież szalikowcem KSG jeszcze w szkole podstawowej.  Mama kolegi z klasy szyła im szaliki i swetry w barwach biało-niebiesko-czerwonych... Jako obiecujący adept bramkarskiego fachu w Concordii Knurów, Jurek lubił przyjechać na Roosevelta trochę wcześniej, żeby podpatrywać rozgrzewkę Józefa Wandzika albo Marka Bębna.

Fajnie by wyszło, gdyby na zakończenie kariery mógł Dudka w Zabrzu podpatrywać jakiś - nieobjawiony nam jeszcze - śląski bramkarski talent. Co sądzicie?

środa, 13 lutego 2008
Cracovia najstarsza? No to skręćcie do Katowic (jedenastka wszech czasów)

103 lata... Piękny wiek! Tyle kończyłby właśnie dziś - gdyby istniał - Sport Club Diana z Katowic. Słowo stało się piłką właśnie 13 lutego 1905 roku.

W Dianie (nazwę na cześć ... rzymskiej bogini łowów wymyślił pierwszy prezes) grali gimnazjaliści i urzędnicy kolei. To musiały być dla futbolu piękne, romantyczne, nieskażone mamoną, czasy...

 diana

Wiele bym dał, żeby zobaczyć jak katowiccy pionierzy gorszyli statecznych mieszczan krótkimi portkami. Już widzę, jak panie w eleganckich sukniach zapinanych pod samą szyję, wstydliwie spuszczają wzrok widząc gołe kolana i włochate uda tych chłopaków... Chętnie pokopałbym z nimi szmaciankę na Placu Andrzeja (koło więzienia, niedaleko dworca PKP), wówczas zwykłym placu, gdzie był targ bydła. Sto lat temu ekipa brała go w posiadanie po godzinie 15, kiedy po krowach zostało już tylko łajno. Trzeba było tylko spytać o zgodę jednego z trzech urzędujących wówczas w mieście policjantów (kiedyś tylko tylu potrzeba było w Katowicach, naprawdę!), uprzątnąć kupy i...heja. Właśnie na tym placyku (do którego z roboty mam zresztą 46 sekund na piechotę) rodziły się pierwsze katowickie talenty. Tam piłkę kopał choćby mały rudzielec z odstającymi uszami, mieszkający z matką na Wrangelstraße (dziś ul. Barbary), znany później jako „Ezi"...

Dziś trudno w to uwierzyć, ale futbol w tamtych czasach był uważany powszechnie za dzieło szatana. Młodzież szkolna miała absolutny zakaz uczestnictwa w rozgrywkach. Przywołam przypadek ucznia gimnazjum Emila Nogli, jednego z najlepszych piłkarzy Diany, mistrza Górnego Śląska z 1912 roku - można by powiedzieć pierwszego idola... Nogli, na co dzień prymus, z powodu gry w piłkę został zawieszony w prawach ucznia, a dyrektor nie chciał dopuścić go do matury! Dopiero pod wpływem nauczycieli - potajemnie miłośników piłki - miał zmienić zdanie. Do przełomu doszło w 1913 roku, kiedy Südostdeutscher Fußball-Verband (Południowo-Wschodnio-Niemiecki Związek Piłki Nożnej) zawarł po pertraktacjach porozumienie z władzami szkolnymi. Odtąd młodzież miała możliwość zrzeszania się w oddziałach młodzieżowych piłki nożnej.

Oczywiście Diana szybko stała się poważnym klubem, dorobiła się własnego boiska (a właściwie boisk, ale to osobny temat). Co najmniej dwóch piłkarzy w niej grających trafiło już w barwach innych klubów do reprezentacji Polski (Paweł Lubina, Otto Riesner). Niestety - ostatni mecz Diana rozegrała prawie 70 lat temu. Kiedy w 1939 roku hitlerowcy zajęli Katowice, zakazali Dianie działalności. Powód? Klub - choć zakładany przez mieszkających w mieście Niemców - miał częste kontakty z polskimi drużynami (m.in. z Pogonią Lwów z Wacławem Kucharem w składzie), a w jego składzie było wielu Polaków.

godło diany

Urodziny Diany (fajny herb, prawda?) są dla mnie okazją do stwierdzenia, że Katowice pod względem piłkarskim nie wykorzystały wielkiego potencjału, jakim dysponowały od zawsze. To niewiarygodne, że nad Rawą  - mimo silnej na Śląsku konkurencji - nigdy nie świętowano mistrzostwa Polski (choć blisko było już przecież w latach 20)! Gdybym miał wskazać jedno miasto, którego drużyny ucierpiały na skutek przeróżnych nieszczęść, nagromadzonego pecha, odgórnych decyzji politycznych ale i wstydliwych epizodów - byłyby to bez wątpienia  Katowice. Dziś w tym mieście rządzi GKS, ale gdyby nie splot zdarzeń i okoliczności, mogłoby stać się zupełnie inaczej. Przed 1964 rokiem najważniejszym klubem Katowic - wręcz symbolem miasta  - mogły stać się Diana, 1. FC, Pogoń, Dąb, po wojnie Baildon i Stal. Niektóre z tych klubów same zmarnowały szansę, innym perfidnie ją zabrano. Dziś w Katowicach prawie nikt ich nie pamięta, nie żałuje. Liczy się tylko GieKSa...

Przy okazji wpisu pokusiłem się naprędce o jedenastkę wszechczasów złożoną z piłkarzy urodzonych w Katowicach (lub dzielnicach później do nich przyłączonych). Widać wyraźnie przewagę ataku nad obroną.

„Katowice All Stars": Edward Szymkowiak - Dariusz Fornalak, Jacek Kowalczyk, Grzegorz Fonfara - Ewald Dytko, Erwin Nyc(tz), Tomasz Zdebel, Ryszard Herman (Richard Hermann) - Krzysztof Warzycha, Jan Furtok, Ernest Wilimowski. Ławka rezerwowych: Emil Goerlitz, Karol Kossok, Edward Jankowski, Marek Koniarek, Paweł Lubina.

Jeden mistrz świata, pięciu uczestników mundiali, piętnastu reprezentantów Polski, dwóch reprezentantów Niemiec (bo „Ezi" tu i tam). Może kogoś pominąłem? Pomóżcie...

PS. Diana najstarsza? No to skręćcie do Raciborza. Tam byli pierwsi z pierwszych na Górnym Śląsku. Już w 1903 roku kopali piłkę w Ratibor Sportvereingung...

wtorek, 12 lutego 2008
Liczba dnia: 36000. To będzie odpał nie z tej ziemi!

Rany boskie, gorączkowa kotłowanina narasta... Kiedy piszę te słowa do 90. Wielkich Derbów Śląska pozostało aż 18 dni, 22 godziny, 47 minut i 22 sekundy, a przecież już sprzedano 36 tysięcy biletów!  Ludzie w Chorzowie i w Zabrzu wytrwale stoją po nie w kolejkach przez wiele godzin. Właściwie w Zabrzu już nie stoją, bo cała pula dla Górnika (12500 biletów) została rozdrapana. Zdeterminowani przedstawiciele zabrzańskiego klubu błagają organizatorów, żeby zmniejszyli bufor bezpieczeństwa i udostępnili im jeszcze jeden sektor. Z kolei kibice Ruchu już zaczynają trenować doping. Zwołali sobie na Śląskim zbiórkę z bębnami. Na zbiorowe śpiewanie przyszło prawie tysiąc kobiet, mężczyzn i dzieci! Oto filmik z treningu:

Coś czuję, że 2 marca Śląski będzie jak La Bombonera, Ruch jak Boca Juniors, a Górnik jak River Plate. Konfetti na pewno nie zabraknie!

PS. Szanownych Czytelników proszę: nie przypominajcie mi, że słówko „derby” jest nieodmienne. Ja sobie odmieniam i już!

poniedziałek, 11 lutego 2008
Dlaczego lubię Stadion Ludowy w Sosnowcu

Oczywiście nie ze względu na architekturę, brrrr.... Pomyślałem o Ludowym, bo jest fajna pogoda, zrobiło się ciepło i pewnie coraz mniej ludzi myśli o nartach, a coraz więcej o spacerach na świeżym powietrzu, grze w nogę, siatkówkę, kosza, o joggingu albo innym nordic walkingu ... Wkrótce wiosna! 

I właśnie w tym momencie Sosnowiec ze swoim Ludowym zyskuje - moim zdaniem - przewagę nad miastami z drugiej strony Brynicy. Żeby przekonać się o co mi chodzi, trzeba przyjechać na stadion Zagłębia nie tuż przed meczem, ale na przykład we wtorek po południu albo w sobotni ranek czy kiedy tam chcecie. Przekonacie się, że to miejsce bez przerwy tętni życiem. Przy Ludowym jest bowiem rozległy kompleks boisk i boiseczek na których kopią piłkę nie tylko zrzeszeni w Zagłębiu młodzicy, trampkarze, juniorzy albo gwiazdy z pierwszej drużyny. Jest też miejsce dla zwykłych mieszkańców, którzy chcą pokopać piłkę po stresującym dniu w biurze. Albo chcą pozrzucać brzuchy w truchcie dookoła boiska. Albo chcą poplotkować przy piwku w przystadionowej knajpce. I teraz uwaga: CHCĄ I MOGĄ! Ta  powszechna dostępność Ludowego (co za adekwatna nazwa!) jest dla mnie godnym podziwu fenomenem. Zawsze kiedy się tam pojawiam w porze niekoniecznie meczowej, słyszę świergot rozkrzyczanych, biegających za piłką bajtli (przepraszam, w Sosnowcu na bajtli mówi się "chłopcy"), wymieszany z gwarem produkowanym przez atrakcyjne matki po trzydziestce, plotkujące na przykład o ostatniej imprezie w Zakręconej...

Właśnie o to chodzi! W ten naturalny, niedostrzegalny sposób buduje się więź między ludźmi a klubem z ich miasta. Dzięki temu, że mieszkańcy mają Ludowy na co dzień, Zagłębie zawsze będzie dla nich zjawiskiem godnym zainteresowania. Przy takich Zagłębiach, towarzyszach życia codziennego określonej społeczności, sztucznie hodowane kluby, które posklejał i ożywił jedynie kaprys bogacza, to trupy od samego początku. Żadne sukcesy im nie pomogą. Kiedy odchodzą w niebyt, pies z kulawą nogą za nimi nie zapłacze (vide:Amica).

Jako, że blog poświęcony jest głównie śląskiej piłce, muszę odnieść się do jej klubów-ikon. Oczywiście o Górniku, Ruchu, Polonii czy Gieksie też będzie mówić się do końca świata, a nawet dzień dłużej. Ale chyba nigdzie na Śląsku, klub nie jest tak blisko zwykłego mieszkańca jak u sąsiada. A może się mylę? Może są gdzieś kluby pod tym względem do Zagłębia podobne? Jeśli tak jest - dajcie znać. Chętnie o tym napiszę!

Ah, zapomniałbym... Lubię Ludowy za jeszcze jedną - unikalną w warunkach polskich - cechę. Sprawa jest prosta: stadion w Sosnowcu dorobił się własnej nazwy. Chyba jako jedyny, na którym gra na co dzień klub pierwszoligowy w tym kraju. Dla mnie to ważne. Gdzieś w świecie istnieje przecież nie Manchester Stadium, a Old Trafford, nie Glasgow Stadium, a Ibrox Park, nie Dortmundstadion, a Westfallenstadion (choć akurat tam się sprzedali)...

W Polsce nie ma niestety tradycji nadawania stadionom własnych nazw. Natchnienie dają albo klub, albo pobliska ulica. Dlatego stadion w powszechnej śląskiej świadomości jest albo Ruchu albo na Cichej, albo Górnika albo na Roosevelta, albo GKS-u albo na Bukowej. A w Sosnowcu wystarczy powiedzieć, że idzie się na Ludowy i wszystko jasne. Mało kto pamięta przy jakiej on właściwie stoi ulicy, bo nie musi pamiętać... Mam nadzieję, że w Sosnowcu nikomu nie przyjdzie do głowy zmienić nazwę, tak jak zrobili to choćby w Budapeszcie. Węgrzy przez dziesięciolecia mieli swój Nepstadion (czyli właśnie... Stadion Ludowy), ale kilka lat temu przemianowali go na Puskas Ferenc-stadion. Przy całym szacunku dla "Galopującego Majora" -  nie mogę się przyzwyczaić... Tak jak nie mógłbym się przyzwyczaić do stadionu im. Jana Kiepury w Sosnowcu albo Stadionu Narodowego im. Jerzego Ziętka w Chorzowie...

niedziela, 10 lutego 2008
O najpotworniejszej lewej nodze lat 90.

Po ciężkim tygodniu żmudnej pracy biurowej, z radością wybrałem się na weekendowy sparing. Tym razem wybór padł na Koszutkę i boisko Rapid. Zagrały na nim GKS Katowice z IV-ligowym Beskidem Skoczów. Mecz bez historii, GKS wygrał 5:0. Potwierdziło się, że Grażvydas Mikulenas może być dla katowickiego zespołu kimś znacznie ważniejszym niż Rasiak dla Boltonu. Ciekawe tylko czy Ruch Litwina do GieKSy - w kontekście paskudnej kontuzji Jezierskiego - w ogóle puści?

Ale ja chciałem nie o tym, nie o tym... Podczas meczu na Koszutce w jedenastce ze Skoczowa zauważyłem faceta, który znikł mi z pola widzenia dobrych parę lat temu. Wróciły wspomnienia... Pamiętacie Bogdana Pruska? Wychowanek klubiku LKS Stara Wieś spod Pszczyny, w klubach śląskich i wielkopolskich rozegrał prawie 200 meczów w ekstraklasie i strzelił ponad 30 bramek. To właśnie ten człowiek uzmysłowił mi, że futbol to nie jest tylko przyjemna gra, w której jeśli jesteś dobry, to faceci wrzeszczą z zachwytu po twoim efektownym dryblingu, a kobiety posyłają powłóczyste spojrzenia, kiedy schodzisz w chwale do szatni po meczu... 

Bogdan Prusek wiele lat temu sprawił, że doznałem na boisku piłkarskim paskudnego, dotąd kompletnie mi obcego, uczucia. To był paraliżujący, wręcz zwierzęcy strach: podczas treningu, który oglądałem zza linii końcowej, Prusek lewą nogą nagle oddał strzał, po którym nadlatująca ze świstem piłka omal mnie nie zabiła. Sformułowanie „oddał strzał” jest nieprecyzyjne; dotąd nawet nie zdawałem sobie sprawy, że człowiek może kopnąć piłkę z tak potworną, nieprawdopodobną siłą.

Od tego momentu - kiedy już ochłonąłem - zacząłem śledzić dokonania Pruska, a zwłaszcza jego lewej nogi. Parę razy widziałem jak stopa blondwłosego piłkarza dokonuje spustoszeń w szeregach  przeciwników. Pamiętam choćby 1995 rok, kiedy Prusek był piłkarzem Sokoła Tychy. Byłem na meczu kiedy jego młot pneumatyczny dwukrotnie wprawił w osłupienie bramkarza Lecha Poznań Mioduszewskiego. Mioduszewskiemu po ludzku współczułem, ale i cieszyłem się, że nie jestem na jego miejscu. Zawsze uważałem, że każdy bramkarz grający przeciw Pruskowi powinien przed meczem dostać w szatni suspensorium i podpisać dodatkową polisę ubezpieczeniową...

W 1997 roku razem z Pruskiem i jego ówczesną drużyną Odrą Wodzisław, byłem na pucharowym meczu w rosyjskim Wołgogradzie. Na stołówce niepostrzeżenie stanąłem za Pruskiem w kolejce po obiad i uważnie dokonałem intensywnej obserwacji jego kończyny. Niczego się nie dowiedziałem: okazało się, że Prusek dysponuje zwyczajną, męską, po piłkarsku umięśnioną, lekko owłosioną, lewą nogą. Myślałem, że ma może zdeformowaną stopę, że ma na stanie coś na kształt bawolego kopyta, które jest tajemnicą jego sukcesu, ale nie... Stopa Pruska w klapku wyglądała całkiem zwyczajnie. Wytłumaczenie mogło być tylko jedno: opatrzność dała Pruskowi moc wrodzoną. W efekcie kiedy Bogdan dotykał lewą stopą piłki następowało wyładowanie elektryczne i tyle. Takie wytłumaczenie musiało mi wystarczyć...

Na pamiątkę pobytu w Rosji zrobiłem sobie z drużyną Odry zdjęcie w mauzoleum świętego ognia (przypominam, że Wołgograd to był kiedyś Stalingrad i w czasie wojny zginęło tam ponad milion żołnierzy). Przykucnąłem oczywiście obok Bogdana Pruska, licząc po cichutku, że przynajmniej część jego lewonożnej mocy na mnie spłynie. Nie spłynęła, ale fotka pozostała:

Odra w Wołgogradzie 

Odra Wodzisław A.D.1997, mauzoleum w Wołgogradzie. W pierwszym rzędzie od lewej: Paweł Czado,  Bogdan Prusek, Przemysław Pluta, Arkadiusz Bałuszyński, Paweł Sibik, Krzysztof Zagórski, Piotr Sowisz, Jan Woś, Mirosław Staniek. W górnym rzędzie od lewej: Paweł Primel, lekarz Ryszard Zakrzewski, Piotr Jegor, trener Marcin Bochynek, Jacek Polak, działacz, Ryszard Wieczorek, Dariusz Kłoda i drugi trener Jerzy Wolny.

Otrząsam się ze wspomnień, znów jestem na Koszutce... Bogdan Prusek ma dziś 37 lat i ciężko mu w Katowicach rywalizować z obrońcami półtora dekady młodszymi od siebie. Nie liczę na wiele. Chcę tylko, żeby choć raz wprawił w osłupienie dość licznie zgromadzonych kibiców, z których większość nie ma nawet pojęcia, że po boisku biega uśpiona bomba. Niestety; mechanizm tym razem nie odpala, katowicki bramkarz nie ma okazji się wystraszyć. W drugiej połowie ciężko dyszący Prusek siada na ławce rezerwowych...

Sława przemija, ale wspomnienia zostają. Dla mnie Bogdan Prusek zawsze będzie tym, który miał najpotworniejszą nogę w Polsce. Przynajmniej w latach 90.

A może nie? Może znacie kogoś z potężniejszym kopytem?

piątek, 08 lutego 2008
Czy oni olśnią Polskę w rundzie wiosennej?

Po długim marazmie w śląskiej piłce wreszcie coś się dzieje. Coraz mocniejsze drużyny, coraz lepiej zarządzane kluby, coraz większe ambicje, coraz ciekawsi piłkarze.

Oto moja jedenastka ludzi, którzy mogą zaskoczyć wiosną całą piłkarską Polskę. Z reguły nieznani, często dopiero dobijający się do pierwszego składu (choć jest też jeden weteran). Niektórzy już udowodnili, że warto na nich stawiać, niektórzy nie mieli jeszcze okazji. Gdyby zebrać ich do kupy, powstałaby chyba niezła drużyna. Sam jestem ciekaw przy ilu z tych nazwisk będzie można latem postawić plusy, a które trzeba będzie skreślić. 

Bramka

Jakub Kafka (GKS Jastrzębie, 32 lata, Czechy). Najstarszy w tym gronie, ale bramkarz nie musi być młody. Wystarczy, żeby ten torman grał wiosną tak jak jesienią, a Jastrzębie znów będzie mieć parę punktów więcej. Parę fajnych parad pokażą też pewnie Boris Pesković (Górnik) i Jacek Gorczyca (GKS).

Obrona 

Patrik Pavlenda (Górnik Zabrze, 26 lat, Słowacja). On ma wypełnić ostatnią lukę w zabrzańskiej defensywie, czyli wzmocnić prawą obronę. Mały (170 cm), ale ponoć wyjątkowy skurczybyk - żywemu nie przepuści. Przekonamy się...

Adam Danch (Górnik Zabrze, 21 lat, Polska). Trener Ryszard Wieczorek jest zachwycony jego dyspozycją podczas zgrupowania w Hiszpanii. Może grać na środku obrony, może grać jako defensywny pomocnik. Wygląda na to, że synek z Rudy Śląskiej wygryzie ze składu któregoś z bardziej rutynowanych kolegów. Górnik ma kłopoty bogactwa, bo na tych samych pozycjach może grać także równolatek Dancha - reprezentant Michał Pazdan!

Szymon Kapias (GKS Katowice, 24 lata, Polska). GKS sprzedał do Cracovii Polczaka. Gorzej jeśli sprzedałby Kapiasa. Wtedy nie miałby kto trzymać tyłów Gieksy. Moim zdaniem to właśnie wokół Kapiasa juniora powinna być budowana nowa drużyna Katowic. Najbardziej utalentowany w zespole z Bukowej. 

Pomoc

Piotr Malinowski (Górnik Zabrze, 23 lata, Polska). Ten człowiek musiał się znaleźć w tym zestawieniu. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, opadła mi szczęka. Uwielbiam takich niepozornych osobników, za którego początkowo nikt nie dałby złamanego grosza, a potem... kupę szmalu. Kiedy Malinowski wychodzi na boisko wydaje się, że ktoś chyba zwariował. Malutki, chudziutki, przygarbiony... No to dajcie mu tylko piłkę! Właściwie napastnik, ale wystawiam go na skrzydło. Dla niego to nie problem

Gabor Straka (Ruch Chorzów, 27 lat, Słowacja/Węgry). Trener Dusan Radolsky podobno nadal nie potrafi uwierzyć, że Artmedia Petrżalka zgodziła się go puścić do Polski! Ma być bolączką Ruchu na dotychczasową słabość niebieskich w środku pola...

Daniel Feruga (Ruch Chorzów, 20 lat, Polska). Byłemu asowi Gwarka na razie ciężko będzie wygryźć ze składu starych zakapiorów, ale talent ma pomoć niebywały, więc kto wie? Fajnie byłoby zobaczyć na Cichej Bronisława Bulę II.

Marko Bajić (Górnik Zabrze, 23 lata, Serbia/Bośnia). To wokół niego ma kręcić się mistrzowska drużyna Górnika w 2012 roku. Niektórzy przebąkują, że to będzie już w 2010... Ponoć wyjątkowy brylant z młotem pneumatycznym w nodze. 

Tomasz Podgórski (Piast Gliwice, 22 lata, Polska). Jeśli ktoś jest szybki jak wicher to już połowa sukcesu. A jak ktoś jeszcze potrafi grać w piłkę to już 3/4 sukcesu. Wychowanek Piasta potrafi, więc nic dziwnego, że interesuje się nim ekstraklasa. 

Atak 

Łukasz Janoszka (Ruch Chorzów, 21 lat, Polska). Teraz albo nigdy. Tylko niech trener Radolsky da mu pograć, bo dotychczas różnie z tym bywało. Na zgrupowaniu w Turcji strzelał aż miło. A w lidze?

Martin Matus (Podbeskidzie Bielsko-Biała, 26 lat, Słowacja). Taki Grzegorz Piechna na mniejszą skalę. Też ciupał w niższych ligach, pokazał się w skolonizowanej przez Słowaków Skałce Żabnica. Udowadnia, że liczy się nie tylko talent, ale i ciężka harówa na boisku. Ciekawe czy sprawdziłby się w ekstraklasie? 

Do zestawienia wrócę w maju. Przekonamy się czy miałem rację...

21:36, pavelczado
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 lutego 2008
GKS Katowice ma problem jak nigdy

Start II ligi tuż-tuż, a na Bukowej przebierają nogami. Gieksa ma poważny kłopot, który dotychczas się jej nie zdarzał. Z reguły byli tam bowiem ludzie, którzy potrafili strzelić w sezonie parenaście bramek. To było kiedyś... Jesienią ich następcy kompletnie zawiedli. Jeden strzelił dwa gole, drugi - trzy, a trzeci - żadnego. Czasu coraz mniej, konkurencja nie śpi, a liczni testowani w Katowicach napastnicy nie dają żadnej gwarancji zdobycia siedmiu-ośmiu bramek w rundzie. Ba, nawet trzech-czterech! Dlatego wyczuwam nad Rawą narastające zdenerwowanie...

Kto mógłby się sprawdzić? Choćby ten pan z archiwalnej fotki.

mikulenas

Uważam, że to byłby dobry strzał. Choć Grażvydas Mikulenas ma już 35 lat, w Katowicach jeszcze by się przydał (już przecież ligowe bramki dla GKS-u strzelał: zdarzyło mu się to jeden raz główką z 5 metrów, a dwa razy w sytuacji sam na sam po rajdach i odegraniu z klepki). Moim zdaniem - jeśli go wezmą - wiosną byłby w GKS-ie napastnikiem numer 1.

Kiedy kibicowi źle, jedyny ratunek we wspomnieniach. Poniżej - ku pokrzepieniu serc starszych i młodszych fanów z Bukowej - spis największych killerów w ataku Katowic (kolejność w miarę chronologiczna).

Hubert Miller (do 1953 r. Mueller). Pierwszy kapitan GKS. Jeszcze przed fuzją kilku klubów z których powstał GKS grał w Rapidzie Wełnowiec. Na co dzień był szefem BHP w zakładach Rapid. Chyba najbardziej elegancki napastnik w dziejach GKS-u. Zawsze bardzo starannie uczesany, stąd ksywka "szajtlik"*. Pokopał trochę piłkę na saksach, w Eagles Chicago.

Piotr Sobik. Na zawsze przeszedł do historii GKS-u, bo to właśnie on strzelił dwie pierwsze historyczne bramki dla GKS w lidze (2:3 z Górnikiem w sierpniu 1965 r. na Stadionie Śląskim). Kuzynem jego ojca był legendarny śląski fechtmistrz Antoni Sobik.

Zygmunt Schmidt. Jan Furtok ery przedtelewizyjnej. Do czasów Mariana Dziurowicza najlepszy piłkarz GKS-u. W ogóle pierwszy reprezentant Polski w barwach "Gieksy" (13 meczów w latach 1966-69). Debiutował podczas sensacyjnego remisu z Anglią na Wembley w 1966 r. (w kadrze grał także jego brat Jan, piłkarz Ruchu). Właściwie bardziej pomocnik niż napastnik, ale musiał się znaleźć w tym zestawieniu z powodu osiągnięcia wręcz niebywałego: w 1965 r., kiedy GKS walczył o ekstraklasę, zdobył aż 30 goli! Pseudo:„Zynza"'**

Gerard Rother. Zaledwie kilku polskich piłkarzy strzeliło Barcelonie gole na Nou Camp. Wśród nich jest właśnie „Siwy". Symbol klubu na przełomie lat 60. i 70. Ewenement: miał propozycję z Bundesligi (MSV Duisburg), ale w Niemczech mu się nie podobało, więc odmówił! Tak samo jak i Legii...

Eugeniusz Pluta. w latach 70. jeden z najlepszych strzelców zespołu. Często można spotkać go na Bukowej

Jan Furtok. Najlepszy piłkarz w historii klubu. Najskuteczniejszy ligowy snajper "Gieksy" (85 goli). W 1994 r. wybrany na piłkarza 30-lecia GKS. Jako piłkarz "Gieksy" zaliczył w reprezentacji 17 meczów i 6 goli. Siedem lat w Bundeslidze (HSV, Eintracht) i w efekcie szacunek niemieckich fanów. Dziś prezes klubu. On zdecyduje, kogo kupić na swoje miejsce.

Marek Koniarek. Jedyny z tego grona, który przekroczył barierę stu goli w polskiej ekstraklasie, ale bardziej legenda Widzewa niż GKS-u. Na wysokim ligowym poziomie grał aż do 36. roku życia.

Mirosław Kubisztal. Ten facet mógł z tego grona zrobić największą karierę. Najmniej znany członek słynnego tercetu K-F-K (Koniarek - Furtok - Kubisztal), ale na pewno nie najgorszy. Fantastyczny technik. Szkoda, że nie zawsze mu się... chciało. Pamiętam mecz, który przestał w kole na środku boiska, a potem dostał w "Sporcie" jedynkę. Wielki idol w...Szwecji (za niespełna siedem lat gry w klubie Oerebro).

Gija Guruli. Najlepszy cudzoziemiec w historii klubu. Działacze tak się nim zachwycili, że kupili kulawego i dali czas, żeby się wyleczył. Kilka razy pokazał takie sztuczki, jakie dziś ogląda się na sztucznie zmontowanych filmikach na You Tube. A on to robił naprawdę! Podobno był leniwy na treningach, ale właściwie co z tego?  

Zdzisław Strojek. Kolejne po Kubisztalu wzmocnienie z Galicji. Jego złoty gol w 89. min dał historyczne zwycięstwo GKS-owi nad Girondins Bordeaux w 1994 r.

Krzysztof Walczak. Drugi ligowy - po Furtoku - snajper w historii GKS (40 goli w ekstraklasie w latach 1988-95, z przerwą na ligę cypryjską).

Marian Janoszka. Legenda Radzionkowa. „Ecik" do Katowic trafił w wieku 32 lat i zdążył jeszcze strzelić dla tej drużyny 24 bramki. Nie było w GieKSie lepszego w grze głową. W debiucie zapiął wyjątkową Lechowi w Poznaniu: główka z 15 metrów i piłka w okienku!

Dariusz Wolny. Pseudo „Szybki". Zawał serca w 1995 r. przerwał karierę, zanim tak naprawde się rozpoczęła. Dziś trener w 1.FC Katowice.

Adam Kucz. Najmniejszy z tego grona, niewtajemniczeni nie mogli uwierzyć, że był profesjonalnym piłkarzem. A był okres, kiedy malutki napastnik (165 cm) zadziwiał całą Polskę. Pechowiec, bo jego najważniejszy gol w życiu (z Benficą w Lizbonie po strzale z rzutu rożnego) niesłusznie nie został uznany.

Czy długo będziemy czekać na rozszerzenie tej listy?

*„szajtel" to po śląsku „przedziałek"

**„zynza" to po śląsku „kosa"

Archiwum