wtorek, 05 lutego 2008
Wodzisław prześcignie resztę Polski

Ujął mnie Krzysztof Swoboda, 24-letni student z Wodzisławia. I to nie tylko pomysłem, żeby na miejscu gdzie stoi stadion Odry, powstał kompleks sportowo-komercyjny z prawdziwego zdarzenia. Przede wszystkim zaimponował mi energią i siłą przebicia -   to w końcu duża sztuka przekonać w pojedynkę najpierw firmę budowlaną, a potem radnych własnego miasta. I to na tyle, żeby ci zgodzili się zmienić plan zagospodarowania przestrzennego!

Ale czy Wy byście się zgodzili, gdyby ktoś nagle pokazał Wam taki projekt (autorstwa gliwickiej firmy P.A. Nova)?

wizualizacja stadionu Odry

Jeśli marzenia staną się rzeczywistością, Wodzisław zostawi za sobą resztę Polski. Takiego cacuszka na jakieś 12 tysięcy miejsc nie ma nigdzie nad Wisłą (i Odrą). Budziłoby zazdrość nie tylko na Śląsku, ale w całym kraju. W jednym miejscu mieszkaniec Wodzisławia  mógłby zrobić zakupy, zjeść obiad, obejrzeć mecz i pójść do kina. Galeria handlowa wypełniłaby całą przestrzeń między stadionem a Urzędem Miasta (to ten brązowy ceglasty budynek z prawej).

Rozmowy z potencjalnym inwestorem trwają. Jeśli wszystko wypali, Krzysiek Swoboda powinien dostać honorowe obywatelstwo Wodzisławia!

poniedziałek, 04 lutego 2008
W Bytomiu tramwaj nie nadjedzie

Wielu twierdzi, że stadion Polonii Bytom to największe szkaradzieństwo na jakim przyszło kopać piłkę naszym ligowcom. Cóż, 80-letni obiekt wygląda chyba znacznie gorzej niż w 1942 roku, kiedy reprezentacja Niemiec pokonała na nim Rumunię 7:0 (ciekawostka, że Bytom nigdy nie gościł za to reprezentacji Polski. A przecież to było ulubione miasto Kazimierza Górskiego). Niektórych przechodzą dreszcze kiedy patrzą na kamienne trybuny molocha, inni mają zawroty głowy w budynku klubowym, który pochyla się w jedną stronę ruchem jednostajnie jednostajnym. Ileż można napinać mięśnie żeby zachować pion? Ja jednak za tym stadioniskiem po prostu przepadam i zwyczajnie lubię przyjeżdżać na mecze Polonii. Wiem, że zawsze wprowadzę się w tym miejscu w taki fajny, ponury, gotycki nastrój. Niestety jest coś, co tą złowieszczą powagę na stadionie psuje. Co takiego? Spójrzcie. Dla ułatwienia dodam, że ci państwo nie czekają na tramwaj...

Polonia

Żarty żartami, ale dla Polonii idą lepsze czasy. Niedawno zamontowano jupitery, właśnie dziś zaczęto montaż kontenerów, w których powstaną nowe szatnie. Tylko czy to wystarczy, żeby bytomscy piłkarze mogli wreszcie rozgrywać pierwszoligowe mecze jako gospodarz na własnym stadionie? Mam nadzieję, że tak. Ten obiekt to atut polonistów; w zeszłym sezonie drugoligowi rywale nie potrafili sobie w Bytomiu poradzić. Atut, który może pomóc uratować im pierwszoligowy byt.

Wierzę, że Polonii się uda, bo ją lubię i cenię. Także za to, że przed sezonem prawie wszyscy dziennikarze skazywali ją na spadek, niektórzy lekceważąco przekręcali nazwiska trenera i niektórych bytomskich piłkarzy, a oni nic sobie z tego nie robili. Teraz chodzi o to, żeby żurnaliści umieli je powtórzyć nawet zbudzeni znienacka nad ranem, po ciężkim dniu pracy. Przynajmniej ci, którzy zajmują się sportem.

niedziela, 03 lutego 2008
Wreszcie wraca Górnik z rozmachem

Żeby klub był na topie, muszą być spełnione trzy warunki:

a) muszą spisywać się działacze;

b) muszą spisywać się kibice;

c) muszą spisywać się piłkarze.

Wygląda na to, że na najlepszej drodze do odhaczenia tych trzech punktów jest Górnik Zabrze.

ad a) Po najpaskudniejszej dekadzie w dziejach KSG, działacze nie są już najsłabszym ogniwem. Faktem jest, że w ostatnim dziesięcioleciu Górnik stał się klubem prowincjonalnym. Trudno rozstrzygać czy bardziej w wyniku zaniedbań czy malejących ambicji czy może braku pieniędzy. Jedyne czego Górnikowi w ostatniej dziesięciolatce nie brakowało  - to szczęście. Działącze sądzili pewnie, że umiejętności? Nie słyszałem, żeby pielgrzymowali pod obraz Matki Boskiej Piekarskiej w podzięce za ileś tam cudownych ocaleń przed degradacją...

Teraz nowa, prężna ekipa robi wszystko, żebyśmy jak najszybciej zapomnieli o zabrzańskiej bylejakości. O wielce ambitnych planach Górnika na ten rok pisze Piotr Płatek w swojej korespondencji z Hiszpanii. Po jej przeczytaniu przyszedł mi do głowy - oczywiście zachowując rozsądne proporcje - Górnik ze ”złotej ery” przełomu lat 60. i początku 70 . Przypomniał mi się także prezes Eryk Wyra, o którym do dziś w Zabrzu mówi się, że ”zastał Górnika drewnianego, a zostawił murowanego”.

Po wielu latach przerwy Górnik znowu ma zamiar wyjechać na amerykańskie tournee. Za czasów Wyry takie wojaże po krajach obu Ameryk były dla zabrzan codziennością. Do USA, Kolumbii, Ekwadoru, Peru albo Chile Górnik wyjeżdzał co roku. Oczywiście czasy były wtedy zupełnie inne: za dzienną dietę piłkarze z Zabrza mogli sobie w takiej Kolumbii kupić najwyżej znaczek na pocztówkę i papier toaletowy. Na dewizach zarabiał głównie PZPN, wizytówce polskiej piłki zostawał jakiś ochłap (no może ochłaaaaaaaaap),  ale oczywiście już w złotówkach, wypłacanych po państowowym kursie. Jako że wtedy nie było elektronicznej bankowości i nie można było przelać zarobionych pieniędzy, prezes Wyra podczas tych amerykańskich eskapad żył w nieustannym stresie. Zarobionej przez piłkarzy forsy ponoć nie spuszczał z oka; tysiące dolarów woził w podręcznej, wielkiej teczce. Teraz taka teczka jest już zbędna, a - co najistotniejsze - całe zarobione na podróżach pieniądze wzmocnią budżet klubu.

A propos podróży: wygrzebałem z archiwum zdjęcie Górnika (m.in. z Lubańskim, Kostką i Szołtysikiem) w charakterystycznych dla tamtego okresu okolicznościach przyrody:

Górnik Zabrze

ad b) Zabrzańscy kibice już teraz tworzą jedną z najliczniejszych widowni w Polsce, a za miesiąc - do spółki z kibicami Ruchu Chorzów - pobiją rekord ekstraklasy, obecnie nieosiągalny nigdzie indziej w Polsce. Na 90. Wielkie Derby Śląska (przypominam: 2 marca) sprzedano już 20 tysięcy biletów, o komplet widowni na Stadionie Śląskim (przygotowano 41 tys. wejściówek) jestem spokojny.

Widać, że na ambicję fanom z Zabrza weszli kibice Ruchu i ich słynna już akcja reklamująca WDŚ w trakcie derbowego meczu w Madrycie. Podczas transmisji sobotniego meczu Polska- Finlandia na Cyprze przemknął mi w telewizorze transparent z napisem ”www.derbydlagornika.pl” i hasłem ”Derby to rzecz święta, niech każdy z Was o tym pamięta”. Zapewne powtórkę tej niecodzienej reklamy zobaczymy podczas najbliższego meczu z Czechami. Jedno jest pewne: nigdy w historii polskiej ligi od lat 20. żaden mecz ekstraklasy nie był poprzedzony takim rozgłosem jak spotkanie Ruch - Górnik. WDŚ zapowiadają się jako popis kibicowania - i w Chorzowie i w Zabrzu trwa gorączkowa zbiórka pieniędzy na oprawę. Fajnie, byleby tylko odbyło się to fair i z klasą. Wierzę, że tak właśnie się stanie.

ad c) Dobra drużyna to warunek najtrudniejszy do spełnienia, bo i... najważniejszy. Na razie Górnik nie jest jeszcze zespołem, którego gra nie pozwalałaby zasnąć, choć na pewno o kilku emocjonujących jesiennych meczach na Roosevelta warto było przy piwku podyskutować. Najważniejsze, że są w zespole piłkarze z potencjałem, którzy już niedługo mogą być gwiazdami naszej ligi. I to potencjałem nie byle jakim, skoro zauważył go Leo Beenhakker. Byle tylko nie chcieli z Górnika za wcześnie wyfrunąć, przynajmniej do krajowej konkurencji. Zresztą - jeśli wszystko pójdzie jak należy - to już wkróce to Zabrze będzie ściągać co świetniejszych piłkarzy naszej ligi, jednocześnie osłabiając rywali.

PS. Mam jedno malutkie marzenie: żeby za parę lat (jak już sukcesy osiągnie Ryszard Wieczorek) do Zabrza wrócił... Henryk Kasperczak. Żeby Górnik był jego ostatnim klubem. Kasperczak tyle w piłce osiągnął; szkoda, że niczego z KSG. Wyfrunął z Zabrza jako zupełny gołowąs, a przecież pierwsze 18 lat spędził w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej, niecały kilometr od dworca PKP. Kiedy zaczął grać w Stali Mielec, jego matka widywała się z ówczesnym prezesem Górnika w warzywniaku. Próbowała go wtedy namówić, żeby na powrót ściągnął Heńka na Śląsk, ale ten nie był zainteresowany. Nie sądzicie, że Zabrze mogłoby stać się piękną klamrą w pięknej karierze?

piątek, 01 lutego 2008
Pach, pach, pach, pach, pach: Władca Muraw

Telewizja kłamie, więc najlepiej nauczyć się szacunku do piłkarza na własne oczy, z trybun. Ja i moi kumple usłyszeliśmy o uzdolnionym piłkarzyku rodem z Poznania jakieś dwanaście lat temu. Wtedy jednak nie zwróciliśmy na niego uwagi, bo wydawało nam się, że takich szwenda się w lidze na pęczki. Dopiero jak ktoś przyjeżdża na Śląsk i naprawdę pokazuje co potrafi, uznajemy jego klasę. Bohater tej historyjki pierwszy raz z dobrej strony dał się poznać na gościnnych występach w Rydułtowach - w drugoligowym meczu Naprzodu z Wartą Poznań (był maj 1996 roku). ”Niejaki Żurawski” wypracował wtedy honorowego gola dla gości, którzy przegrali 1:4. Parę lat później nigdy nie uwierzyłbym, że wobec tego grajka można użyć zwrotu ”niejaki Żurawski”.

O piłkarzu szybko stało się głośno; szum zmienił się we wrzawę. W końcu nadszedł 8 września 2001 roku. Miejsce: stadion przy ul. Bukowej. Mecz: GKS Katowice - Wisła Kraków. Nie będę się teraz zachłystywać wymyślnymi epitetami, nie będę opowiadać o przyśpieszonym biciu serca i opadającej coraz niżej szczęce. Piłkarz nie śląski, ale nie sposób było nie docenić jego klasy, szybko uprzytomnili to sobie na stadionie wszyscy obiektywni. Na potrzeby tego wpisu skradnę na momencik przydomek legendarnemu argentyńskiemu snajperowi Guillermo Stabile i użyję śmiało wobec polskiego piłkarza. ”El Filtrador” - ”przenikający”... Nie ma w tym krzty egzaltacji: Żurawski przenikał tego dnia obronę GieKSy niczym duch. Słychać było tylko pełne finezji ”pach”, kiedy kopał piłkę w stronę katowickiej bramki.

Pach: 16 minuta.

Pach: 22 minuta.

Pach: 29 minuta.

Pach: 42 minuta.

Pach: 47 minuta.

żurawski w katowicach

I tyle. W drugiej połowie otarł pot z czoła i usiadł skromnie na ławce rezerwowych. ”Żu-raw, Żu-raw, Wład-ca Mu-raw!”, niosło się. Odtąd i dla mnie był Władcą Muraw. Takim pozostał nawet po nieudanych dla niego i reprezentacji mistrzostwach świata (dwóch). Takim pozostał w nieudanych dla niego i Wisły eliminacjach Ligi Mistrzów. Takim pozostał, kiedy godzinami nie potrafił przełamać się w szkockiej lidze. Bo zmienić to sobie można żonę, ale ulubionego piłkarza - nigdy! (Kochanie nie bierz tego do siebie, napisałem tak, bo to chyba dość efektownie brzmi)

Jeśli ktoś twierdzi, że szkoccy kibice pod koniec pobytu Żurawskiego w Glasgow mieli go głęboko pod kiltem, to się myli. ”Magic” na zawsze zdobył ich szacunek za sezon 2005/06.

Dlaczego piszę dziś o Żurawskim? Bo właśnie został piłkarzem Larissy.  Nie jest to klub, który zwala mnie z nóg, ale za to dobre miejsce, żeby ON zaczął zwalać z nóg tamtejszych kibiców. Panie Maćku: niech się Pan na greckiej prowincji wyreguluje, nastroi, pohasa, nastrzela i już jako rozluźniony, pewny swej klasy Władca Muraw, wróci w blasku na Euro 2008. Dziękuję i powodzenia.

czwartek, 31 stycznia 2008
O tym, jak Legia musiała obejść się smakiem

Mysłowice kojarzą się ze sportową pustynią.  Co prawda najbardziej znany obywatel tego miasta, Artur Rojek z zespołu Myslovitz, opowiadał mi kiedyś jak zostawał mistrzem Polski juniorów w pływaniu, ale potem przestał rosnąć i szansę na wielką karierę szlag trafił. Niezłą drużynę futbolową Mysłowice może miały, ale to było prawie sto lat temu, kiedy klub z dzielnicy Słupna potrafił zremisować z megasilną wówczas Cracovią. Dobrych piłkarzy wyrosło w tym mieście zaskakująco niewielu, w ostatnim ćwierćwieczu w powszechnej kibicowskiej świadomości zaistnieli jedynie  Franciszek Sput, Jerzy Wijas i Wojciech Grzyb.

Dlatego dziś w sportowej historii Mysłowic jest wyjątkowy dzień. Honorowym obywatelem miasta został bowiem Czesław Kwieciński. To pierwszy polski zapaśnik w stylu klasycznym, który zdobył medal na mistrzostwach świata. Można powiedzieć, że jest Antonio Carbajalem polskich zapasów - na igrzyskach olimpijskich był aż pieć razy! A wszystkie swoje wspaniałe sukcesy osiągnął w zapaśniczym klubie Siła Mysłowice.

Czesław Kwieciński

Cieszy, że w Mysłowicach nikomu nie przeszkadza uhonorowanie... gorola*. Do Polski Kwieciński przyjechał już jako 16-latek; dzieciństwo spędził na Syberii, bo tam po wojnie wywieziono jego rodzinę z małej litewskiej wioski niedaleko Kowna. Nic dziwnego, że śląska gwara jest mu obca; mówi polszczyzną ze śpiewnym, wchodnim akcentem. Gorol, nie gorol - honorowe obywatelstwo Kwiecińskiemu zwyczajnie się należy, bo rozsławił Mysłowice jak mało kto.

Doceniam jego wspaniały sportowy życiorys, ale mnie ten człowiek już zawsze będzie kojarzyć się przede wszystkim z anegdotą, którą opowiedział mi swego czasu inny zapaśnik Jerzy Gryt, olimpijczyk z Helsinek. Ona pokazuje, jak w czasach PRL-u z polityką kadrową Legii Warszawa, która chochlą wybierała do różnych sekcji co bardziej utalentowanych poborowych, musieli walczyć na Śląsku nie tylko działacze piłkarscy. W 1962 roku Kwieciński, który zapasów uczył się w Piotrkowie, rozpoczął służbę wojskową w Katowicach. Tam szybko dostrzegli go działacze Siły, m.in. Gryt i ściągnęli do Mysłowic. Ale okazało się, że obiecujący atleta wpadł w oko - choć nieco później - działaczom Legii. Wkrótce przyszło pismo ze stolicy, informujące o przenosinach zapaśnika do jednostki wojskowej w Warszawie. Ale trafiła kosa na kamień...

 Siła była oczkiem w głowie mocnego na Śląsku Romana Stachonia, posła w latach 50., 60., 70. i 80. Stachoń interweniował w stolicy u gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego ministra obrony narodowej. Spychalski uznał, że sprawa ma być załatwiona po myśli Siły. Rzucił rozkaz, żeby sprawę załatwić w ciągu trzech dni. Ze słów Gryta wynika, że tym, który rozkaz Spychalskiego przyjął i go wypełnił był... Wojciech Jaruzelski. Wygląda na to, że gdyby nie on, Kwieciński nigdy nie zostałby honorowym obywatelem Mysłowic!

* - wyjaśnienie dla Czytelników bloga spoza Śląska. Mianem "gorola" rdzenni Górnoślązacy określają wszystkich mieszkańców naszego kraju z wyjątkiem nich samych.

21:46, pavelczado
Link Komentarze (3) »
środa, 30 stycznia 2008
Pan Zło

Sympatyczną godzinę spędziliśmy dziś z satyrykiem Tomaszem Jachimkiem (kojarzycie go m.in. ze ”Szkła Kontaktowego”). Udało się wyrwać człowieka w trakcie nagrywania programu dla telewizji w krakowskim klubie studenckim Rotunda niedaleko Akademii Górniczo-Hutniczej, małopolskiej kuźni śląskiej myśli inżynieryjnej. 

tomasz jachimek

Okazuje się, że Jachimek, znany w niektórych kręgach jako ”Pan Zło” (jego protest-song zapadł w wiele skłaniających się ku występkowi serc), to człowiek nieprzytomnie zakochany w sporcie, uwielbia zwłaszcza najważniejszą dyscyplinę świata. Futbolowe poglądy satyryk ma mocno ugruntowane i potrafi o nich rozprawiać z nieudawaną żarliwością, doprawioną na dodatek toną specyficznego humoru. Kilka razy w trakcie pogawędki rżeliśmy wspólnie z uciechy.

Rozmowa wkrótce na papierze - dziś na Czadoblogu tylko impresje Jachimka związane ze śląskim pejzażem futbolowym. Rzucałem nazwy, a on odpowiadał skojarzeniami:

Górnik Zabrze: owszem Lubański, owszem Urban, owszem Iwan, ale przede wszystkim... Piotr Rzepka! Blondwłosy rozgrywający zanim w 1988 roku trafił do Zabrza był gwiazdą Bałtyku Gdynia. A właśnie Bałtyk jest satyrykowi szczególnie bliski. Do osiemnastego roku życia Pan Zło grał w tym klubie na pozycji ofensywnego pomocnika.

Ruch Chorzów: na Cichej jeszcze niedawno występował jego stary kumpel z Bałtyku - Michał Smarzyński. Ale ”niebiescy” kojarzą się panu Tomkowi przede wszystkim z niemiłym dla Ślązaków napisem na murze niedaleko dworca Warszawa Zachodnia: ”Legia rucha Rucha”. 

GKS Katowice: i tu pan Tomek mnie zaskoczył.  Po naciśnięciu guzika z nazwą ”GKS” w mózgu satyryka zapala się żaróweczka z napisem... ”Gija Guruli”. Gruzin grał w Gieksie na początku lat 90. Niektórzy mówili, że leniwy, ale technikę przecież miał taką, że odegranie palcami stóp Poloneza As-dur op.53 nie byłoby dla niego żadnym wyzwaniem. Ba; poradziłby sobie nawet jedną stopą, jednocześnie odbijając piłkę głową. GieKSa kojarzy się także satyrykowi z twardo grającymi hanysami, którzy przyjeżdżali do Gdyni jak po swoje. Pamięta, że Bałtyk zawsze przegrywał, utkwił mu w głowie wynik 0:1. 

Piast Gliwice: na stadionie przy ul. Okrzei Jachimek jako nastolatek omal nie zaliczył gleby. W 1987 roku przyjechał za ukochanym Bałtykiem do Gliwic na mecz barażowy o wejście do ekstraklasy.  Z tatą i bratem siedzieli wśród miejscowej publiczności, ktora od razu wyczaiła, że wśród nich są obcy. Niewiele brakowalo, a doszłoby do linczu.  Chwile grozy skończyly się dla pana Tomka happy endem, bo ostatecznie to Bałtyk awansował wtedy do I ligi.

Stadion Śląski  ------------------------------- (z premedytacją ocenzurowane przez słuchającego ze zgrozą autora bloga. Podejrzewam, że pan Tomek nie chciał powiedzieć tego, co powiedział. Wyobrażacie sobie? Okazuje się, że jest w Polsce jeszcze garstka ludzi, na których nie działa magia Stadionu Śląskiego!)

18:10, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 stycznia 2008
Złodziejski hat-trick w Chorzowie

Nie ma nic gorszego niż nuda. Jeszcze wczoraj wieczorem pan Marian, portier na trybunie Ruchu Chorzów, żalił się mojemu koledze z działu sportowego Wojtkowi Todurowi, że jego praca jest jakaś taka - monotonna. No to wykrakał: teraz starczy mu wrażeń co najmniej do meczów Euro na Górnym Śląsku...

Nie wiadomo jak to się dzieje, ale stadion Ruchu i jego okolice jak magnes przyciągają osobników spod ciemnej gwiazdy, marzących nie tylko o klubowej forsie, ale także i o mołojeckiej sławie. Bo na Cichej nie jest to wcale pierwszy taki zbójecki numer!

Strzał pierwszy: w 1996 roku rabusie - podobnie jak zeszłej nocy - obezwładnili i związali portiera. Potem włamali się do kasy pancernej i ukradli pieniądze z raty transferu Radosława Gilewicza do szwajcarskiego St.Gallen. Wtedy zabrakło pieniędzy na wypłaty dla pracowników klubu.

Strzał drugi: w 1998 roku jacyś zuchwalcy skorzystali, że piłkarze Ruchu byli poddawani testom wytrzymałościowym w sąsiadującej ze stadionem hali. Z szatni zniknęły wtedy klucze, portfele, dokumenty i telefony komórkowe. Złodzieje pewnie zaśmiewali się w kułak, kiedy odjeżdżali spod stadionu volkswagenem Łukasza Surmy. Nieuszkodzoną brykę litościwie zostawili w Siemianowicach.

Ten paskudny policzek wymierzony chorzowskim działaczom spowodował, że właśnie wtedy siedziba Ruchu przestała być czymś w rodzaju ogólnodostępnej świetlicy zakładowej. Dotąd każdy synek z placu mógł w klubowej kawiarence napić się piwa albo herbaty, poklepać po plerach wychodzącego spod prysznica strzelca zwycięskiego tora, albo zajrzeć do szatni, żeby przekonać się czy tam śmierdzi czy może nie. Od listopada 1998 roku do klubowego budynku mogli wejść jedynie wybrańcy: VIP-y, zaproszeni goście, żony piłkarzy i dziennikarze. Ostrożności nigdy za wiele, ale - jak się okazuje - zawsze za mało: rabusie zaliczyli właśnie trzeci, chyba najgłośniejszy, strzał. Nachapali się pieniędzy ze sprzedanych biletów. Ciekawe czy sami też pójdą na 90. WDŚ?

Wydawać by się mogło, że zdumiewająca wieść o bezczelnym wyczynie wywoła w niebieskich domostwach od Mikołowa po Nakło Śląskie jedno fundamentalne pytanie: "Kto się ośmielił?!". Ale nie; kibiców Ruchu gnębi pytanie o niebo ważniejsze. Oto ono:

CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY? CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY? CZY SĄ JESZCZE BILETY NA DERBY?

O tym, że dla wielu już teraz nie ma nic ważniejszego niż ten marcowy mecz, przekonałem się dziś na Cichej. Pojechałem bowiem na Ruch, chcąc nawdychać się sensacyjnej atmosfery, zerknąć na budynek otoczony chmarą radiowozów no i pokibicować policyjnym owczarkom łapiącym trop złoczyńców. Tymczasem zastałem tylko... dłuuuuuuuugą kolejkę zniecierpliwionych mężczyzn, kobiet i innych mężczyzn. Dramatyczne nocne zdarzenia nie interesowały ich jakoś szczególnie w kontekście misji z jaką bliscy wysłali ich na stadion. "GDZIE SIĘ KUPUJE BILETY? GDZIE SIĘ KUPUJE BILETY?" Życie nie znosi próżni: w jednym kącie trybuny pracownicy klubu sprzątali więc po złodziejskim tornadzie, a w drugim ich koledzy nie mogli nadążyć ze sprzedażą wejściówek. 

Czy kojarzycie jakiś ligowy mecz w Polsce na który zabrakłoby biletów miesiąc przed pierwszym gwizdkiem?! Jak tak dalej pójdzie, to Canal+ będzie musiał rozpocząć przedmeczową relację już 15 lutego. Nagły wzrost sprzedaży dekoderów na Śląsku - gwarantowany.

PS. Chłopaki z działu sportowego katowickiej GW właśnie wybrały się w zagraniczne wojaże. Wojtek Todur pojechał za Ruchem do Turcji, a Piotrek Płatek za Górnikiem do Hiszpanii. Zapraszam do czytania codziennych reporterskich relacji na sportowych stronach katowickiej "Gazety"

poniedziałek, 28 stycznia 2008
Śląska e-rewolucja czyli GieKSa daje przykład

Kiedy byłem bajtlem* były trzy sposoby wejścia na mecz.

Pierwszy sposób: Tata i jego portfel. Najlepiej jeśli Tata któregoś z nas interesował się fussballem i zabierał na stadion - wtedy sprawa była załatwiona. Jeśli nie - do Taty uderzało się w chwilach naprawdę ważnych (dla mnie taką był choćby przyjazd na Śląsk ”Cornego Diobła**” w październiku 1987 roku. Pamiętam, że bilet na szczególny mecz z udziałem ”Diobła” dostałem od Taty z okazji urodzin).

Drugi sposób: na sępa. Czasem pieniądze otrzymane od ojców na bilet, chcieliśmy zagospodarować w inny sposób. Wtedy trzeba było zastosować sposób znany na Śląsku jeszcze przed wojną, pewnie w innych częściach kraju także. Swego czasu stosował go choćby Gerard Cieślik. Szło się pod bramę stadionu i liczyło na łaskawość starszych kibiców. Pan Gerard do dziś pamięta łzy, kiedy nie udało mu się zobaczyć meczu Ruchu z Wartą Poznań w 1935 roku. To nie było zwykłe spotkanie - piłkarze Ruchu pierwszy raz zagrali wówczas na nowo otwartym stadionie przy ul. Cichej (grają na nim do dziś). Ośmioletni Gerard nie miał pieniędzy na bilet, ale i tak poszedł pod stadion. Przed każdym meczem przy kasach pałętało się mnóstwo bajtli licząc, że uda im się załapać na mecz dzięki litościwemu sercu któregoś z dorosłych fanów. Czasem się udawało, ale czasem trzeba było zostać pod płotem. 29 września 1935 roku zapłakany Gerard został pod płotem. Dla nas bajtli ze złotej epoki lat 80. było to rozwiązanie nie do przyjęcia, istniał więc...

...trzeci sposób: na szwendaka. Szwendanie się z założenia nie ma żadnego celu, ale nie kiedy jesteś wątłym, zdeterminowanym, 13-letnim skurczybykiem, owiniętym w klubowy szalik. Wtedy twoje szwendanie  jest pożyteczne; w jego trakcie poznajesz topografię okolic okołostadionowych. Ja dzięki szwendaniu się w latach 80. zapoznałem dziury w płotach ważnych dla mnie obiektów. Nawet ogrodzenie najnowocześniejszego dziś w Polsce Stadionu Śląskiego miało kiedyś taką sympatycznę dziurkę (niedaleko przystanku ”elki”). Przy takiej dziurce słowo ”wątły” nabierało nowego znaczenia.

Potem - kiedy byłem trochę większy - olśniło mnie. Zrozumiałem, że wchodząc na mecz bez biletu nie spełniam standardów nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego we współczesnej Europie (czy coś w tym stylu). Napadły mnie wyrzuty sumienia i odtąd grzecznie stałem w kolejkach do kas, jak Pan Bóg przykazał. Myślałem, że tak już będzie do końca życia.

Ale nie będzie. Przekonałem się o tym właśnie dziś. Oto GKS Katowice - jako pierwszy klub na Śląsku - rozpoczyna dystrybucję elektronicznych kart kibica i to już na rundę wiosenną 2008. Działacze obwieścili z dumą, że zbliża się zmierzch biletów papierowych. Karta kibica będzie jednocześnie dowodem tożsamości, wejściówką na stadion, umożliwi też kupno pamiątek, albo kiełbasek smażonych pod trybuną. Jeśli system się sprawdzi, to pewnie będzie można opłacić nią wyszorowanie auta w zaprzyjaźnionej z klubem myjni, albo pobyt dziecka w zaprzyjaźnionym z klubem przedszkolu. A jak ci zabraknie pieniędzy na karcie, zawsze będziesz mógł ją sobie w siedzibie klubu naładować. Karta wygląda tak:

karta kibica GKS-u

Oczywiście zawsze należy liczyć się z sytuacją, że ktoś pierwszy raz w życiu przychodzi na mecz. Dlatego jeśli któryś z fanów GieKS-y nie zdąży zaopatrzyć się w kartę kibica, będzie na niego jeszcze czekać w kasie stary, poczciwy bilet. To nie będzie jednak się opłacać, bo papierowa wejściówka mocno zdrożeje, a poza tym za każdym razem trzeba będzie wyspowiadać się przed okienkiem kasy ze swoich danych personalnych. Niewygodne, prawda?

Pomysł z kartami moim zdaniem jest dobry, bo ma na celu wywalenie chuliganerii ze stadionów. Pewnie na początku nie uniknie się narzekania. Przed meczem ścisk przy czytnikach będzie duży, ale warto chyba będzie pościskać się dla dobra sprawy. Papierowe bilety na ligowy mecz staną się gratką dla kolekcjonerów. I tylko żal, że dzisiejsze małe, zdeterminowane, 13-letnie skurczybyki nie będą miały już szans na romantyczne wspomnienia. Na nich też czeka elektroniczna karta. 

* dla Czytelników bloga spoza Śląska: bajtel znaczy łebek.

** dla tropiących treści politycznie niepoprawne winnym wyjaśnienie. Sformułowanie ”Corny Diobeł” użyte przez mojego sąsiada na trybunie stadionu Górnika Zabrze nie było rasistowską obelgą, lecz - wypowiedziane z charakterystycznym cmoknięciem - wyrazem szczerego uznania. ”Corny Diobeł” wbił wtedy Polsce dwa gole. Wiecie o kogo chodzi? Dla  ułatwienia: fotka poniżej.

ruud gullit

PS. Wiadomość z ostatniej chwili z zuuuuuuupełnie innej beczki. Dziś był pierwszy dzień przedsprzedaży wejściówek na 90. Wielkie Derby Śląska. Na dzień dobry wykupiono 7500 biletów, a przecież mecz Ruchu z Górnikiem dopiero za 35 dni. Ale będzie jazda: 41 tysięcy kibiców na meczu ligowym w Polsce robi wrażenie, prawda? 

sobota, 26 stycznia 2008
Polonia kontra Jastrzębie czyli mecz nr 704

Wychodzę z założenia, że szanujący się fan futbolu powinien na własne oczy zobaczyć co najmniej pięćdziesiąt meczów rocznie. Dlatego ostatnio się zaniepokoiłem. Koniec stycznia, a ja nadal kibicuję w bamboszach przed telewizorem. Wybrałem się więc dziś w samo południe na boczne boisko Stadionu Sląskiego, żeby zobaczyć sparing Polonii Bytom z GKS-em Jastrzębie (Polonia w paski, Jastrzębie na czarno).

sparing Polonia - Jastrzębie

To był mecz nr 704 w moim życiu (wiem, bo od dziecka prowadzę szczegółowe statystyki). Poważną relację przeczytacie w "Gazecie". W tym miejcu tylko parę impresji:

1. Spotkały się dwie bardzo zmęczone drużyny. Piłkarze Polonii w ogóle nie spali poprzedniej nocy. Spędzili ją w autokarze wracając z halowego turnieju w Poznaniu. Z kolei piłkarze Jastrzębia dzień wcześniej w ramach ćwiczeń wytrzymałościowych wbiegali na Stożek. Okazuje się, że lepiej chyba być niewyspanym niż zadyszanym: Polonia wygrała 2:0.

2. W bytomskim klubie szykuje się nowy transfer. W meczu zagrał obrońca Paweł Wojciechowski z Cracovii.  Trener Michał Probierz znał go wcześniej, jest zdecydowany, muszą tylko dogadać się kluby. Ciekawe, że w razie transferu Wojciechowski nie musiałby wymieniać koszulki. Czerwone, pionowe pasy mogą zostać. Wystarczy, że spruje tylko białe i wstawi na ich miejsce niebieskie. Szafa gra.

3. Miło widzieć swojego wychowanka na boisku. Co prawda nie mam takich osiągnięć jak kolega z "Faktu", który był pierwszym trenerem jednego z najlepszych obecnie środkowych pomocników w ekstraklasie, ale jednego z zawodników przebywających na boisku uczyłem za to w ogólniaku o demokracji szlacheckiej w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ciekawe, prawda?

4. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że u trenera GKS Jastrzębie Piotra Rzepki nie jest możliwy inny wyraz twarzy jak tylko ten z szerokim uśmiechem. Pan Rzepka to autentycznie pogodny człowiek i za to go lubię. Przy tym nie ma w nim krzty fałszu, jaki prezentują niektórzy szkoleniowcy, żeby przypodobać się dziennikarzom. Pytanie: ciekawe jak wygląda trener Rzepka, kiedy ruga w szatni swoich piłkarzy za słabą grę? Odpowiedź: on ich nie ruga. On tylko po ojcowsku -  lekko uśmiechnięty - prosi podopiecznych o poprawę. Gdyby ktoś miał jednak zdjęcie rozwścieczonego Rzepki (ja nie mam) - proszę do mnie przysłać (pawel.czado@katowice.agora.pl). Wkleję na bloga.

5. Niby był to mecz polskich drużyn, ale zawodnicy przeciwnych zespołów mówili do siebie na boisku jednym obcym językiem.  Obrońca Kral podając piłkę krzyczał coś do bramkarza Peskovicia. Natychmiast zareagowal napastnik Huscava z Jastrzębia, który wystartował do piłki, chcąc im przeszkodzić. Sami Słowacy... Ekspansja piłkarzy z tego kraju nie tylko na Śląsk w kontekście naszej z nimi rywalizacji o MŚ 2010 zasługuje na osobny wpis.

6. Pod koniec pierwszej połowy szyki obronne Polonii zdezorganizowała awaria buta piłkarskiego. Obrońcy Kralowi w 36 minucie pękł trzewik. Zniesmaczony wyrzucił go za linię boczną i... zaczął truchtać (wpół obuty, wpół na bosaka) dookoła boiska. Zmienił go zmiennik.

7. Mecz prowadził mój ulubiony sędzia  Sebastian Jarzębiak. Lubię go, bo przypomina mi o jednej z najbardziej chwalebnych chwil mojej piłkarskiej "kariery". Bylo to 10 lat i 20 kilo temu. W rozgrywkach Amatorskiej Ligi Biznesu my - czyli katowicka Gazeta Wyborcza - złoiliśmy skórę w hali Zgody Bielszowice - uwaga! - Cleareksowi Chorzów! Było 5:2, a ten mecz prowadził właśnie sędzia Jarzębiak.

8. Na chwilę coś oderwało mnie od meczu. Zdumiony odwróciłem wzrok z murawy kiedy w I połowie przedefilowała przede mna nastoletnia fanka bodaj Polonii. Takich odjechanych białych kozaczków jeszcze nie widziałem. Nawet Dodzie zadrgałyby z zazdrości mięśnie twarzy na ten wstrząsający widok. Cholewy wystawały pannie ponad kolana - przypomniał mi się w tym momencie Zygmunt Kęstowicz jako jakiś ważny szwedzki oficer w "Potopie" (rok 1974, reż. Jerzy Hoffmann). Kęstowicz jako rajtar tez miał takie kozaczki, tyle że bez wysokich obcasów no i innego koloru. Jak się dowiedziałem od zaprzyjaźnionego reportera "Dziennika Zachodniego" takie buty w młodzieżowym slangu nazywają się "bikejki" (od liter B-K czyli białe kozaczki). Czyżby na futbolowe stadiony na Śląsku wkraczała nowa moda?

piątek, 25 stycznia 2008
I Wy też możecie być mordercami

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co tam Australian Open i problemy Federera, co tam skoki w Zakopanem i problemy małego Klimka. U nas liczą się przede wszystkim Wielkie Derby Śląska. Nie pamiętam meczu, który budziłby tak wielkie emocje i to na długo przed rozpoczęciem. Już teraz słyszę deklaracje pojawienia się 2 marca na Stadionie Śląskim od ludzi, którzy nigdy wcześniej nie widzieli na żywo ani piłkarzy Górnika Zabrze, ani Ruchu Chorzów. A co dopiero mówić o bywalcach stadionów...

Jedno jest pewne: to będzie WYDARZENIE. Fajnie, że wszyscy dostrzegają w nim wielką szansę dla Śląska. To nie egzaltacja: jeśli te pierwsze po latach derby na Śląskim wypalą, jeśli 40 tysięcy ludzi wróci do domów z wypiekami na twarzach i ze świadomością, że uczestniczyło w niezwykłym widowisku, może pojawić się nowa jakość! Chciałbym, żeby 90. WDŚ dały początek restauracji potęgi śląskiej piłki nożnej. Ten mecz to najlepszy sposób na udowodnienie potencjalnym sponsorom, że ludzie w naszym regionie naprawdę interesują się fussballem. To mógłby być początek nieustającego piłkarskiego cyklu na wypełnionych trybunach Śląskiego: Ruch - Górnik, Ruch - GKS albo Górnik - Polonia czy też GKS - Zagłębie (Sosnowiec też mógłby się przyłączyć). Coś pięknego, pomarzyć wolno...

Niestety widzę poważne zagrożenia dla idyllicznego scenariusza. Trudno ich nie zauważać: chorzowsko-zabrzańskie stosunki kibicowskie to nieustanny ciąg waśni, brutalnych bijatyk, wypominanych krzywd, nawet tragedii. Do meczu ponad miesiąc, a już teraz kibicowskie fora internetowe aż buzują od twardych obelg, jadowitych drwin czy pełnych wściekłości zarzutów. Ci z Chorzowa i ci z Zabrza nie chcą nawet wspólnego spotkania z organizatorami, żeby omówić szczegóły związane z przygotowaniami do meczu...

Czy apele do szalikowców o rozwagę, rozsądek, poczucie odpowiedzialności albo przyzwoitości mają sens? Wierzę, że tak. Miłośnikom zadym, którzy w nosie mają dziennikarskie ględzenie, da  być może do myślenia głos ich ”kolegi po fachu”, który zwraca się do internautów kibicujących tej samej drużynie, co on - Ruchowi. Głos może nieco chropawy, ale na pewno dobitny i poruszający:

”Jest jedna rzecz: jak się jedzie na haja to trza sie liczyć niestety, że ktoś może zginąć!!!!!!! Źle się obali i już po sprawie!!!!! I co wtedy? Takie żeście som mądre, ale jadąc na haja nie pomyślicie, że wy też możecie być mordercami. Jo zawsze mioł to na uwadze, ale na szczęście udało mi się nigdy nikogo nie zabić!!!!!!!! Więc nie pier.... teraz, że żabole [określenie kibiców Górnika, przyp.pacz] som mordercy, bo prędzej niż myślicie my też mogymy nimi być.”

Już normalny (były PF*)

*PF czyli Psychofans - grupa najbardziej radykalnych szalikowców Ruchu Chorzów. Wpis ze strony www.niebiescy.pl

Archiwum