wtorek, 12 lutego 2008
Liczba dnia: 36000. To będzie odpał nie z tej ziemi!

Rany boskie, gorączkowa kotłowanina narasta... Kiedy piszę te słowa do 90. Wielkich Derbów Śląska pozostało aż 18 dni, 22 godziny, 47 minut i 22 sekundy, a przecież już sprzedano 36 tysięcy biletów!  Ludzie w Chorzowie i w Zabrzu wytrwale stoją po nie w kolejkach przez wiele godzin. Właściwie w Zabrzu już nie stoją, bo cała pula dla Górnika (12500 biletów) została rozdrapana. Zdeterminowani przedstawiciele zabrzańskiego klubu błagają organizatorów, żeby zmniejszyli bufor bezpieczeństwa i udostępnili im jeszcze jeden sektor. Z kolei kibice Ruchu już zaczynają trenować doping. Zwołali sobie na Śląskim zbiórkę z bębnami. Na zbiorowe śpiewanie przyszło prawie tysiąc kobiet, mężczyzn i dzieci! Oto filmik z treningu:

Coś czuję, że 2 marca Śląski będzie jak La Bombonera, Ruch jak Boca Juniors, a Górnik jak River Plate. Konfetti na pewno nie zabraknie!

PS. Szanownych Czytelników proszę: nie przypominajcie mi, że słówko „derby” jest nieodmienne. Ja sobie odmieniam i już!

poniedziałek, 11 lutego 2008
Dlaczego lubię Stadion Ludowy w Sosnowcu

Oczywiście nie ze względu na architekturę, brrrr.... Pomyślałem o Ludowym, bo jest fajna pogoda, zrobiło się ciepło i pewnie coraz mniej ludzi myśli o nartach, a coraz więcej o spacerach na świeżym powietrzu, grze w nogę, siatkówkę, kosza, o joggingu albo innym nordic walkingu ... Wkrótce wiosna! 

I właśnie w tym momencie Sosnowiec ze swoim Ludowym zyskuje - moim zdaniem - przewagę nad miastami z drugiej strony Brynicy. Żeby przekonać się o co mi chodzi, trzeba przyjechać na stadion Zagłębia nie tuż przed meczem, ale na przykład we wtorek po południu albo w sobotni ranek czy kiedy tam chcecie. Przekonacie się, że to miejsce bez przerwy tętni życiem. Przy Ludowym jest bowiem rozległy kompleks boisk i boiseczek na których kopią piłkę nie tylko zrzeszeni w Zagłębiu młodzicy, trampkarze, juniorzy albo gwiazdy z pierwszej drużyny. Jest też miejsce dla zwykłych mieszkańców, którzy chcą pokopać piłkę po stresującym dniu w biurze. Albo chcą pozrzucać brzuchy w truchcie dookoła boiska. Albo chcą poplotkować przy piwku w przystadionowej knajpce. I teraz uwaga: CHCĄ I MOGĄ! Ta  powszechna dostępność Ludowego (co za adekwatna nazwa!) jest dla mnie godnym podziwu fenomenem. Zawsze kiedy się tam pojawiam w porze niekoniecznie meczowej, słyszę świergot rozkrzyczanych, biegających za piłką bajtli (przepraszam, w Sosnowcu na bajtli mówi się "chłopcy"), wymieszany z gwarem produkowanym przez atrakcyjne matki po trzydziestce, plotkujące na przykład o ostatniej imprezie w Zakręconej...

Właśnie o to chodzi! W ten naturalny, niedostrzegalny sposób buduje się więź między ludźmi a klubem z ich miasta. Dzięki temu, że mieszkańcy mają Ludowy na co dzień, Zagłębie zawsze będzie dla nich zjawiskiem godnym zainteresowania. Przy takich Zagłębiach, towarzyszach życia codziennego określonej społeczności, sztucznie hodowane kluby, które posklejał i ożywił jedynie kaprys bogacza, to trupy od samego początku. Żadne sukcesy im nie pomogą. Kiedy odchodzą w niebyt, pies z kulawą nogą za nimi nie zapłacze (vide:Amica).

Jako, że blog poświęcony jest głównie śląskiej piłce, muszę odnieść się do jej klubów-ikon. Oczywiście o Górniku, Ruchu, Polonii czy Gieksie też będzie mówić się do końca świata, a nawet dzień dłużej. Ale chyba nigdzie na Śląsku, klub nie jest tak blisko zwykłego mieszkańca jak u sąsiada. A może się mylę? Może są gdzieś kluby pod tym względem do Zagłębia podobne? Jeśli tak jest - dajcie znać. Chętnie o tym napiszę!

Ah, zapomniałbym... Lubię Ludowy za jeszcze jedną - unikalną w warunkach polskich - cechę. Sprawa jest prosta: stadion w Sosnowcu dorobił się własnej nazwy. Chyba jako jedyny, na którym gra na co dzień klub pierwszoligowy w tym kraju. Dla mnie to ważne. Gdzieś w świecie istnieje przecież nie Manchester Stadium, a Old Trafford, nie Glasgow Stadium, a Ibrox Park, nie Dortmundstadion, a Westfallenstadion (choć akurat tam się sprzedali)...

W Polsce nie ma niestety tradycji nadawania stadionom własnych nazw. Natchnienie dają albo klub, albo pobliska ulica. Dlatego stadion w powszechnej śląskiej świadomości jest albo Ruchu albo na Cichej, albo Górnika albo na Roosevelta, albo GKS-u albo na Bukowej. A w Sosnowcu wystarczy powiedzieć, że idzie się na Ludowy i wszystko jasne. Mało kto pamięta przy jakiej on właściwie stoi ulicy, bo nie musi pamiętać... Mam nadzieję, że w Sosnowcu nikomu nie przyjdzie do głowy zmienić nazwę, tak jak zrobili to choćby w Budapeszcie. Węgrzy przez dziesięciolecia mieli swój Nepstadion (czyli właśnie... Stadion Ludowy), ale kilka lat temu przemianowali go na Puskas Ferenc-stadion. Przy całym szacunku dla "Galopującego Majora" -  nie mogę się przyzwyczaić... Tak jak nie mógłbym się przyzwyczaić do stadionu im. Jana Kiepury w Sosnowcu albo Stadionu Narodowego im. Jerzego Ziętka w Chorzowie...

niedziela, 10 lutego 2008
O najpotworniejszej lewej nodze lat 90.

Po ciężkim tygodniu żmudnej pracy biurowej, z radością wybrałem się na weekendowy sparing. Tym razem wybór padł na Koszutkę i boisko Rapid. Zagrały na nim GKS Katowice z IV-ligowym Beskidem Skoczów. Mecz bez historii, GKS wygrał 5:0. Potwierdziło się, że Grażvydas Mikulenas może być dla katowickiego zespołu kimś znacznie ważniejszym niż Rasiak dla Boltonu. Ciekawe tylko czy Ruch Litwina do GieKSy - w kontekście paskudnej kontuzji Jezierskiego - w ogóle puści?

Ale ja chciałem nie o tym, nie o tym... Podczas meczu na Koszutce w jedenastce ze Skoczowa zauważyłem faceta, który znikł mi z pola widzenia dobrych parę lat temu. Wróciły wspomnienia... Pamiętacie Bogdana Pruska? Wychowanek klubiku LKS Stara Wieś spod Pszczyny, w klubach śląskich i wielkopolskich rozegrał prawie 200 meczów w ekstraklasie i strzelił ponad 30 bramek. To właśnie ten człowiek uzmysłowił mi, że futbol to nie jest tylko przyjemna gra, w której jeśli jesteś dobry, to faceci wrzeszczą z zachwytu po twoim efektownym dryblingu, a kobiety posyłają powłóczyste spojrzenia, kiedy schodzisz w chwale do szatni po meczu... 

Bogdan Prusek wiele lat temu sprawił, że doznałem na boisku piłkarskim paskudnego, dotąd kompletnie mi obcego, uczucia. To był paraliżujący, wręcz zwierzęcy strach: podczas treningu, który oglądałem zza linii końcowej, Prusek lewą nogą nagle oddał strzał, po którym nadlatująca ze świstem piłka omal mnie nie zabiła. Sformułowanie „oddał strzał” jest nieprecyzyjne; dotąd nawet nie zdawałem sobie sprawy, że człowiek może kopnąć piłkę z tak potworną, nieprawdopodobną siłą.

Od tego momentu - kiedy już ochłonąłem - zacząłem śledzić dokonania Pruska, a zwłaszcza jego lewej nogi. Parę razy widziałem jak stopa blondwłosego piłkarza dokonuje spustoszeń w szeregach  przeciwników. Pamiętam choćby 1995 rok, kiedy Prusek był piłkarzem Sokoła Tychy. Byłem na meczu kiedy jego młot pneumatyczny dwukrotnie wprawił w osłupienie bramkarza Lecha Poznań Mioduszewskiego. Mioduszewskiemu po ludzku współczułem, ale i cieszyłem się, że nie jestem na jego miejscu. Zawsze uważałem, że każdy bramkarz grający przeciw Pruskowi powinien przed meczem dostać w szatni suspensorium i podpisać dodatkową polisę ubezpieczeniową...

W 1997 roku razem z Pruskiem i jego ówczesną drużyną Odrą Wodzisław, byłem na pucharowym meczu w rosyjskim Wołgogradzie. Na stołówce niepostrzeżenie stanąłem za Pruskiem w kolejce po obiad i uważnie dokonałem intensywnej obserwacji jego kończyny. Niczego się nie dowiedziałem: okazało się, że Prusek dysponuje zwyczajną, męską, po piłkarsku umięśnioną, lekko owłosioną, lewą nogą. Myślałem, że ma może zdeformowaną stopę, że ma na stanie coś na kształt bawolego kopyta, które jest tajemnicą jego sukcesu, ale nie... Stopa Pruska w klapku wyglądała całkiem zwyczajnie. Wytłumaczenie mogło być tylko jedno: opatrzność dała Pruskowi moc wrodzoną. W efekcie kiedy Bogdan dotykał lewą stopą piłki następowało wyładowanie elektryczne i tyle. Takie wytłumaczenie musiało mi wystarczyć...

Na pamiątkę pobytu w Rosji zrobiłem sobie z drużyną Odry zdjęcie w mauzoleum świętego ognia (przypominam, że Wołgograd to był kiedyś Stalingrad i w czasie wojny zginęło tam ponad milion żołnierzy). Przykucnąłem oczywiście obok Bogdana Pruska, licząc po cichutku, że przynajmniej część jego lewonożnej mocy na mnie spłynie. Nie spłynęła, ale fotka pozostała:

Odra w Wołgogradzie 

Odra Wodzisław A.D.1997, mauzoleum w Wołgogradzie. W pierwszym rzędzie od lewej: Paweł Czado,  Bogdan Prusek, Przemysław Pluta, Arkadiusz Bałuszyński, Paweł Sibik, Krzysztof Zagórski, Piotr Sowisz, Jan Woś, Mirosław Staniek. W górnym rzędzie od lewej: Paweł Primel, lekarz Ryszard Zakrzewski, Piotr Jegor, trener Marcin Bochynek, Jacek Polak, działacz, Ryszard Wieczorek, Dariusz Kłoda i drugi trener Jerzy Wolny.

Otrząsam się ze wspomnień, znów jestem na Koszutce... Bogdan Prusek ma dziś 37 lat i ciężko mu w Katowicach rywalizować z obrońcami półtora dekady młodszymi od siebie. Nie liczę na wiele. Chcę tylko, żeby choć raz wprawił w osłupienie dość licznie zgromadzonych kibiców, z których większość nie ma nawet pojęcia, że po boisku biega uśpiona bomba. Niestety; mechanizm tym razem nie odpala, katowicki bramkarz nie ma okazji się wystraszyć. W drugiej połowie ciężko dyszący Prusek siada na ławce rezerwowych...

Sława przemija, ale wspomnienia zostają. Dla mnie Bogdan Prusek zawsze będzie tym, który miał najpotworniejszą nogę w Polsce. Przynajmniej w latach 90.

A może nie? Może znacie kogoś z potężniejszym kopytem?

piątek, 08 lutego 2008
Czy oni olśnią Polskę w rundzie wiosennej?

Po długim marazmie w śląskiej piłce wreszcie coś się dzieje. Coraz mocniejsze drużyny, coraz lepiej zarządzane kluby, coraz większe ambicje, coraz ciekawsi piłkarze.

Oto moja jedenastka ludzi, którzy mogą zaskoczyć wiosną całą piłkarską Polskę. Z reguły nieznani, często dopiero dobijający się do pierwszego składu (choć jest też jeden weteran). Niektórzy już udowodnili, że warto na nich stawiać, niektórzy nie mieli jeszcze okazji. Gdyby zebrać ich do kupy, powstałaby chyba niezła drużyna. Sam jestem ciekaw przy ilu z tych nazwisk będzie można latem postawić plusy, a które trzeba będzie skreślić. 

Bramka

Jakub Kafka (GKS Jastrzębie, 32 lata, Czechy). Najstarszy w tym gronie, ale bramkarz nie musi być młody. Wystarczy, żeby ten torman grał wiosną tak jak jesienią, a Jastrzębie znów będzie mieć parę punktów więcej. Parę fajnych parad pokażą też pewnie Boris Pesković (Górnik) i Jacek Gorczyca (GKS).

Obrona 

Patrik Pavlenda (Górnik Zabrze, 26 lat, Słowacja). On ma wypełnić ostatnią lukę w zabrzańskiej defensywie, czyli wzmocnić prawą obronę. Mały (170 cm), ale ponoć wyjątkowy skurczybyk - żywemu nie przepuści. Przekonamy się...

Adam Danch (Górnik Zabrze, 21 lat, Polska). Trener Ryszard Wieczorek jest zachwycony jego dyspozycją podczas zgrupowania w Hiszpanii. Może grać na środku obrony, może grać jako defensywny pomocnik. Wygląda na to, że synek z Rudy Śląskiej wygryzie ze składu któregoś z bardziej rutynowanych kolegów. Górnik ma kłopoty bogactwa, bo na tych samych pozycjach może grać także równolatek Dancha - reprezentant Michał Pazdan!

Szymon Kapias (GKS Katowice, 24 lata, Polska). GKS sprzedał do Cracovii Polczaka. Gorzej jeśli sprzedałby Kapiasa. Wtedy nie miałby kto trzymać tyłów Gieksy. Moim zdaniem to właśnie wokół Kapiasa juniora powinna być budowana nowa drużyna Katowic. Najbardziej utalentowany w zespole z Bukowej. 

Pomoc

Piotr Malinowski (Górnik Zabrze, 23 lata, Polska). Ten człowiek musiał się znaleźć w tym zestawieniu. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, opadła mi szczęka. Uwielbiam takich niepozornych osobników, za którego początkowo nikt nie dałby złamanego grosza, a potem... kupę szmalu. Kiedy Malinowski wychodzi na boisko wydaje się, że ktoś chyba zwariował. Malutki, chudziutki, przygarbiony... No to dajcie mu tylko piłkę! Właściwie napastnik, ale wystawiam go na skrzydło. Dla niego to nie problem

Gabor Straka (Ruch Chorzów, 27 lat, Słowacja/Węgry). Trener Dusan Radolsky podobno nadal nie potrafi uwierzyć, że Artmedia Petrżalka zgodziła się go puścić do Polski! Ma być bolączką Ruchu na dotychczasową słabość niebieskich w środku pola...

Daniel Feruga (Ruch Chorzów, 20 lat, Polska). Byłemu asowi Gwarka na razie ciężko będzie wygryźć ze składu starych zakapiorów, ale talent ma pomoć niebywały, więc kto wie? Fajnie byłoby zobaczyć na Cichej Bronisława Bulę II.

Marko Bajić (Górnik Zabrze, 23 lata, Serbia/Bośnia). To wokół niego ma kręcić się mistrzowska drużyna Górnika w 2012 roku. Niektórzy przebąkują, że to będzie już w 2010... Ponoć wyjątkowy brylant z młotem pneumatycznym w nodze. 

Tomasz Podgórski (Piast Gliwice, 22 lata, Polska). Jeśli ktoś jest szybki jak wicher to już połowa sukcesu. A jak ktoś jeszcze potrafi grać w piłkę to już 3/4 sukcesu. Wychowanek Piasta potrafi, więc nic dziwnego, że interesuje się nim ekstraklasa. 

Atak 

Łukasz Janoszka (Ruch Chorzów, 21 lat, Polska). Teraz albo nigdy. Tylko niech trener Radolsky da mu pograć, bo dotychczas różnie z tym bywało. Na zgrupowaniu w Turcji strzelał aż miło. A w lidze?

Martin Matus (Podbeskidzie Bielsko-Biała, 26 lat, Słowacja). Taki Grzegorz Piechna na mniejszą skalę. Też ciupał w niższych ligach, pokazał się w skolonizowanej przez Słowaków Skałce Żabnica. Udowadnia, że liczy się nie tylko talent, ale i ciężka harówa na boisku. Ciekawe czy sprawdziłby się w ekstraklasie? 

Do zestawienia wrócę w maju. Przekonamy się czy miałem rację...

21:36, pavelczado
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 lutego 2008
GKS Katowice ma problem jak nigdy

Start II ligi tuż-tuż, a na Bukowej przebierają nogami. Gieksa ma poważny kłopot, który dotychczas się jej nie zdarzał. Z reguły byli tam bowiem ludzie, którzy potrafili strzelić w sezonie parenaście bramek. To było kiedyś... Jesienią ich następcy kompletnie zawiedli. Jeden strzelił dwa gole, drugi - trzy, a trzeci - żadnego. Czasu coraz mniej, konkurencja nie śpi, a liczni testowani w Katowicach napastnicy nie dają żadnej gwarancji zdobycia siedmiu-ośmiu bramek w rundzie. Ba, nawet trzech-czterech! Dlatego wyczuwam nad Rawą narastające zdenerwowanie...

Kto mógłby się sprawdzić? Choćby ten pan z archiwalnej fotki.

mikulenas

Uważam, że to byłby dobry strzał. Choć Grażvydas Mikulenas ma już 35 lat, w Katowicach jeszcze by się przydał (już przecież ligowe bramki dla GKS-u strzelał: zdarzyło mu się to jeden raz główką z 5 metrów, a dwa razy w sytuacji sam na sam po rajdach i odegraniu z klepki). Moim zdaniem - jeśli go wezmą - wiosną byłby w GKS-ie napastnikiem numer 1.

Kiedy kibicowi źle, jedyny ratunek we wspomnieniach. Poniżej - ku pokrzepieniu serc starszych i młodszych fanów z Bukowej - spis największych killerów w ataku Katowic (kolejność w miarę chronologiczna).

Hubert Miller (do 1953 r. Mueller). Pierwszy kapitan GKS. Jeszcze przed fuzją kilku klubów z których powstał GKS grał w Rapidzie Wełnowiec. Na co dzień był szefem BHP w zakładach Rapid. Chyba najbardziej elegancki napastnik w dziejach GKS-u. Zawsze bardzo starannie uczesany, stąd ksywka "szajtlik"*. Pokopał trochę piłkę na saksach, w Eagles Chicago.

Piotr Sobik. Na zawsze przeszedł do historii GKS-u, bo to właśnie on strzelił dwie pierwsze historyczne bramki dla GKS w lidze (2:3 z Górnikiem w sierpniu 1965 r. na Stadionie Śląskim). Kuzynem jego ojca był legendarny śląski fechtmistrz Antoni Sobik.

Zygmunt Schmidt. Jan Furtok ery przedtelewizyjnej. Do czasów Mariana Dziurowicza najlepszy piłkarz GKS-u. W ogóle pierwszy reprezentant Polski w barwach "Gieksy" (13 meczów w latach 1966-69). Debiutował podczas sensacyjnego remisu z Anglią na Wembley w 1966 r. (w kadrze grał także jego brat Jan, piłkarz Ruchu). Właściwie bardziej pomocnik niż napastnik, ale musiał się znaleźć w tym zestawieniu z powodu osiągnięcia wręcz niebywałego: w 1965 r., kiedy GKS walczył o ekstraklasę, zdobył aż 30 goli! Pseudo:„Zynza"'**

Gerard Rother. Zaledwie kilku polskich piłkarzy strzeliło Barcelonie gole na Nou Camp. Wśród nich jest właśnie „Siwy". Symbol klubu na przełomie lat 60. i 70. Ewenement: miał propozycję z Bundesligi (MSV Duisburg), ale w Niemczech mu się nie podobało, więc odmówił! Tak samo jak i Legii...

Eugeniusz Pluta. w latach 70. jeden z najlepszych strzelców zespołu. Często można spotkać go na Bukowej

Jan Furtok. Najlepszy piłkarz w historii klubu. Najskuteczniejszy ligowy snajper "Gieksy" (85 goli). W 1994 r. wybrany na piłkarza 30-lecia GKS. Jako piłkarz "Gieksy" zaliczył w reprezentacji 17 meczów i 6 goli. Siedem lat w Bundeslidze (HSV, Eintracht) i w efekcie szacunek niemieckich fanów. Dziś prezes klubu. On zdecyduje, kogo kupić na swoje miejsce.

Marek Koniarek. Jedyny z tego grona, który przekroczył barierę stu goli w polskiej ekstraklasie, ale bardziej legenda Widzewa niż GKS-u. Na wysokim ligowym poziomie grał aż do 36. roku życia.

Mirosław Kubisztal. Ten facet mógł z tego grona zrobić największą karierę. Najmniej znany członek słynnego tercetu K-F-K (Koniarek - Furtok - Kubisztal), ale na pewno nie najgorszy. Fantastyczny technik. Szkoda, że nie zawsze mu się... chciało. Pamiętam mecz, który przestał w kole na środku boiska, a potem dostał w "Sporcie" jedynkę. Wielki idol w...Szwecji (za niespełna siedem lat gry w klubie Oerebro).

Gija Guruli. Najlepszy cudzoziemiec w historii klubu. Działacze tak się nim zachwycili, że kupili kulawego i dali czas, żeby się wyleczył. Kilka razy pokazał takie sztuczki, jakie dziś ogląda się na sztucznie zmontowanych filmikach na You Tube. A on to robił naprawdę! Podobno był leniwy na treningach, ale właściwie co z tego?  

Zdzisław Strojek. Kolejne po Kubisztalu wzmocnienie z Galicji. Jego złoty gol w 89. min dał historyczne zwycięstwo GKS-owi nad Girondins Bordeaux w 1994 r.

Krzysztof Walczak. Drugi ligowy - po Furtoku - snajper w historii GKS (40 goli w ekstraklasie w latach 1988-95, z przerwą na ligę cypryjską).

Marian Janoszka. Legenda Radzionkowa. „Ecik" do Katowic trafił w wieku 32 lat i zdążył jeszcze strzelić dla tej drużyny 24 bramki. Nie było w GieKSie lepszego w grze głową. W debiucie zapiął wyjątkową Lechowi w Poznaniu: główka z 15 metrów i piłka w okienku!

Dariusz Wolny. Pseudo „Szybki". Zawał serca w 1995 r. przerwał karierę, zanim tak naprawde się rozpoczęła. Dziś trener w 1.FC Katowice.

Adam Kucz. Najmniejszy z tego grona, niewtajemniczeni nie mogli uwierzyć, że był profesjonalnym piłkarzem. A był okres, kiedy malutki napastnik (165 cm) zadziwiał całą Polskę. Pechowiec, bo jego najważniejszy gol w życiu (z Benficą w Lizbonie po strzale z rzutu rożnego) niesłusznie nie został uznany.

Czy długo będziemy czekać na rozszerzenie tej listy?

*„szajtel" to po śląsku „przedziałek"

**„zynza" to po śląsku „kosa"

środa, 06 lutego 2008
Polska - Czechy 2:0. Polski Śląsk - Czeski Śląsk 0:2

Piękny wynik, piękne zwycięstwo. Szkoda tylko, że wpływ śląskiego futbolu na wyniki reprezentacji Polski jest żaden. Z rozrzewnieniem można wspominać wspaniałe mecze Polski z lat 30., 50., 60., 70., i 80., które bez Ślązaków nie potoczyłyby się tak, jak się potoczyły. Przecież już w pierwszym meczu Polski na mistrzostwach świata wystąpiło ich aż siedmiu (cała pomoc: Góra z Szarleja, Nyc(tz) z Katowic i Dytko z Załęża oraz prawie cały atak: Piec z Lipin, Wilimowski z Katowic, Pią(on)tek z Królewskiej Góry i Wodarz z Hajduk Wielkich). 

To jednak dawne czasy. Kiedyś wkład czeskiego Śląska w sukcesy czeskiej piłki był nieporównywalnie mniejszy niż wkład polskiego Śląska w sukcesy biało-czerwonych. „Kiedyś” to kluczowe słowo, bo wszystko się zmieniło. W kadrze Beenhakkera nie wystąpił w środę ani jeden Ślązak. Ba, jako rezerwowy zagrał tylko jeden zawodnik, o którym można powiedzieć, że się na Śląsku piłkarsko rozwinął (Zahorski z Górnika Zabrze).

A Czechy ze śląskich piłkarzy korzystają. W tym względzie jest 2:0 dla południowych sąsiadów. W podstawowym składzie zagrało na Cyprze dwóch zawodników: obrońca Zdenek Pospech i pomocnik Libor Sionko.

Znany z wytrzymałości Pospech, pochodzi z przygranicznej Opavy  (niem.Troppau, pol.Opawa) - kiedyś grodu śląskiego plemienia Golęszyców. Z kolei Sionko, urodził się w Ostrawie, ale pochodzi z Hawierzowa - miasta sypialni (takie czeskie Tychy) położonego na drodze z Cieszyna do Ostrawy. Obaj grali kiedyś w Baniku, potem obaj przeszli do Sparty Praga (to tak jakby do Legii przeszli Wojciech Grzyb albo Dawid Jarka). Dziś obaj są zawodnikami FC Kopenhaga, choć Sionko zaliczył jeszcze epizod w Glasgow Rangers. Milana Barosa zaliczyć do Ślązaków nie możemy. Co prawda tez jest symbolem Banika Ostrawa, ale pochodzi z Vigantic, a to już Kraj Zliński. 

Mam nadzieję, że po tym zwycięstwie Leo Beenhakker nie przywiąże się do sprawdzonych nazwisk i w kadrze na Euro znajdzie się miejsce dla jakiegoś Ślązaka. No i mam nadzieję, że po tej porażce Karol Bruckner nie przekreśli śląskich Czechów i że oni także zagrają na Euro!

  sionko

Wbrew pozorom to nie Sokołowski. To Sionko.

wtorek, 05 lutego 2008
Wodzisław prześcignie resztę Polski

Ujął mnie Krzysztof Swoboda, 24-letni student z Wodzisławia. I to nie tylko pomysłem, żeby na miejscu gdzie stoi stadion Odry, powstał kompleks sportowo-komercyjny z prawdziwego zdarzenia. Przede wszystkim zaimponował mi energią i siłą przebicia -   to w końcu duża sztuka przekonać w pojedynkę najpierw firmę budowlaną, a potem radnych własnego miasta. I to na tyle, żeby ci zgodzili się zmienić plan zagospodarowania przestrzennego!

Ale czy Wy byście się zgodzili, gdyby ktoś nagle pokazał Wam taki projekt (autorstwa gliwickiej firmy P.A. Nova)?

wizualizacja stadionu Odry

Jeśli marzenia staną się rzeczywistością, Wodzisław zostawi za sobą resztę Polski. Takiego cacuszka na jakieś 12 tysięcy miejsc nie ma nigdzie nad Wisłą (i Odrą). Budziłoby zazdrość nie tylko na Śląsku, ale w całym kraju. W jednym miejscu mieszkaniec Wodzisławia  mógłby zrobić zakupy, zjeść obiad, obejrzeć mecz i pójść do kina. Galeria handlowa wypełniłaby całą przestrzeń między stadionem a Urzędem Miasta (to ten brązowy ceglasty budynek z prawej).

Rozmowy z potencjalnym inwestorem trwają. Jeśli wszystko wypali, Krzysiek Swoboda powinien dostać honorowe obywatelstwo Wodzisławia!

poniedziałek, 04 lutego 2008
W Bytomiu tramwaj nie nadjedzie

Wielu twierdzi, że stadion Polonii Bytom to największe szkaradzieństwo na jakim przyszło kopać piłkę naszym ligowcom. Cóż, 80-letni obiekt wygląda chyba znacznie gorzej niż w 1942 roku, kiedy reprezentacja Niemiec pokonała na nim Rumunię 7:0 (ciekawostka, że Bytom nigdy nie gościł za to reprezentacji Polski. A przecież to było ulubione miasto Kazimierza Górskiego). Niektórych przechodzą dreszcze kiedy patrzą na kamienne trybuny molocha, inni mają zawroty głowy w budynku klubowym, który pochyla się w jedną stronę ruchem jednostajnie jednostajnym. Ileż można napinać mięśnie żeby zachować pion? Ja jednak za tym stadioniskiem po prostu przepadam i zwyczajnie lubię przyjeżdżać na mecze Polonii. Wiem, że zawsze wprowadzę się w tym miejscu w taki fajny, ponury, gotycki nastrój. Niestety jest coś, co tą złowieszczą powagę na stadionie psuje. Co takiego? Spójrzcie. Dla ułatwienia dodam, że ci państwo nie czekają na tramwaj...

Polonia

Żarty żartami, ale dla Polonii idą lepsze czasy. Niedawno zamontowano jupitery, właśnie dziś zaczęto montaż kontenerów, w których powstaną nowe szatnie. Tylko czy to wystarczy, żeby bytomscy piłkarze mogli wreszcie rozgrywać pierwszoligowe mecze jako gospodarz na własnym stadionie? Mam nadzieję, że tak. Ten obiekt to atut polonistów; w zeszłym sezonie drugoligowi rywale nie potrafili sobie w Bytomiu poradzić. Atut, który może pomóc uratować im pierwszoligowy byt.

Wierzę, że Polonii się uda, bo ją lubię i cenię. Także za to, że przed sezonem prawie wszyscy dziennikarze skazywali ją na spadek, niektórzy lekceważąco przekręcali nazwiska trenera i niektórych bytomskich piłkarzy, a oni nic sobie z tego nie robili. Teraz chodzi o to, żeby żurnaliści umieli je powtórzyć nawet zbudzeni znienacka nad ranem, po ciężkim dniu pracy. Przynajmniej ci, którzy zajmują się sportem.

niedziela, 03 lutego 2008
Wreszcie wraca Górnik z rozmachem

Żeby klub był na topie, muszą być spełnione trzy warunki:

a) muszą spisywać się działacze;

b) muszą spisywać się kibice;

c) muszą spisywać się piłkarze.

Wygląda na to, że na najlepszej drodze do odhaczenia tych trzech punktów jest Górnik Zabrze.

ad a) Po najpaskudniejszej dekadzie w dziejach KSG, działacze nie są już najsłabszym ogniwem. Faktem jest, że w ostatnim dziesięcioleciu Górnik stał się klubem prowincjonalnym. Trudno rozstrzygać czy bardziej w wyniku zaniedbań czy malejących ambicji czy może braku pieniędzy. Jedyne czego Górnikowi w ostatniej dziesięciolatce nie brakowało  - to szczęście. Działącze sądzili pewnie, że umiejętności? Nie słyszałem, żeby pielgrzymowali pod obraz Matki Boskiej Piekarskiej w podzięce za ileś tam cudownych ocaleń przed degradacją...

Teraz nowa, prężna ekipa robi wszystko, żebyśmy jak najszybciej zapomnieli o zabrzańskiej bylejakości. O wielce ambitnych planach Górnika na ten rok pisze Piotr Płatek w swojej korespondencji z Hiszpanii. Po jej przeczytaniu przyszedł mi do głowy - oczywiście zachowując rozsądne proporcje - Górnik ze ”złotej ery” przełomu lat 60. i początku 70 . Przypomniał mi się także prezes Eryk Wyra, o którym do dziś w Zabrzu mówi się, że ”zastał Górnika drewnianego, a zostawił murowanego”.

Po wielu latach przerwy Górnik znowu ma zamiar wyjechać na amerykańskie tournee. Za czasów Wyry takie wojaże po krajach obu Ameryk były dla zabrzan codziennością. Do USA, Kolumbii, Ekwadoru, Peru albo Chile Górnik wyjeżdzał co roku. Oczywiście czasy były wtedy zupełnie inne: za dzienną dietę piłkarze z Zabrza mogli sobie w takiej Kolumbii kupić najwyżej znaczek na pocztówkę i papier toaletowy. Na dewizach zarabiał głównie PZPN, wizytówce polskiej piłki zostawał jakiś ochłap (no może ochłaaaaaaaaap),  ale oczywiście już w złotówkach, wypłacanych po państowowym kursie. Jako że wtedy nie było elektronicznej bankowości i nie można było przelać zarobionych pieniędzy, prezes Wyra podczas tych amerykańskich eskapad żył w nieustannym stresie. Zarobionej przez piłkarzy forsy ponoć nie spuszczał z oka; tysiące dolarów woził w podręcznej, wielkiej teczce. Teraz taka teczka jest już zbędna, a - co najistotniejsze - całe zarobione na podróżach pieniądze wzmocnią budżet klubu.

A propos podróży: wygrzebałem z archiwum zdjęcie Górnika (m.in. z Lubańskim, Kostką i Szołtysikiem) w charakterystycznych dla tamtego okresu okolicznościach przyrody:

Górnik Zabrze

ad b) Zabrzańscy kibice już teraz tworzą jedną z najliczniejszych widowni w Polsce, a za miesiąc - do spółki z kibicami Ruchu Chorzów - pobiją rekord ekstraklasy, obecnie nieosiągalny nigdzie indziej w Polsce. Na 90. Wielkie Derby Śląska (przypominam: 2 marca) sprzedano już 20 tysięcy biletów, o komplet widowni na Stadionie Śląskim (przygotowano 41 tys. wejściówek) jestem spokojny.

Widać, że na ambicję fanom z Zabrza weszli kibice Ruchu i ich słynna już akcja reklamująca WDŚ w trakcie derbowego meczu w Madrycie. Podczas transmisji sobotniego meczu Polska- Finlandia na Cyprze przemknął mi w telewizorze transparent z napisem ”www.derbydlagornika.pl” i hasłem ”Derby to rzecz święta, niech każdy z Was o tym pamięta”. Zapewne powtórkę tej niecodzienej reklamy zobaczymy podczas najbliższego meczu z Czechami. Jedno jest pewne: nigdy w historii polskiej ligi od lat 20. żaden mecz ekstraklasy nie był poprzedzony takim rozgłosem jak spotkanie Ruch - Górnik. WDŚ zapowiadają się jako popis kibicowania - i w Chorzowie i w Zabrzu trwa gorączkowa zbiórka pieniędzy na oprawę. Fajnie, byleby tylko odbyło się to fair i z klasą. Wierzę, że tak właśnie się stanie.

ad c) Dobra drużyna to warunek najtrudniejszy do spełnienia, bo i... najważniejszy. Na razie Górnik nie jest jeszcze zespołem, którego gra nie pozwalałaby zasnąć, choć na pewno o kilku emocjonujących jesiennych meczach na Roosevelta warto było przy piwku podyskutować. Najważniejsze, że są w zespole piłkarze z potencjałem, którzy już niedługo mogą być gwiazdami naszej ligi. I to potencjałem nie byle jakim, skoro zauważył go Leo Beenhakker. Byle tylko nie chcieli z Górnika za wcześnie wyfrunąć, przynajmniej do krajowej konkurencji. Zresztą - jeśli wszystko pójdzie jak należy - to już wkróce to Zabrze będzie ściągać co świetniejszych piłkarzy naszej ligi, jednocześnie osłabiając rywali.

PS. Mam jedno malutkie marzenie: żeby za parę lat (jak już sukcesy osiągnie Ryszard Wieczorek) do Zabrza wrócił... Henryk Kasperczak. Żeby Górnik był jego ostatnim klubem. Kasperczak tyle w piłce osiągnął; szkoda, że niczego z KSG. Wyfrunął z Zabrza jako zupełny gołowąs, a przecież pierwsze 18 lat spędził w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej, niecały kilometr od dworca PKP. Kiedy zaczął grać w Stali Mielec, jego matka widywała się z ówczesnym prezesem Górnika w warzywniaku. Próbowała go wtedy namówić, żeby na powrót ściągnął Heńka na Śląsk, ale ten nie był zainteresowany. Nie sądzicie, że Zabrze mogłoby stać się piękną klamrą w pięknej karierze?

piątek, 01 lutego 2008
Pach, pach, pach, pach, pach: Władca Muraw

Telewizja kłamie, więc najlepiej nauczyć się szacunku do piłkarza na własne oczy, z trybun. Ja i moi kumple usłyszeliśmy o uzdolnionym piłkarzyku rodem z Poznania jakieś dwanaście lat temu. Wtedy jednak nie zwróciliśmy na niego uwagi, bo wydawało nam się, że takich szwenda się w lidze na pęczki. Dopiero jak ktoś przyjeżdża na Śląsk i naprawdę pokazuje co potrafi, uznajemy jego klasę. Bohater tej historyjki pierwszy raz z dobrej strony dał się poznać na gościnnych występach w Rydułtowach - w drugoligowym meczu Naprzodu z Wartą Poznań (był maj 1996 roku). ”Niejaki Żurawski” wypracował wtedy honorowego gola dla gości, którzy przegrali 1:4. Parę lat później nigdy nie uwierzyłbym, że wobec tego grajka można użyć zwrotu ”niejaki Żurawski”.

O piłkarzu szybko stało się głośno; szum zmienił się we wrzawę. W końcu nadszedł 8 września 2001 roku. Miejsce: stadion przy ul. Bukowej. Mecz: GKS Katowice - Wisła Kraków. Nie będę się teraz zachłystywać wymyślnymi epitetami, nie będę opowiadać o przyśpieszonym biciu serca i opadającej coraz niżej szczęce. Piłkarz nie śląski, ale nie sposób było nie docenić jego klasy, szybko uprzytomnili to sobie na stadionie wszyscy obiektywni. Na potrzeby tego wpisu skradnę na momencik przydomek legendarnemu argentyńskiemu snajperowi Guillermo Stabile i użyję śmiało wobec polskiego piłkarza. ”El Filtrador” - ”przenikający”... Nie ma w tym krzty egzaltacji: Żurawski przenikał tego dnia obronę GieKSy niczym duch. Słychać było tylko pełne finezji ”pach”, kiedy kopał piłkę w stronę katowickiej bramki.

Pach: 16 minuta.

Pach: 22 minuta.

Pach: 29 minuta.

Pach: 42 minuta.

Pach: 47 minuta.

żurawski w katowicach

I tyle. W drugiej połowie otarł pot z czoła i usiadł skromnie na ławce rezerwowych. ”Żu-raw, Żu-raw, Wład-ca Mu-raw!”, niosło się. Odtąd i dla mnie był Władcą Muraw. Takim pozostał nawet po nieudanych dla niego i reprezentacji mistrzostwach świata (dwóch). Takim pozostał w nieudanych dla niego i Wisły eliminacjach Ligi Mistrzów. Takim pozostał, kiedy godzinami nie potrafił przełamać się w szkockiej lidze. Bo zmienić to sobie można żonę, ale ulubionego piłkarza - nigdy! (Kochanie nie bierz tego do siebie, napisałem tak, bo to chyba dość efektownie brzmi)

Jeśli ktoś twierdzi, że szkoccy kibice pod koniec pobytu Żurawskiego w Glasgow mieli go głęboko pod kiltem, to się myli. ”Magic” na zawsze zdobył ich szacunek za sezon 2005/06.

Dlaczego piszę dziś o Żurawskim? Bo właśnie został piłkarzem Larissy.  Nie jest to klub, który zwala mnie z nóg, ale za to dobre miejsce, żeby ON zaczął zwalać z nóg tamtejszych kibiców. Panie Maćku: niech się Pan na greckiej prowincji wyreguluje, nastroi, pohasa, nastrzela i już jako rozluźniony, pewny swej klasy Władca Muraw, wróci w blasku na Euro 2008. Dziękuję i powodzenia.

Archiwum