sobota, 29 października 2016
Teraz będzie przepięknie i słodko

Niespodzianki nie było. Zbigniew Boniek nadal prezesem PZPN, co wieszczyłem już w sierpniu. Teraz będzie przepięknie i słodko. Sukcesy polskiej piłki nadchodzą. 

Władza jest po to żeby po nią sięgać. Normalne. Jeśli są jakieś ograniczenia, które władzy przeszkadzają trzeba je zmieniać. Normalne. Tym razem mam na myśli na przykład ograniczenia wypływające z jakiegoś głupiego porządku. Demokracja jest dla osłów.

Kto wymyślił taką bzdurę żeby prezes PZPN mógł pełnić urząd tylko dwie kadencje? Trzeba to ewidentne zmienić. Już zaproponował to Michał Listkiewicz, ale moim zdaniem to pomysł trafiający najwyżej w ósemkę, nie w dziesiątkę. Serwilistą też trzeba umieć być...

Lud obecnie kocha, wielbi, gratuluje. Dlaczego z tego więc nie korzystać i przy powszechnym aplauzie nie pójść dalej?

Mam pomysły jak należy usprawnić władzę. Niech to ogłosi jakiś zaufany. Może Andrzej Padewski, szef Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej? Wygląda na to, że to postać dużego formatu. 

Po pierwsze: należy wprowadzić jedną dwudziestoletnią kadencję szefa PZPN. We futbolu wszyscy wiedzą, że tylko konsekwencją można coś osiągnąć a przecież najlepszym przyjacielem konsekwencji jest czas.

Po drugie: należy wprowadzić kombinowana zasadę dominatu z końca III wieku. Dioklecjan wiedział co robi. Czyli: po dwudziestoletniej kadencji Zbigniew August Boniek wyznacza swego następcę na kolejną dwudziestoletnią kadencję. Byłżeby to Maciej Cezar Sawicki, już dziś gdzieniegdzie przyodziewany w purpurę? Tego żadną miarą nie mogę przewidzieć.

Powiecie, że Dioklecjan całkowicie zerwał z pozorami republiki, wprowadzając jawną władzę absolutną i dworski ceremoniał. Zbigniewowi Bońkowi na tym moim zdaniem nie zależy. To jego siła. Proskineza nie zostanie więc zapewne wprowadzona, prezesowi nie są bowiem do niczego potrzebne ceremoniał i obrządek władzy. 

Jedno jest pewne. Przy Zbigniewie Bońku na pewno rozkwitną osoby z potencjałem. Taki pan Padewski... Prezes Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej naprawdę umie się znaleźć. To cenna umiejętność: uważnie zerkać kiedy patron otwiera usta w szerokim uśmiechu by wyprzedzić go własnym rechotem. Jestem przekonany, że Padewski, który właśnie został wiceprezesem PZPN ds. zagranicznych wprowadzi polską dyplomację futbolową na szerokie europejskie tory. Pod jego przewodnictwem osiągnie ona nowy, dynamiczny rys, zniknie ta głupia polityczna poprawność.

Czy wpis Padewskiego na twitterze po wyborze Zbigniewa Bońka to tylko początek nowej ery futbolowej dyplomacji? Jestem pod wrażeniem wymiany tweetów. Po wyborze Boniek bowiem zaćwierkał: 

"Specjalne ukłony dla CK [Cezarego Kucharskiego] i RM [Radosława Majdana] nikt w życiu mi tak nie pomógł, grazie."

A Padewski na to przymilnie odćwierknął:

"JW [Józef Wojciechowski] powinien rozstrzelać tych panów. Bez specjalnego sądu. Dołożyłbym jeszcze Krecinę i niejakiego Smagora, Potoka, Baryło, Kłosa."

Padewski tego chyba nie przemyślał. Kiedy się rozstrzeliwuje jest hałas. Może lepiej udusić? August kazał na przykład Cezariona udusić. Ale kogo to właściwie obchodzi? Dla Padewskiego zapewne najważniejsze, że jego tweeta Boniek zalajkował.

17:28, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (8) »
środa, 26 października 2016
Wybory

Wkrótce wybory na prezesa PZPN, traktuję je całkowicie beznamiętnie.  

Zastanawiają mnie jednak dwie sprawy.

Po pierwsze:

Według niektórych dziennikarzy Zbigniew Boniek zmiażdży Józefa Wojciechowskiego. To całkiem możliwe, nie wiem. Ale jedno mnie zastanawia: dlaczego w takim razie ci sami dziennikarze w tak bezpardonowy i często pozamerytoryczny sposób atakują Wojciechowskiego? Nie mówię o krytyce. Mówię o atakach - powtórzę - pozamerytorycznych. Oczywiście są to dziennikarze, którzy nawet nie zakwiczeli kiedy Wojciechowskiemu rzeczywiście należała się krytyka. Za to, że w 2008 roku zlikwidował Polonię Warszawa a na jej miejsce ściągnął do naszej stolicy Dyskobolię Grodzisk, której zmienił nazwę na "Polonia Warszawa" - było to zapisane w ostatnim akapicie jednego z giełdowych komunikatów. Niestety: wtedy krytykował tylko Czadoblog. Nawet kibicom Polonii się wówczas podobało... Teraz nie widzę powodów do krytyki, tymczasem hejt wylewa się ku uciesze gawiedzi.

Obecne zachowania niektórych dziennikarzy próbuję wytłumaczyć sobie na chłopski rozum i nie potrafię: gdyby obecna kandydatura Wojciechowskiego na szefa PZPN była jedynie egzotyczna i całkowicie nieistotna to mnie zwyczajnie byłoby szkoda czasu w ogóle się nią zajmować! W myśl zasady: "ciszej nad tą trumną." Tymczasem jego kandydatura budzi jednak namiętności. Dlaczego? Czyżby nie była aż tak egzotyczna jakby niektórzy chcieli ją przedstawiać?

A może jeśli publicznie i mainstreamowo przedstawi się ją jako egzotyczną, przekona to niezdecydowanych jeszcze wyborców, że lepiej się nie ośmieszać?

Po drugie:

Tak po ludzku ciekawi mnie ile w ostatnich latach PZPN wydał na PR. A może w ogóle nie wydał? Nie wiem. Jeśli jednak wydał to chętnie porównałbym ewentualne (także zawoalowane) wydatki na ten cel za kadencji Grzegorza Lato oraz za kadencji Zbigniewa Bońka. Jeśli pieniądze szły na public relations to chętnie poznałbym listę beneficjentów z tej puli. Uważam, że tego rodzaju informacje dla dobra polskiego futbolu powinny być przez zjazdem upubliczniane.

PS Przeczytałem dziś wywiad z Sylwestrem Cackiem. Bardzo ostry i konkretny. To postawienie sprawy na ostrzu noża i nie powinno pozostawić Zbigniewa Bońka obojętnym. Prezes powinien chyba zareagować. Pewnym sprawom zaprzeczyć? Iść do sądu, bo mógł poczuć się zniesławiony? On wie najlepiej.

17:56, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (10) »
niedziela, 23 października 2016
Obrońca Górnika jak sławny reprezentant Belgii

Warto było dziś przyjść na Bukową. Śląski Klasyk oglądam na własne oczy dokładnie od 30 lat (pierwszy raz na meczu GieKSy z Górnikiem byłem na Stadionie Śląskim w 1986 roku) i ten na pewno nie był najgorszy. Podobało mi się.

Działo się na murawie, działo się na trybunach*. Tutaj chciałem zwrócić uwagę tylko na historię pewnej zmiany podczas tego meczu. Jeszcze tuż przed przerwą obrońcę Adama Wolniewicza zmienił pomocnik Erik Grendel (mój wywiad ze Słowakiem przeczytacie - TUTAJ). Wiadomo, że jak piłkarz schodzi w 44 minucie przyczyną musi być kontuzja. Ale kiedy po meczu usłyszałem pewne szczegóły od razu przypomniał mi się sławny Belg Eric Gerets - tak jak Wolniewicz - prawy obrońca.

Otóż po derbach Wolniewicz miał stwierdzić, że końcowy rezultat 0:0 jest w porządku. Tymczasem skończyło się przecież 1:1. Piłkarza trzeba będzie uważnie obserwować.

Historia Geretsa w meczu z Węgrami podczas mistrzostw świata w 1982 roku jest jakoś podobna, ale i ... odwrotna.

Wtedy, w pierwszej połowie, zamroczony po starciu Belg absolutnie nie chciał zejść z boiska tłumacząc, że jego zespół przegrywa (rzeczywiście przegrywał po strzale Vargi w 27 minucie), a on musi pomóc. Dopiął swego.

W 62 minucie Gerets oświadczył, że może wreszcie zejść, bo jego zespół już remisuje. Problem w tym, że ciągle przegrywał... Okazało się, że Gerets miał wstrząśnienie mózgu. Dobrze przynajmniej, że Belgia - już bez niego - rzeczywiście zremisowała:)

Mam nadzieję, że Adam Wolniewicz wstrząśnienia nie ma i będzie wkrótce gotowy do gry.

*doping był fantastyczny z jednym zastrzeżeniem. Zupełnie nie rozumiem po co stadion obrażał Ruch Chorzów. Zupełny absurd. Podejrzewam, że Ruch ma to między Scyllą i Charybdą. A jeśli ktoś od tych okrzyków przeżywał jednak na Bukowej ekscytujące mrowienie po wewnętrznej stronie ud oraz motylki w brzuchu też powinien udać się na obserwację mózgu.

środa, 12 października 2016
Dziękuję i proszę o więcej

Dziękuję reprezentacji za zwycięstwo z Armenią i za przedłużenie realnych szans na awans do mistrzostw świata. Jeśli w tych eliminacjach każdy następny mecz Polaków miałby tak przebiegać i tak się kończyć to ja pokornie poproszę z pocałowaniem ręki.

Moim zdaniem niektórym w głowach się poprzewracało. Po Euro uwierzono, że zwycięstwa i odpowiedni styl to powinność i obowiązek.

To bzdura. Dziś w futbolu wszystko trzeba wydrapać. Dlatego nie narzekam i nie mam zamiaru narzekać. Zbyt dobrze pamiętam lata 90 i zawiedzione nadzieje w cyklach 88-90, 90-92, 93-94, 94-96, 96-98, 98-00. Przestałem wierzyć, że kiedyś jeszcze Polska gdziekolwiek awansuje. Wiem, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale każdemu narzekającemu przydałby się skok w przeszłość i poczucie kibicowskiej beznadziei.

Zawsze może być gorzej. Mecz z Armenią nie był udany, ale co z tego? Wygrać mecz o punkty w takim stylu to ogromna sztuka. SZTUKA. Dotychczas polskiej piłce była obca, dlatego doceńmy co mamy.

PS Pogadałem z Wojciechem Cyganem o GKS-ie Katowice. Spokojny, wyważony głos. Zapraszam.

sobota, 01 października 2016
Dwaj panowie W.

Wstrząsnęło mną ostatnio kiedy okazało się, że ludzie - wydawałoby się - poważni, twierdzą, iż po drugiej grupowej porażce do zera naszego przedstawiciela w Lidze Mistrzów (i bez oddania celnego strzału w całym meczu) absolutnie nie ma powodów do wstydu. Drużyna była właściwie bohaterska, bo przegrała niżej niż w pierwszym meczu.

Kiedy i dlaczego Polakom tak skurczyły się ambicje? Od kiedy coś co kiedyś było powodem do wstydu teraz tym powodem już nie jest a za chwilę będzie powodem do dumy?

Otrzymałem właśnie konkretną odpowiedź. Wystarczyło czytać dwie książki jednocześnie. Pierwsza o trenerze W. i druga o trenerze W.

Pierwszemu z nich właśnie mija niecodzienna rocznica. Arsene Wenger już od dwudziestu lat jest trenerem Arsenalu Londyn, na tym poziomie to wyczyn godny podziwu. Dlatego z zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Johna Crossa "Generał i jego kanonierzy". Odnosi się wrażenie, że trochę pisana z kolan, co być może nie będzie dziwić jeśli pamięta się, że Wenger jest czarującą osobowością o magnetycznym wdzięku, któremu autor - a już jego ojciec kibicował Arsenalowi - zapewne musiał ulec.

Niemniej książka jest interesująca i można na wiele sposobów szukać odpowiedzi dlaczego Wenger odniósł taki sukces. Mógłbym o tym dużo i długo, zahaczę jednak o jeden tylko wątek.

Zainteresował mnie bowiem wątek... lojalności. Pytanie brzmi: wobec kogo szkoleniowiec powinien być lojalny? Odpowiedź jest oczywista: wobec klubu. Ale co to właściwie znaczy?

Metoda Wengera jest oryginalna. On przede wszystkim jest lojalny wobec piłkarzy, nawet wtedy jeśli lojalność wobec nich czasami negatywnie odbija się na sile drużyny. O co dokładnie chodzi - przeczytacie w książce. Do mnie dotarło jednak, że właśnie ta droga na samym końcu daje ten efekt, że najbardziej zyskuje na tym  klub.

Gdybym miał wybrać jednego zagranicznego trenera, którego chciałbym zobaczyć w polskiej lidze byłby to Arsene Wenger.

Na przemian z biografią Wengera czytałem pozycję o wiele mówiącym tytułem  "Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach". To dzieło byłego selekcjonera Janusza Wójcika.

Książka sprawiała mi ból. Fizycznie bolało mnie porównywanie obu osobowości, które miały decydujący wpływ na wiele spraw dotyczących piłki nożnej. Jeden pan W. zmieniał futbol na zachodzie, drugi pan W. - w Polsce. Mamy efekty!

W przypadku książki Wójcika nie ma sensu mówić o konkretach. To nużąca mieszanka megalomanii i merytorycznych błędów wynikających z faktu, że Wójcikowi źle się coś zapamiętało. Darujmy sobie jego wizję futbolu, sugestie jak powinien wyglądać, jak powinien się zmieniać. Żebyście poczuli smak jego specyficznej narracji przytoczę zdanie o Legii. Jakbym czytał wynurzenia menela po dwóch flaszkach:

"Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mam Legię w sercu. (...) Dlatego serce mi się kraje, kiedy widzę, jak przegrywa z ogórami (...). Zdobycie mistrzostwa to powinno być dla Legii małe pierdnięcie a nie wielki wysiłek. Powtórzę po raz tysięczny - każdy kto usłyszy słowo "Legia", powinien dostawać biegunki ze strachu!"

Tego typu bełkotu jest znacznie więcej, właściwie całość jest bełkotliwa, dlatego szkoda czasu na uważne czytanie. W książce Wójcika zająłem się więc czymś konkretnym.

Poniżej spis tego co jest w tej książce najbardziej konkretne. Być może w ogarnięciu błędne, ale przy liczeniu zaczęło mi się kręcić w głowie.

Otóż autor budując narrację użył następujących słów:

ciule (1 raz, jeśli dalej bez szczegółów to właśnie raz), cioty, cycki, chuj - 10 razy (wersje odrębne: w chuj - 2, w chuja - 2  od chuja - 2, chuja trudno), chuje - 2, chujowe, chujstwo; dojebiemy; dupa - 7 (wersje odrębne: w dupie, dali dupy); dupeczki - 4; dupy - 3 (dupy do wyruchania); gówno - 4; jebać, jebała, jebany - 3, jebnać, jebnął, jebnęli - 2, jebnąłem; kurewsko - 4, kurwa - 31 (liczba mnoga - 5 oraz kurwa nędza); najebał - 2, najebka, nakurwiały, napierdala, napierdalać - 2, napierdalanka, napierdałałem, napierdalałby, napierdolony; nasrali; nie wkurwiaj; obsraj, odpierdalać, odpierdolić - 2, opierdalali, opierdalany, opierdolił, opierdolić - 2, opierdolili, opierdoliłem, opierdoliliście, pierdnięcie, pierdol, pierdolnąć, pierdolenie - 4 (w tym o Szopenie), pierdolnęli, pierdolnęliśmy, pierdolił - 3, pierdoliło, pierdolnie - 3, pierdolnął - 2, pierdolnęło, pierdolnik, pierdzielce, podpierdolił, podymać, pojebało, poruchać - 2, przejebane, przypierdolić - 3, przypierdoli - 2, przypierdolił - 2, przypierdalał, rozjebać - 2, rozjebanie - 2, rozpierdolić, rozpierdolili, ruchać, ruchanie, skurwiel, skurwiele, skurwysyn - 3, skurwysyny - 2 (skurwysynów, skurwysynu), spierdalaj - 3, spierdalał, spierdalali, spierdalać - 5, spierdalajcie, spierdalali, sracz, srasz, upierdolił, wjebali, wkurwiałem, wkurwiałem się, wkurwia, wkurwiało, wkurwiały, wkurwieni, wkurwił - 5, wkurwiłem się, wkurwiony - 2, wpierdalał, wpierdol - 3, wpierdolą, wpierdolić - 3, wpierdolił, w pizdu - 4, wyjebał, wyjebane, wypierdalać, wypierdalaj, wypierdol, wypierdolę - 2, wypierdoli, wypierdolił się - 1, wypierdoliły, wysrał, zadupczyć, zajebał, do zajebania, zapierdalać, zapierdalaj, zapierdalasz, zapierdalał - 7, zapierdalałby - 2, zesrany, zesrani, zesra się, zjebał, zjebie a także dwa  - jak je nazwałem - wójcikizmy: kraby- sraby oraz konta-sronta.

PS Jeśli chcecie przepłukać usta to TUTAJ jeszcze recenzja o Cichej. Ruch Chorzów naprawdę ma szczęście.

13:22, pavelczado , Książki
Link Komentarze (19) »
środa, 21 września 2016
Czy Messi jest potworem

Niecodziennie zdarza się, że kogoś znasz a potem okazuje się, że czytasz książkę, którą napisał i robi na tobie wrażenie.

To przyjemne uczucie - tym razem chodzi o książkę Leszka Orłowskiego "Barca. Złota dekada".

Wydaje mi się oczywiste, że każdy kto interesuje się futbolem musiał widzieć tę drużynę w tym niezwykłym okresie, który - tak naprawdę - trwa nadal i, kto wie, być może najwyższy szczyt nie jest jeszcze zdobyty. Widział może rzadziej, może częściej - na pewno musi jednak się zgodzić, że ten zespół odcisnął piętno nie tylko w historii piłki nożnej, bo to oczywiste, ale i piętno na jej rozwoju. Ten zespół to zjawisko, które zasługuje na osobne opracowania, to oczywiste.

Z reguły dosyć niechętnie sięgam po książki piłkarskie, których twórcami nie są autorzy z krajów o których traktują. Czasem warto robić wyjątek. Tak było w tym przypadku.

Po pierwsze dlatego, że Orłowski to facet, który wie co pisze, a nie pisze co wie.

Po drugie dlatego, że odpowiada mi jego język. Pisze sucho, konkretnie, po rzymsku. Barokowe, piętrowe konstrukcje zdań uwielbiałem kiedy byłem licealistą, ale każdy kiedyś kończy liceum.

Autora poznałem osobiście w 1998 roku w... Portugalii. Byliśmy wtedy na meczu Ruchu z Estrelą Amadora w Pucharze Intertoto. Był wtedy łebkiem, jak ja, nie przypuszczałem więc jeszcze, że wyrośnie na autora, którego będę lubił czytać i będę lubił słuchać. Jego komentarz w telewizji jest jak jego teksty - nienachalny i fachowy. Dawno temu to właśnie z tekstu Orłowskiego dowiedziałem się kiedyś, że jest taki utalentowany koleś o nazwisku Messi i że warto go obserwować, bo coś z niego wyrośnie...

Taka jest również książka o Barcelonie - nienachalna i fachowa. Widać również, że starannie przemyślana o czym może świadczyć jej konstrukcja przypominająca rzymski obóz. Trzy części, dające łącznie dziesięć odsłon, każda z nich podzielona na dziesięć rozdziałów. Czyli Orłowski najpierw dokładnie i starannie wszystko sobie wymyślił, a później jedynie pokolorował. Pokolorował tak ciekawie, że mnie - jako laika - wręcz ujął i po tej lekturze na wiele spraw związanych z Barceloną będę patrzył inaczej niż dotąd.

W jego książce podoba mi się choćby to, że przypomina wrażenia, które później mogły się zatrzeć. Choćby to o Rijkaardzie, którego trenerskie kwalifikacje - patrząc przez pryzmat Guardioli - się lekceważy. "Nie wolno opisywać Holendra jako trenerskiego prostaczka, któremu przypadkiem udało się to i owo zdobyć. Nie był może wizjonerem, ale rzemieślnikiem artystycznym z całą pewnością. Szkoda, że jego motta 'Taktyka nie jest święta, ważne jest jak interpretują ją zawodnicy' - nikt nie przekazał Guardioli. Pozwoliłoby mu to uniknąć wielu bolesnych porażek".

Założenia, które w książce stawia Orłowski są oryginalne, autor nie boi się choćby podważać tez Guillema Balague'a, uznanego publicysty z Barcelony (autora m.in. biografii Guardioli i Messiego) - jak choćby tę, że Guardiola nie potrafił sobie w Barcelonie układać stosunków ze środkowymi napastnikami. Wyjaśnia bez ogródek, z przekonującą argumentacją: Eto'o, Ibra, Henry czy Bojan stali na drodze Messiego i to właśnie on rękami trenera usuwał przeszkody...

Bonusem dla zainteresowanych jest aneks pod wszystko mówiącym tytułem "Barcelona taktycznie". Naprawdę bardzo interesująca lektura.

Ciekawe czy jakikolwiek autor spoza Hiszpanii napisał o Barcelonie tak przenikliwą książkę jak Leszek Orłowski. Poprzeczka zawieszona wysoko.

11:22, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 września 2016
Rozstępują się chmury

Jutro o godz.18 w katowickim Teatrze Wyspiańskiego rozpocznie się spotkanie z Dariuszem Kortko i Marcinem Pietraszewskim, autorami książki "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście". Spotkanie poprowadzi Kamil Durczok, fragmenty książki przeczyta Robert Talarczyk.

Kukuczka... Naprawdę? Co jeszcze można dodać o zdobywcy wszystkich ośmiotysięczników? Wydawać by się mogło, że o jego wspaniałej choć tak tragicznie zakończonej historii napisano już wszystko i do tego pięknie! Co za niespodziewana zmyłka: właśnie napisano „wszyściej” i piękniej... 

Dzielę książki na trzy kategorie. Te, które odrzucam, te, które studiuję w nieśpiesznym skupieniu przez wiele tygodni i te, które pożeram w pół dnia (a częściej w pół nocy) ze złością orientując się, że nadszedł koniec. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście należy do trzeciej grupy. Pożarłem ją cięgiem, bez przerywania - od pierwszej strony do ostatniej. Jechałem na przyśpieszonym oddechu, głębiej odetchnąłem może pięć razy, a po klapnięciu okładką po cichu zmiąłem w ustach przekleństwo, że ma tych stron zaledwie czterysta.

Opowieść jest rzeczywiście fascynująca, narracja rozlewa się wartko, wiele w niej historii opowiedzianych po raz pierwszy a jednocześnie jest w niej element, który w książkach reporterskich uwielbiam szczególnie: snopy światła skupiające uwagę na niezwykłych szczegółach, który eksponowane budują niezwykły obraz całości. Dlatego ostrzegam: nie czytajcie tej książki jeśli akurat macie wykonać coś niecierpiącego zwłoki albo - co gorsza włączyliście do prądu żelazko.

Oczywiście nie będę wam w tym miejscu streszczał historii życia Jerzego Kukuczki. W książce opowiadają o nim ludzie, którzy doskonale go znali na różnych etapach jego kariery. Taka opowieść często jest nierówna kiedy chce się opowiedzieć o wszystkim, a zajmujące kawałki przeplatają się czasem z nużącymi. W tej książce kawałki zajmujące przeplatają się z tymi, które powodują, że te zajmujące uznajemy poniewczasie za... zaledwie zajmujące.

Tym sposobem mamy już, moim zdaniem, polską sportową książkę roku 2016. Nic to, że napisali ją dwaj dziennikarze niesportowi. Zgadzam się w pełni z tym co w przedmowie pisze Bernadette Mc Donald, fantastyczna pisarka górska: „Mam uznanie dla autorów za odwagę w odkrywaniu pełni osobowości Kukuczki. Nie wystarczyła im ta znana, spreparowana dla potrzeb mediów legenda. Autorzy starali się pokazać złożoność człowieka.”

Niektórzy mogliby sądzić po takiej opinii, że skoro tak to zapewne będzie sensacyjnie. Ależ skąd, oczywiście nie ma nic o tym, że Kukuczka wjeżdżał na Makalu na jakach. Nie trzeba tanich chwytów, akurat ta historia to samograj. Efekt? „Biografia jest napisana z szacunkiem i ze zrozumieniem, z humorem i empatią. Podobnie jak w przypadku samego bohatera jest to mistrzowskie dzieło, wykonane w najlepszym stylu” - dodaje Mc Donald. Rzeczywiście: w trakcie lektury można się zarówno wzruszyć jak i zezłościć, popłakać a także zaśmiać. Do wyboru, do koloru...

Nie jest sztuką dostrzec coś interesującego tam gdzie nie patrzą inni. Sztuką jest dostrzec coś takiego tam gdzie już spoglądały tłumy i wydawać by się mogło, że dostrzeżone jest wszystko. Nie każdy reporter to potrafi. Być może powiecie, że tak słodzę, bo autorzy to moi kumple z pracy. Ale wiecie co? Chromolę to. Bo ta książka jest jak południowa ściana Lhotse. „Karawana idzie w deszczu, widoczność słaba. Kiedy docierają do bazy, rozstępują się chmury. Wszyscy zadzierają głowy. - O kuuuuuuuurwa! - krzyczy Artur Hajzer.”

No właśnie.

Zamykam książkę. O kuuuuuuuuurwa...

PS Przy okazji muszę zwrócić uwagę na wątek rzadko eksponowany. Nieczęsto bowiem zdarza się, że tekstowi klasą dorównuje dobór zdjęć, ich jakość i ilość. W przypadku biografii Kukuczki tak właśnie jest. To jedna z najpiękniej wydanych książek reporterskich w Polsce ostatnich lat, wręcz nasycona świetnymi fotografiami.

PS1 Na koniec wątek osobisty związany z moim Załężem, kuźnią intelektualną Katowic. Jak opisują autorzy „ za kołnierz nikt tu nie wylewa. Po wypłacie mężczyźni wracają z pracy do domów zygzakiem. Celina Ogrodzińska, niska, śliczna, 21-letnia, z burzą kruczoczarnych włosów, jest magazynierem, sprzedawcą i kierowniczką sklepu monopolowego przy ul. Gliwickiej. Codziennie ustawia w magazynie skrzynki z wódką i winem, wpisuje zakupy do raportu, układa towar na półkach. Użera się z klientami.”

Właśnie Celina niedługo później zostanie kobietą życia słynnego himalaisty, żoną i matką jego dzieci. 

Po północy zatrzymuję się podekscytowany lekturą przy jednym z monopolowych na Gliwickiej. - A wie pani - mówię ekspedientce zaaferowany - że jedna z pani poprzedniczek wyszła za mąż za sławnego człowieka? Opowiadam jej o Kukuczce.

- To może mnie kiedyś również się powiedzie... - mówi rozmarzonym głosem pani z monopolowego. - Dwadzieścia cztery, pięćdziesiąt, poproszę.

19:54, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 września 2016
Nikt tak nie uderzał z woleja

Odchodzi kolejny Wspaniały Śląski Piłkarz, który zasługuje na pamięć. Ignacy Dybała zmarł wczoraj w Rybniku. Miał 90 lat. Był jednym z najstarszych żyjących reprezentantów Polski, choć nie najstarszym. Zagrał w reprezetacji w 1950 roku.

Miałem zaszczyt z Nim rozmawiać, być może jako jeden z ostatnich dziennikarzy. W zeszłym roku pisałem bowiem tekst do "Kopalni" o Górniku Radlin, zaskakującym wicemistrzu ligi z 1951 roku. 

- Ignac był niesamowitym piłkarzem - opowiadał mi Stanisław Oślizło, legenda Górnika Zabrze, który na Roosevelta trafił właśnie z Radlina, gdzie występował przez cztery sezony w drugiej połowie lat 50. - Zawsze Ignaca lubiłem i ceniłem. W tamtych czasach był wielką gwiazdą, a nie było tego po nim widać. Zawsze był niezwykle przystępny. Niedawno nawet do niego dzwoniłem, bo okazało się, że w lidze włoskiej gra jakiś Argentyńczyk polskiego pochodzenia o nazwisku Dybala. Myślałem, że to może jakiś krewny Ignaca, okazało się, że jednak nie... Muszę powiedzieć, że od tamtych czasów aż do tej pory nie widziałem w Polsce faceta, który uderzałby piłkę z woleja tak wspaniale jak właśnie Ignac. Uderzał niezwykle elegancko: pięknie układał ciało, prawie poziomo do murawy, to było niezwykłe pod względem technicznym - zachwycał się Oślizło. - Woleje wychodziły tylko jak miołech dobre szczewiki [po śląsku buty] - opowiadał mi z charakterystyczną dla wielkich piłkarzy skromnością Ignacy Dybała.

Działacze wyliczyli, że w barwach radlińskiego klubu rozegrał 232 mecze i strzelił 81 bramek. Wiem to od Feliksa Szwedy, obrońcy Górnika w latach 1963-81, który prowadzi klubową kronikę.

Msza żałobna odbędzie się w najbliższą sobotę w bazylice św. Antoniego w Rybniku o godz.10.

Cześć Jego Pamięci.

niedziela, 04 września 2016
Rozśmieszają mnie szmaciarze

Rzeczywiście jest coś niezwykłego w tej piłce nożnej, że obok normalnych ludzi przyciąga także szmaciarzy.

Szmaciarze wyróżniają się tym, że łatwo wpadają ze skrajności w skrajność, łatwo potrafią namierzyć cel, a potem go obsobaczyć i zmieszać z błotem - nawet w sytuacji kiedy tak naprawdę  jeszcze nic strasznego się nie stało.

Owszem, reprezentacja Polski nie zagrała dziś w Kazachstanie nadzwyczajnie, owszem Arkadiusz Milik mógł spisać się lepiej - w sytuacjach, które miał rzeczywiście mógł być skuteczniejszy i w efekcie przesądzić o zwycięstwie reprezentacji Polski. Tym razem nie udało się Polsce, tym razem nie udało się Milikowi. Trudno.

Jednak to dopiero początek eliminacji. Oczywiście szkoda tych punktów, ale tak jak warto zachować umiar w czołobitnym dziękowaniu za miejsce poza podium wielkiej imprezy, tak warto zachować umiar w toczeniu piany po gorszym wyniku na wyjeździe z drużyną uznawaną przez nas za słabszą. Nie wiadomo dlaczego szmaciarze wynoszą kadrę na poziom Argentyny czy Francji, nie wiadomo dlaczego według szmaciarzy nie wypada na wyjeździe zremisować z Kazachstanem. Czyż nie każdemu może się zdarzyć słabszy mecz? Czy Polska straciła szanse na awans?

Pozwólcie, jeszcze parę słów do szmaciarzy. Nieszmaciarzy proszę o zaprzestanie lektury w tym miejscu.

Czołem, szmaciarze;

Po pierwsze: Po Euro rozśmieszały mnie wasze komentarze głoszące, że na boiskach w Rosji z pewnością będzie lepiej. Zapomnieliście, że żeby na nich zagrać trzeba na tyle dobrze spisać się w eliminacjach by awansować, co? To NIGDY nie jest spacerek.

Po drugie: Wiem, że waszym zdaniem mieliśmy Kazachstan pożreć żywcem. Rzeczywistość zrobiła z was głupków więc z charakterystyczną dla szmaciarzy gwałtownością szukacie teraz kozłów ofiarnych. Wiadomo kiedy wchodzi się w czeluść internetowych komentarzy  lub w czeluść knajpy na dzielni trzeba przygotować się na smarowanie gnojem. Jednak chamstwo wybełtane w jakiejś takiej wybuchającej nienawiści i nieuzasadnionej pogardzie ma czasem taką dawkę, że trzeba wręcz umyć zęby. Natężenie drwiny i szyderstw w waszym mniemaniu ma świadczyć o waszej inteligencji? Wolno wam tak sądzić w wolnym kraju. Mnie wolno sądzić inaczej.

Po trzecie: zupełnie nieświadomie robicie dobrą robotę. Wasze pierdzenia i dyszenia powodują, że skóra piłkarza twardnieje, także dzięki wam staje się mocniejszy psychicznie. to nie jest takie oczywiste. Podejrzewam, że gdyby takiego Kazimierza Deynę przenieść znienacka w obecne czasy po jakimś jego nieudanym meczu w reprezentacji nieprzygotowany do skali obecnego hejtu mógłby się załamać. Podejrzewam, że Milik wie jakie pomyje mogą wylać szmaciarze, ale zna własne możliwości i ma poczucie wartości. Dlatego dalej będzie robił swoje;

Po czwarte: kiedy słyszę, że Arkadiusz Milik powinien po takim meczu jak dzisiejszy stracić miejsce w podstawowej jedenastce kadry to ogarnia mnie pusty śmiech. Doceniam talent Łukasza Teodorczyka albo Kamila Wilczka, ale tworzenie jakichś głupkowatych memów, skreślanie z obłędem w oczach i pianą na ustach takiego zawodnika jak Milik powoduje, że jesteście jeszcze bardziej szmaciarscy;

Po piąte: przygotujcie oczywiście garnce miodu. Przechodzenie ze skrajności w skrajność jest dla was typowe. Przypuszczam, że niedługo w zachwycie po jakimś kolejnym meczu eliminacyjnym będziecie z nich polewać Milika, z uwielbieniem patrząc mu w oczy i z wdzięcznością wzdychać za to co robi, a swoim dzieciom będziecie dawać na imię Arek. Bo na polskie warunki to znakomity piłkarz, który ciągle się rozwija. Jak sądzicie, szmaciarze, ilu polskich piłkarzy w wieku 22 lat zdążyło dla reprezentacji Polski strzelić 11 bramek? Może Wilimowski czy Lubański, ale to byli geniusze.

Żegnam ozięble i obyśmy się, szmaciarze, nie spotkali.

PS Jeszcze jedno: wiadomo, że nerwy mogą puszczać także na boisku, każdy jest człowiekiem. Uprzejmie prosiłbym jednak Kamila Glika żeby nie puszczały mu akurat w taki sposób. To było tak zawstydzające, że aż dech mogło zaprzeć.

czwartek, 01 września 2016
Latal. To wcale nie pierwszy tak szybki powrót

Radoslav Latal wrócił do Piasta Gliwice po zaledwie 47 dniach. Kibice Piasta z nadzieją oczekują tego co będzie dalej.

Po konferencji na której przedstawiono starego-nowego trenera koledzy dziennikarze mówili, że nie przypominają sobie takiej sytuacji. Czadoblog jest już sędziwy więc jedną podobną sobie przypomina. Historia wydarzyło się zresztą całkiem niedaleko od Gliwic.

6 listopada 2000 roku trenerem GKS-u Katowice przestał być Bogusław Kaczmarek. Po powrocie do ekstraklasy Marian Dziurowicz spodziewał się, że w rundzie jesiennej zespół zdobędzie 20 punktów. Kiedy jednak okazało się, że nie ma szans na wypełnienie limitu doskonale działająca, nigdy nie zacinająca się dziurowiczowska gilotyna z furkotem spełniła powinność: w dwóch ostatnich spotkaniach rundy jesiennej drużynę poprowadził wcześniejszy kierownik drużyny Lechosław Olsza.

Różnica w położeniu Kaczmarka i Latala była jednak zasadnicza:  działacze GKS-u, zgodnie z obowiązującymi przepisami PZPN, kontraktu z Kaczmarkiem zerwać jednak nie mogli i według obowiązującej umowy miał na Bukowej zapewnioną pracę do czerwca. Był więc w klubie a jakby go nie było...

6 stycznia 2001 roku Kaczmarek wrócił jednak na stanowisko pierwszego trenera GKS Katowice. - Od tego momentu proszę mnie już nie kojarzyć z klubem - zadeklarował wtedy zdumionym dziennikarzom Marian Dziurowicz. Dobrze to pamiętam. Powrót Kaczmarka na stanowisko pierwszego trenera przeforsował młodszy syn Dziurowicza - Piotr, który zaledwie kilka tygodni wcześniej został prezesem sportowej spółki akcyjnej GKS. Dziurowicz junior podkreślał, że od dawna był do Kaczmarka przekonany, ale jako że liczył się z opinią ojca także i jego musiał przekonać. Udało mu się.

- Piotr jest na tyle doświadczony, że może od teraz pracować na własne konto. Ja dziękuję wszystkim za współpracę. Już zrobiłem, co do mnie należało: GKS wrócił do ekstraklasy, wygrałem wybory na prezesa Śląskiego OZPN i... wystarczy. Proszę nie kojarzyć mnie już z GKS-em Katowice - oświadczył wtedy Marian Dziurowicz senior. Jego ostatnią formalną decyzją była zgoda na powrót do pierwszego zespołu Bogusława Kaczmarka. Trener wrócił na stanowisko po 61 dniach.

Jak potem poszło Kaczmarkowi? Nieźle. Popracował już do końca sezonu czyli do czerwca 2001 roku. Wyciągnął drużynę na ósme miejsce w tabeli, potrafiła m.in. złoić na wyjeździe Legię (pamiętacie Moussę Yahayę? To był kolo...). A przecież był to dla GieKSy trudny czas, często brakowało prądu, gazu i ciepłej wody czyli coś co w dzisiejszym Piaście w ogóle nie mieściłoby się w głowie...

Myślę jednak, że gdyby na koniec obecnego sezonu Piast zajął pod wodzą Latala ósme miejsce - takie jak kiedyś GieKSa Kaczmarka -  nikt by się w Gliwicach nie obraził. Pewnie byliby jednak niezadowoleni: przy debilnej reformie oznaczałoby to bowiem rewelacyjną grę w dalszej części rundy jesiennej i w efekcie awans do pierwszej ósemki oraz formę dość mizerną albo nawet bardzo mizerną w rundzie wiosennej, bo nie udałoby się już zaatakować lepszej pozycji.

Latem 2001 roku Kaczmarek jednak nie wytrzymał. Nie dostawał pensji od siedmiu miesięcy i wspólnie z asystentem Markiem Kostrzewą podjął decyzję, że już koniec tego dobrego. - Nie jesteśmy od tego, aby łagodzić konflikty, zażegnywać bunty. Chcemy zająć się jedynie pracą szkoleniową, z piłkarzami - tłumaczył.

Można być pewnym, że drugie odejście Latala z Piasta będzie z zupełnie innego powodu niż odejście Kaczmarka z GKS-u.

PS A u rywala zza miedzy prezydent Zabrza chce się spotkać z kibicami.

PS1 A może przypominacie sobie inne tak szybkie trenerskie powroty?

Archiwum