niedziela, 04 września 2016
Rozśmieszają mnie szmaciarze

Rzeczywiście jest coś niezwykłego w tej piłce nożnej, że obok normalnych ludzi przyciąga także szmaciarzy.

Szmaciarze wyróżniają się tym, że łatwo wpadają ze skrajności w skrajność, łatwo potrafią namierzyć cel, a potem go obsobaczyć i zmieszać z błotem - nawet w sytuacji kiedy tak naprawdę  jeszcze nic strasznego się nie stało.

Owszem, reprezentacja Polski nie zagrała dziś w Kazachstanie nadzwyczajnie, owszem Arkadiusz Milik mógł spisać się lepiej - w sytuacjach, które miał rzeczywiście mógł być skuteczniejszy i w efekcie przesądzić o zwycięstwie reprezentacji Polski. Tym razem nie udało się Polsce, tym razem nie udało się Milikowi. Trudno.

Jednak to dopiero początek eliminacji. Oczywiście szkoda tych punktów, ale tak jak warto zachować umiar w czołobitnym dziękowaniu za miejsce poza podium wielkiej imprezy, tak warto zachować umiar w toczeniu piany po gorszym wyniku na wyjeździe z drużyną uznawaną przez nas za słabszą. Nie wiadomo dlaczego szmaciarze wynoszą kadrę na poziom Argentyny czy Francji, nie wiadomo dlaczego według szmaciarzy nie wypada na wyjeździe zremisować z Kazachstanem. Czyż nie każdemu może się zdarzyć słabszy mecz? Czy Polska straciła szanse na awans?

Pozwólcie, jeszcze parę słów do szmaciarzy. Nieszmaciarzy proszę o zaprzestanie lektury w tym miejscu.

Czołem, szmaciarze;

Po pierwsze: Po Euro rozśmieszały mnie wasze komentarze głoszące, że na boiskach w Rosji z pewnością będzie lepiej. Zapomnieliście, że żeby na nich zagrać trzeba na tyle dobrze spisać się w eliminacjach by awansować, co? To NIGDY nie jest spacerek.

Po drugie: Wiem, że waszym zdaniem mieliśmy Kazachstan pożreć żywcem. Rzeczywistość zrobiła z was głupków więc z charakterystyczną dla szmaciarzy gwałtownością szukacie teraz kozłów ofiarnych. Wiadomo kiedy wchodzi się w czeluść internetowych komentarzy  lub w czeluść knajpy na dzielni trzeba przygotować się na smarowanie gnojem. Jednak chamstwo wybełtane w jakiejś takiej wybuchającej nienawiści i nieuzasadnionej pogardzie ma czasem taką dawkę, że trzeba wręcz umyć zęby. Natężenie drwiny i szyderstw w waszym mniemaniu ma świadczyć o waszej inteligencji? Wolno wam tak sądzić w wolnym kraju. Mnie wolno sądzić inaczej.

Po trzecie: zupełnie nieświadomie robicie dobrą robotę. Wasze pierdzenia i dyszenia powodują, że skóra piłkarza twardnieje, także dzięki wam staje się mocniejszy psychicznie. to nie jest takie oczywiste. Podejrzewam, że gdyby takiego Kazimierza Deynę przenieść znienacka w obecne czasy po jakimś jego nieudanym meczu w reprezentacji nieprzygotowany do skali obecnego hejtu mógłby się załamać. Podejrzewam, że Milik wie jakie pomyje mogą wylać szmaciarze, ale zna własne możliwości i ma poczucie wartości. Dlatego dalej będzie robił swoje;

Po czwarte: kiedy słyszę, że Arkadiusz Milik powinien po takim meczu jak dzisiejszy stracić miejsce w podstawowej jedenastce kadry to ogarnia mnie pusty śmiech. Doceniam talent Łukasza Teodorczyka albo Kamila Wilczka, ale tworzenie jakichś głupkowatych memów, skreślanie z obłędem w oczach i pianą na ustach takiego zawodnika jak Milik powoduje, że jesteście jeszcze bardziej szmaciarscy;

Po piąte: przygotujcie oczywiście garnce miodu. Przechodzenie ze skrajności w skrajność jest dla was typowe. Przypuszczam, że niedługo w zachwycie po jakimś kolejnym meczu eliminacyjnym będziecie z nich polewać Milika, z uwielbieniem patrząc mu w oczy i z wdzięcznością wzdychać za to co robi, a swoim dzieciom będziecie dawać na imię Arek. Bo na polskie warunki to znakomity piłkarz, który ciągle się rozwija. Jak sądzicie, szmaciarze, ilu polskich piłkarzy w wieku 22 lat zdążyło dla reprezentacji Polski strzelić 11 bramek? Może Wilimowski czy Lubański, ale to byli geniusze.

Żegnam ozięble i obyśmy się, szmaciarze, nie spotkali.

PS Jeszcze jedno: wiadomo, że nerwy mogą puszczać także na boisku, każdy jest człowiekiem. Uprzejmie prosiłbym jednak Kamila Glika żeby nie puszczały mu akurat w taki sposób. To było tak zawstydzające, że aż dech mogło zaprzeć.

czwartek, 01 września 2016
Latal. To wcale nie pierwszy tak szybki powrót

Radoslav Latal wrócił do Piasta Gliwice po zaledwie 47 dniach. Kibice Piasta z nadzieją oczekują tego co będzie dalej.

Po konferencji na której przedstawiono starego-nowego trenera koledzy dziennikarze mówili, że nie przypominają sobie takiej sytuacji. Czadoblog jest już sędziwy więc jedną podobną sobie przypomina. Historia wydarzyło się zresztą całkiem niedaleko od Gliwic.

6 listopada 2000 roku trenerem GKS-u Katowice przestał być Bogusław Kaczmarek. Po powrocie do ekstraklasy Marian Dziurowicz spodziewał się, że w rundzie jesiennej zespół zdobędzie 20 punktów. Kiedy jednak okazało się, że nie ma szans na wypełnienie limitu doskonale działająca, nigdy nie zacinająca się dziurowiczowska gilotyna z furkotem spełniła powinność: w dwóch ostatnich spotkaniach rundy jesiennej drużynę poprowadził wcześniejszy kierownik drużyny Lechosław Olsza.

Różnica w położeniu Kaczmarka i Latala była jednak zasadnicza:  działacze GKS-u, zgodnie z obowiązującymi przepisami PZPN, kontraktu z Kaczmarkiem zerwać jednak nie mogli i według obowiązującej umowy miał na Bukowej zapewnioną pracę do czerwca. Był więc w klubie a jakby go nie było...

6 stycznia 2001 roku Kaczmarek wrócił jednak na stanowisko pierwszego trenera GKS Katowice. - Od tego momentu proszę mnie już nie kojarzyć z klubem - zadeklarował wtedy zdumionym dziennikarzom Marian Dziurowicz. Dobrze to pamiętam. Powrót Kaczmarka na stanowisko pierwszego trenera przeforsował młodszy syn Dziurowicza - Piotr, który zaledwie kilka tygodni wcześniej został prezesem sportowej spółki akcyjnej GKS. Dziurowicz junior podkreślał, że od dawna był do Kaczmarka przekonany, ale jako że liczył się z opinią ojca także i jego musiał przekonać. Udało mu się.

- Piotr jest na tyle doświadczony, że może od teraz pracować na własne konto. Ja dziękuję wszystkim za współpracę. Już zrobiłem, co do mnie należało: GKS wrócił do ekstraklasy, wygrałem wybory na prezesa Śląskiego OZPN i... wystarczy. Proszę nie kojarzyć mnie już z GKS-em Katowice - oświadczył wtedy Marian Dziurowicz senior. Jego ostatnią formalną decyzją była zgoda na powrót do pierwszego zespołu Bogusława Kaczmarka. Trener wrócił na stanowisko po 61 dniach.

Jak potem poszło Kaczmarkowi? Nieźle. Popracował już do końca sezonu czyli do czerwca 2001 roku. Wyciągnął drużynę na ósme miejsce w tabeli, potrafiła m.in. złoić na wyjeździe Legię (pamiętacie Moussę Yahayę? To był kolo...). A przecież był to dla GieKSy trudny czas, często brakowało prądu, gazu i ciepłej wody czyli coś co w dzisiejszym Piaście w ogóle nie mieściłoby się w głowie...

Myślę jednak, że gdyby na koniec obecnego sezonu Piast zajął pod wodzą Latala ósme miejsce - takie jak kiedyś GieKSa Kaczmarka -  nikt by się w Gliwicach nie obraził. Pewnie byliby jednak niezadowoleni: przy debilnej reformie oznaczałoby to bowiem rewelacyjną grę w dalszej części rundy jesiennej i w efekcie awans do pierwszej ósemki oraz formę dość mizerną albo nawet bardzo mizerną w rundzie wiosennej, bo nie udałoby się już zaatakować lepszej pozycji.

Latem 2001 roku Kaczmarek jednak nie wytrzymał. Nie dostawał pensji od siedmiu miesięcy i wspólnie z asystentem Markiem Kostrzewą podjął decyzję, że już koniec tego dobrego. - Nie jesteśmy od tego, aby łagodzić konflikty, zażegnywać bunty. Chcemy zająć się jedynie pracą szkoleniową, z piłkarzami - tłumaczył.

Można być pewnym, że drugie odejście Latala z Piasta będzie z zupełnie innego powodu niż odejście Kaczmarka z GKS-u.

PS A u rywala zza miedzy prezydent Zabrza chce się spotkać z kibicami.

PS1 A może przypominacie sobie inne tak szybkie trenerskie powroty?

środa, 31 sierpnia 2016
Kiedy to wszystko w Górniku tak się spieprzyło

Niektórzy uważają, że zmierzch imperiów to suma nieuchronnych decyzji, zdarzeń, procesów. Kiedy potężny transatlantyk zmienia gwałtownie kurs to nie jest w stanie na niego wrócić w krótkim odstępie czasu. Inni sądzą, że po dogłębnej analizie zawsze można jednak znaleźć ten jeden cholerny kamyczek, który zapoczątkował lawinę.

Przez sześć sezonów od powrotu do najlepszych Górnik Zabrze zawsze kończył w górnej połówce. Gdyby ktoś kazał mi wskazać co jest konkretną przyczyną obecnej degrengolady, tym jądrem wszystkich przyczyn i praprzyczyną wszystkiego - byłbym bezradny. Nie umiałbym jej wskazać. Myślę, że miałbym nawet kłopoty żeby zdefiniować nie tylko kiedy wydarzył się moment decydujący o postępującej zapaści, ale i dlaczego w ogóle się wydarzył. Co o tym zdecydowało? W którym miejscu i którego dnia ktoś miał złapać kogoś za rękę i powiedzieć: "Stop! Zróbmy to inaczej"? 

Czy Górnik jest jak Imperium za czasów Galiena czy raczej za Juliusza Neposa? Dziś każdy może dawać diagnozy, znajdować winnych i ustawiać pod pręgierzem. To łatwe i nic nie kosztuje. Przecież nawet kiedy się pomylimy i zostanie wychłostany nie ten, który zasłużył (bo trudno nawet dopuścić do siebie myśl, że moglibyśmy nikogo nie wychłostać kiedy ogarnia nas wściekłość) to i tak nie musimy się przejmować, bo wkrótce uwagę całej opinii publicznej przyciągnie chłosta kogoś zupełnie innego.

Nie potrafię wyczaić przyczyn ostrego przechyłu Górnika, potrafię za to wskazać niektóre jego przykre skutki. Kiedy drużyna traci piłkarską klasę zawsze pojawia się nerwowość. Chodzi o to żeby w takich momentach nie robić fałszywych ruchów. Sposób w jaki pozbyto się ostatnio choćby Dominika Sadzawickiego powoduje, że cisną się na usta słowa, o których nikt przez dziesięciolecia nawet by nie pomyślał, że można je wypowiedzieć:

"Ludziom w Górniku brakuje klasy".

Kiedy to wszystko tak się spieprzyło?

PS Wspólne oświadczenie kibicowskich organizacji Górnika - znajdziecie TUTAJ.

PS1 Jeden ze świetnych piłkarzy Ruchu lat 70. uważa, że podniesienie się Górnika to tylko kwestia czasu. Ma nadzieję, że szybko pójdzie w górę. Wierzyć mu?

niedziela, 28 sierpnia 2016
Przeżywanie na Ruchu

Byłem dziś na meczu Ruchu Chorzów. Kwestią, która mnie najbardziej zainteresowała była gra Patryka Lipskiego.

Do momentu utraty pierwszej bramki Ruch grał wcale nieźle. W 39. minucie poważny błąd popełnił jednak Lipski i to przez niego Ruch stracił pierwszego gola. 

Takie błędy zdarzają się jednak każdemu i nie miałbym do tego piłkarza wielkich pretensji o tę sytuację. Miałbym raczej o to co działo się potem. Otóż Lipski stał się już tylko cieniem samego siebie, wyraźnie przeżywał co się stało. Nie mógł się otrząsnąć i zdarzyło mu się kilka kompromitujących zagrań. Trudno było wręcz uwierzyć, że to on. Były to zagrania na tyle słabe, że mocno zirytowały fanów na trybunie głównej, którzy przecież zazwyczaj Lipskiego mocno doceniają.

Wydaje się, że to dla młodego piłkarza nowe doświadczenie, a przynajmniej natężenie tego doświadczenia. Wiem, że łatwo się takie rzeczy mówi, ale na poziomie ekstraklasy nie wolno sobie pozwolić na przeżywanie tego co stało się na boisku jeszcze w trakcie gry, na zaprzątanie sobie głowy nieudanym zagraniem, bo wszystko może się posypać jeszcze bardziej niż się posypało. Waldemar Fornalik zauważył, że Lipski jest nieswój i po niespełna godzinie go zmienił. Juniorzy mogą na boisku przeżywać, facetom nie wypada.

Na polskie warunki to dobry zawodnik i zapewne da Ruchowi jeszcze wiele dobrego. Zawsze jednak lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na własnych...

Druga sprawa: wiem, że Ruch liczy na udaną sprzedaż Mariusza Stępińskiego do Nantes (a jak się właśnie okazało być może nie do Nantes, bo do gry włączył się klub z dużymi pieniędzmi). Nie powinno chyba jednak być tak, że piłkarz w tej chwili właściwie nie jest ani w jednym ani w drugim klubie. Jeszcze nie jest sprzedany a już w Ruchu nie gra...

Rozumiem, że Stępiński przebywałby w Nantes i oswajał z nowym środowiskiem. Ale nie - Stępiński był dziś obecny na meczu w Chorzowie! Oglądał go z trybuny głównej i mógł skupić się choćby na rozdawaniu autografów. Dziwię się, że trener Fornalik nie miał go do dyspozycji.

Stępiński nie zagrał ostatnio z Cracovią, nie zagrał dziś. Zapewne klub nie chce ryzykować kontuzji, ale kto wie ile punktów więcej miałby Ruch gdyby w tych spotkaniach wystąpił. Miejmy nadzieję, że jego nieobecność na boisku nie przesądzi o tym gdzie znajdzie się Ruch kiedy liga znowu będzie dzielić się na debilne dwie grupy.

piątek, 26 sierpnia 2016
Zbigniew Boniek nowym prezesem PZPN

Po wyborach w Śląskim Związku Piłki Nożnej to już raczej przesądzone. Zbigniew Boniek, szef PZPN, który niedawno zadeklarował, że będzie się ubiegać o ponowny wybór, mógł jeszcze niedawno obawiać się opozycji z naszego okręgu. Teraz już nie musi.

Gdyby wygrał Zdzisław Kręcina, mógłby stworzyć front, który byłby w stanie pokrzyżować plany Bońkowi. Oczywiście, niejedna z osób obserwujących wydarzenia w centrali polskiego futbolu z politowaniem by się uśmiechnęła na takie prognozy, ale żadni z nich znawcy. Wyrabiają sobie zdanie, biorąc pozory za rzeczywistość i są przekonani, że wszystko wiedzą, choć błądzą jak dziecko we mgle.

Kręcina niejednego zmylił. Uchodzi za śmiesznego, pucołowatego kolesia, pochrapującego w samolocie między Wrocławiem i Warszawą. Nic bardziej mylnego. Prawda jest bowiem taka, że to bardzo bystry facet. Oczywiście można z nim się nie zgadzać (według niektórych nawet należy), ale na pewno nie powinno się go lekceważyć. Moim zdaniem Zbigniew Boniek doskonale o tym wie - tym bardziej prawdziwe i szczere są jego gratulacje na twitterze dla Henryka Kuli, kontrkandydata Kręciny, który ostatecznie wygrał te wybory.

Kula, nieznany dotąd szerszej opinii publicznej, startował jako delegat Ludowego Klubu Sportowego "Sokół" Wola grającego w tyskiej A-klasie. Namaścił go schodzący ze sceny prezes Rudolf Bugdoł, który doszedł do porozumienia z Bońkiem już wcześniej. Kula od kilkunastu lat jest wiceprezesem śląskiego związku (od spraw sędziowskich i spraw rozgrywek) i ustępujący prezes* ma do niego zaufanie.

Przyznam, że wynik wyborów w trakcie tego wielogodzinnego zjazdu w ogóle mnie nie zaskoczył, bo z przebiegu obrad można było domyślić się takiego finału. Na początku ustępujący prezes zaproponował oto na przewodniczącego zebrania Krzysztofa Seweryna, którego pamiętam jeszcze jako trenera II-ligowych wówczas Szombierek w latach 90. Teraz Seweryn rządzi podokręgiem Bytom i jest radnym w Piekarach z ramienia PiS (w poprzedniej kadencji był nawet przewodniczącym rady tego miasta). Żeby pokazać, że podziały w piłce wcale nie idą po linii politycznej nadmienię, że w tym momencie delegat Grzegorz Janik z Rybnika, choć jest posłem z listy PiS, zgłosił Sewerynowi kontrkandydata. Był nim Zbigniew Waśkiewicz, były rektor katowickiej AWF, prezes Rozwoju Katowice, który nie ukrywał wsparcia dla Zdzisława Kręciny.

Z uwagą przyglądałem się temu głosowaniu. 77:43 wygrał Seweryn, co dla mnie było ewidentnym sygnałem, że akcje Kuli stoją wśród delegatów jednak wyżej niż akcje Kręciny.

Były sekretarz PZPN próbował zmienić sytuację podczas brawurowego przemówienia. Tu zauważam kolejny brak przypadku. W proponowanym porządku obrad w ogóle nie było bowiem miejsca na przemówienia kandydatów! Myślę, że układający porządek mogli zdawać sobie z tego sprawę. Pomysł przemówienia do delegatów zgłosił dopiero Zbigniew Waśkiewicz, a sala się zgodziła. Kręcina jako mówca - choć nie jest oratorem wszech czasów - bije na głowę doświadczeniem rywala. Potrafi improwizować. Tego drugiego ratował jednak fakt, że obaj kandydaci musieli zmieścić się w pięciu minutach.

Delegat Piasta Gliwice ostro zaatakował Zbigniewa Bońka za nieobecność na katowickim zjeździe. - Fakt, że go tu nie ma, jest najlepszym dowodem, jak nas traktuje. Trzeba zrobić wszystko, żeby Śląsk znaczył o wiele więcej niż dziś - grzmiał, a przemówienie zakończył barwnie, wręcz odlotowo. - Gwarantuję, że w 2020 roku, na jubileuszu stulecia śląskiego związku oprócz prezesa PZPN pojawi się również mój dobry kolega... prezes FIFA Gianni Infantino!

To, co mówił Kręcina rzeczywiście bardziej wbiło się w pamięć niż przemówienie Kuli, który opowiadał o poprawie szkolenia dzieci i młodzieży, organizacji szkoleń dla trenerów, obiecywał pozyskanie nowych sponsorów oraz położenie większego nacisku na rozwój futbolu kobiecego i futsalu. Kula nie czuł się jednak pewnie. Tuż przed głosowaniem w kuluarach stwierdził - co sam słyszałem - że jeśli przegra będzie miał co robić w życiu. 

Kręcina nie zdołał jednak odwrócić nieuchronnego. Głosowanie przegrał wprawdzie niżej niż Waśkiewicz z Sewerynem, ale jednak w podobnych rozmiarach. Komisja wyniosła urnę w ustronne miejsce i przeliczyła głosy: skończyło się 72:51 dla Kuli.

Ten po wyborach odetchnął z ulgą. - Myślę, że zwyciężyła piłka. Muszę środowisko jednoczyć, dlatego myślę o współpracy ze Zdzisławem Kręciną - stwierdził kilka minut po wyborze (wątpię w taki rozwój sytuacji, ale kto wie?).

Podczas zebrania delegaci przedstawili kilka ciekawych problemów. Denerwowali się choćby, że koszty związane z sędziami są zbyt duże. - Na delegację dostaję 15 zł a sędziom za dojazd muszę zapłacić 30 zł. Tak nie może być - złościł się jeden z delegatów. Inny wzburzony mówił, że w pasie przygranicznym Czesi i Słowacy grabią małe śląskie kluby z talentów. - Nikt nad tym nie panuje. Obiecują rodzicom złote góry i ci wypuszczają dzieci do klubów w Czechach i Słowacji! - narzekał. Kręcina obiecywał, że załatwi tę sprawę na spotkaniu z władzami tamtejszych związków, nie będzie miał jednak takiej szansy. 

Obrady były interesujące choć momentami mocno irytujące. Na dzień dobry odczytywano listę ponad stu siedemdziesięciu delegatów, którzy - jak w szkole - zgłaszali obecność wyciągając w górę rękę.Potem zaczęto dyskutować nad sposobem głosowania i zapachniało groteską. Okazało się, że można skomplikować nawet coś tak prostego, jak wybór zwycięzcy spośród dwóch kandydatów. Trzeba było ustalić, czy tego, którego wyboru sobie życzymy, trzeba zaznaczyć, czy może drugiego, którego nie chcemy mamy z niej skreślić. Chyba nie tylko ja odniosłem wrażenie, że wielu delegatów od tych dywagacji miało mętlik w głowie. Ale... może - jak niektórzy szeptali - ta dyskusja o metodzie głosowania była sprytnym wybiegiem frakcji Kręciny? Przyznam, że sam nie jestem pewny.

Jednak kiedy jeszcze przed głosowaniem usłyszałem od jednego z delegatów gromkie i rozdzierające "powinna nastąpić reasumpcja** głosowania!!!", który wygłosił tę kwestię tonem, którego mógłby użyć Rejtan w 1773 roku - poczułem się irracjonalnie. Aż musiałem wyjść i się napić...

Po trzaśnięciu dwóch kaw wróciłem na salę obrad (w przerwie prezes jednego z ligowych klubów przytoczył mi opowiastkę o Polaku, który miał dwie kulki, jedną gubiąc a jedną psując, co jeszcze lepiej wprowadziło mnie w specyficzny nastrój obrad).

Co dalej? Nie mam pojęcia jakim Henryk Kula jest człowiekiem, nie mam również pojęcia jakim będzie prezesem. Niesprawiedliwe byłoby go więc oceniać już teraz, bowiem po czynach go poznacie.

Nie potrafię jednak oprzeć się przekonaniu, że to wybór koncyliacyjny, ostatecznie podporządkowujący nasz okręg Zbigniewowi Bońkowi.

Kula przyznawał wcześniej w jednym z wywiadów, że po czterech trudnych latach spowodowanych faktem, że śląski związek poparł w poprzednich wyborach na prezesa PZPN innego kandydata niż Boniek ważne jest odbudowanie bardzo silnej pozycji naszego regionu. Czy można z tego wnioskować, że kolejne lata według koncepcji Kuli będą łatwiejsze dlatego że śląski związek poprze tym razem kogo należy?

Sprawa moim zdaniem jest przesądzona. Można chyba ogłosić, że najbliższe wybory na szefa PZPN wygra Zbigniew Boniek. 

* w uznaniu zasług ustępującemu Rudolfowi Bugdołowi przyznano tytuł honorowego prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej.

** reasumpcja - ponowne rozpatrzenie sprawy przez ten sam organ połączone z równoczesnym uchyleniem skutków uprzedniego rozstrzygnięcia.

17:38, pavelczado , ŚZPN
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Apeluję o rozsądek

Doszło do strasznej tragedii. W weekend w okolicach dworca w Katowicach od ciosu nożem zginął młody mężczyzna. Mimo reanimacji zmarł w szpitalu.

Okazało się potem, że w przeszłości był piłkarzem drużyn młodzieżowych GKS-u Katowice.

Z tego co czytam na razie nie wszystko wiadomo o szczegółach. Dlatego apeluję do wszystkich o wstrzemięźliwość w sądach, opiniach. Bardzo łatwo powiedzieć o słowo za dużo, które potem może być kołem zębatym w nakręcaniu spirali przemocy i zbrodni.

Żeby napisać, że były piłkarz GKS-u Katowice został zamordowany trzeba mieć pewność, że został zamordowany dlatego, że był piłkarzem GKS-u Katowice. To zdanie jest kluczowe w tym tekście. Jeśli nie mamy tej pewności - a moim zdaniem nikt jej nie ma - powinno się napisać, że młody mężczyzna zginął od ciosów nożem.

Rozumiem pogoń za chwytliwym newsem, sam pracuję w tej branży. Ale ta szaleńcza pogoń nakręcona do granic możliwości w dobie internetu nie powinna przesłaniać zdrowego rozsądku.

Chyba, że chcemy mieć ciąg dalszy. Chcemy?

15:06, pavelczado , żal
Link Komentarze (9) »
niedziela, 21 sierpnia 2016
Kolejny absurd związany z zamykaniem stadionów

Wiadomo, że nie wszystkie przepisy od razu wymyślono, ale wiadomo, że powinno się je w miarę możliwości uszczegóławiać. Bo jak nie - dochodzi do absurdu. Idealnym przykładem jest według mnie sobotni mecz Cracovii z Ruchem Chorzów. 

Spotkanie odbyło się przy pustych trybunach. Wszystko dlatego, że Najwyższa Komisja Odwoławcza PZPN zarządziła 12 lipca wykonanie kary rozegrania przez krakowski klub jednego meczu bez udziału publiczności (wcześnie ta kara była zawieszona na 18 miesięcy). Komisja Ligi Ekstraklasy nałożyła na Cracovię tego rodzaju karę w związku z naruszeniem porządku i bezpieczeństwa podczas meczu z Pogonią Szczecin, który został rozegrany 18 kwietnia 2015 roku.

Stadion przy Kałuży miał być zamknięty dla kibiców na mecz pierwszej kolejki z Piastem Gliwice, jednak działacze Cracovii poprosili o wystąpienie z wnioskiem o wznowienie postępowania w tej sprawie. To wstrzymało wykonanie kary więc mecz Cracovia - Piast odbył się z udziałem publiczności. Teraz jednak mecz odbył się bez udziału kibiców.

Ja to wszystko rozumiem. Nie chcę wnikać w zasadność kary, nie to jest tematem tego wpisu. Tematem jest raczej fakt. że znowu karze się niewinnych i ogranicza ich swobody obywatelskie.

Wiadomo, że niemożność zobaczenia meczu z trybun to kara dla kibiców Cracovii. Dlaczego jednak każe się kibiców Ruchu, którzy chcieli ten mecz zobaczyć, a zupełnie bez racjonalnego powodu nie mieli takiej możliwości? Przecież w ogóle nie mieli związku z wydarzeniami za które została nałożona kara. Znowu odpowiedzialność zbiorowa? Kto jest w stanie racjonalnie to wytłumaczyć?

Moim zdaniem to może być fantastyczny pomysł na utemperowanie kibolstwa. Jeśli kibolstwo zadymi i zostanie ukarane niemożnością oglądania własnej drużyny dodatkowo skarze ją na doping z trybun własnego stadionu tylko kibiców przyjezdnych. 

Taki mechanizm mogłby spowodować, że niektórzy trzy razy bardziej zastanowią się czy warto źle zachowywać się podczas meczu! A jeśli się nie zastanowią - cóż, będzie to dobitnie świadczyć, że wcale nie o piłkę i wspieranie własnej drużyny im chodzi.

16:54, pavelczado , żal
Link Komentarze (8) »
sobota, 20 sierpnia 2016
Panie wojewodo! Jak można pójść na taką łatwiznę?!

Coraz częściej zdarza się, że połączenie słów „wojewoda” i „futbol” budzi we mnie dreszcz. Najgorzej kiedy władza wtrąca się tam gdzie nie powinna się wtrącać.

Jak się okazuje wojewoda śląski Jarosław Wieczorek właśnie zdecydował, że interesująco zapowiadający się środowy mecz piątej kolejki pierwszej ligi między GKS-em Katowice a Zagłębiem Sosnowiec odbędzie się bez kibiców gości. Nie mogłem w to uwierzyć więc zadzwoniłem do obu klubów żeby upewnić się czy dobrze słyszę...

Wydaje się, że cichym idolem Wieczorka jest chyba jego poprzednik Piotr Litwa, który również decydował się na tego rodzaju kuriozalne rozwiązania i namiętnie zamykał stadiony lub ich część.

Obecna decyzja Wieczorka jest moim zdaniem jednak wyjątkowo skandaliczna. Nie jest to bowiem nawet rodzaj „kary”, choć przy okazji przypominam, że w społeczeństwie obywatelskim odpowiedzialność zbiorowa powinna być wykluczona, a karani powinni być tylko ci, którym udowodniono winę. To już raczej – co mnie jeszcze bardziej bulwersuje – zakaz prewencyjny, podjęty ot, tak, na wszelki wypadek. Tak jakby prawo działało nie wstecz a już w przód!

Uważam to za niebezpieczny precedens. Rozwiązanie może się wojewodzie niestety spodobać, a tak się składa, że w obecnym sezonie w pierwszoligowym sezonie meczów podwyższonego ryzyka z udziałem drużyn z naszego regionu, których kibice nie przepadają za sobą będzie mnóstwo.

Czy skłonności Jarosława Wieczorka do zamykania mogą oznaczać, że w najbliższym czasie:

3 września – w siódmej kolejce – wojewoda zamknie stadion Podbeskidzia dla fanów GKS-u Katowice? Kibice obu drużyn nie przepadają za sobą;

17 września – w dziewiątej kolejce – wojewoda zamknie stadion Podbeskidzia dla fanów Zagłębia Sosnowiec? Kibice Zagłębia mają „zgodę” z fanami futbolowej drużyny BKS-u Bielsko-Biała, którzy z kolei nie są zakochani (z wzajemnością) we fanach Podbeskidzia;

1 października – w jedenastej kolejce – wojewoda zamknie stadion GKS-u Tychy dla fanów GKS-u Katowice? Kibice obu drużyn nie przepadają za sobą (w tym wypadku być może powinienem powtórzyć to po trzykroć).

Nie ma w tym zestawieniu meczu z szóstej kolejki. Wojewoda nie zamknie Stadionu Ludowego w Sosnowcu dla fanów Górnika Zabrze – przyjezdnych obowiązuje kara w czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie. Kłopot z głowy!

Zestawów następnych kolejek nie chce mi się już przeglądać, ale zapewniam – można układać dowolne konfiguracje i ciągle zadawać to samo pytanie.

Oczywiste jest, że za bandyckie zachowania i karczemne awantury chuliganeria powinna być bezwzględnie ścigana i pociągana do odpowiedzialności.

Czy jednak ludzie, którzy są nieawanturujący się i chcą tylko zobaczyć mecz ulubionej drużyny (myśli pan, że istnieją, panie wojewodo?), powinni być prześladowani? Ktoś nie zdaje sobie chyba sprawy, że pozbawienie możliwości zobaczenia wyjazdowego meczu ulubionej drużyny bez powodu mógłby być uznany za rodzaj prześladowania!

Futbol to nadzwyczajny sport i wywołuje nadzwyczajne namiętności. Zawsze tak było. Za okupacji na meczach tzw. śląskiej gauligi zdarzały się awantury; kibice TuS Schwientochlowitz nienawidzili się ponoć zwłaszcza z fanami 1.FC Kattowitz. Po wojnie, w latach 60. pierwszy szef klubu kibica Ruchu Chorzów był bezwzględnie ścigany po Stadionie Ludowym a ochronili go dopiero piłkarze niebieskich.

Zakazy prewencyjne nie powinny być jednak stosowane. Zwłaszcza wtedy gdy sektory przygotowane dla fanów przyjezdnych spełniają wszystkie wymogi, a i tak nie mogą być wykorzystane.

Nie tak to powinno wyglądać.

00:04, pavelczado , żal
Link Komentarze (21) »
środa, 17 sierpnia 2016
Pele to super gość

Uwielbiam spotykać się ze śląskimi piłkarzami, którzy robili kariery w XX wieku. Wielu z nich miało niezwykłe przeżycia - zarówno za bajtla, potem w szczytach kariery, i wreszcie zagranicą gdzie kończyli przygodę z piłką. Ich wspomnienia często zaskakują...

Dotąd myślałem, że śląskimi futbolistami, którzy najwięcej mogliby powiedzieć o słynnym Pele byli Edward Szymkowiak, Eugeniusz Faber, Jan Liberda albo Eugeniusz Lerch. To dlatego, że w 1960 roku grali w reprezentacji Górnego Śląska przeciwko Santosowi w słynnym meczu na Stadionie Śląskim. Albo Stanisław Oślizło, Włodzimierz Lubański czy Zygmunt Anczok. Oni z kolei dlatego, że w 1966 roku grali w reprezentacji Polski przeciwko Brazylii na Maracanie.

O Pele sprawozdawca katowickiego "Sportu" pisał: "Trzeba przyznać, że jest to fenomenalny zawodnik. Barczysty, doskonale zbudowany Murzyn dysponuje olśniewającym zestawem tricków, techniką wyśrubowaną do szczytu perfekcji, kondycją, szybkością i bombą nie z tej murawy".

Okazuje się jednak, że pewien śląski piłkarz zna Pelego z zupełnie innego okresu - na początku drugiej połowy lat 70. grali razem w zawodowej North American Soccer League.

Zresztą zawodnik i którym wspominam ma niezwykle ciekawy życiorys - zanim w 1974 roku trafił do Ameryki, w której mieszka zresztą do dziś przez dekadę był piłkarzem Ruchu Chorzów, zdobył z nim mistrzostwo Polski.

Dziś może to wydawać się nieprawdopodobne, ale mój rozmówca jest żywym przykładem na to, że można było wychować się w Chorzowie, a w dzieciństwie wcale nie być kibicem Ruchu. Dlaczego? W tamtych czasach był bowiem jeszcze inny klub w pobliżu, który działał na wyobraźnię mieszkańców Chorzowa. Mój rozmówca wyjaśnia to w obszernym wywiadzie, którego mi udzielił. Rozmowę możecie przeczytać - TUTAJ.

niedziela, 14 sierpnia 2016
Radość Tychów. Milik to widział

Byłem dziś na meczu GKS-u Tychy z Górnikiem Zabrze. Nie ma chyba większej ekstazy tłumów kiedy zwycięstwo przynosi dosłownie ostatnia akcja a sędzia już nawet nie wskazuje na środek. Musielibyście zobaczyć ten szał i usłyszeć ten ogromny krzyk, który wzbił się aż do nieba. Nic dziwnego; pierwszy raz w dziejach Tychy wygrały ligowy mecz z Górnikiem!

Mecz idealnie dla tyszan się zaczął i idealnie skończył. W środku nie było tak słodko, choć mogło, ale Jakub Świerczok spartolił drugiego karnego - świetnie w tym przypadku spisał się bramkarz Górnika Mateusz Kuchta. Tego pierwszego, w 2. minucie Świerczok wykorzystał bezbłędnie. Przy drugim coś wcześniej szepnął mu były gracz Górnika, a teraz kolega z drużyny Maciej Mańka. Byłem ciekaw co więc spytałem o to obrońcę GKS-u.

- Powiedziałem Kubie żeby absolutnie nie strzelał tego drugiego karnego tak samo jak pierwszego. Nie posłuchał, ale to nie znaczy, że nie potrafi dobrze strzelać karnych - powiedział Mańka.

Z tymi karnymi to ciekawa sprawa. Dotąd wykonywał je Łukasz Grzeszczyk (przy okazji: znowu podobała mi się jego gra. Dużo widzi, wie co chce zagrać, potrafi nieszablonowo podać. A co najwazniejsze - już teraz nie wymachuje z dezaprobatą rękami po nieudanych zagraniach kolegów), więc na pomeczowej konferencji padło pytanie: czy Jakub Świerczok ma już tak mocną pozycję, że kiedy sędzia dyktuje karnego on po prostu zabiera piłkę i strzela? - Tajemnica szatni - odparł wymijająco trener Kamil Kiereś. Jedno jest pewne: Świerczok się nie oszczędzał, do szatni schodził z potężną bulwą na czole. Spytałem go skąd to - okazało się, że uderzył rywala w tył głowy przy wyskoku. Wyglądał jak po dziesiątej rundzie zawodowej walki.

A zabrzanie? Nie przypominali drużyny, która tak świetnie w ostatnim meczu poderwała się do gry z Legią, ale Marcin Brosz nie wie czy tamten mecz miał wpływ na dyspozycję w dzisiejszym spotkaniu. Podkreślił, że generalnie fizycznie zabrzanie przygotowani byli dobrze.

No, może poza Igorem Angulo, który wszedł w drugiej połowie. Założyłem się, że ten facet strzeli w sezonie dla zabrzan dużo goli i byłem ciekawy zdania trenera Brosza na temat Baska. Wyszło na to, że szkoleniowiec też jest przekonany o jego przydatności. Piłkarz - zanim trafił do Zabrza - był uważnie obserwowany i przy angażu przeważyło zdanie, że jego piłkarska klasa przyniesie KSG wiele korzyści. Napastnik trenuje z Górnikiem od 9 dni i na razie jego forma fizyczna nie jest idealna. Niemniej uważni obserwatorzy dzisiejszego meczu mogli dostrzec jego kilka zagrań przerastających poziom zaplecza polskiej ekstraklasy. Jedno jest pewne - to nie jest chyba klasyczny środkowy napastnik, który tylko czeka na podanie. Angulo potrafi również rozegrać.

O losy Górnika można byłoby być spokojnym gdyby dołączył do niego zawodnik oglądający ten mecz z trybun. Gdyby pięć lat temu ktoś by nam powiedział, że w 2016 roku - kiedy Górnik będzie spadał z ekstraklasy, prawie równocześnie Arkadiusz Milik będzie przechodził za wielowielowielokrotność budżetu zabrzan z Ajaksu do Napoli - zapewne nie uwierzylibyśmy.

A przecież właśnie w piłce zdarzają się rzeczy, które przed chwilą nie śniły się najbardziej błyskotliwym filozofom. Choćby to, że po trzech kolejkach pierwszej ligi Górnik będzie na przedostatnim miejscu. 

PS Zdziwiło mnie tylko jedno: że na tyskim stadionie nie pękła bariera 10 tysięcy ludzi. Jeśli Górnik nie wypełnił stadionu to kto ma szansę? Pewnie powalczą Zagłębie i GieKSa.

21:58, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (8) »
Archiwum