poniedziałek, 19 grudnia 2016
Czy Zbigniew Boniek był na Gwiezdnych Wojnach

Śmiać mi się chce. Werdykt w sprawie Ruchu zostanie przez niektórych przyjęty tak, że klub jest winny, bo są minusowe punkty. Ale jeśli przyjrzycie się werdyktowi - to oczywista bzdura.

W dzisiejszym obszernym komunikacie Komisji Licencyjnej dotyczącej chorzowskiego Ruchu zwracają moją uwagę przede wszystkim dwa zdania. Brzmią one następująco:

a) Ruch Chorzów udowodnił, że odmienna od prezentowanej przez Komisję interpretacja punktu 10.2.2 Podręcznika nie miała charakteru oszustwa

b) naruszenie przepisów zobowiązujących Ruch do wykazania zadłużenia Fundacji w dokumentacji licencyjnej nie miało charakteru umyślnego.

Oznacza to, że wszyscy, którzy oskarżali Ruch o OSZUSTWO przed wydaniem wyroku powinni teraz uprzejmie przeprosić i liczyć, że klub nie poda ich do sądu o zniesławienie. Przecież właśnie o to przede wszystkim toczyły się boje: że ludzie w Chorzowie są oszustami. Niektórzy pewni siebie "dziennikarze" ogłosili to jeszcze przed zakończeniem postępowania. Przypominam tytuły: "Ruch przez lata ZATAJAŁ długi przed PZPN". Słowo "zatajał" sugeruje działanie intencjonalne. Werdykt Komisji Licencyjnej świadczy, że działania intencjonalnego nie było. Czy teraz, kiedy okazało się, że to nieprawda, niektórzy zachowają się z klasą czy raczej jak zwykli szmaciarze?

Czy powiedzą/napiszą, że przepraszają za przedwczesne insynuacje? Że jest im przykro? Że ich poniosło? Nie sądzę, choć chciałbym się mylić. Zapewne nawet na ten temat nie zakwikną, oczywiście będzie cicho - tak jakby nikt nigdy nie oskarżał Ruchu Chorzów o oszustwo. Ba, zapewne odtrąbią zwycięstwo, triumfalnie ogłaszając, że skoro są jednak minusowe punkty to Ruch jest oczywiście winny.

Ale zważcie: ogłaszane zawczasu przy dźwiękach werbli rzekome ogromne rozmiary kar od których zachłysnęłaby się nawet Barcelona, okazały się nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością, pełną pustosłowia szarżą. Klub miano spuścić do niższej ligi, odebrać dziesiątki punktów, nie tylko w tym także w przyszłym sezonie itd. Generalnie miało być posprzątane! A tymczasem?

Osobiście uważam, że Ruch powinien wyjść z tego starcia w ogóle bez strat własnych, czyli bez żadnych minusowych punktów. Rozumiem jednak, że druga strona za wszelką cenę chciała zachować twarz.

Ostatecznie Ruchowi - co i tak uważam za wielką niesprawiedliwośćodebrano 8 punktów, z zastrzeżeniem, że cztery z nich nie zostaną odjęte, jeśli fundacja do końca stycznia spłaci zaległości finansowe wobec piłkarzy. Można więc z dużym prawdopodobieństwem już założyć, że Ruch ostatecznie straci jedynie cztery punkty czyli po podziale - dwa. Z kolei przy takim założeniu można już wierzyć, że z tymi piłkarzami i z tym trenerem klub obroni ekstraklasowy byt. To jest całkiem dobry na polskie warunki zespół. Na szczęście wiosną będzie miał szansę to udowodnić.

Moim zdaniem najbardziej sprawiedliwym wyrokiem byłby całkowity brak kary. Ruch reguluje zobowiązania, na ile może. Nie może naraz, ale należne pieniądze generalnie ciągle skapują tam gdzie powinny. Oczywiście idealnie byłoby gdyby długów nie było, ale prawda jest taka, że są. Ruch jednak je spłaca.

                                                ***

Na koniec jeszcze jedno (last but not least):

W każdym cywilizowanym kraju nie ogłasza się decyzji sądów, trybunałów, komisji zanim same tego nie ogłoszą.

Tymczasem Zbigniew Boniek dziś zatwittował:

"Sami się karze poddali, czyli wiedzą ,ze kręcą i manipulują, później coś o jakiej zemście mówi. Mali ludzie, szkoda kibiców i piłkarzy:-))"

Zdumiało mnie, że prezes PZPN zatwittował w momencie kiedy nie ogłoszono jeszcze werdyktu Komisji Licencyjnej. Ba, było to w momencie kiedy posiedzenie Komisji jeszcze trwało! Już abstrahuję od założenia, że jakiej niby karze Ruch Chorzów miał się poddać skoro nie była jeszcze ustalona? Skąd Zbigniew Boniek miałby to wiedzieć? Ciekaw jestem jak Krzysztof Sachs skomentowałby ten sympatyczny tweet prezesa PZPN...

Żeby było jasne: tak naprawdę nie chce mi się wierzyć, żeby te słowa prezesa dotyczyły Ruchu Chorzów. Poważnie! Przypuszczam, że pan Boniek napisał te słowa rozemocjonowany kinowym seansem najnowszych "Gwiezdnych Wojen". Moim zdaniem tak bywały w świecie i inteligentny człowiek nie pozwoliłby sobie na coś tak dyskwalifikującego. Kto przecież skacze na główkę do pustego basenu?

PS A zakaz transferów to już jakaś kompletna farsa:)))) Znów chodzi o sprawy sprzed lat... Ruch dostał od PZPN-u papier, że wszystko spłacił, a wcześniej przecież wydał miliony na pokrycie zobowiązań poprzednich właścicieli (co nie o każdym - jak doskonale wiecie - w tej ekstraklasie można powiedzieć) i teraz jakiś kolo przywala mu karę. Spokojnie: proponuję podchodzić do tej decyzji beznamiętnie i zaczekać do momentu aż rzeczywiście zostanie wyegzekwowana... Już żeśmy to przerabiali nieraz i nie dwa, prawda? 

poniedziałek, 12 grudnia 2016
Dziwne ruchy

Wybuchła afera związana z chorzowskim Ruchem.

Wypada rozpocząć od podstawowej i NAJWAŻNIEJSZEJ konstatacji: pacta sunt servanta więc chorzowski klub musi wreszcie kiedyś - co oczywiste - wypłacić wszystkie należności piłkarzom. Tak nakazują wyroki sądów, ale tak nakazuje również moralność. Nawet nie ma co o tym w ogóle dyskutować.

Niemniej - przy okazji - niektóre, być może mało uchwytne fakty zmuszają do przystanięcia. Zastanowienie się nad nimi może pozwolić złapać tło całości.

Przede wszystkim apeluję żeby zaczekać na końcowe ostateczne decyzje organów władnych w tej sprawie: 

a) jeśli wszystkie informacje ujawnione przez portal "Weszło"* w przedstawionym świetle potwierdzą się, Ruch czeka zapewne kara. Zdumiewa mnie jednak, że po pierwsze: ujawniając fakty nie próbowano zapytać o zdanie przedstawicieli klubu (nie zauważyłem formułki stosowanej kiedy próbuje zdobyć się informacje od flekowanej strony zakończonej odmową komentarza). Po drugie dziwię się, że sprawę przed jej zakończeniem już komentuje kierownik działu licencji i dyrektor departamentu rozgrywek krajowych PZPN, a więc szef istotnych instytucji dla których decyzja o karze ma znaczenie. Mało tego: sugeruje nawet możliwy rodzaj kary. Czy to nie skłania do refleksji, że podejrzanemu wymierza się karę jeszcze przed ogłoszeniem wyroku? Nie pamiętam żeby tak ostatnio robiło - może było tak w pierwszej połowie lat 50.?

Na obecną chwilę wygląda to tak, że przedstawicieli Ruchu zlinczowano zanim jeszcze cokolwiek zdołali z siebie wydusić. Komuna pełną gębą. Poczekajmy jak to przedstawią od własnej strony. A może linczujący popełniają błąd? Może okaże się jeszcze, że Ruch ma coś w zanadrzu na obronę? Nie wiem.

b) Ciekawe kto kogo poinformował o aferze? Zastanawiam się: portal Komisję Licencyjną czy raczej Komisja Licencyjna portal? Spytacie - ale czy to w ogóle ważne? Najważniejsze, że wyszło. Ale moim zdaniem jednak ta informacja jest ważna. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że portal wykonał godną podziwu pracę dziennikarzy śledczych i to dzięki jego własnym informacjom do boju ruszyła stojąca na straży praw Komisja Licencyjna. Już jednak lada moment posiedzenie w sprawie więc raczej oczywiste, że to niemożliwa ścieżka: to jednak Komisja Licencyjna (lub ktoś spoza Komisji, kogo dopuszcza ona do swoich ustaleń a więc bierze za to odpowiedzialność) poinformowała zaprzyjaźniony portal.

Informacja wypływa jeszcze zanim sprawę sfinalizowała Komisja. Czy to codzienność dotycząca spraw, którymi się zajmuje? Powiecie, że screeny dokumentów podesłał któryś z byłych pracowników klubu. Ale w kontekście dat wyroków zasądzających wypłaty dlaczego miałby to zrobić dopiero teraz, już w przeddzień wyjścia sprawy na światło dzienne?

Nie jest więc moim zdaniem prawdą, że portal coś ujawnia dzięki warsztatowi używanemu przez dziennikarzy śledczych. Portal wyprzedza inne media w kontrolowany sposób przy okazji sprawiając wrażenie, że ujawnia niespodziewaną aferę. Aferę, która lada moment i tak - powtarzam - ujrzałaby światło dzienne.

c) sposób pisania tekstów w  zaprzyjaźnionym z PZPN portalu pozwala na charakterystyczną praktykę - tam nie oddziela się informacji od komentarza więc od razu można informację skomentować tworząc jeden tekst co u mniej wyrobionych czytelników może powodować wrażenie, że komentarz jest częścią informacji czyli właściwie sam jest informacją. Dlaczego daje to do myślenia?

Cytat z tekstu:

"Sytuacja jest o tyle szczególna, że Komisja Licencyjna gra o swoją reputację. Jeśli nie zareaguje z niezwykłą stanowczością, okaże się, że jej przepisy można kreatywnie obchodzić i nie niesie to za sobą żadnych poważniejszych konsekwencji. Mówiąc krótko – KL stoi pod ścianą, bo albo będzie to dla niej moment, w którym umocni swoją pozycję, albo stanie się bardziej kółkiem dyskusyjnym. A dobrze wiemy, że w tym gremium zasiadają zbyt poważni lidzie by chcieli przekształcić się w kółko dyskusyjne..."

Sprytny manewr: to ewidentne sugerowanie co powinno się stać czyli nacisk na niezależną komisję. Jak myślicie: czy komisja ma coś przeciwko takiemu naciskowi...

d) mocno, bardzo mocno żenuje mnie parszywa radość z tego co przytrafia się Ruchowi i jej kibicom. To obrzydliwe. Szczególną przykrość sprawiają mi tego rodzaju odgłosy  z Górnego Śląska. Doskonale rozumiem, że można kibicować przeciw jakiejś drużynie. Nie rozumiem już jednak jak można życzyć jej upadku. No chyba, że tylko udaje się zainteresowanie futbolem albo zainteresowanie pisaniem o futbolu...

PS W żadnej mierze nie będzie mi przeszkadzać, że "według Czady to spisek". Najwyżej się uśmieję.

PS1 Być może - ale tego nie przesądzam - słowo "spisek" wróci jeszcze w innym kontekście. Pamiętacie ze szkoły sprzysiężenie Katyliny z 63 p.n.e.? Okazuje się że to klasyczny przykład dylematu interpretacyjnego. Nie warto patrzeć na wszystko z jednej strony:)

*pierwotnie nazwy "Weszło" nie było w tym wpisie. Przepraszam za paskudną zagrywkę, chciałem sprawdzić dla kogo konkretnie to będzie najważniejszy element tego tekstu. 

sobota, 10 grudnia 2016
Piłkarz-katolik ma większe skłonności do oszustwa?!

Guillem Balague to znakomity reporter. Kolejnym dowodem jest jego biografia Cristiano Ronaldo. Autor ma dobry styl, umiejętnie prowadzi narrację, jest przenikliwy, rzeczowy, wie jak poukładać opowieść i co chce osiągnąć. Choćby z tego względu warto sięgnąć po tę książkę, a przecież dodatkowym atutem jest bohater tekstu. 

Niemniej, chcę popolemizować. Oczywiście nie z całościową wymową świetnej przecież biografii. Jeden fragment zaskoczył i zdumiał mnie jednak niezwykle. Nie mogę zgodzić się z wnioskami autora w pewnym względzie, ale żeby się odnieść muszę najpierw przytoczyć fragment Ballague'a:

"W Portugalii widoczne na każdym korku są wpływy brytyjskie, mieszkańcy tego kraju są w znacznej części katolikami. Rozbieżność obu tych kultur tylko podkreśla różnice między mentalnością brytyjską a mentalnością katolickiej Europy kontynentalnej. Ta dywagacja znajdzie przełożenie na piłkę nożną, w której możemy zaobserwować podobne różnice (...) Ogólnie można przyjąć, że europejscy katolicy mają luźniejsze podejście do moralności niż brytyjscy protestanci" (...)

Etyka protestancka ma czysto legalistyczny charakter. Zasady są po to żeby ich przestrzegać. W ciągu dwóch tysięcy lat trwania katolickiej moralnej skrupulatności pojawiła się nowa mentalność, w ramach której poszukiwano sposobów naginania zasad na tyle, aby nie wykluczyć możliwości zbawienia. Katolik zawsze mógł iść się wyspowiadać i mieć czyste konto."

"(...) Obywatele krajów katolickich zwykle nie za bardzo przejmują się przestrzeganiem zasad. Bardziej interesuje ich, jak te zasady obchodzić i nie dać się przyłapać. Właśnie dlatego elementem kultury tych krajów, w tym mojego, jest korupcja. 

Odnoszę wrażenie, że przedstawione przeze mnie zjawiska - nawet jeśli uproszczone i uogólnione - w dużej mierze znajdują przełożenie na piłkę nożną.

Poczucie wyższości wartości brytyjskich wad nad wartościami wyznawanymi przez inne narody jest najlepiej widoczne w świętym oburzeniu na nieprzestrzeganie zasad fair play (udawanie kontuzji, nurkowanie po faulu, którego nie było, i tak dalej) oraz w przedstawianiu takiego zachowania jako przykładu perfidii całego narodu.

Owszem, angielskim piłkarzom też zdarza się zanurkować i odstawić teatrzyk, ale tego typu zachowania są wówczas komentowane jako "skutek zbyt wielu wpływów z zagranicy" - albo - moim zdaniem najlepsze - przykład niesportowej postawy.

Odmienne podejście do kwestii przestrzegania zasad w krajach katolickich tłumaczy dlaczego tamtejsi piłkarze często starają się  oszukać sędziego i jawnie cieszą się gdy im się to uda. Gdy jakiś zawodnik zanurkuje w polu karnym, obrońcy drużyny przeciwnej biegną do sędziego, by nie dać się zwieść. W Anglii w pierwszej kolejności defensorzy rzucają się z pretensjami do autora teatrzyku jak gdyby chcieli mu powiedzieć: Jak mogłeś zrobić coś takiego? Jaki sens ma tego rodzaju łamanie zasad?" 

Dla  mnie wysnuwanie takich wniosków to wyższa umiejętność żonglerki. Piłkarze z kontynentu oszukują bardziej, bo w 1534 roku w Anglii ogłoszono niezależność tamtejszego kościoła od Rzymu? Gdyby nie ten fakt, gdyby nie zerwanie przez Henryka VIII kontaktów dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską to piłkarze rdzennie angielscy rzucaliby się dziś głównie z pretensjami jednak do sędziego a nie do kolegi udawacza z przeciwnej drużyny? Nie zdawałem sobie sprawy, że w naszej lidze (kraju ciągle uznawanego jednak za katolicki) gra tylu angielskich protestantów, bo dość często jednak widzę pretensje po upadku piłkarzy do rywali a nie do sędziego... 

Całkowicie nie mogę zgodzić się ze zdumiewającym stwierdzeniem, iż "ogólnie można przyjąć, że europejscy katolicy mają luźniejsze podejście do moralności niż brytyjscy protestanci". Byłem na Wyspach wielokrotnie i w sobotnie albo niedzielne poranki widziałem nieraz zużyte kondomy wytaplane w rzygowinach na trotuarach centrów miast. Nie wiem czy dałoby się obronić twierdzenie, że wszędzie był to przede wszystkim efekt niewłaściwego zachowania "katolickich przybłędów", bo Wyspiarzowi na użycie prezerwatywy i zwymiotowanie w miejscu publicznym nie pozwalałaby przecież religia.

Z kolei hasło, że "obywatele krajów katolickich zwykle nie za bardzo przejmują się przestrzeganiem zasad. Bardziej interesuje ich, jak te zasady obchodzić i nie dać się przyłapać" gdyby nie było tak śmieszne, można by je nawet uznać za obraźliwe. Żeby napisać coś tak drastycznie rozstrzygającego trzeba mieć za sobą poważne opracowania, statystyki, a nie jedynie własne obserwacje w stylu co być może dzieje się u rodziny wujka lub ewentualne relacje maltretowanej szwagierki. 

Reasumując: wysuwanie tak daleko idących wniosków jest moim zdaniem absurdalne. Z moich obserwacji wynika, że wszędzie, w każdej społeczności, znajdują się zarówno ludzie wartościowi jak i mendy. Bo generalizowanie jest zawsze błędem. To tak jakbym twierdził, że wszyscy błękitnoocy Pigmeje albo kibice Legii Warszawa albo ciemnoskórzy łyżwiarze figurowi albo miłośnicy koloru chamois są nic nie warci. To oczywista bzdura, prawda?

W Wielkiej Brytanii niedawno wybuchła afera pedofilska: setki ofiar, byłych piłkarzy-dzieci mówią o seksualnym wykorzystywaniu przez byłych trenerów piłkarskich w latach 70., 80. i 90. Dwóch znanych piłkarzy, którzy popełnili samobójstwa - Alan Davies w 1992 roku i Gary Speed w 2011 roku - byli wychowankami jednego z tych trenerów. Czy można praźródeł tej historii szukać w korzeniach religijnych tych szkoleniowców?

Proszę - nie mieszajmy religii do futbolu.

13:18, pavelczado , Książki
Link Komentarze (20) »
sobota, 03 grudnia 2016
Zupa

Nieprzyjemne czasy: człowiek musi wstydzić się za to, że jest dziennikarzem.

Byłem dziś na meczu Piasta Gliwice z Koroną Kielce. Po spotkaniu poszedłem posłuchać co mają do powiedzenia trenerzy obu drużyn.

Jeśli ktoś nie wie: zwyczaj jest taki, że najpierw trener opowiada o wrażeniach z meczu, a potem pytania zadają mu dziennikarze. Kiedy trener Korony zakończył wypowiedź, prowadzący poprosił o więc zadawanie pytań. Pytań nie było, co w przypadku kolegów ze Śląska mnie nie zdziwiło, z reguły trenerów przyjezdnych dopytują przecież dziennikarze przyjezdni.

Maciej Bartoszek zanim wyszedł rozejrzał się jednak po sali. - Trudno zadawać pytania skoro micha pełna - zauważył z przekąsem. Zorientowałem się wtedy, że na sali są nieznani mi "dziennikarze", którzy słuchają Bartoszka jednocześnie wcinając zupę, konkretnie grochówkę z kawałami mięsiwa. Właściwie nie jedzą a raczej - przepraszam za wyrażenie - wpierd...ją. Tak, że im się uszy trzęsą! Przynieśli sobie zupę z sąsiedniego pomieszczenia.

Żeby było jasne: w jedzeniu zupy nie ma oczywiście niczego złego. Wyrazy wdzięczności należą się organizatorom, bo przecież taka zupa w taki ziąb może uratować życie.

Chodzi jednak o coś zupełnie innego: o wzajemny szacunek. Poprzez szanowanie innych szanujemy samych siebie. Naprawdę nie rozumiem jak można żreć grochówkę na konferencji prasowej siedząc na wprost jej gościa, słuchając jednocześnie co ma do powiedzenia, dosłownie trzy metry od niego?

Choć może się czepiam? Może nie powinienem narzekać? Przecież ci faceci mogli zacząć zadawać pytania z pełnymi ustami prychając spomiędzy zębów bobem i kawałkami mięsa, mogli je zadawać między jednym siorbnięciem a drugim...

A najlepsze jest to, że kiedy Bartoszek powiedział zdanie o misce, koleś wręcz pokraśniał z zadowolenia. Nieczęsto można przecież zostać bohaterem konferencji prasowej po meczu polskiej ekstraklasy...

Mierzi mnie to zdziczenie obyczajów. Obawiam się, że niedługo niektórzy mogą zacząć zadawać pytania na konferencjach drapiąc się po genitaliach, wydłubując brud spod paznokci lub miód z małżowiny. Solidarność zawodowa z kimś takim?!

Nie, dziękuję.

PS Moją relację z meczu Piasta można przeczytać TUTAJ.

PS1 Miałem okazję porozmawiać z najszybszą Polką. Szczegóły - TUTAJ.

poniedziałek, 28 listopada 2016
Piękno to luksus

Futbol też się przepoczwarza a efektowna gra to dopiero ostatnie stadium. Cieszę się, że dobrze rozumieją to w GieKSie.

Budowa zespołu to skomplikowany proces, który nigdy się nie kończy, to truizm. Osiągnięcie stadium motyla to szczęście dane drużynom nielicznym. W Katowicach motyl fruwał ostatni raz w drugiej połowie lat 80. (choć dobrze pamiętam, że nawet wówczas styl GieKSy - mimo że strzelała wtedy przecież mnóstwo bramek - i tak uważano za dość toporny, z czym oglądając dzisiejszą polską ekstraklasę absolutnie nie mógłbym się zgodzić).

Piękno futbolu różni ludzie różnie rozumieją, często doceniają co innego, ale generalnie miło jest kiedy drużyna strzela dużo goli i potrafi przeprowadzić mnóstwo efektownych akcji. Uważam jednak, że oczekiwanie czy też żądanie żeby zespół zmierzał ku tego rodzaju doskonałości ma sens jedynie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Jeśli klub ma poważne zamiary w każdej innej klasie rozgrywkowej liczy się tylko i wyłącznie skuteczność w zdobywaniu punktów. Z tego co wiem GieKSa jesienią z rozmachem zagrała tylko raz - w Bielsku-Białej z Podbeskidziem.

O sposobie gry Katowic mówią liczby. Oto kilka z nich:

GieKSa wygrała jesienią dziesięć razy - najwięcej w tej lidze. Ale tylko cztery z tych spotkań wygrała z przewagą dwóch bramek. Z przewagą trzech bramek i więcej - już ani razu. Jednocześnie jesienią aż w dziewięciu spotkaniach nie straciła gola. Trzy gole straciła tylko raz. Wniosek z tego oczywisty: w jesiennych meczach GieKSy pada niedużo bramek, w każdym razie mniej niż meczach rywali do gry w ekstraklasie.

Oczywiście: awans można zdobywać w różny sposób. W 1965 roku, kiedy GKS też walczył o ekstraklasę, sam jeden Zygmunt Schmidt, najlepszy piłkarz ery „przedfurtokowej”, zdobył aż 30 goli! Ale to wówczas były inne czasy. Wiem jedno: sto razy bardziej wolę GKS grający nieefektownie a skutecznie niż efektownie a nieskutecznie. Bo kończy się to tak, że nad wyeliminowaniem braków obie szkoły dochodzenia do doskonałości w kolejnych sezonach popracują już w innych klasach rozgrywkowych.

sobota, 26 listopada 2016
Dlaczego Waldemar Fornalik złapał się za głowę

Byłem dziś na meczu Ruchu. Znów przekonałem się, że trenerzy bardzo często wiedzą co stanie się za chwilę.

W 44. minucie sędzia podyktował rzut wolny dla Jagiellonii. Waldemar Fornalik złapał się wówczas za głowę. Zaraz potem do piłki podszedł Konstantin Vassiljev i z ponad 20 metrów przywalił tak, że nie było co zbierać.

Ciekawiło mnie dlaczego trener tak zareagował. Chciałem się upewnić więc spytałem go o to po meczu. Nie pomyliłem się: Waldemar Fornalik przeczuwał co się stanie. - Jarek Niezgoda zupełnie niepotrzebnie sfaulował wtedy rywala w niegroźnej sytuacji. Wszyscy wiemy jak strzela z rzutów wolnych Vassiljev więc uczulaliśmy chłopaków żeby nie popełniali takich błędów - przyznał.

W tym miejscu należy wspomnieć o jednej ważnej okoliczności. Trener Ruchu MUSI kojarzyć charakterystyczną umiejętność Vassiljeva wcale nie od dziś a już od ponad czterech lat...

15 sierpnia 2012 roku Waldemar Fornalik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski podczas towarzyskiego meczu z Estonią w Tallinie. Wydawało się, że spotkanie zakończy się bezbramkowym wynikiem, ale w ostatniej minucie sędzia zarządził rzut wolny dla gospodarzy. I wiecie kto podszedł go wyegzekwować? Zawodnik wówczas w ogóle w Polsce nieznany...


piątek, 11 listopada 2016
Prezes klubu nie musi się znać na futbolu

Kiedyś byłoby to nie do wyobrażenia. Nadchodzi era, że nie do wyobrażenia będzie by mogło być inaczej.

Podoba mi się, że Marek Kwiatek, nowy prezes Piasta Gliwice nie udaje. Od razu na wstępie przyznaje, że nie zna się na futbolu. Takie postawienie sprawy jest uczciwe od samego początku. Nie wstydzi się tego, ale przecież... nie musi. Bo prezes klubu nie musi znać się na piłce nożnej. Fajnie jeśli ją lubi, jeśli się nią interesuje. Ale paradoksalnie, nie jest to wcale warunkiem koniecznym żeby taką posadę objąć! A przynajmniej nie powinno być

Oczywiście dobrze byłoby gdyby prezes wiedział, że facet, który akurat mówi mu na schodach "dzień dobry" gra w jego klubie na lewej pomocy. Ale przecież temu facetowi i tak bardziej niż na „dzień dobry”, zależy żeby miał dobre warunki do pracy i wypłacane na czas pieniądze. Wtedy będzie prezesa szanował bardziej niż gdy ten chwaliłby jego celne diagonalne przerzuty na przeciwległe skrzydło.

Z prezesem Kwiatkiem rozmawiałem jak wyobraża sobie swoją pracę, co uważa za najważniejszy cel. Podkreśla, że jego rola sprowadza się przede wszystkim do zapewnienia jak najlepszych warunków funkcjonowania klubu. Nie ma zamiaru decydować o polityce personalnej dotyczącej drużyny, o transferach. On zna się na pieniądzach (ma doświadczenie z branży developerskiej i zbrojeniowej).

Ale żeby ten układ hulał jak należy, żeby prezes mógł skupić się na tym, do czego został powołany czyli na biznesie, musi w Piaście pojawić się dyrektor sportowy. Prezes Kwiatek zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Wydaje mu się (a mnie przy okazji też), że to kluczowa, chyba najbardziej paląca kwestia. W Piaście będą musieli przecież pospawać sprawnego golema, z trzech niepracujących ze sobą dotąd ludzi: prezesa, dyrektora sportowego i trenera. Ten sprawnie działający triumwirat może zapewnić klubowi piękne dni. Jeśli jednak się zatnie, wszystko może runąć jak domek z kart.

Dyrektor będzie łącznikiem całości, będzie paliwem w silniku tego golema. Wydaje się więc, że wybór odpowiedniej osoby to dla Piasta fundamentalna sprawa. To musi być ktoś, kogo zaakceptuje mający silny charakter Radoslav Latal, ale jednocześnie ktoś, kto nie da czeskiemu trenerowi wejść sobie na głowę. To też musi być ktoś z silną osobowością.

Wtedy wszystko zadziała.

piątek, 04 listopada 2016
Bardzo daleki rzut kamieniem młyńskim

Polski futbol ma ogromne szczęście i wielkie sukcesy. Także dlatego, że jego siły budują nie tylko piłkarze, trenerzy, działacze, sędziowie i kibice (tych ostatnich konsekwentnie odróżniam od kiboli). Ma szczęście i sukcesy - mimo że nigdy nie mieliśmy drużyny, która wygrałaby mistrzostwo świata, nigdy nie mieliśmy również klubu, który byłby najlepszy w Europie. Jest jednak coś co umiejscawia nas absolutnie w światowej czołówce i czego inne nacje, niby lepsze na boisku, mogą nam zazdrościć.

Tym razem nie chodzi o wspaniałe mecze, talenty, nadzieje i emocje. Chodzi o czystą, przefiltrowaną wiedzę.

***

Po książki sięgamy z wielu powodów. To truizm, ale jednak przypomnę jego założenia: książki pozwalają poszerzać nam słownictwo, uczą nas myślenia, dają relaks i odprężenie, pozwalają lepiej się wysławiać, poprawiają pamięć...

Wiadomo jednak, że w zalewie szmiry nie zawsze jesteśmy zadowoleni. Dlatego dziś czytanie książki jest jak przychodzenie na stadion. Kiedy chodzisz na mecze wśród iluś przeciętnych spotkań, na które miałeś nieszczęście trafić, przydarza ci się wreszcie taki mecz, który zapamiętujesz do końca życia. Tak samo jest z książkami. Nie da się za każdym razem trafić na książkę wybitną. Wolę kiedy dech w trakcie lektury zatyka mi kilka razy w roku niż gdyby miało zatykać mnie codziennie. Także dlatego, że mogę to wtedy bardziej docenić.

Kiedy dowiedziałem się, że Andrzej Gowarzewski w ramach encyklopedii piłkarskiej FUJI rozpoczyna serię „mistrzostwa Polski, stulecie” od razu wiedziałem, że będzie odlot. Nie przypuszczałem jednak, że aż taki! Seria jest już – jak to u Gowarzewskiego – w najdrobniejszych szczegółach zaplanowana, do 2018 roku ma ukazać się osiem tomów. Jednak już tom pierwszy ("Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie") rzuca na kolana.

Nie spodziewałem się, że kogoś takiego jak ja, który opisuje futbol od prawie ćwierćwiecza, można czymś zadziwić. Po lekturze książki Andrzeja Gowarzewskiego zmieniam zdanie. Pora uzmysłowić sobie fakt, że myśląc o przedwojennej futbolowej historii Polski poruszaliśmy się dotąd po pewnych utartych już ścieżkach. Wydawać by się mogło, że właściwie wszystko już w tej sprawie zostało rozpoznane i nie ma nikogo, kto zdołałby dorzucić choć garść nowych wiadomości. Mogliśmy dawne dzieje odtwarzać z nielicznych przedwojennych dokumentów, zachowanych pisemnych relacji albo pożółkłych stron starych gazet (ewentualnie niepożółkłych pod warunkiem, że zdigitalizowanych).

Tymczasem tylko ten jeden pierwszy tom to baza wiedzy nieznanej dotąd futbolowej publiczności. Pierwsze przekartkowanie pozwala na stwierdzenie, że wreszcie wiele „białych plam” z historii polskiej piłki zostaje wyjaśnionych. Także tych plam, z których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

***

Tą książką Gowarzewski podniósł do góry kamień młyński i dalekim rzutem przesunął granicę naszej wiedzy. W tej dziedzinie mógł to zrobić tylko ten człowiek. Z czterech powodów, które idealnie się nałożyły:

a) wyjątkowości pomysłu;

Dziś wielu by chciało go naśladować, ale trzeba było wpaść na to w czasach głębokiego PRL-u, co już samo z siebie stawiało od początku bardzo trudne przeszkody. Gdyby ktoś chciał zacząć gromadzić materiały dziś, szybko poległby z frustrującą świadomością, że nie podoła zadaniu;

b) chęci i reporterskiej ciekawości;

Niecodzienne zawodowe losy Gowarzewskiego – opowiada o nich zresztą w tym tomie – sprawiły, że od połowy lat 70. mógł poświęcić się tej idei w pełni. Latami, dzień w dzień, od rana do wieczora. Ilu ludzi byłoby na stać na taką pracowitość?

c) momentu rozpoczęcia; Gowarzewski zaczął zbierać materiały w momencie kiedy żyło jeszcze mnóstwo bohaterów doby przedwojennej. Dzięki temu złapał osobisty kontakt z niezwykłymi ludźmi i uzyskał szczegółowe informacje. Ktoś kto chciałby go dziś naśladować nie ma żadnych szans, bo ci ludzie od dawna nie żyją. Ale Gowarzewski też musiał się śpieszyć. W maju 1980 roku na klatce schodowej łódzkiej kamienicy minął mężczyznę, którego twarz wydała mu się znajoma.

– Pan Jańczyk?

– Owszem.

– Właśnie idę do pana ojca, byłem umówiony na dziesiątą.

– Spóźnił się pan, tata umarł dziś w nocy.

Roman Jańczyk był wielką gwiazdą ŁKS-u przełomu lat 20. i 30;

d) umiejętności;

Wydaje wam się, że wystarczyło ustalić gdzie mieszka interesująca nas osoba i ją przepytać? Nie, nie! To tak nie działa. Najpierw trzeba dopracować, także metodą prób i błędów, metodykę i metodologię pracy. No bo jak oddzielić ziarno od plew? Skąd wiedzieć kiedy opowieść jest prawdziwa a kiedy zwyczajnie zmyślona, albo – nawet choć podana w dobrej wierze – całkowicie nieprawdziwa? Przypominam, tu chodzi o opowieści z lat 20. i 30. Trzeba wiedzieć po pierwsze – jak i gdzie szukać. Po drugie – jak i gdzie sprawdzać. A sprawdzać – okazuje się – powinno się wszystko. Począwszy od metryki. Bo nic może nie być takim jakie nam się wydaje. Przykład? Pierwsza złota medalistka olimpijska Halina Konopacka wcale nie miała na pierwsze imię Halina, a nasza najlepsza sprinterka wszech czasów Stanisława Walasiewiczówna nie była... Stanisławą. Doszedł to tego właśnie Gowarzewski.

Metodą prób i błędów doprowadził używanie sita oddzielającego ziarno od plew do perfekcji.

***

Dlaczego do głowy ciągle przychodzi mi młyński kamień? To oczywiste: wydawać by się mogło, że o przedwojennej piłce wiadomo co wiadomo i wiadomo czego już nie będzie wiadomo. Niby granica była nie do ruszenia. Tymczasem Andrzej Gowarzewski nie tylko ją porusza, ale jedną publikacją nagle przesuwa ją znacznie dalej. Wręcz niewyobrażalnie dalej. On tym kamieniem młyńskim rzuca z łatwością Asteriksa. Ta łatwość jest efektem czterdziestoletniej pracy. To tak jakby kulę pchnąć nagle na 40 metrów.

Pod względem wartości sam tylko pierwszy tom już teraz jest jedną z najważniejszych książek w historii polskiego futbolu. Czterdziestoletnie poszukiwania autora właśnie ujrzały światło dzienne. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie jest to „książka do czytania” w rozumieniu kilkudniowej lektury. Nie da się jej przeczytać od deski do deski na bezdechu, zamknąć i nie wracać. To dzieło do wertowania, nawet latami. Esencja wiedzy to niespełna dwa tysiące not biograficznych podanych drobnym maczkiem: uczestników meczów oficjalnych i nieoficjalnych reprezentacji (także nieuczestników, autorowi wystarczyło powołanie do szerokiej kadry), uczestników meczów o mistrzostwo Polski (ligowych od 1927 roku), trenerów itd.

Jeśli wydaje wam się, że z powodu formy jest to sucha, nudna książka, przez którą mogą się przedzierać jedynie najbardziej zainteresowani szaleńcy – jesteście w ogromnym błędzie. Ta wiedza jest podana w najlepszy, możliwie przystępny sposób, a dosłownie każda (powtórzę – każda!) strona przynosi scenariusz na film.

Pewne jest, że będzie stanowiła punkt odniesienia dla następnych pokoleń ludzi zainteresowanych polską piłką.

***

Niezwykłe w tym dziele jest to, że można się nim zachłystywać na różne sposoby. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mając tak niezwykłe dane można tworzyć przeróżne statystyki. Piłkarskie, ale nie tylko piłkarskie. Na przykład można sprawdzić: ilu z tych piłkarzy zginęło jako żołnierze polskiego wojska w kampanii wrześniowej, ilu pod rozkazami Andersa we Włoszech a ilu na froncie wschodnim w szeregach Wehrmachtu? A jest też o tych, którzy stracili życie w gettach żydowskich, w Katyniu i hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Tragizm czasów II wojny światowej wychodzi wszędzie – także w dziejach piłki nożnej.

***

Książka ukazała się zaledwie parenaście dni temu, a już słyszałem zachwyty nią wielkich polskiej piłki.

I ja nie mogę inaczej.

Panie, panowie! My Polacy, właśnie zdobywamy mistrzostwo świata. Właśnie zdobywamy Ligę Mistrzów! Żeby to sobie uzmysłowić wystarczy sięgnąć po najnowszą książkę Andrzeja Gowarzewskiego.

Andrzej Gowarzewski

Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie

tom 51 encyklopedii piłkarskiej FUJI

wyd. GiA, Katowice

 

18:02, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
sobota, 29 października 2016
Teraz będzie przepięknie i słodko

Niespodzianki nie było. Zbigniew Boniek nadal prezesem PZPN, co wieszczyłem już w sierpniu. Teraz będzie przepięknie i słodko. Sukcesy polskiej piłki nadchodzą. 

Władza jest po to żeby po nią sięgać. Normalne. Jeśli są jakieś ograniczenia, które władzy przeszkadzają trzeba je zmieniać. Normalne. Tym razem mam na myśli na przykład ograniczenia wypływające z jakiegoś głupiego porządku. Demokracja jest dla osłów.

Kto wymyślił taką bzdurę żeby prezes PZPN mógł pełnić urząd tylko dwie kadencje? Trzeba to ewidentne zmienić. Już zaproponował to Michał Listkiewicz, ale moim zdaniem to pomysł trafiający najwyżej w ósemkę, nie w dziesiątkę. Serwilistą też trzeba umieć być...

Lud obecnie kocha, wielbi, gratuluje. Dlaczego z tego więc nie korzystać i przy powszechnym aplauzie nie pójść dalej?

Mam pomysły jak należy usprawnić władzę. Niech to ogłosi jakiś zaufany. Może Andrzej Padewski, szef Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej? Wygląda na to, że to postać dużego formatu. 

Po pierwsze: należy wprowadzić jedną dwudziestoletnią kadencję szefa PZPN. We futbolu wszyscy wiedzą, że tylko konsekwencją można coś osiągnąć a przecież najlepszym przyjacielem konsekwencji jest czas.

Po drugie: należy wprowadzić kombinowana zasadę dominatu z końca III wieku. Dioklecjan wiedział co robi. Czyli: po dwudziestoletniej kadencji Zbigniew August Boniek wyznacza swego następcę na kolejną dwudziestoletnią kadencję. Byłżeby to Maciej Cezar Sawicki, już dziś gdzieniegdzie przyodziewany w purpurę? Tego żadną miarą nie mogę przewidzieć.

Powiecie, że Dioklecjan całkowicie zerwał z pozorami republiki, wprowadzając jawną władzę absolutną i dworski ceremoniał. Zbigniewowi Bońkowi na tym moim zdaniem nie zależy. To jego siła. Proskineza nie zostanie więc zapewne wprowadzona, prezesowi nie są bowiem do niczego potrzebne ceremoniał i obrządek władzy. 

Jedno jest pewne. Przy Zbigniewie Bońku na pewno rozkwitną osoby z potencjałem. Taki pan Padewski... Prezes Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej naprawdę umie się znaleźć. To cenna umiejętność: uważnie zerkać kiedy patron otwiera usta w szerokim uśmiechu by wyprzedzić go własnym rechotem. Jestem przekonany, że Padewski, który właśnie został wiceprezesem PZPN ds. zagranicznych wprowadzi polską dyplomację futbolową na szerokie europejskie tory. Pod jego przewodnictwem osiągnie ona nowy, dynamiczny rys, zniknie ta głupia polityczna poprawność.

Czy wpis Padewskiego na twitterze po wyborze Zbigniewa Bońka to tylko początek nowej ery futbolowej dyplomacji? Jestem pod wrażeniem wymiany tweetów. Po wyborze Boniek bowiem zaćwierkał: 

"Specjalne ukłony dla CK [Cezarego Kucharskiego] i RM [Radosława Majdana] nikt w życiu mi tak nie pomógł, grazie."

A Padewski na to przymilnie odćwierknął:

"JW [Józef Wojciechowski] powinien rozstrzelać tych panów. Bez specjalnego sądu. Dołożyłbym jeszcze Krecinę i niejakiego Smagora, Potoka, Baryło, Kłosa."

Padewski tego chyba nie przemyślał. Kiedy się rozstrzeliwuje jest hałas. Może lepiej udusić? August kazał na przykład Cezariona udusić. Ale kogo to właściwie obchodzi? Dla Padewskiego zapewne najważniejsze, że jego tweeta Boniek zalajkował.

17:28, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (8) »
środa, 26 października 2016
Wybory

Wkrótce wybory na prezesa PZPN, traktuję je całkowicie beznamiętnie.  

Zastanawiają mnie jednak dwie sprawy.

Po pierwsze:

Według niektórych dziennikarzy Zbigniew Boniek zmiażdży Józefa Wojciechowskiego. To całkiem możliwe, nie wiem. Ale jedno mnie zastanawia: dlaczego w takim razie ci sami dziennikarze w tak bezpardonowy i często pozamerytoryczny sposób atakują Wojciechowskiego? Nie mówię o krytyce. Mówię o atakach - powtórzę - pozamerytorycznych. Oczywiście są to dziennikarze, którzy nawet nie zakwiczeli kiedy Wojciechowskiemu rzeczywiście należała się krytyka. Za to, że w 2008 roku zlikwidował Polonię Warszawa a na jej miejsce ściągnął do naszej stolicy Dyskobolię Grodzisk, której zmienił nazwę na "Polonia Warszawa" - było to zapisane w ostatnim akapicie jednego z giełdowych komunikatów. Niestety: wtedy krytykował tylko Czadoblog. Nawet kibicom Polonii się wówczas podobało... Teraz nie widzę powodów do krytyki, tymczasem hejt wylewa się ku uciesze gawiedzi.

Obecne zachowania niektórych dziennikarzy próbuję wytłumaczyć sobie na chłopski rozum i nie potrafię: gdyby obecna kandydatura Wojciechowskiego na szefa PZPN była jedynie egzotyczna i całkowicie nieistotna to mnie zwyczajnie byłoby szkoda czasu w ogóle się nią zajmować! W myśl zasady: "ciszej nad tą trumną." Tymczasem jego kandydatura budzi jednak namiętności. Dlaczego? Czyżby nie była aż tak egzotyczna jakby niektórzy chcieli ją przedstawiać?

A może jeśli publicznie i mainstreamowo przedstawi się ją jako egzotyczną, przekona to niezdecydowanych jeszcze wyborców, że lepiej się nie ośmieszać?

Po drugie:

Tak po ludzku ciekawi mnie ile w ostatnich latach PZPN wydał na PR. A może w ogóle nie wydał? Nie wiem. Jeśli jednak wydał to chętnie porównałbym ewentualne (także zawoalowane) wydatki na ten cel za kadencji Grzegorza Lato oraz za kadencji Zbigniewa Bońka. Jeśli pieniądze szły na public relations to chętnie poznałbym listę beneficjentów z tej puli. Uważam, że tego rodzaju informacje dla dobra polskiego futbolu powinny być przez zjazdem upubliczniane.

PS Przeczytałem dziś wywiad z Sylwestrem Cackiem. Bardzo ostry i konkretny. To postawienie sprawy na ostrzu noża i nie powinno pozostawić Zbigniewa Bońka obojętnym. Prezes powinien chyba zareagować. Pewnym sprawom zaprzeczyć? Iść do sądu, bo mógł poczuć się zniesławiony? On wie najlepiej.

17:56, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (10) »
Archiwum