czwartek, 11 sierpnia 2016
Górnik jak burza. Byle tak dalej

Ten mecz miał znacznie większe znaczenie niż zwycięstwo z Legią. Legię Górnik bił po łapach przecież wielokrotnie, już w lepszym stylu i o większa stawkę. To doprawdy nic nadzwyczajnego.

Nie podniecam się również przesadnie faktem, że zabrzanie przeskoczyli drabinkę w Pucharze Polski. W tym rozgrywkach spełnienie osiąga się dopiero na finiszu, liczy się właściwie tylko ostateczne zwycięstwo a do takiego stanu zabrzanom baaaaaardzo daleko. Tak szczerze - będzie im bardzo trudno ten puchar zdobyć - mimo zwycięstwa nad obrońcą trofeum.

Czasem okoliczności są takie, że zwycięstwa są... niewygodne. Oczywiście nikt nigdy w żadnym klubie tego nie powie, ale mnie ewentualna złość kibiców za obrazoburcze słowa nie rusza więc mogę to napisać: moim zdaniem zwycięstwo w tym meczu nie było Górnikowi przesadnie potrzebne w kontekście najważniejszego celu. Trudno jednak płakać dlatego, że wyeliminowało się Legię w krajowym pucharze, prawda?

Jednak ten mecz ma ogromne, wręcz fundamentalne znaczenie w innym kontekście. Takie spotkanie, ten styl, ten przebieg, ten efekt - to wszystko musi zabrzan podnieść psychicznie. Być może to zabrzmi patetycznie, ale tego rodzaju spotkanie może stać się wręcz kamieniem węgielnym nowej, lepszej ery. Po nienajlepszym ligowym starcie, po dwóch meczach w pierwszej lidze bez zwycięstwa piłkarze Górnika mogliby przecież sądzić, że o awans do ekstraklasy będzie trudno. Jeśli tak było - to mecz z Legią musiał zmienić humory o 180 stopni!

W obecnym sezonie nie ma nic ważniejszego niż awans. A czy można w niego wątpić po takiej grze jak w meczu z Legią? Zabrzanie właśnie dobitnie udowodnili, że także w obecnym składzie personalnym i z obecnym trenerem potrafią grać pomysłową, skuteczną piłkę z wyżej notowanym rywalem. No i wygrać! A skoro udaje się z rywalem wyżej notowanym to dlaczego miałoby się nie udawać z przeciwnikami niżej notowanymi? W I lidze nie widzę żadnego przeciwnika realnie do zabrzan mocniejszego.

Mecze jak ten z Legią pomagają okrzepnąć w wierze i rozwinąć skrzydła.

Górnik poszedł jak burza. Byle tak dalej. Aż do ekstraklasy.

niedziela, 07 sierpnia 2016
Piast mógł w tej Warszawie wygrać

Z tyłu idealnie i ze szczęściem. Z przodu niemrawo i dość bojaźliwie. Piast Gliwice zagrał dziś na wyjeździe z Legią przede wszystkim pragmatycznie: futbol to nie wybory miss, grunt to osiągnięcie celu a kibicom nie muszą po plecach przechodzić dreszcze wywołane wrażeniami artystycznymi. Udało się.

Szczerze pisząc Piast mógł na Legii nawet wygrać, ale nie ma co marudzić. Remis na wyjeździe to nie jest zły wynik, w końcu Legia to mistrz Polski.

Trener Jiri Necek ciągle zmienia Piasta i wydaje się, że rzeczywiście ustawia go pod konkretnego rywala. Taktycznie gliwiczanie ustawili się pod Legię bez zarzutu. Zaczynam rozumieć wdarcie się na stałe do podstawowego składu Piasta obrońcy Piasta Aleksandra Sedlara. Dla mnie to ciche okrycie tego meczu. Oprócz cech oczywistych dla każdego defensora o określonym ligowym poziomie Serb ma także niezwykłe wyczucie dystansu i w efekcie cenną umiejętność blokowania szczególnie groźnych zagrań rywala. Sposób w jaki zablokował piłkę w 20. minucie przy strzale Michała Kucharczyka, albo w 26. minucie przy strzale Aleksandrowa a także w kilku innych sytuacjach zasługują na duże słowa uznania. W trakcie meczu miał najwięcej odzyskanych piłekze wszystkich zawodników w tym meczu - 31 (żaden inny piłkarz Legii i Piasta nie doszedł do bariery 30 interwencji).

W parze z Hebertem, który również zagrał w Warszawie fantastycznie mogą stworzyć wręcz granitowy duet. Brazylijczykowi nie sposób wręcz przeszkodzić kiedy walczy o piłkę. Jest szybki i zdecydowany, ale to wiemy przecież od dawna.

A jeśli na bramce stoi Jakub Szmatuła, którego właśnie nawiedziła forma z zeszłego sezonu można być naprawdę spokojnym o tyły Piasta. Szmatuła momentami bronił jak natchniony, być może dlatego, że zawarł osobistą znajomość z futbolówką: w trakcie meczu po udanych interwencjach całował ją przynajmniej trzykrotnie. 

Cały gliwicki blok defensywny miał okazję się wykazać, bo Legia wcale się nie oszczędzała i ze wszystkich sił próbowała wygrać. Gospodarze grali ofensywnie, walecznie, starali się i dużo im się udawało. Wielu piłkarzy Legii ma wysokie umiejętności, tym razem mógł zaimponować rezerwowy skrzydłowy Steeven Langil, które centry potrafią siać spustoszenie i w przyszłości prawdopodobnie niejedna zakończy się golem.

Statystyki meczowe przemawiają za Legią; częściej posiadała piłkę, częściej i celniej strzelała, miała więcej podań, ale paradoksalnie - Piast mógł zgarnąć komplet punktów. Nie atakował zbyt często, ale i tak stworzył sytuacje wręcz idealne do zdobycia gola.

Można założyć, że gdyby Piast miał w składzie będącego w formie środkowego napastnika, takiego jakim w zeszłym sezonie był Martin Nespor mógł na Łazienkowskiej wygrać choćby 2:0. W 5 minucie po fantastycznym podaniu z głębi pola sam na sam z Arkadiuszem Malarzem znalazł się pełniący z konieczności funkcję środkowego napastnika Bartosz Szeliga, ale "podpalił się" i uderzył obok bramki. W jeszcze lepszej, wręcz idealnej sytuacji w 47 minucie znalazł się rezerwowy Marcin Pietrowski, ale również uderzył niecelnie i widać było, że jeszcze długo nie zapomni zmarnowanej szansy.

piątek, 05 sierpnia 2016
Górnik ma jeden punkt. Sędziowie zabrali już trzy

Trudno przystosować się Górnikowi Zabrze do pierwszoligowych realiów. Nie zmienia to jednak faktu, że zabrzanie nie mają szczęścia do sędziów, którzy krzywdzą ich decyzjami a raczej brakiem decyzji.

W pierwszym meczu sezonu z Miedzią Legnica przegranym 0:1, sędziowie nie zauważyli spalonego przy akcji po której padł gol. Potem przeprosili, ale co z tego?

Dziś sędzia nie zauważył ręki zawodnika Stali Mielec przy strzale głową Adama Dancha. Gdyby nie dotknięcie piłki w polu karnym bardzo prawdopodobne, że wpadłaby do bramki. Rzut karny był moim zdaniem ewidentny, ale co z tego?

Nie twierdzę, że to spisek. Trzeba jednak na takie rzeczy zwracać uwagę, bo wkrótce ta rywalizacja może zamienić się w parodię.

Wiadomo, że generalnie nie ma co oglądać się na sędziów tylko grać swoje. Ale kiedy ci w tak krótkich odstępach czasu rzucają piasek do silnika to później naprawdę trudno odpalić.

PS Co w dzisiejszej grze Górnika mogło się bardzo nie podobać to zastraszająca ilość zepsutych podań - akurat tych, które w ofensywnej akcji wydawały się najważniejsze, wręcz kluczowe.

wtorek, 02 sierpnia 2016
Polska. Trauma nowego selekcjonera Argentyny

Nowym selekcjonerem Najlepszej Drużyny Świata został Edgardo Bauza. Można przypuszczać, że ma błogosławieństwo papieża Franciszka.

Jako trener nie jest być może w Polsce zbyt znany, ale nie ma czego się wstydzić. W 2008 roku wygrał Copa Libertadores z ekwadorskim LDU Quito (został wtedy trenerem roku w Ameryce Południowej), a w 2014 - powtórzył sukces ze San Lorenzo, ukochaną drużyną Franciszka. To jakby europejską Champions League wygrał najpierw z Legią a potem z West Hamem.

Polacy Bauzy być może nie kojarzą, ale można przypuszczać, że Bauza Polskę jednak dobrze pamięta.

Zanim został trenerem był niezwykle bramkostrzelnym stoperem związanym głównie z Rosario Central (ciekawe więc czy dogada się z Messim). Pod uwagę brał go Cesar Luis Menotti, ale reprezentacyjną karierę Bauzie złamała... Polska kierowana przez Antoniego Piechniczka.

W 1981 roku Bauza zadebiutował w kadrze u Menottiego na środku obrony podczas meczu na Estadio Monumental w Buenos Aires właśnie przeciw Polakom. Partnerował wtedy Danielowi Pasarelli. Argentyńczycy przegrali tamten mecz 1:2 a pretensje do środkowych obrońców miejscowi kibice mogli mieć przede wszystkim za utratę pierwszego gola, bo zagapili się i dopuścili do strzału Andrzeja Buncola.

U Menottiego Bauza już nigdy nie zagrał. Dostał jeszcze szansę u Carlosa Bilardo przed mistrzostwami świata we Włoszech, ale dwa towarzyskie mecze w 1989 roku z jego udziałem Argentyńczycy przegrali (z Meksykiem i Szkocją). Na mundial we Włoszech pojechał, ale nie wstał tam z ławki. Trzy mecze w kadrze, trzy przegrane...

Co tam! Teraz chodzi o to żeby na mundialu w Rosji niekoniecznie wstawał z ławki, ale żeby uniósł Puchar Świata.

PS Piękną romantyczną wersję narusza trochę Radio Brazylia czyli ekspert od latynoskiej piłki - Bartek Rabij. Pisze mi, że Bauza miał pecha, bo Menottiemu przydarzył się wysyp dobrych stoperów. No ale gdyby Bauza strzelił wtedy Polsce taka bramę jak kolega ze środka obrony, a sam przypilnował Buncola?:) Kto wie - może własnie jemu udałoby się przypilnować później van der Bergha?;)

sobota, 30 lipca 2016
Smutek dawnych mistrzów

Uwielbiam futbol za wiele jego odcieni. Nie ma chyba innej takiej dziedziny, w której jeśli nie idzie to ratuje nas pieszczotliwe wspominanie chwalebnej przeszłości. Nie ma chyba innej takiej dziedziny, w której jeśli ostatnio nam nie szło, możemy się zresetować, odrzucić całą przeszłość i skupić tylko i wyłącznie na teraźniejszości. Zwłaszcza kiedy startuje nowy ligowy sezon a z nim pojawiają się nowe nadzieje, marzenia i tęsknoty.

Fani GKS-u Katowice resetują się* tak regularnie od dekady. Nowy sezon to zmartwychwstające ambicje i niezmienny w założeniach awans.

Dziś przeżyłem jeden z bardziej przykrych momentów w tym roku. Byłem na inaugurującym sezon meczu GieKSy z Wigrami Suwałki. Gospodarze po raz kolejny mocno przebudowali zespół, na boisku pojawiło się pięciu piłkarzy, którzy debiutowali w lidze w barwach GieKSy, na ławce siedziało dalszych pięciu takich zawodników. Ludzie na trybunach liczyli więc po cichutku (niektórzy całkiem jawnie), że to będzie inna GieKSa niż w zeszłym sezonie.

Nie była. Gospodarze przegrali 0:1, Wigry rozegrały to po profesorsku, w końcówce nie musiały nawet stosować obrony Częstochowy.

Mnie osobiście najbardziej przykry moment spotkał tuż po meczu. Rozmawiałem chwilę z dwoma niezwykle zasłużonymi piłkarzami, którzy współtworzyli pionierskie czasy GKS-u. Gerard Rother, który 46 lat temu strzelił gola Barcelonie na Camp Nou, machnął z rozgoryczeniem ręką. - Nie wiem czy jeszcze doczekam GieKSy na powrót w ekstraklasie. Jeśli przegrywamy z Wigrami to z kim my chcemy wygrać?

Jego druh, Józef Morcińczyk, który grał jeszcze w Rapidzie Wełnowiec i był wśród tych, którzy razem z Rotherem wywalczyli pierwszy historyczny awans do ekstraklasy w 1965 roku prawie płakał ze złości. - Miałem wielką nadzieję, że GKS dobrze rozpocznie ten sezon, tylu nowych zawodników nakupował. Kiedyś drużyny przeciwne zawsze bały się przyjeżdżać na Bukową. Ja też grałem z GKS-em w drugiej lidze**. Ale wtedy biliśmy kogo popadnie. Lechii, Lechowi czy Cracovii wbijaliśmy cztery bramki. Takiej Lubliniance - siedem [temu ostatniemu zespołowi nie pomógł w konfrontacji z Katowicami nawet trener Górski*** kiedy u siebie przyjmowała trzy, przyp.pacz]. A potem awansowaliśmy. A teraz? Żal człowieka ogarnia - Józef Morcińczyk nie mógł się uspokoić. 

Piłka jest o tyle zaskakująca, że mimo zawstydzającego rezultatu znajduję jednak... pozytywy.

Nowy bramkarz Sebastian Nowak zna się na tym co robi, na poziomie zaplecza ekstraklasy to moim zdaniem gwiazda. Uratował zespół od wyższej porażki, przy stracie bramki nie mógł nic zrobić. Wydaje się, że jest pierwszym bramkarzem od czasów Jacka Gorczycy, który dwa razy z rzędu ma szanse wystąpić w ligowym meczu GKS-u inaugurującym sezon. Rok temu w pierwszym meczu wyszedł Dobroliński, dwa lata temu - Bucek, trzy lata temu - Budziłek, cztery lata temu - Sabela, a pięć, sześć, siedem, osiem czy dziewięć lat temu - Gorczyca. Przypuszczam, że Nowak jeszcze niejeden punkt dla GieKSy uratuje.

Nowy obrońca Dawid Abramowicz ma chyba lepszy wyrzut z autu niż Tomasz Hajto. Jego wrzuty są tam mocne jakby kopał a rzucał. Przypuszczam, że GieKSa doczeka się niejednego gola po takim aucie.

Nowy pomocnik Tomasz Foszmańczyk ma bardzo dobre prostopadłe podanie. Przypuszczam, że niejedno z takich zagrań przyniesie GieKSie gola.

Nowy napastnik Eryk Sobków ma łatwość oddawania strzałów z dystansu. Przypuszczam, że nieraz piłka po jego uderzeniu kwiknie w siatce bramki przeciwnika. Poza tym jest młodzieżowcem, który gra, bo może coś dać drużynie, a nie dlatego, że pełni rolę plomby

Z kolei syn znanego trenera Paweł Mandrysz, to boiskowy latający Holender. Niech no tylko powtórzy numer z meczu z Banikiem to zrobi się o nim głośno. Stać go na to.

Wszystkie pozytywy bledną przy podstawowym fakcie czyli porażce. Wigry nakryły dziś gospodarzy czapką, właściwie bezproblemowo.

Oczywiście nie ma co się przesadnie podniecać, nie ma co psioczyć, ale trudno ukrywać, że ten mecz był dokładnie taki jak ostatnie lata GieKSy. W tym kontekście trudno być na razie optymistą. Jeśli miałoby to tak nadal wyglądać ten wyśniony awans będzie można o kant pleców rozbić. Z całym szacunkiem - to były tylko Wigry, a bilety do nieba są tylko dwa.

*my nie jesteśmy mistrzem resetowania. My jesteśmy mistrzem resetowania resetowania - powiedział mi z przekąsem po meczu jeden z działaczy GKS-u.

**pan Morcińczyk stosuje prawidłową terminologię dla zaplecza ekstraklasy, nie przyjmując chyba do wiadomości słownego potworka wymyślonego przez marketingowców czyli tzw. "pierwszej ligi".

*** tak, chodzi o TEGO Kazimierza Górskiego.

piątek, 22 lipca 2016
Przestadion

Dziś mija 60 lat od otwarcia Stadionu Śląskiego. Drugiego takiego nie ma.

Nie wierzycie? Który stadion ma tak niezwykły korytarz prowadzący z szatni na murawę gdzie krzyk widowni brzmi z oddali jak narastający grzmot jeżący piłkarzom włosy na głowie? Gdzie indziej 70-letnia fanka futbolu widząc przed sobą ten właśnie stadion uklękłaby i z czcią ucałowała ziemię w podzięce, że znów może zobaczyć mecz w Świątyni Futbolu?*

Czy gdziekolwiek indziej podczas meczu międzypaństwowego po faulu na naszym bramkarzu w sąsiedztwie polskiej bramki pojawiło się dwóch oburzonych widzów po to żeby go... pomścić? Czy gdziekolwiek indziej mógłby powstrzymać ich rezerwowy zawodnik łapiąc jednego z nich wpół szepcząc przy tym do ucha: „Tutaj bracie, jesteś niepotrzebny”?

Czy gdzieś indziej w dniu meczowym publiczność mogła pożreć na stadionie 9 ton wędlin, 12 ton krupnioków, 100 tysięcy bułek, 2 tysiące pączków i wypić kilkadziesiąt tysięcy butelek napojów orzeźwiających?

Na którym innym stadionie kibice potrafili po meczu zostawić pod ławkami 50 tysięcy butelek po wódce a na trybunach w trakcie spotkania nieznani sobie ludzie bratali się z rozanieleniem ściskając ze łzami w oczach?

Czy gdziekolwiek indziej przy rozsadzaniu kamienistego podłoża niecki stadionu podczas jego budowy minerzy zużyli 6 ton dynamitu? Czy gdziekolwiek indziej zużyto na ławki aż 110 km listew drewnianych? Na którym stadionie ułożono przeszło 20 km betonowych krawężników? Czy przy budowie jakiegoś innego piłkarskiego obiektu ktoś taki jak Gerard Cieślik taszczyłby belki i nosił kamienie? Czy podczas budowy jakiegoś innego stadionu nagle ku zdumieniu budowlańców trysnęło na trybunie... tajemnicze źródełko?

Który inny polski stadion może się pochwalić, że właśnie na nim trzy razy piłkarze wywalczyli awans do mistrzostw świata?
Czy na jakimś innym stadionie w Polsce nasza reprezentacja zdołała pokonać Anglię albo Holandię? Który inny polski stadion widział tylu zdobywców Złotej Piłki? Czy któryś nasz inny stadion oglądał tak wspaniałe bramki Pelego? Czy gdziekolwiek indziej piłkarze reprezentacji Polski zagrali oficjalny mecz mając na piersiach... czerwone orzełki na białym tle?

Czy przed meczem międzypaństwowym na jakimś innym stadionie działaczy zajmujących się dystrybucją biletów zrozpaczeni kibice bez wejściówek próbowali przekupić... czekoladą?

Czy na którymś stadionie w Polsce rozbłysło wcześniej elektryczne światło? Na którym stadionie przygrywała górnicza orkiestra na 1500 muzyków? Czy gdziekolwiek indziej śpiewało 2000 chórzystów?

Na którym innym naszym stadionie polski żużlowiec zdobył mistrzostwo świata? Na jaki inny polski stadion przyszło 80 tysięcy kibiców na zwykły ligowy mecz? Czy gdzie indziej 70 tysięcy kibiców witało na mecie Ryszarda Szurkowskiego, który na Śląskim dwukrotnie wygrywał Wyścig Przyjaźni, zwany „śląskim Wyścigiem Pokoju”?

Czy na jakimś innym stadionie tłum odśpiewał „Boże coś Polskę” ze stojącym na środku płyty Lechem Wałęsą na pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego?

Czy gdziekolwiek indziej przerwa między pierwszą a drugą połową wydłużyła się aż o pięć minut dlatego, że zawodniczki jednej z drużyn pokłóciły się w szatni i nie potrafiły dojść do porozumienia zapominając przy tym, że trzeba wyjść na mecz?

Na którym innym stadionie Sting potrafiłby tak pięknie zaśpiewać „Roxanne”? Gdzie indziej James Hatfield z Metalliki potrafiłby tak pięknie zanucić „Nothing Else Matters”? Na którym innym stadionie Bono z U2 ukląkł z wrażenie przed publicznością i dziękował za zaproszenie? Gdzie w Polsce zgromadzonym na płycie aż tak przechodziły ciarki przy „Californication” Red Hot Chili Peppers?
Wierzcie mi: mógłbym pisać w tym stylu wiele godzin - ale to nie ma sensu. Ten kto kocha Stadion Śląski - nie musi być przekonywany, że większej gwiazdy wśród polskich stadionów nie ma. A nieprzekonanych i tak nie przekonam.

Dlatego mogę skończyć ten wpis tylko w jeden sposób: "do zobaczenia na Śląskim podczas meczów reprezentacji Polski albo lekkoatletycznych mistrzostw Europy lub świata".

PS Właśnie na Stadionie Śląskim doszło do dwóch najbardziej chuligańskich wybryków w kibicowskim życiu Czadobloga, które zdarzyły się we wspaniałych latach 80. Nie liczę perfidnego wykorzystywania znajomości istotnego miejsca - z oczywistych względów z nikim tą wiedzą się nie podzieliłem - gdzie w zasłoniętym krzewami stadionowym ogrodzeniu brakowało kiedyś pręta i w związku z tym ktoś tak szczupły jak przyszły Czadoblog mógł zaliczyć za darmo kilka fajnych meczów w latach 80. Chodzi raczej o przemycenie na stadion flagi na zabronionym sztylu (przerzuciliśmy ją przez płot), a także rzucenie z wściekłością (bo akurat wynik był bardzo zły) z korony stadionu... oranżady w woreczku (kiedyś takie sprzedawano). Poleciała w dół wypełnionych trybun i rozprysła się na plecach Bogu ducha winnego kibica. Cały był w lepkiej cieczy i tak mną to wstrząsnęło, że zawstydzony coś sobie obiecałem: nigdy więcej chuligańskich wybryków na żadnym stadionie. 

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie szczerze żałuję. 

* 71-letnią wówczas Czesławę Wojciechowską z Sopotu, która od lat 50 jeździła na mecze piłkarskie i oglądała między innymi słynny zwycięski mecz ze Związkiem Radzieckim poznałem pod Stadionem Śląskim w 1997 roku

wtorek, 19 lipca 2016
Komuno, wróć!

Piast Gliwice rozgrywa wkrótce rewanżowy mecz w eliminacjach Ligi Europy. Po blamażu w pierwszym meczu u siebie wydaje się, że rewanż w Szwecji będzie nieprzyjemną formalnością. Nie ma powodów do chwały, ale kiedy słyszę, że powinniśmy wysłać pismo do UEFA, w którym informujemy, że w następnych latach rezygnujemy z części przysługujących nam miejsc, bo nie chcemy już grać pucharach, żeby się wreszcie nie wstydzić, ogarnia mnie szyderczy śmiech.

Polski futbol skompromitował się w ten sposób tylko raz, za czasów najgłębszej, stalinowskiej komuny. W 1953 roku biało-czerwoni w eliminacjach mistrzostw świata wylosowali Węgry, wówczas zdecydowanie najlepszą drużynę globu. Wiadomo było, że nie mamy szans na cokolwiek (w 1951 roku przegraliśmy z bratankami 0:6, w 1952 – 1:5, a w 1956 – 1:4), ale tę kuriozalną decyzję w charakterystyczny, butny sposób, nie oglądając się na nikogo, podjęli ówcześni wielkorządcy społecznej organizacji Sekcji Piłki Nożnej podlegającej Głównemu Komitetowi Kultury Fizycznej. PZPN wówczas nie istniał, bo w 1951 roku władze PRL odgórnie zdecydowały, że związek ma się sam rozwiązać po to, żeby wprowadzić model obowiązujący w sowieckim sporcie. Nowym tworem zarządzali sowieccy generałowie oddelegowani do Polski.

Przewodniczącymi sekcji (czyli dzisiejszymi prezesami PZPN) byli w tym czasie najpierw Jerzy (a właściwie Jurij Wiaczesławowicz) Bordziłowski, wcześniej prezes Legii Warszawa, a także szef sztabu generalnego Ludowego Wojska Polskiego i jednocześnie wiceminister Obrony Narodowej, a zaraz po nim Jan (a właściwie Iwan) Rotkiewicz, dowódca najpierw Warszawskiego a potem Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Wyszły z tego właśnie takie kwiatki jak haniebna rezygnacja z gry w eliminacjach – tylko po to, żeby nie dostać bęcków.

PZPN przywrócono w 1956 roku, Rotkiewicz wrócił do Związku Radzieckiego w 1957 roku, a Bordziłowski w 1968. Obydwaj zmarli w Moskwie.

Myślałem, że te mroczne czasy bezpowrotnie minęły, ale rzeczywistość potrafi przerosnąć wszystko. Dziś nie potrzeba już sowieckich generałów. Wystarczą pseudoeksperci. Wiedzeni przeświadczeniem, że są głosem ludu nawołują z emfazą „aby z pucharami dać sobie spokój, bo lepiej się z nich wypisać niż narobić obciachu.”

Głupszej konstatacji już dawno nie słyszałem.

Wiadomo, że rozgrywanie meczów pucharowych w lipcu jest kompletnym bezsensem, ale dzieje się tak dlatego, że liczba krajów (a więc uczestników) się rozrasta. Jest tylko jedno proste wyjście: trzeba się przełamać i początkowe rundy wygrywać choćby po to, żeby w przyszłości zaczynać jak bozia przykazała, czyli w lipcu albo sierpniu. Górnik Zabrze dochodząc do finału Pucharów Zdobywców Pucharów w 1970 roku rozpoczynał grę dopiero we wrześniu, ale to były inne czasy, inne uwarunkowania, które już nigdy nie wrócą.

Gdyby idiotyczne sugestie podnoszone w polskiej piłce zastosować w naszym szkolnictwie, wyszłoby na to, że słabi uczniowie, którzy dostają prawie same jedynki zrobiliby najlepiej, gdyby w ogóle przestali przychodzić do szkoły.

Pseudoznawcy nie mają oczywiście konkretnego pomysłu na odbudowanie siły polskiej piłki. Czy któryś z nich zastanowił się jak i kiedy trzeba by wpasować polski futbol do europejskich struktur klubowych po takiej dobrowolnej odstawce? No i skąd mielibyśmy wiedzieć, że polska piłka stała się na tyle silna, że już można na powrót zgłosić zespoły do europejskich pucharów z gwarancją (sic!) braku obciachu? Fachowcy pytaliby o to gwiazdy na niebie?

Dlatego walcz Piaście ile sił. Najprawdopodobniej odpadniesz, ale nie poddawaj się. Następnym razem może być lepiej. Trzeba w to wierzyć. Rezygnują tylko frajerzy.

23:00, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (9) »
sobota, 16 lipca 2016
Czy Waldemar Fornalik ma ból głowy

Wiadomo, że Ruch dziś wygrał nie tylko dlatego, że wygrał. Otóż wygrał także dlatego, że jest nowe rozdanie i w związku z tym można zmieniać w kibicach mentalność. Chodzi o to żeby na mecze Ruchu kibice chodzili nie tylko dlatego, że kochają Ruch, ale także dlatego, że jego mecze są emocjonujące a ich szczegóły pamiętane długo. Dzisiejszy mecz z Łęczną do takich oczywiście należy - niecodziennie traci się prowadzenie dwie minuty przed końcem i odzyskuje w drugiej minucie doliczonego czasu gry. Po tym spotkaniu znowu można powiedzieć: warto chodzić na mecze Ruchu, bo są emocje (choć sprawiedliwie trzeba przyznać, że przez godzinę na nie się nie zapowiadało) i jest happy end. Zespół potrafił w najważniejszym momencie podnieść się po ciosie i samemu zadać ten nokautujący.

Jeśli chodzi o tytułową kwestię: nie chodzi mi wcale o to kogo Waldemar Fornalik wystawi w napadzie w następnym meczu (wystawienie w podstawowym składzie Mariusza Stępińskiego i Jakuba Araka jednocześnie wydaje mi się mało prawdopodobne nie tylko ze względu na fakt, że tego pierwszego teoretycznie może już nie być, Po prostu trudno mi uwierzyć, że w tym konkretnym zestawieniu personalnym trener zdecyduje się w następnym meczu na ustawienie 4-4-2).

Chodzi mi raczej o sprawę obsady bramki rozpatrywaną w dłuższym okresie. Wojciech Skaba bronił bez zarzutu prawie cały mecz, był zdecydowany, skuteczny, odważny i do tego sprzyjało mu szczęście. Z drugiej strony popełnił błąd w ważnym momencie, niektórzy twierdzą nawet, że to on był autorem samobójczej bramki. Pytanie brzmi: czy nadal powinien być pierwszym bramkarzem? Minus: W zeszłym roku w czterech ligowych występach puścił dziesięć goli i nie dawał znaków, że po odejściu Matusa Putnocky'ego mógłby być podstawowym bramkarzem na kolejny sezon. Plus: dziś mógłby być uznany nawet piłkarzem meczu. Znaczy, że potrafi.

Ból głowy trenera polega na tym, że moim zdaniem zmiennik Skaby Kamil Lech stracił szansę na przekonanie do siebie szkoleniowca w ostatnim przedsezonowym sparingu z Karpatami Lwów kiedy puścił gola w sposób, który mocno zirytował Fornalika (po tamtym meczu szkoleniowiec wyraził się nawet z przekąsem, że "ten strzał z dystansu nawet on by obronił").

Ruch w ostatniej chwili ściągnął jeszcze jednego bramkarza, który był rezerwowym w Arce, ale na razie nie zdołał zdobyć statusu z poprzedniego klubu, bo z Łęczną nie wskoczył nawet na ławkę rezerwowych. Jeśli nie wskoczy to pomysł ściągnięcia go do klubu będzie dla mnie jedną z największych zagadek transferowych niebieskich ostatniego dziesięciolecia:)

Czyli jeśli chodzi o obsadę bramki chyba nie ma alternatywy. Jedno jest pewne: obecnie Waldemar Fornalik ma większy wybór wśród napastników niż wśród bramkarzy. Pytanie brzmi: czy w tej rundzie bramkarze będą Ruchowi dawać punkty czy raczej sprawiać, że będzie je tracił?

Jedno jest pewne - na razie Wojciech Skaba z czystym sumieniem może powiedzieć tak: "ale o co wam chodzi? Przecież także dzięki mnie mamy także trzy punkty".

Drugie też jest pewne - nie mógłby tak powiedzieć gdyby napastnicy nie zrobili co do nich należało.

PS Podoba mi się pewność siebie nowego napastnika Ruchu, którą łączy ze skromnością.

PS1 A poza tym Omega ma wreszcie wrócić tam gdzie powinna:))))

piątek, 15 lipca 2016
Jaka piękna katastrofa

Zawsze żal kiedy drużyna, której życzy się dobrze - przegrywa. Kiedy dzieje się to w meczu z lepszymi można przeżyć. Gorzej kiedy dostaje się straszne baty od zespołu co najwyżej przeciętnego a już na pewno niespecjalnie utalentowanego.

Idealnym przykładem był mecz Piasta z IFK Göteborg. To bardzo przykre: by powstrzymać najlepsze zespoły polskiej ligi wystarczy dziś jedynie siła, wybieganie, dyscyplina taktyczna, agresywność (choć kolega z numerem 6 czyli Sebastian Eriksson przeginał) oraz kilka przećwiczonych schematów. 

Od początku było widać, że na takiego rywala jak IFK trzeba mieć pomysł. Spróbować grać jak oni - bez sensu, nie wiem czy ich najmniejszy zawodnik miał mniej niż 185 cm wzrostu. Piast próbował więc grać technicznie, metodą dużej ilości podań, które miały umożliwić przedarcie się środkiem. Niestety wyglądało to nieporadnie. Żaden z gliwiczan nie był w stanie wykonać choćby 1/8 akcji Hala Robsona-Kalu z meczu z Belgią podczas Euro.

Należy jednak pamiętać, że Piast przystępował do meczu ze Szwedami bez dwóch zębów trzonowych. W ostatnich latach gliwiczanie przyzwyczaili się, że mogli liczyć zarówno na playmakera w starym stylu, który potrafił regulować tempo oraz skutecznie a przy tym w zależności od potrzeb konwencjonalnie lub niekonwencjonalnie rozegrać (Vassiljev, Vacek) jak i na napastnika, który ledwie muskał piłkę - ale tak żeby wpadła (Wilczek, Nespor).

Mecz ze Szwedami dobitnie uzmysłowił, że źródełko wyschło i kolejnych ludzi mogących wypełnić lukę na tych pozycjach nie ma. Rozegranie szwankowało, gliwiczanie próbowali rozdzielić je między kilku piłkarzy, ale efekty były mizerne. Jeszcze gorzej było z pomysłem na skuteczne wykończenie. W tej chwili nie ma w Piaście piłkarza, który robiłby różnicę.

Frustracji dał wyraz po meczu trener Radoslav Latal, który powiedział coś co na pewno nie spodobało się działaczom Piasta. Tego rodzaju wypowiedzi rzeczywiście powodują zaognienie wewnątrzklubowych relacji interpersonalnych co najczęściej zawsze kończy się tak samo.

- Pewne osoby w klubie muszą sobie uzmysłowić, że przed takimi meczami nie można osłabiać drużyny. Klub musi wyciągnąć wnioski, bo jeśli nie wyciągnie może być bardzo ciężko - powiedział Latal.

Wygląda na to, że jesień w Piaście może nie być przesadnie spokojna. 

czwartek, 07 lipca 2016
Gwiezdne wojny. GieKSa kontratakuje

Byłem dziś w Pałacu Goldsteinów żeby posłuchać o planach dotyczących GKS-u Katowice. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

O siatkówce (nowym trenerem nie byle kto, bo Piotr Gruszka) i hokeju (nowym trenerem nie byle kto, bo Jacek Płachta) w tym miejscu nie piszę, tym razem tylko o futbolu, choć wielosekcyjność klubu jest z pewnych powodów - o których na końcu - istotna.

Pod względem sportowym GKS od dziesięciu lat jest w tym samym miejscu czyli na drugim poziomie. W międzyczasie podejmowano próby ataku na ekstraklasę o różnym natężeniu, ale zawsze kończyły się niepowodzeniem.

Nie chcę teraz pisać o ataku jaki szykuje GieKSa w nadchodzącym sezonie, bo łatwo jej na pewno nie będzie. Wymieniła prawie cały skład - rozmawiałem dziś z Jerzym Brzęczkiem, oczywiście wierzy w ten zespół - trzeba więc się zgrać, ale rywale w tym sezonie będą silni i z ambicjami - podejrzewam, że nikt zarówno w Zabrzu jak i w Bielsku-Białej nie wyobraża sobie innego rozwiązania jak awans. Jest jeszcze Zagłębie...

Przypominam, że może awansować tylko dwóch.

Ale mnie chodzi raczej o to, że tym razem GKS - przy ogromnej pomocy miasta - szykuje się do ataku wielopłaszczyznowo.

Zaawansowany pomysł przeniesienia stadionu w inne miejsce na pierwszy rzut oka wydawałby się świętokradczy. Jak można opuszczać Bukową?! Prezes Wojciech Cygan przedstawia jednak konkretne argumenty i szczerze mówiąc trudno nie przyznać mu racji.

Na jeszcze jedną sprawę chcę zwrócić uwagę. GKS staje się klubem wyjątkowym w aglomeracji górnośląskiej z jednego zasadniczego powodu. Stworzenie w miarę szybko trzech bardzo nośnych sekcji sportowych jednego klubu, które w założeniu będą trafiać do różnego, że się tak wyrażę, targetu buduje zupełnie nową, unikalna wręcz pozycję takiego klubu w poszukiwaniu sponsorów. Trzy poważne nogi jednego klubu, trzy zespoły w trzech bardzo popularnych dyscyplinach. Reklama w potrójnym pakiecie -  robi to na Was wrażenie? Na mnie robi.

To może się udać.

PS Ciekawostka: nazwa Bukowa być może wcale nie zniknie. Prezydent Marcin Krupa rozważa zmianę nazwy ulicy. Cóż; nowy stadion miałby siedzibę przy ul. Upadowej.  "Upadowa" - to nie brzmi dobrze, prawda?:)

Archiwum