poniedziałek, 04 lipca 2016
Kolos

Zastanawiam się czy kiedykolwiek jakikolwiek śląski obrońca znaczył aż tyle dla reprezentacji Polski jak teraz Kamil Glik.
Wiadomo, że tacy piłkarze jak Stanisław Oślizło czy Jerzy Gorgoń to niezwykłe legendy, ale trudno w szerokiej perspektywie ocenić tego rodzaju pytanie. Z oczywistych względów: kiedyś nie prowadziło się tak dokładnych statystyk jak dziś.

Tymczasem statystyka Glika dotycząca Euro jest miażdżąca. Okazuje się, że podczas francuskich finałów Glik wręcz rozniósł klasyfikację dotyczącą skutecznych interwencji. Zanotował ich podczas mistrzostw aż 51, na razie najwięcej ze wszystkich uczestników turnieju. Kolejni w tym zestawieniu Ragnar Sigurðsson i Chris Smalling ustępują Polakowi aż o 11.

Do tego Glik notuje najbardziej prestiżową przygodę klubową wśród śląskich obrońców. Od czasów Waldemara Słomianego, który był pierwszym polskim piłkarzem w Bundeslidze po słynnej ucieczce z Górnika Zabrze latem 1966 roku do Niemiec Zachodnich (wzięło go wtedy Schalke Gelsenkirchen), nie było obrońcy, który grałby w tak dobrych ligach. Nawet taka gwiazda jak Gorgoń trafiła zaledwie do ligi szwajcarskiej.
Glik właśnie przenosi się z ligi włoskiej (Torino) do francuskiej (Monaco). Zostać kapitanem w wyrafinowanej taktycznie drużynie Serie A i zyskać uwielbianie tifosich, na tyle by śpiewali o tobie piosenki - to naprawdę nie byle co.

To idealny moment żeby poznać historię tego piłkarza, która oczywiście nie jest usłana różami. Napisał ją śląski dziennikarz Michał Zichlarz, który dobrze poznał Glika zanim ten został profesjonalnym piłkarzem (ja z kolei poznałem Zichlarza zanim ten został dziennikarzem).

Kto wie co jeszcze Glik osiągnie, ale trudno będzie zrozumieć jego karierę bez wszystkich zawirowań, które przeszedł, a które w zajmujący sposób przedstawia Michał. Glik jako dziecko przetrwał chorobę, która zabija większość na nią zapadających, jako nastolatek przetrwał dyskwalifikację nałożoną przez Śląski Związek Piłki Nożnej (dostał rok zakazu gry w piłkę mimo, że na posiedzenie przyszedł jako... świadek, potem karę zmniejszono). Jako ukształtowany piłkarz przełknął gorycz po pierwszym zagranicznym transferze - w Palermo na treningi podwoził go sam Javier Pastore, ale trener nie dał mu się wykazać. Nie dostał tam szansy ani razu.

Nie wrócił jednak z podkulonym ogonem. Wytrwał i ostatecznie się przebił. Dziś jest najdroższym polskim obrońcą w historii. Co jeszcze może osiągnąć?

piątek, 01 lipca 2016
Już odlatujemy. Jak ja nie lubię takich odlotów

Jestem wdzięczny polskim piłkarzom za występ na mistrzostwach Europy. Historia bez happy endu uzmysłowiła mi jednak jak bardzo nasza kibicowska mentalność zmieniła się przez ostatnie trzydzieści lat. Kiedyś byliśmy zachwyceni po sukcesach. Dziś do zachwytów wystarcza nam świadomość, że nie musimy się wstydzić.

Długie lata posuchy i beznadziei sprawiły, że u większości z nas interesujących się futbolem, nastąpiły nieodwracalne zmiany.

Zanim napiszę o co mi chodzi podkreślam z mocą: za grę i osiągnięte rezultaty podczas tych mistrzostw, piłkarzom i całemu sztabowi należą się wdzięczność i podziękowania. To było świetne.

Wszyscy pokazali, że byli właściwymi ludźmi na właściwych miejscach i zasłużyli na to, żeby nadal zajmować reprezentacją Polski. Zyskaliśmy nieznane nam dotąd uczucie, że nasza reprezentacja nie musi się bać nikogo i dosłownie z każdym jest w stanie stoczyć wyrównany mecz. To bardzo dużo, ale jednak... nie wszystko.

Dla Polski nie był to jednak turniej do zapamiętania (czytaj - pieszczenia we wspomnieniach). Toutes proportions gardées - zanim się oburzycie, odpowiedzcie na pytanie: który mecz z rozegranych przez Polskę na tegorocznym Euro ma szansę przejść do legendy? Który z nich nabędzie statusu spotkania z Włochami z 1974 roku albo z Belgią z 1982 roku?

Owszem, Polacy rozegrali jeden mecz, który ma już stałe miejsce w annałach - z Niemcami. Ale chodzi jednak o spotkanie wygrane w eliminacjach, a nie to zremisowane w turnieju finałowym.

Niestety, w osiąganiu jakichkolwiek sukcesów w najważniejszej dyscyplinie sportu byliśmy tak wyposzczeni, że bardzo dobry wynik jakim jest ćwierćfinał fetujemy, jakbyśmy zdobyli medal.

Dla tak dużego narodu jak Polska sukcesem zawsze powinien być tylko medal. Jeśli będziemy zmniejszać sobie cele, daleko nie zajdziemy.

Kiedy nasi himalaiści atakują zimą ośmiotysięcznik cieszymy się dopiero, kiedy go zdobędą, a nie z tego, że udało im się założyć kolejny obóz. Ćwierćfinał to ostatni obóz, medal to szczyt.

W ocenie wysiłku polskich piłkarzy na Euro wybija się niestety nieznośna społeczna egzaltacja. Do tego ta agresja wobec tych, którzy czują przede wszystkim rozczarowanie. Zdumiewa mnie atak na Marylę Rodowicz, której nie podobał się ostatni mecz Polaków. Myślałem, że żyjemy w kraju, w którym każdy z każdym nie musi się zgadzać. Niestety, zdaniem niektórych, osoby, które czują rozczarowanie nie są prawdziwymi Polakami i trzeba je obrzucić wyzwiskami.

Nikt o zdrowych zmysłach nie zamierza napadać na Jakuba Błaszczykowskiego za to, że nie strzelił karnego, ale ludzie, zastanówcie się - nie jest to przecież również jego zasługą. Kiedy płacze Cristiano Ronaldo to go wyśmiewamy. A kiedy płaczą nasi piłkarze musimy czuć jedynie wzruszenie. Czy to normalne? Dla mnie takie podejście to brak konsekwencji i przykład mentalności Kalego.

Ja czuję w tej chwili rozczarowanie, nie dumę. Na szczęście nie ja jeden. Wygląda na to, że nasi piłkarze też są przede wszystkim rozczarowani. Drużyna doszła do miejsca, z którego było widać szczyt, ale jednak się nań nie wdrapała i ma tego świadomość. To rozczarowanie napędza, nie duma.

Oczywiście chciałbym, że występ na mistrzostwach Europy był dopiero początkiem wielkiej przygody naszej reprezentacji; żeby za dwa lata nasi namieszali na rosyjskim mundialu. Ale już zapala mi się światełko, gdy zewsząd słyszę, że to całkiem pewne.

Pewne? Ludzie, skąd wy to wiecie?! Jakub Błaszczykowski będzie miał 33 lata, Artur Jędrzejczyk i Michał Pazdan po 31 lat, Robert Lewandowski 30 lat, podobnie jak Kamil Glik i Kamil Grosicki. Większość trzonu obecnej drużyny będzie po trzydziestce. Podczas mundialu w Rosji z ważnych piłkarzy dwójkę na początku będą mieli jedynie Arkadiusz Milik, Bartosz Kapustka, Wojciech Szczęsny i Grzegorz Krychowiak.

Najważniejsze, że Adam Nawałka i jego sztab daje nadzieję, że uda im się znaleźć kogoś zdolnego i młodszego. Nadzieję, nie pewność. Niektórzy odlecieli jednak w kosmos i zdają się o tym zapominać.

11:02, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (17) »
czwartek, 30 czerwca 2016
Czy z Portugalią powinniśmy obawiać się CR7

Oczywiście, że tak.

Podoba mi się powszechny optymizm, który czuję wokół, ale zadziwia powszechna pewność.

Ktoś kto uważnie ogląda futbol wie, że nagłe tąpnięcie a także rozmiar tąpnięcia jest czymś zupełnie nieprzewidywalnym i najczęściej zaskakującym.

Ktoś obstawiał, że rozpędzona Dania w 1986 roku dostanie takie bęcki do Emilia Butragueno? Czy wcześniej El Buitre pokazał na meksykańskich boiskach coś nadzwyczajnego?* Oczywiście chciałbym żeby teraz podobne bęcki oberwała od Roberta Lewandowskiego Portugalia, ale dostrzegam niebezpieczeństwo.

W 1982 roku Brazylia grała genialnie i odpadła z Włochami, które właściwie nic wielkiego wcześniej nie pokazały. W 1986 roku Związek Radziecki grał genialnie i odpadł z Belgami, którzy nic wielkiego wcześniej nie pokazali. Tego rodzaju przykładu można multiplikować bez umiaru.

Może zdarzyć się więc i tak, że przegramy - tfu, tfu - 0:3 po hat-tricku Cristiano Ronaldo. To wybitny piłkarz, a jego egocentryczne zachowania w kontekście wyniku są raczej nieistotne. Osobiście wierzę oczywiście w awans Polski i dość spokojnie czekam na mecz, bo postawa biało-czerwonych na tym turnieju daje do tego rodzaju wiary mocne podstawy, ale wcale nie będę przesadnie zaskoczony jeśli trafi się jednak nieszczęsne 0:3.

Oprócz Cristiano Ronaldo najbardziej obawiam się Renato Sanchesa - gdybym miał wziąć jednego nastolatka do własnej drużyny - byłby to właśnie ten facet.

Polska jest silna. Ale powtarzam: nawet silny zespół może przegrać z drużyną, która wcześniej niczego wielkiego nie pokazała. Zanim się zachłyśniemy - warto, przy zaciśniętych kciukach - o tym pamiętać.

Podsumowując: wierzę, ale jednak miarowo oddycham.

PS Ciekawe czy zagramy na prowokację Pepe. To mógłby być kluczowy element całej tej układanki.

*nie licząc gola już w 1. minucie z Irlandią Północną

16:02, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (5) »
środa, 29 czerwca 2016
Pan z recepcji

Przez prawie piętnaście lat pracowałem w Tychach. Kiedy wychodziłem lub wchodziłem do redakcji często zatrzymywałem się na dole przy recepcji. Lubiłem porozmawiać o piłce z jej pracownikami. Uwielbiali futbol. Jeden z nich miał zawsze wyjątkowo wyważone opinie, pozbawione tej charakterystycznej dla dzisiejszych czasów agresywności. Bardzo doceniałem ten jego spokój.

To był Henryk Gdawiec. Kiedy byłem dzieckiem i nie wiedziałem jeszcze co to piłka nożna, grał jako obrońca m.in. w Polonii Bytom i GKS-ie Tychy. W barwach tego drugiego klubu wystąpił m.in. w Pucharze UEFA przeciwko 1.FC Koeln - ta rywalizacja sprzed prawie 40 lat do dziś w Tychach owiana jest legendą. U rywali brylowali m.in. Wolfgang Overath i Heinz Flohe - mistrzowie świata z 1974 roku, Wolfgang Weber - wicemistrz z 1966 czy Dieter Mueller, który roku rywalizacji z Tychami został wicemistrzem Europy i królem strzelców tej imprezy. Henryk Gdawiec zagrał przeciwko nim wszystkim w Kolonii.

Planowałem zrobić z Nim duży wywiad. Już nawet się umawialiśmy. Nigdy do tego nie doszło. A potem przestałem pracować w Tychach.

Pan Henryk Gdawiec nie żyje. Zmarł w wieku 66 lat. Pogrzeb odbędzie się w czwartek o godz. 10. w kościele św. Jadwigi w Tychach przy ul. Żwakowskiej. Zmarły zostanie pochowany na cmentarzu Tychy Świerczyniec.

R.I.P.

poniedziałek, 27 czerwca 2016
Los malditos penales

To ponad moje siły. Ani słowa o Argentynie*.

Dziękuję. Powodzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*wytrzymam do 2018.

sobota, 25 czerwca 2016
Czy ze Szwajcarią Lewandowski powinien zdobyć gola

Niekoniecznie.

Osobiście jestem zadowolony z jego gry na tych mistrzostwach. Piszę to szczerze, bo nie uważam, że napastników powinno rozliczać się tylko z bramek.

Dlatego żenują mnie narastające wymagania wobec tego zawodnika podczas Euro i dąsy, że nie strzela. Hasła, że Polska wciągnęła go do 1/8 finału a teraz on powinien wciągnąć Polskę do 1/4 finału wywołują u mnie facepalm.

Polskę do kolejnej rundy powinna wciągnąć Polska. Jest w dobrej formie i ma szansę osiągnąć dużo. Kibicuję jej i życzę jak najlepiej, ale naciski znawców na Lewandowskiego powodują u mnie zgagę.

Gdybym miał do wyboru:

3:0 ze Szwajcarią po hat-tricku Lewandowskiego i 3:4 z Chorwacją po hat-tricku Lewandowskiego 

czy też

0:0, 4:3 w karnych ze Szwajcarią i 0:0, 5:4 w karnych ze Chorwacją

wybieram drugą opcję.

Warto przypomnieć naciski na Antoniego Piechniczka dotyczące Zbigniewa Bońka, który wtedy pełnił podobną rolę jak dziś RL9. Gdyby w 1982 roku się ugiął i Bońka z Peru nie wystawił, to może nawet udałoby się w tamtym meczu wygrać, ale straciłby tego piłkarza i trudno mi sobie wyobrazić, że bez Bońka Polska dałaby wtedy radę dojść aż tam gdzie doszła.

Liczy się końcowy efekt. Gdyby Polsce udało się rozegrać co najmniej pięć meczów we Francji to ilość goli nie powinna mieć znaczenia.

Wiadomo jednak, że będzie. Gdyby Polsce udało zdobyć się na przykład wicemistrzostwo Europy a Lewandowski nie strzelił ani jednego gola to debile narzekaliby, że to właśnie przez niego nie ma mistrzostwa. Mamy w sobie niestety taką mendowatą cechę.

Wydaje się, że na szczęście Lewandowski to taki piłkarz któremu rosnąca presja nie odbiera oddechu. Wydaje się, że potrafi się od tego odciąć, ba - mam wrażenie, że takie sytuacje go mobilizują. Pamiętacie, że już kiedyś liczono mu minuty bez gola w kadrze?Ludzie niczego się nie uczą. Ci, którzy go hejtowali, zamerdali ogonami kiedy w końcu zaczęło mu iść.

Dlatego w meczu ze Szwajcarią życzę Lewandowskiemu goli, ale zdecydowanie bardziej życzę mu - i nam oczywiście - zwycięstwa.

Jego gole jeszcze przyjdą.

14:39, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (12) »
wtorek, 21 czerwca 2016
Czy z Ukrainą powinniśmy się na cokolwiek oglądać

"Nie oglądamy się na nikogo, interesują nas tylko własna gra i wyniki" - dokładnie zawsze to możemy usłyszeć od reprezentantów Polski i wcale mnie to nie dziwi. Być może piłkarze naprawdę tak myślą, a nawet jeśli tak nie myślą to nie powinni przecież dawać kibicom do myślenia, że tak myślą.

Pełny profesjonalizm w piłce nożnej powinien polegać na tym że dąży się do osiągnięcia jak najlepszego wyniku. Polska ma szanse osiągnąć najlepszy wynik od dziesięcioleci i w tym kontekście nic - co nie musi - nie powinno być pozostawione przypadkowi. Nie wydaje mi się, że biało-czerwoni są już na tyle silni żeby w ogóle nie zastanawiać się nad ewentualnymi kolejnymi rywalami, bo to "przecież i tak wszystko jedno, przecież jeśli chcemy coś osiągnąć to i tak z każdym trzeba wygrać".

To wszystko prawda, ale - mimo wszystko - lepiej chyba mieć łatwiejszą drogę w drabince niż trudniejszą, prawda?

Oczywiście nie chodzi o numery w stylu "rolowania Algierii" w 1982 roku. Chodzi raczej o to, żeby ludzie ze sztabu trzymali rękę na pulsie i analizowali sytuację na bieżąco. Jeśli doszłoby do sytuacji, że zmiana rezultatu podczas meczu z Ukrainą mogłaby dać nam pierwsze miejsce w grupie i teoretycznie łatwiejszego rywala to czy poinformowanie o tym biegających po boisku piłkarzy byłoby czymś niewskazanym?

A może - jednak byłoby, bo w sztabie szkoleniowym już wiedzą, że drużyna na taką informację mogłaby się niepotrzebnie na boisku psychicznie zablokować? Nie wiem. Trenerzy mają zapewne przygotowane rozwiązanie na każdą sytuację. W końcu słyszy się o nieprzespanych trenerskich nocach i ciągłych dyskusjach sztabu.

W każdym razie moim zdaniem wyrazem profesjonalizmu bardziej jest oglądanie się poza boiskiem na wszystko niż nieoglądanie się na nic.

13:17, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (11) »
wtorek, 14 czerwca 2016
Czy z Niemcami powinniśmy zagrać ofensywnie

Zaskakuje mnie, że po ważnym meczu piłkarskim w narodzie bardzo często panują skrajne nastroje. Po spotkaniu z Irlandią Północną zdarzyło mi się rozmawiać o Euro z ludźmi niezwiązanymi w żaden sposób z piłką nożną i zauważyłem dwie tendencje.

Pierwsza tendencja: rozczarowanie. Pod hasłem: "jak to możliwe, że z tak słabą drużyną musieliśmy drżeć o wynik do samego końca? Lewandowski jest przereklamowany, nic nie pokazał. A może rozleniwiony pieniędzmi z dużej ilości reklam?"

Druga tendencja: "ułański hurraoptymizm. Pod hasłem: jesteśmy jednak naprawdę dobrzy, mimo murowania przez rywali rządziliśmy przez cały mecz, a w drużynie objawił się nowy wspaniały talent. Polska będzie co najmniej w półfinale."

Wszystko rozumiem, nie dziwię się, każdy ma prawo do oceny. Niepokoi mnie jednak zarysowujący się nacisk społeczny żeby na mecz z Niemcami pomieścić w składzie zarówno Grosickiego jak i Kapustkę a wtedy rywalom na pewno dołożymy.

Druga linia w składzie: Błaszczykowski, Krychowiak, Kapustka, Grosicki rzeczywiście prezentowałaby się okazale. Byłoby świetnie gdyby Polska była na tyle silna żeby zawsze grać systemem: prawy pomocnik, defensywny pomocnik, ofensywny pomocnik, lewy pomocnik.

Obawiam się jednak, że na drugą linię składzie: Mueller, Khedira, Kroos, Oezil, Draxler byłoby to zbyt odważne zestawienie. Uważam, że Niemcy byliby w stanie dość łatwo wówczas opanować środek pola, wręcz zalać go, przechwycić i stłamsić. Wydaje mi się, że Polska nie jest na tyle silną drużyną by grać z Niemcami odważnie, otwarcie i bez podstępów.

Nie twierdzę oczwyiście, że powinniśmy chować się za podwójną gardą i czyhać tylko na kontry. Nie powinniśmy jednak wierzyć, że taki styl gry jak z Irlandią moglibyśmy chociaż w ćwierci powtórzyć z Niemcami.

Kiedy jedyny raz w historii biało-czerwoni pokonali Niemców środek drugiej linii tworzyli Krychowiak z Jodłowcem. Może ze sprawdzonych pomysłów warto korzystać?

10:01, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (12) »
sobota, 11 czerwca 2016
N'Golo Kanté jak Waldemar Matysik

Świetny mecz na inaugurację Euro, zapowiada się znakomity turniej. Francuzi mają potencjał na tytuł. Nie jest sztuką wygrać  mecz kiedy idzie, sztuką jest dokonać tego w pamiętny sposób kiedy się nie układa.

Rumuni jawią się jako drużyna znakomicie poukładana taktycznie ale Francja mimo trudności się przemogła. Wszyscy słusznie zachwycają się Dimitri Payetem, na mnie wielkie wrażenie zrobił jednak bohater drugiego planu malutki N’Golo Kanté (169 cm). Dopiero rozpoczyna reprezentacyjną karierę, debiutował w kadrze w tym roku, a wygląda na to, że już jest jednym z najważniejszych zawodników tej drużyny. Świetnie wkłada kij w szprychy, a trudno zbudować mocny zespół właśnie bez takiego człowieka z kijem. Przewiduje, przeszkadza, odbiera - coś jak Waldemar Matysik w reprezentacji Polski podczas hiszpańskiego mundialu. Choć fizycznie jest mu raczej bliżej do Claude'a Makelele niż do Matysika, jest od rodaka tylko o centymetr niższy.

Piłkarzem jeszcze niedawno nieznanym szerszej publiczności (w zeszłym roku trafił do Leicester z Caen) zachwyca się Arsene Wenger, który chętnie by go przejął. Wrażenie na szkoleniowcu Arsenalu robią niezwykłe statystyki przechwytów tego zawodnika. Kante ma po prostu radar w głowie, w dodatku jest - nazwijmy to - "niezmęczalny". Piłkarze o takich parametrach fizycznych z reguły wyróżniają się świetną kondycją...

Opinie głoszące, że Francuzi w defensywie są słabi i ten niedostatek będą próbowali pokryć na Euro wzmożonym atakiem mnie rozśmieszają. Mając kogoś takiego jak Kanté mogą być spokojni o tyły.

PS Wiem dlaczego nie układa się Rumunom. Wszystko dlatego, że w kadrze nie ma ani jednego piłkarza, którego nazwisko kończyło na -escu. Popescu, Petrescu, Lupescu, Dumitrescu, Iorgulescu... Zawsze ktoś był. A dziś? Tylko trener Iordanescu. Widać to zbyt mało;)

PS1 Trochę jestem niewyspany, bo Argentyny nie przepuszczam. Podoba mi się, że Najlepsza Drużyna Świata wreszcie gra jakby się nie denerwowała. Nerwy zawsze były jej największym przeciwnikiem. Wkrótce Messi pobije rekord reprezentacji Argentyny. Do najlepszego strzelca, mojego idola z lat 90. Gabriela Batistuty brakuje mu tylko trzech bramek. Wierzę, że podczas tych mistrzostw nie przydarzy mu się nawrót kontuzji, że nie wrócił jednak zbyt wcześnie.

13:25, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 czerwca 2016
Nie wstawiajcie Messiego

Ufff...

Dawno nie byłem tak spokojny. Wygląda na to, że Argentyna ma szansę osiągnąć cel czyli wygrać Copa America Centenario. Mecz z Chile pokazał, że Najlepsza Drużyna Świata złapała odpowiednią formę żeby wygrać najważniejszą tegoroczną imprezę na świecie*.

Oglądanie takiej Argentyny to przyjemność. Silne Chile było tym razem zwyczajnie słabsze i widać to było na boisku choćby po sposobie objawiania się agresji. Argentyńczycy byli agresywni w tym meczu w idealny sposób, na zimno, tylko tam gdzie było to potrzebne i tylko wtedy gdy było to potrzebne - we futbolu to zaprawdę Niemcy Ameryki Południowej. Nie było tym razem widać, że na co dzień są gorącokrwiści, w przeciwieństwie do Chilijczyków, którzy wybuchali w niekontrolowany sposób i na tym tracili. Być może ta frustracja wylewała się z poczucia bycia gorszym?

Argentyńska maszyna pracuje miarowo i wygląda na to, że wreszcie nie zżera jest stres. Piłkarze są pewni swoich umiejętności. Przeciągający się zły wynik - bo przecież remis był złym wynikiem - nie powodował u nich rozkojarzenia czy złości. Czuć było raczej pewność, że prędzej czy później jednak będzie jak ma być.

Wreszcie idealnie funkcjonuje to czego Argentyńczykom zawsze zazdrościłem. Chyba nikt nie gra tak wspaniale w tłoku jak oni i w meczu z Chilijczykami było to świetnie widać. Przyjąć, odwrócić się, rozegrać, strzelić w takiej gęstwinie a wszystko w płynnym rytmie - tak, że wygląda to na coś oczywistego i prostego - to najwyższa sztuka. 

Z wydarzeń czysto piłkarskich moim zdaniem na plan pierwszy wysuwa się postawa bramkarza. Romero daje tej drużynie poczucie bezpieczeństwa jakiej nie doświadczała od golkipera już dawno (choć przy straconej bramce mógł zachować się lepiej).

Ostatnia sprawa - Messi. Głęboko wierzę, że selekcjoner Martino nie podda się presji trybun i w rozgrywkach grupowych rekonwalescenta nie wystawi. Niech Miedzianobrody będzie gotowy kiedy będzie najbardziej potrzebny - w fazie pucharowej. Z Boliwią i Panamą jego koledzy powinni sobie poradzić bez niego. 

PS Jeszcze parę słów o meczu reprezentacji Polski. Jakością gry, przebiegiem spotkania czy formą strzelecką w ogóle się nie przejmuję i nie przywiązuję do tego wagi. Trochę jednak się zdziwiłem, bo zarówno Adama Nawałkę jak i cały PZPN przedstawia się jako perfekcjonistów dbających o każdy szczegół. Tym razem nie zadbano chyba jednak o to żeby przed spotkaniem zdecydowanie wyjaśnić sobie z przeciwnikiem istotne fakty. To przecież nie był mecz decydujący o czymkolwiek. Ze zdumieniem przyglądałem się więc pianie w ustach Litwinów. Wejście od tyłu w Krychowiaka - zwłaszcza w jego sytuacji zdrowotnej - było skandalem i nie dziwię się jego rozdrażnieniu.

Chyba, że ustalenia o grze bezkontaktowej były podjęte, tylko Litwini je złamali - to oznaczałoby, że nie ma sensu już z nimi grać w meczach towarzyskich. Już lepiej było chyba zaprosić reprezentację St. Kitts i Nevis żeby bez stresów postrzelać jej piętnaście bramek.

* z punktu widzenia nas, Europejczyków, Euro jest najważniejsze, ale turniej Copa America Centenario jest przecież w swej formule - mam nadzieję - niepowtarzalny.

Archiwum