poniedziałek, 13 marca 2017
Obsesja wreszcie puściła

Przez ostatni rok bardzo ciężko pracowałem. Przejechałem tysiące kilometrów po Europie, przeprowadziłem dziesiątki rozmów, w archiwach spędziłem dziesiątki godzin.

Warto było. Usłyszałem i przeczytałem mnóstwo niezwykłych historii. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Czułem uniesienie, wzruszenie, oszołomienie, podziw, czasem złość lub niedowierzanie.

Właśnie skończyłem. Książka jest napisana. To był wspaniały okres, ale cieszę się także, że dziś wreszcie opuściło mnie pewne paskudne uczucie.

Przez ten rok za każdym razem kiedy zajmowałem się czymkolwiek innym niż pracą miałem poczucie marnowanego czasu. To stawało się moją obsesją.

Obejrzałem stary western z bliskimi w niedzielę - szept do ucha: "marnujesz czas, masz go coraz mniej".

Poszedłem do pracy na piechotę - szept do ucha: "marnujesz czas, mogłeś podjechać autem".

Znienacka wrzuciłem parę słów na Czadoblogu - szept do ucha: "głupi jesteś? Wiesz o ile mogłeś w tym czasie popchnąć książkę dalej?"

Złapałem infekcję - szept do ucha: "zwariowałeś?! Uważasz, że możesz sobie pozwolić na wylegiwanie w łóżku?"

Ale teraz jestem szczęśliwy i spokojny. Obsesja puściła. Dziękuję wszystkim, których przez ostatni rok spotkałem na reporterskim szlaku.

Wyłączam komputer i idę na spacer. Wreszcie będę mógł wystawić twarz do słońca na rynku w Katowicach bez poczucia, że marnuję czas.

I wiecie co? Jak nie będzie słońca to wystawię ją nawet do chmur. Mam to gdzieś. Koniec z pośpiechem.

11:46, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
wtorek, 07 marca 2017
Peru, Peru, Peru. Albo Kamerun

Super wiadomość!

Jeśli modernizacja Stadionu Śląskiego będzie przebiegać zgodnie z planem, a reprezentacja Polski wygra eliminacje mistrzostw świata jest szansa, że biało-czerwoni wkrótce zagrają w Chorzowie mecz towarzyski. Jeszcze w tym roku!

Jak dowiedział się Czadoblog chodzi o termin, w którym rozgrywane będą baraże o grę na mundialu (9-11 listopada lub 12-14 listopada). Jeśli Polska wygra eliminacje nie będzie musiała w nich brać udziału. Trener Adam Nawałka chciałby wtedy ten termin wykorzystać. W grę wchodziłaby rywalizacja z drużyną spoza Europy. Mogłaby to być reprezentacja Peru, ewentualnie któraś z drużyn afrykańskich, prawdopodobnie Kamerun. Przypomina Wam się Espana'82?:)

Dziś był na Śląsku Janusz Basałaj, szef departamentu ds. mediów i komunikacji w PZPN. - Rzeczywiście, powstał taki pomysł. Oczywiście, gdyby wszystko poszło jak należy, Śląski musiałby zdążyć z modernizacją. Dobrze byłoby gdyby wcześniej odbył się tam jakiś mecz piłkarski żeby sprawdzić czy wszystko spełnia odpowiedni poziom. Śląski to ważny stadion dla polskiej piłki, sam byłem w Chorzowie na wielu pamiętnych meczach Polski. Pierwszy raz na meczu z Portugalią w 1977 roku - powiedział mi Janusz Basałaj, którego złapałem w pociągu z Katowic do Warszawy.

niedziela, 05 marca 2017
Barras Bravas Buenos Aires [+18]

Moim niespełnionym dotąd marzeniem jest zobaczyć Buenos Aires. W głowie mam niezwykłe wyobrażenie tego miasta. Zaplanowałem dwa główne punkty pobytu.

Po pierwsze: przeżyć w ortodoksyjny sposób zwyczaj cabeceó przed tangiem. Trudno mi sobie wyobrazić lepszy sposób na to żeby faceta mógł przeszyć prawdziwy dreszcz*;

Po drugie: pójść na mecz piłki nożnej z sympatyczną wycieczką wykupioną u miejscowych Barras Bravas. Słyszałem, że to jeden z elementów budowania przez nich budżetu więc dlaczego z tego nie skorzystać?

Będę musiał chyba jednak zweryfikować te plany i punkt drugi. Na polskim rynku ukazał się właśnie komiks o Barras Bravas - czyli argentyńskich gangach futbolowych. Autorem jest Emilio Utrera, samouk, który mieszka w metropolii B.A. Miał okazję poznać tych "sympatycznych" chłopaków, bo prowadzi dobre studio tatuażu więc korzystają oni z jego usług. Jako że jest uzdolniony plastycznie, tworzy też murale o tematyce futbolowej. Z opowieści swoich klientów stworzył barwną komiksową opowieść. Ale od razu zaznaczam: to absolutnie nie jest komiks nadający się na prezent dla dzieci.

Na polski rynek wprowadza je wydawnictwo Mandioca, które do końca roku chce wydać sześć odcinków tej opowieści. Argentyńska kultura kibicowania doczekała się oczywiście przeróżnych analiz socjologicznych i historycznych, bo to niezwykłe zjawisko. Miłość do piłki stworzyła prawdziwego potwora! Żeby było jasne: komiks Utrery nie pretenduje oczywiście do miana "objaśniacza" tego brutalnego świata... Po raz kolejny przekonuję się, że w Argentynie wszystko zasadza się na skrajnościach. W moich wyobrażeniach tam wszystko musi być naj-: najpiękniejsze albo najgwałtowniejsze albo najbardziej żarliwe albo najwspanialsze albo też najbardziej plugawe. 

Dla mnie ważne, że w całości projektu wydawniczego macza również palce Radio Brazylia czyli Bartek Rabij. Wiadomo, że Bartek to najbardziej wnikliwy ekspert od latynoskiego futbolu w Polsce, właśnie jego radziłem się przed moim pierwszym wyjazdem do Ameryki Południowej na mundial w Brazylii. To facet, który żyje Ameryką Łacińską, a jego futbolowa (i nie tylko) wiedza z tamtego zakątka świata jest autentycznie porażająca. 

Bardzo ucieszyła mnie informacja, że Radio Brazylia ma w planach wydawniczych kolejne opowieści futbolowe rodem z Argentyny. To świetne wieści, trzymam kciuki za powodzenie tej idei. Im więcej fascynujących futbolowych argentyńskich opowieści na polskim rynku czytelniczym - tym lepiej.

* muszę jeszcze chwycić podstawy tanga, ale myślę, że choćby tylko dla cabeceó - naprawdę warto:)

wtorek, 21 lutego 2017
Pierwszy wyświetlony

Kilku sławnych piłkarzy Górnika Zabrze będzie miało w najbliższych miesiącach okrągłe urodziny. Abraham już za nimi, ale nie za obecnym trenerem Polonii Bytom. To właśnie dziś!

Andrzej Orzeszek to młodsza generacja, ale też kawał historii Górnika. Zdążył z nim zdobyć jeszcze trzy ostatnie mistrzostwa Polski, ale ostatnie mecze rozegrał w zabrzańskim klubie już w innej epoce, w XXI wieku (dokładnie w 2001 roku).

Ciekawe, że zapisał się w pamięci wielu kibiców Górnika jak żaden inny piłkarz zabrzańskiego klubu. Otóż 30 października 1988 roku odbył się na stadionie przy Roosevelta mecz w trakcie którego pierwszy raz działała słynna tablica świetlna, ówczesny symbol nowoczesności. Górnik wygrał wtedy 1:0 z Widzewem a jedyną bramkę efektownym strzałem głową strzelił właśnie Andrzej Orzeszek. Jego nazwisko rozbłysło więc na świetlnej tablicy jako pierwsze. Rozmawiałem z nim niedawno o tym wydarzeniu, ma świadomość, że niektórzy fani pamiętają je nawet do dziś.

Andrzej Orzeszek to fajny facet więc z przyjemnością dołączam się do życzeń urodzinowych. Prywatnie - spełnienia marzeń i zdrowia a zawodowo - utrzymania w lidze Polonii Bytom!

PS A tablica - choć trudno w to dziś uwierzyć działała zaledwie 10 lat, do 1998 roku. Potem przestała, a zdemontowano ją w 2011 roku.

PS1 Andrzeja Orzeszka (i nie tylko) spotkałem dziś na stadionie Górnika. Na Roosevelta odbyła się bowiem prezentacja efektownie wydanego albumu "Sportowcy z Zabrza". Autorem tekstu jest jeden z najlepszych śląskich dziennikarzy futbolowych red. Dariusz Czernik ze "Sportu". Zaletą są również wspaniałe zdjęcia, bardzo wiele z nich oglądam zachwycony po raz pierwszy. Człowiek kolejny raz może sobie uświadomić - tak, Zabrze to miasto sportu.

niedziela, 19 lutego 2017
Pewność zamiast przekonania

Zgodnie z oczekiwaniami Ruch ograł Legię w Warszawie. To żadna niespodzianka, przynajmniej dla mnie, w Polsce wyraźna hegemonia jednego klubu nad innymi wynikająca z działań systemowych to bowiem ciągle bajka mocowana jedynie przez marzenia dziennikarzy kibicujących tej drużynie. Legia sobie, przypuszczam, poradzi, zapewne nawet awansuje w tym sezonie do pucharów. Obiektywny obserwator musi również zauważyć, że dziś rzeczywiście starała się, walczyła, szarpała do samego końca i dlatego za ambicję należą się jej słowa uznania. Jednak przegrać z lepszym to naprawdę nie wstyd. Warszawiacy nie muszą się więc wstydzić tej porażki.

Dla Legii ten mecz nie był jednak tak istotny - trzeba to przyznać - jak dla Ruchu. Dla chorzowian dzisiejszy wynik to przecież świetna wiadomość, ale i sygnał dla innych. Mogło być do zera, ale nie ma co marudzić, bo wynik i tak zacny.

Widać jak na dłoni: w tej lidze nie ma przeciwnika, z którym nie dałoby się wygrać. Ruch w tym składzie personalnym jest w stanie osiągnąć wyśniony cel czyli czternaste miejsce w lidze - nawet mimo skandalicznego zabierania punktów. Ten mecz sprawia, że piłkarze już nie tylko w to wierzą. Oni już o tym... wiedzą! Nie muszą mieć już tylko przekonania, mogą mieć już pewność, że ten cel da się osiągnąć.

I to dziś było najważniejsze. 

PS Legia to całkiem duży klub więc nic dziwnego kibicuje mu także ichniejszy lumpenproletariat. Tak się składa, że lumpenproletariat zawsze kibicuje przecież największym... Od niektórych przedstawicieli owej warstwy społecznej (tych, którzy nie dostali ode mnie jeszcze za typowe lumpenproletariackie chamstwo bana na twitterze) dostałem przed meczem pozdrowienia pod hasłem "Legia rucha Rucha".

Nie za bardzo wiem o co im chodziło, ale i tak życzę im wszystkiego dobrego. Ja szanuję Legię, bo walczyła dziś do samego końca i opłaciło się: stać ją było nawet na honorową bramkę. Za to należą się brawa.

Biję więc brawo.

piątek, 10 lutego 2017
Słuchaj Ruchu

Masz do skrzydeł

przywiązaną złotą rybę

Jeśli ty odfruniesz

serce jej przestanie bić

Słuchaj Ruchu,

W klatce nie jest ci najgorzej

Źle jest wtedy

Kiedy nie chce się już żyć

 

PS Chodzi o to

By niebieskie

mnie kusiły często drzwi

wtorek, 10 stycznia 2017
Pazerność prowadzi do wypaczeń

FIFA zdecydowała, że od 2026 roku w finałach piłkarskich mistrzostw świata zagra 48 drużyn. Po "reformie" turnieju uczestnicy zostaną w pierwszej rundzie podzieleni na 16 grup po trzy drużyny. To oznacza zwiększenie łącznej liczby meczów z 64 do 80. 

W bajeczki FIFA o misji popularyzacji futbolu czy też wyrównywania szans mogą uwierzyć tylko naiwni. Wiadomo przecież, że jeśli kura znosi pięć złotych jajek naraz to dlaczego miałaby nie znosić siedmiu? Nawet to rozumiem (choć zrozumienie nie oznacza akceptacji).

Dla mnie - uważającego, że 32 uczestników finałów to ideał - problem nie polega nawet na fakcie, że będzie więcej meczów. Bardziej boli mnie, że nie zgadza się liczba uczestników. Nawet magicy z UEFA uznali, że 64 to byłoby za dużo. Ichniejsi prestigitatorzy wymyślili więc coś równie złego. A właściwie nie wymyślili. Przecież użyto tego już raz, w 1982 roku i od razu zarzucono. Grupa trójzespołowa na mundialu nie jest dobrym pomysłem. My - dzięki niezwykłym meczom z Belgią i ZSRR słusznie wspominamy ją świetnie, ale trzeba przypomnieć ile zespołów awansowało wtedy dalej z tych drużyn, które przegrały pierwsze mecze w ćwierćfinałach. Nie przegrać pierwszego meczu w trójzespołowej grupie może stać się myślą przewodnią tej fazy turnieju. Moim zdaniem to teoretyczne pole do wypaczeń.

1=> 2=> 4=> 8=> 16=> 32 to idealny zestaw. Nie ma tam miejsca na 48.

Jeszcze jedno: trudno mi sobie wyobrazić, żeby takie rozrośnięte mundiale organizował jeden kraj. A jeden organizator takiego turnieju zawsze był dla mnie jedną z najważniejszych idei.

Żałuję, bo mundial to jedna z niewielu spraw do których byłem szczególnie przywiązany. Niestety; FIFA żeruje na mnie i mnie-podobnych. Bo ja zawsze będę oglądać mundial. Nawet jeśli nie będzie mi się podobał regulamin tego turnieju, nawet jeśli wszyscy będziemy psioczyć. FIFA to doskonale wie.

piątek, 30 grudnia 2016
Górnik Zabrze i tak nie zmieni nazwy

Dziś po 110 latach kończy wydobycie ostatnia kopalnia w Zabrzu... KWK Makoszowy przed wojną działała jako Delbrückschachte (i już wtedy stworzyła własny zespół piłkarski). 

Nie muszę mówić jak ogromny wkład po wojnie górnictwo miało w rozwój i siłę Górnika Zabrze, to oczywiste. Piłkarze i trenerzy mieli etaty na kopalniach, wielu z nich właśnie na KWK Makoszowy. Wśród nich choćby Stanisław Oślizło.

Byłem na dole w wielu kopalniach, tej akurat nie. Zrobiłem sobie tylko przed jej bramą (kiedy jeszcze była połączona z KWK "Sośnica") zdjęcie z Lukasem Podolskim, który czekał na wujka aż skończy szychtę.

Wkład KWK Makoszowy w historię Górnika jest większy niż można przypuszczać. Jej dyrektorem w latach 1958-75 był Wiluś Kasperlik, jak wspominał mi Hubert Kostka „bardzo fajny i przyzwoity facet”. Zresztą Kasperlik sam krótko prezesował Górnikowi w połowie lat 50.

Mało kto wie, że kiedy unowocześniano stadion, za szatnie odpowiadała właśnie KWK Makoszowy. To jej nakładem powstały tam baseny z ciepłą i zimną wodą, sauna, nowiutkie łazienki z wszechobecną glazurą i bardzo wówczas modną dębową boazerią.

Żeby było jasne: nie zawsze życie piłkarzy jako górników było usłane różami. W 1974 roku klub prosił kopalnię Makoszowy gdzie akurat w tym czasie etat miał słynny Stefan Florenski o pozwolenie na podjęcie dodatkowego zatrudnienia w Górniku jako asystenta trenera. Kopalnia się zgadza, ale „zezwolenie niniejsze może być uchylone w każdej chwili w przypadku ujawnienia iż wykonywanie dodatkowego zatrudnienia pozostaje w sprzeczności z obowiązkami Obywatela w tutejszej kopalni”.

Mimo to w Zabrzu tak naprawdę piłkarzom nieba by przychylili. No bo z czym kojarzy się jeszcze to miasto przeciętnemu Polakowi? Kardiochirurgią i Zbigniewem Religą, też zresztą zagorzałym fanem Górnika.

Jedno jest pewne: choć fedrunek się kończy nikt nawet nie pomyśli żeby zmienić temu wspaniałemu klubowi nazwę. Wawel już na zawsze Wawelem pozostanie. Tak samo będzie z Górnikiem. 

PS Rozmawiałem o Górniku z jego dawną gwiazdą z najlepszych czasów. Ma sporo ciekawych przemyśleń. Ciągle wierzy w awans! Więcej - TUTAJ.

sobota, 24 grudnia 2016
Jak zniechęcić psa do biegania

Na jedną ze stu najważniejszych książek przeczytanych w życiu nie trafia się przypadkiem, nic o niej wcześniej nie wiedząc. Mnie to się właśnie przytrafiło.

                                        ***

Lubicie spacerować po księgarniach przeglądając co wam wpadnie w ręce? Ja uwielbiam. Co prawda zawsze wcześniej namierzam książkę o którą mi chodzi, a w księgarni jedynie spadam na nią jak sęp kołujący nad padliną, łapię i zadowolony biegnę do kasy*. Oczywiście podczas kołowania chwytam w ręce różne, pierwsze z brzegu książki, bo na tym przyjemność kołowania polega, ale - choć później czasami do niektórych z tych książek nawet wracam - nigdy nie kupuję ich od razu tylko dlatego, że przeczytałem szybko jakiś ustęp.

Tym razem było inaczej. Niedawno podczas takiego rekonesansu moja ręka całkowicie przypadkowo omsknęła się na cieniutką książeczkę w czerwonej okładce. Wyciągnąłem ją z półki i zajrzałem. A kiedy zajrzałem to zamknąłem ją zdumiony po godzinie i poleciałem do kasy.

Przyznaję z rumieńcem na twarzy: nie wiedziałem wcześniej kim był Ota Pavel. Te zawstydzające braki uzmysłowił mi kolega z redakcji, kiedy zachłyśnięty lekturą spytałem go czy słyszał kiedykolwiek o kimś takim, a on bez wahania odparł, że to ten facet co napisał „Śmierć pięknych saren”.

Niektórzy pogardzają reporterami sportowymi, uważają ich za gorszy sort. Na pewno nie czytali więc prozy Pavla, który już w wieku trzynastu lat pracował jako górnik na kopalni w Kladnie. Krótko po wojnie został komentatorem sportowym w czechosłowackim radiu, a od 1964 roku jego reportaże o tematyce sportowej zaczęły ukazywać się jako książki. Właśnie wtedy, podczas zimowych igrzysk w Innsbrucku zapadł na ciężką chorobę psychiczną męczącą go do śmierci, która przytrafiła się dziesięć lat później. Od wpadnięcia w chorobę pisanie było dla niego formą terapii.

„Bajka o Raszce” to zbiór w niezwykły sposób "wymyślonych" prawdziwych opowieści. Tytułowa opowieść poprowadzona jest jak baśń, ale baśń do której autor zrobił szczegółowy research. Kiedy czytałem jak Emil Zatopek zniechęcił do biegania psa to prawie zapomniałem oddychać z wrażenia. Zawsze myślałem, że najlepiej pisze się o piłce nożnej, tymczasem na ten zbiór składają się teksty o skoczku narciarskim, dwa o kolarzach, o alpinistach, szczypiornistach, lotniku, gimnastyczce, hokeistach i biegaczu. To nie są reportaże w ścisłym tego słowa znaczeniu, to raczej jedyne w swoim rodzaju „otapavelortaże”. Czytelnikiem miotają uczucia podziwu dla bujnej wyobraźni, umiejętności niecodziennych skojarzeń i niezwykłego bogactwa języka.

                                         ***

Ale dlaczego właściwie piszę o tej książce w tym miejscu? Co ona ma wspólnego ze Śląskiem? Cóż; Adamowi Małyszowi zabrakło chyba tylko jednego: żeby ktoś opisał jego karierę tak jak Ota Pavel napisał o zmarłym cztery lata temu Jirzim Raszce... A pretekst od biedy też się znajdzie. Otóż pierwsze zdanie brzmi: „W niewielkim mieście Frenštát pod Radhoštěm, pośród beskidzkich lasów żył sobie szewc Oldrich Raszka”. Na Śląsku też są Beskidy, Frenštát leży w kraju morawsko-śląskim:)

Wiem, że pretekst trochę naciągany, ale czy żeby zachwycić się taką książką potrzeba pretekstu?

 

Ota Pavel

„Bajka o Raszce i inne reportaże sportowe

wyd. Dowody Na Istnienie

PS Na szczęście Ota Pavel pisał też o futbolu. Błagam: niech ktoś wyda w Polsce „Dukla mezi mrakodrapy” z 1964 roku!

PS1 Wszystkiego dobrego na święta wszystkim. Zdrowia!

*nie kupuję książek przez internet. Niczego nie kupuję przez internet. Kupowanie przez internet przypomina mi działanie orgazmotronu ("Śpioch", reż. Woody Allen, prod. USA, 1973). Dlatego własnoręcznego kupowania będę się trzymał już do końca - albo rzeczywistości pozainternetowej albo mnie.

10:59, pavelczado , Książki
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 grudnia 2016
O skupieniu, szaleństwie, wierności i smutku
"Piłka nożna bez kibiców jest niczym" - tak uważał słynny szkocki trener Jock Stein, który z Celtikiem Glasgow niespełna pół wieku temu wygrał Puchar Europy.

Stein ukochał futbol aż za bardzo: 10 września 1985 roku, w trakcie meczu eliminacji do mundialu w Meksyku z Walią na Ninian Park zmarł na zawał serca. Jego słowa jednak pozostały i to one rozpoczynają niezwykły fotograficzny album "Going to the match" Przemka Niciejewskiego. W Polsce dotąd nie ukazało się chyba nic podobnego. To opowieść o kibicowaniu: o przeżywaniu, radości, skupieniu, szaleństwie i wierności, uniesieniu i smutku.

Na ponad dwustu stronach starannie wydanej publikacji Niciejewski prowadzi nas przez kibicowski świat. Nie tylko w Polsce. Oprowadza nas prawie po całej Europie, w albumie znajdziemy również mnóstwo fot z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Jak to dobrze, że są również zdjęcia z Górnego Śląska. Dla autora pod względem futbolowym to miejsce niezwykłe. – Jest w tym miejscu jeszcze wiele starych stadionów na których panuje niezwykła atmosfera, które mają duszę. Warto to uwiecznić – opowiada mi Przemek. Wyszło mu świetnie. Na jego zdjęciach widać, że piłkę nożną, najwspanialszy sport świata kocha się tak samo zarówno w Londynie jak i Łyskorni. Że futbol kochają w równym stopniu staruszki z Oldham jak i chłopcy z Zambrowa.

Warto dodać, że wstęp do tego albumu napisał Jonathan Wilson. Dla miłośników literatury futbolowej to guru. Ten brytyjski dziennikarz sportowy, piszący m.in. dla Guardiana, The Independent i Sports Illustrated, opublikował kilka bestsellerów. Jego „Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej” podbiła świat. W tym roku wydał opowieść o argentyńskim futbolu. Jego „Aniołowie o brudnych twarzach” mają też wyjść w Polsce.

Wilson opisuje jak to się stało – i co stało się później – kiedy w wieku sześciu lat pierwszy raz usiadł na trybunach. W jego przypadku był to Roker Park, stadion Sunderlandu. Pisze o tym jak opanowało go to dojmujące uczucie, którego doświadczamy przecież wszyscy, którzy kochamy futbol.

Warto.

Going to the match

Przemek Niciejewski

wyd. Magnus

19:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (2) »
Archiwum