środa, 27 września 2017
Buziaki

"Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach" jest już w księgarniach. Sygnały, które do mnie dochodzą są bardzo miłe. Nie słyszałem jeszcze złej opinii kogoś kto ją przeczytał.

Cieszę się, bo już w najbliższy piątek na stadionie Górnika uroczysta premiera książki. Zapowiedziało się wiele gwiazd. Jestem zaszczycony i onieśmielony.

Żeby nie było tak słodko muszę wspomnieć o sms-ach, które od pewnego czasu dostaję. Oto jeden z nich:

"Czemu Pan szanowny nie pisze o Górniku Zabrze jako o klubie złodziei, bandytów i przede wszystkim o klubie co dostał wszystko od komunistów? Zbudowaliście sobie legendę na swoją miarę. GZ to stalinowskie ścierwo a pan to dyletant i śmieszny pseudoznawca piłki. Zabrzańskiej kurwie zawsze naród życzy co najgorsze. A kibice Górnika to wsioki. Jebać kurwę z zabrza i śmierdzące zabrze. Chuj wam w dupę, żydki".

Jako dziennikarz sportowy działający od tylu lat na Śląsku przyzwyczaiłem się już, że jestem "chujkiem", bo łaskawym okiem patrzę na Górnika, Ruch, GieKSę, Polonię, Piasta, Szombierki i tak dalej [niech każdy sobie wpisze co uważa, to się zmienia w zależności od wydarzeń, pór roku itd].

Dlatego niewstrząśnięty i niezmieszany przesyłam nadawcy zarówno tego sympatycznego sms-a  - jak i kilku innych - gorącego buziaka.

poniedziałek, 22 lutego 2016
Bilet na miejsce, którego... nie było

Kiedy powstaje stadion zdarzają się sytuacje, które potrafią zaskoczyć. W niedzielę w Zabrzu odbyły się Wielkie Derby Śląska. Mecz Górnika z Ruchem Chorzów oglądało prawie 25 tysięcy ludzi.Wczoraj w nocy napisał do mnie kibic Górnika Zabrze. 

„Jak wielu śląskich kibiców wybrałem się  na Wielkie Derby Śląska. Najpierw wrażenie zrobił na mnie stadion z zewnątrz, potem przepustowość bram - DUŻY plus! Potem dobre oznakowanie w którą stronę iść na mój sektor i...... No właśnie! 
W tym momencie spotkało mnie to niezwykłego. Okazało się, że moje miejsce na Arenie Zabrze NIE ISTNIEJE!!!! 
Zatem przed meczem wypraszany z innych miejsc przez kibiców (słusznie), przeganiany przez stewardów (no bo przecież na schodach stać nie wolno), po dziesięciu tłumaczeniach, że mojego miejsca po prostu nie ma (ach, te wielkie oczy stewardów!), zamiast z czwartego rzędu oglądałem mecz NA STOJĄCO gdzieś na koronie (czyli wirtualny 18 rząd). Do wyboru miałem „wycieczkę” do kasy reklamacyjnej - tak, z pewnością coś by to dało przy komplecie sprzedanych biletów! 
Nie po to płacę pieniądze, żeby potem obserwować mecz w warunkach urągających oglądaniu widowiska sportowego w XXI-wieku. 

Na potwierdzenie moich słów załączam właśnie mój bilet - jak ktoś chce - niech sobie sprawdzi - w sektorze B19 w rzędzie 4 piętnastego miejsca NIE MA! 
Oczekuję nieco więcej od mojego Ulubionego Klubu niż słabe "przepraszam - pewno wina komputera" - choć ten jeden steward mnie przynajmniej przeprosił!” 


Jan Orszulik, kibic Górnika pamiętający jeszcze ostatnie tytuły mistrzowskie.

                              * * *

Dotąd nigdy nie słyszałem o tak dziwacznej sytuacji. Potężnych stadionów wiele u nas jednak w ostatnim czasie na Górnym Śląsku do użytku nie oddawano i tak naprawdę nikt z nas nie wie z jakimi problemami można się zetknąć. Zadzwoniłem więc do Górnika i dowiedziałem się, że przykre nieporozumienie wyniknęło z faktu, że system informatyczny dostał błędne dane. Zadzwoniłem również do Ludmiły Hernik ze spółki "Stadion w Zabrzu". - Wydrukowałam sobie bilet przesłany przez pana Orszulika i aż poszłam sprawdzić na sektor. Okazało się, że pan Orszulik rzeczywiście miał rację. Chcemy za zaistniałą sytuację przeprosić i poszkodowanego kibica wynagrodzić. Pozytywne załatwienie tej sprawy jest dla nas bardzo ważne - powiedziała mi pani Hernik a do Jana Orszulika wystosowała list. Brzmi on tak:

 „Serdecznie przepraszamy za zaistniałą sytuację, która była wynikiem błędnego zaprogramowania systemu biletowego.

Jest nam niezmiernie przykro, że nie mógł Pan w pełni uczestniczyć w tym sportowym wydarzeniu, które miało miejsce na Stadionie. Rozumiemy Pana odczucia i dziękujemy za okazaną wyrozumiałość.

 W ramach rekompensaty, w porozumieniu z klubem Górnik Zabrze S.S.A., który odpowiada za sprzedaż biletów, proponujemy Panu bilet na najbliższe spotkanie na Arenie Zabrze w dowolnie wybranym przez Pana miejscu. (...)

Jednocześnie informujemy, że podjęte zostały już działania mające na  celu wyeliminowania tego typu zdarzeń w przyszłości.”

 z poważaniem

Ludmiła Hernik, specjalista ds. Public Relations spółki Stadion w Zabrzu

                             * * *

To się nazywa eleganckie załatwienie sprawy. Błędy się zdarzają. Sztuką jest umieć przyznać się do pomyłki i naprawić szkodę w przyzwoity sposób. Uważam, że gospodarze meczu w Zabrzu przeskoczyli tę trudną przeszkodę w dobrym stylu.

Mam nadzieję, że Jan Orszulik zobaczy wkrótce zwycięski mecz Górnika.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

środa, 07 stycznia 2015
Były naczelny "Przeglądu Sportowego" na Czadoblogu

Nie ma nic przyjemniejszego dla autora bloga kiedy jakiś tekst wywołuje czytelniczą reakcję. Zwłaszcza kiedy reakcja jest poważna, wyważona i przenikliwa. Czasem powoduje to reakcję łańcuchową: wypowiadają się kolejni ludzie, którzy z racji doświadczenia mają coś wartościowego do powiedzenia.

Dziś na tekst Marka Blukacza z Poznania, niedawno zamieszczony na Czadoblogu, reaguje Maciej Polkowski, redaktor naczelny "Przeglądu Sportowego" w latach 1990-1994. Poniżej jego impresja:

Warto być przyzwoitym - utwierdził mnie pan Marek Blukacz z Poznania. Z reguły ograniczam się do obserwacji wszelkich dyskusji, polemik i sporów w tak zwanych mediach społecznościowych, ale jednak tym razem dziennikarski temperament wziął górę.

To, co prezentuje pan Blukacz jest warte co najmniej kilkukrotnego przeczytania - nie z powodu trudności w zrozumieniu zbyt "naukowo" napisanego tekstu, ale ze względu na zawarte treści i konkluzje. Zainspirowały mnie one do zastanowienia się nad stanem dziennikarstwa sportowego, albowiem to z oczywistych względów było, jest i będzie mi najbliższe.

Świętej pamięci wybitny reżyser i aktor Adam Hanuszkiewicz wypytywany kiedyś o kondycję polskiej reżyserii teatralnej odpowiedział: "No, jest nas kilku oraz kilkuset, którzy starają się uprawiać ten zawód". Z całkowitą odpowiedzialnością za słowo stwierdzam, że powyższa opinia pasuje jak ulał do obrazu polskiego dziennikarstwa, co gorsza nie tylko sportowego. Kwestię, czy ktoś powinien lub czy ma prawo recenzowania jako dziennikarz książek o tematyce sportowej za darmo - uważam (powtarzając ulubione określenia idola pewnej grupy) za całkowicie chorą.

Przypomina się fragment niedawnego wywiadu Jacka Walkiewicza (psychologa, mentora), który stwierdził: "Ingvar Kamprad, twórca Ikei, mówił, że praca bez przyjemności musi być koszmarem. Zgadzam się z nim. Jestem z pokolenia, które przychodząc do pracy nie pytało, ile będzie zarabiać. I ludzie, których zatrudniałem też o to nie pytali. Po prostu chcieli pracować w tej firmie. Bo chcieli się czegoś nauczyć. Nadal są ludzie, którzy będą pracowali za grosze, bo chcą się czegoś nauczyć i np. otworzyć własną restaurację. A kiedy odnosisz sukces? Wtedy gdy za pieniądze robisz coś, co i tak byś robił, nawet za darmo..."

"Choroba dziennikarstwa twitterowego rozwija się coraz mocniej" - ocenia, a może nawet ostrzega Marek Blukacz. Problem nie w tym, że ktoś korzysta z tzw. współczesnych narzędzi, ale problem w tym, że teraz - dosłownie z dnia na dzień - można się obwołać dziennikarzem, ba - redaktorem naczelnym - portalu lub innego społecznościowego wynalazku. Klikasz i masz; klikasz i pouczasz, krytykujesz i brylujesz, uchodzisz za znawcę materii, autorytet - bez żadnego przygotowania, doświadczenia, o umiejętnościach bądź szczypcie talentu nie wspominając.

Kiedyś ten zawód cieszył się zasłużoną estymą, a gdy w 1972 roku rozpoczynałem pracę w "Przeglądzie Sportowym" to czułem się jakby Pan Bóg pozwolił mi złapać się za nogi. Mieć swoje biurko, krzesło i maszynę do pisania w "PS" to było naprawdę coś!

Warto jednak zdać sobie sprawę, jaka wówczas była niesłychanie ostra selekcja (niewielka ilość tytułów w porównaniu z dzisiejszymi czasy) a przede wszystkim obowiązywała święta zasada - dziennikarstwo to zawód czeladniczy. Nawet jeden z najbardziej bezkrytycznych wyznawców "religii Bońka" przyznał, że zaczynał o robienia tabelek i tekstów, których innym nie chciało się robić oraz od... ganiania po piwo. Co ciekawe, wtedy on też jeszcze nie pytał za ile. Dopiero potem, z czasem, weszło do obiegu hasło "Kasa, misiu, kasa" - bardzo wielu się spodobało i wielu przyjęło je za życiową dewizę.

Kto inaczej myśli o funkcjonuje ten jest "frajerem", "pożytecznym idiotą". Pytanie - czy na pewno? Przecież żyjemy w wolnym kraju i nie wszystkim - uprawiającym zawód dziennikarza - musi odpowiadać nachalne lansowanie własnej osoby. Naprawdę nie każdy choruje na potrzebę bycia, za wszelką cenę, celebrytą - bez jakiegokolwiek poczucia przyzwoitości, skromności, wstydu.

Dlatego właśnie - jak zauważa spore grono bardziej wnikliwych obserwatorów - obecnie nie mamy do czynienia z mediami sportowymi, ale specyficznymi "maszynkami do robienia pieniędzy". Sport należy do tych tematów, czy raczej towarów, które poprzez swoją atrakcyjność świetnie się sprzedają. Z małymi wyjątkami, korzystając z internetu, co krok wpadamy na portale jedynie pozornie sportowe, a faktycznie firmy bardziej bukmacherskie niż sportowe, których dealerami są prezes PZPN i kilku znanych tak zwanych dziennikarzy. Specjalnie napisałem tak zwanych bo mam prawo uważać, że propagowanie bukmacherki nie mieści się w pojęciu dziennikarskiej etyki. Jak znam niektórych to mi odpowiedzą ripostą: „Sorry, takie mamy czasy!”.

Takie mamy czasy (?), że merytoryczne polemiki zastąpiło zwalczanie jakiejkolwiek potencjalnej konkurencji - ośmieszanie, dyskredytowanie wręcz opluwanie innych.

O solidarności zawodowej dziennikarzy już dawno zapomniano. Nie znam drugiego takiego środowiska, w którym ludzie traktowaliby się aż tak ostentacyjnie wrogo i pogardliwie. Dobrze, iż  znalazła się grupa (sam się z nią utożsamiam już jako jeden seniorów), która nie popiera umacniania w przekonaniu Czytelników, iż język jakiego używają musi być pełen nienawiści, pogardy i wulgaryzmów; a ich działanie musi charakteryzować zwykłe chamstwo. Na to nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody! Bo tak wcale nie musi być. To niestety prawda, że internet sprzyja takim postawom i zachowaniom, ponieważ hołduje zasadzie – hulaj dusza, piekła nie ma. Coś takiego jak odwaga cywilna jest w ogóle pojęciem nieznanym. Anonimowość zapewnia bezkarność i… zapewnia systematyczny wzrost klientów, a tym samym kasy właścicieli oraz ich najemnych pracowników. Jak prawdziwie diagnozuje pan Blukacz: „…pragnę tylko zasygnalizować patologię układu, gdy jakiś portal internetowy i w tym przypadku nieważne jaki, bo moim celem jest przedstawienie zasady działania, dzieli środowisko piłkarskie (piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd.) na dwie części – informatorów oraz resztę… Klient-czytelnik w takim patologicznym układzie zasypywany jest dużą ilością wytworów dziennikarstwa oszukańczego, niemającego nic wspólnego z rzetelną analizą zjawiska”.

Aha, jeszcze jedno: jak mawiał słynny porucznik Columbo - od dłuższego czasu odnoszę nieodparte (graniczące z pewnością) wrażenie, iż owi biznesmeni-żurnaliści tak na dobrą sprawę nie lubią sportu, piłki nożnej, a co najważniejsze ludzi. I nie mają przyjaciół i co więcej wcale im nie są potrzebni. Bo gdyby większe zyski przynosiło to, co się dzieje powiedzmy (z całym szacunkiem) wśród górali zajmujących się wypasem owiec to… U nas „to” wszystko funkcjonuje na zasadzie zblatowania bezczelnej i cynicznej ferajny, co całkiem jasno wyłuszczył Marek Blukacz.

Maciej Polkowski

P.S. Niektórym wydaje się, że są głównymi rozgrywającymi w grze, którą prowadzi jeden znany prezes. Nic bardziej mylnego. On traktuje ich nie podmiotowo, a przedmiotowo. Są mu potrzebni tutaj, na razie, do czasu… bo jak sam niedawno wyznał: „W Polsce mam trzech prawdziwych przyjaciół”.

Zgadzacie się z Maciejem Polkowskim? Uważacie inaczej? Jeśli tak - dlaczego? Jeśli nie - dlaczego?

A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 19 grudnia 2014
Jeszcze o konflikcie Stanowski - Czado. Gościnnie

Miałem już nie odnosić się do różnicy zdań między mną a Krzysztofem Stanowskim, ale napisał do mnie Czytelnik Czadobloga. Napisał tak wnikliwie, że nie sposób nie oddać mu pola.

Tekst nie jest krótki, ale naprawdę zachęcam żeby uważnie przeczytać.

 "Ponieważ dyskusja na temat recenzowania przez dziennikarzy książek sportowych w zasadzie wygasła, należy się jeszcze kilka zdań podsumowania oraz uzupełnienia o ważne wątki, które nie zostały poruszone. Będzie trochę o dziennikarstwie sportowym, przede wszystkim o tym mniej rzetelnym oraz jakie koszty ponoszą klienci-czytelnicy piłkarskich portali internetowych. Bo to, że wbrew pozorom jakieś ponoszą, być może nie dla wszystkich jest takie oczywiste.

Tytułem wprowadzenia napiszę tylko, że czytam regularnie Czadobloga od kilku lat, Weszło trochę ponad rok. Jakkolwiek by to dziwnie brzmiało jestem wielkim fanem piłki kopanej w wydaniu krajowym, a z wykształcenia antropologiem kultury (UAM Poznań) z analitycznym podejściem do każdego tematu, który wzbudza moje zainteresowanie.

Burzliwa wymiana zdań (w formie całe szczęście nie tak parlamentarnej jak ta która miała miejsce w ostatnich dniach w polskim Sejmie) pomiędzy wyżej wymienionymi, zapoczątkowana została wpisem Stanowskiego krytykującym kolegów po fachu za darmowe recenzje książek o tematyce sportowej. Nazwał ich „pożytecznymi idiotami” i w środowisku zakotłowało. Rozpętała się wojenka na twitterze, który staje się ostatnio bardzo modnym narzędziem pracy żurnalistów sportowych. Możemy określić takie dziennikarstwo jako sms-owe, należy przesłać krótką wiadomość tekstową, ale wygrywa tylko ten, który dokona tego jako pierwszy lub będzie bardziej kontrowersyjny niż reszta uczestników zabawy. Choroba dziennikarstwa twitterowego rozwija się coraz mocniej, ale obiecałem się zająć innym problemem, więc wracam do głównego tematu.

Kluczowe na dziś wydaje się zrozumienie zmian jakie zachodzą na rynku prasowym i to nie tylko tym sportowym. Niczym odkrywczym będzie stwierdzenie, iż w coraz większym stopniu czytelnik wybiera te media, które zapewnią mu najszybszy dostęp do informacji, jednocześnie treści te dezaktualizują się w sposób błyskawiczny.

Prześledźmy to na przykładzie futbolu. Kalendarz wydarzeń piłkarskich w ostatnich kilkunastu latach uległ radykalnemu przeobrażeniu. Obecnie praktycznie 365 dni w roku, każdego dnia gdzieś na świecie są rozgrywane mecze, jak nie w wydaniu klubowym to reprezentacyjnym. Każdy mecz musi być opisywany i interpretowany w zasadzie na bieżąco – „online”. Wynika to z faktu, iż w kolejce czeka kolejne spotkanie, a widz zapomina o tym, które właśnie oglądał. „Żywotność” takiego meczu jest coraz krótsza. Czasy kiedy rytm życia piłkarskiego kibica wyznaczany był w odstępach weekendowych kolejek ligowych i dodatkowo wpadała raz na jakiś czas gratisowa środa z europejskimi pucharami lub reprezentacją, to okres dla badań archeologów sportowych.

Niszę na polu dziennikarstwa poświęconego zdecydowanie najpopularniejszej dyscyplinie sportu w naszym kraju coraz bardziej skutecznie zajmuje portal Weszło. Dostarcza on odbiorcy, czyli klientowi największy wybór tekstów, a jego właściciel po kilku latach działalności dość dobrze wyczuwa potrzeby swoich klientów. Informacja przekazana jest praktycznie natychmiast po wydarzeniu, a klient nie ponosi z tego tytułu bezpośrednio żadnych kosztów finansowych. Dziennikarze Weszło piszą językiem internautów, ich artykuły, felietony, czy też inne wpisy okraszone są sporą dawką wulgaryzmów oraz hejtu. W pakiecie otrzymujemy gratis zdjęcia i filmiki (czy aby na pewno legalnie?) z najciekawszymi bramkami, akcjami, itp.

O użytkownikach portalu Weszło celowo piszę Klienci, ponieważ sam Stanowski określa siebie (np. podczas ostatniego spotkania ze studentami w Poznaniu) jako przedsiębiorcę, który prowadzi dochodowy i innowacyjny w swoim pomyśle biznes. Błyskotliwy dziennikarz, jakim bez wątpienia jest założyciel portalu Weszło, przepoczwarza się w bezwzględnego biznesmana gotowego wszcząć wojnę z każdym, kto może stanowić dla niego konkurencję. Przywdziewając szaty rewolucjonisty oraz innowatora próbuje marketingowo każdą taką okoliczność sprzedać jako walkę „nowego porządku”, którego jest jednym reprezentantem, ze „starym systemem”, reprezentowanym przez resztę świata dziennikarskiego. Zresztą ten ostatni też jest traktowany w sposób utylitarny. Krytyka „Przeglądu Sportowego” ustała z dnia na dzień w październiku 2013 roku, gdy ponownie na łamach tej gazety zaczęły pojawiać się artykuły Stanowskiego. Wówczas wrogiem nr 1, też z dnia na dzień, stał się katowicki „Sport”.

Powoli, ale w końcu dochodzimy najważniejszego aspektu niniejszego wywodu, czyli kosztów jakie ponoszą klienci portalu Weszło. Pozwolę sobie podzielić je na koszty bezpośrednie oraz pośrednie. Przypominam, że portal ten jest dla jego założyciela przede wszystkim biznesem, więc jego czytelników traktuję jak zwykłych klientów. Cała logistyka takiego przedsięwzięcia jak e-biznes w postaci portalu z informacjami o tematyce piłkarskiej wymaga mniejszych, ale jednak określonych kosztów. Potrzebne są zatem przychody (w przeciwieństwie do czytelników prasy drukowanej, odbiorcy internetowi nie płacą za zakup gazety), firma czerpie je z pewnością z reklam umieszczanych na stronach internetowych portalu. Korzystając z serwisu bardzo szybko można zauważyć, iż najwięcej reklam dotyczy prezentacji ofert internetowych firm bukmacherskich, notabene w świetle prawa polskiego działających, co najmniej na granicy prawa. Nachalne namawianie do skorzystania z ich usług sprawia, iż wystarczy tylko nacisnąć odpowiedni link by przenieść się do świata wirtualnego hazardu i uszczuplić zasoby swojego portfela o konkretne kwoty, przeważnie zdecydowanie wyższe niż cena ulubionej gazety o tematyce sportowej. Mechanizmów rządzących tym rodzajem e-biznesu opisywać już nie muszę, nie jest to ideą tego wpisu.

Powyżej opisane są koszty bezpośrednie, Klient płaci firmie bukmacherskiej, a ta portalowi który ją reklamuje. Są to koszty widoczne na pierwszy rzut oka, przy skutecznym wprowadzeniu mechanizmów obronnych można ich uniknąć. Niestety nie wszyscy zostali wyposażeni przez naturę w takowe lub nabiorą ich dopiero z czasem, stąd ogromna popularność internetowej bukmacherki.

Dużo trudniej wykryć natomiast koszty pośrednie jakie ponosi Klient w związku z korzystaniem z treści proponowanych przez portal internetowy o którym mowa w tej analizie. By zostawić konkurencję w pokonanym polu, decyduje przede wszystkim szybkość przekazania informacji odbiorcy, należy za wszelką cenę ubiec konkurenta biznesowego, który jest traktowany jako rywal na polu walki o Klienta. Z umieszczaniem artykułów po wydarzeniach piłkarskich nie ma najmniejszego problemu, są one często pisane jeszcze w trakcie meczu, czy szerzej kolejki ligowej. Nie pomylę się, gdy stwierdzę, że tak działają w kraju dziesiątki innych portali o tematyce piłkarskiej. Kluczowy jest zatem dostęp do informacji wyjątkowych, często zakulisowych, a o dużym znaczeniu z punktu widzenia kibiców konkretnych drużyn. Taką sferą jest np. polityka transferowa klubu poza sezonem, czy też przeprowadzanie zmian na ławkach trenerskich w trakcie.

Będę teraz upraszczał i generalizował, ale pragnę tylko zasygnalizować patologię układu, gdy jakiś portal internetowy i w tym przypadku nieważne jaki, bo moim celem jest przedstawienie zasady działania, dzieli środowisko piłkarskie (piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd.) na dwie części – informatorów oraz resztę. Ci, którzy należą do tej pierwszej grupy, w zamian za lojalną współpracę, czyli dostarczenie odpowiedniej ilości przecieków informacyjnych, otaczani są parasolem ochronnym i niezależnie od okoliczności nie tylko nie zostaną zhejtowani, ale przeważnie są jeszcze promowani. Problem mają natomiast przedstawiciele tej drugiej grupy – pozostali piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd., ponieważ fundament tego typu biznesu oparty jest na idei (tego oczekuje Klient internetowy), że będą oni pełnić rolę kozłów ofiarnych, na których można w dowolny sposób hejtować. Ich sukcesy są minimalizowane, a porażki wyolbrzymiane. Przypominam: hejt internetowy to druga naczelna zasada działania tego biznesu.

Klient-czytelnik w takim patologicznym układzie zasypywany jest dużą ilością wytworów dziennikarstwa oszukańczego, niemającego nic wspólnego z rzetelną analizą zjawiska. By nie być gołosłownym przytoczę przykład słowackiego rozgrywającego Górnika Zabrze, 6 drużyny jesieni w Ekstraklasie, który zaliczył więcej niż poprawną rundę. Nie licząc jednego meczu, w którym strzelił dwie bramki, na Weszło zawsze po nim „jadą”. Na drugim biegunie jest dwóch młodych środkowych pomocników 13 drużyny ekstraklasy, największego rozczarowania sezonu, tj. Lechii Gdańsk, o których nawet nie wspomina się w podsumowaniach kolejek. Gdyby na miejscu któregoś z nich był Robert Jeż, to już wielokrotnie zostałby zmasakrowany, zjedzony i wydalony przez autorów Weszło. Niestety sprawa jest poważniejsza niż się wydaje na początku, Robert Jeż poddawany totalnej krytyce także w poprzednim sezonie, został pobity jesienią 2013 przez niezidentyfikowanych sprawców przed własnym domem w Lubinie, a jego koledze Michałowi Gliwie (drugiemu wyszydzanemu piłkarzowi na portalu Weszło) zniszczono samochód. Podobnych przykładów podziału na piłkarzy/kluby/menedżerów promowanych i poddanych hejtowaniu mogę przytoczyć bez liku.

Wracając do wywołanego przez redaktora Weszło konfliktu z Pawłem Czado, no cóż, krytyka prezesa PZPN na jaką zupełnie słusznie co jakiś czas pozwala sobie autor Czadobloga, musiała spowodować reakcję drugiego z największych piewców bukmacherki internetowej".

Marek Blukacz

 

Zgadzacie się? Uważacie, że autor się myli? Proszę jedynie o poważne opinie. "Merdacze" nie będą mile widziani.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 17 grudnia 2012
Miazga projektu "nowej, lepszej ekstraklasy"

O tym co sądzę o pomyśle reformowania ekstraklasy - pisałem tutaj. Nie jestem jedyny, któremu się to nie podoba i bynajmniej nie tylko w "środowiskach niedecyzyjnych" się to nie widzi. Ale o tym będzie być może jeszcze okazja napisać.

Dziś chcę zacytować przenikliwy głos w dyskusji. Odzywa się niezawodny Czytelnik Czadobloga jakas1. Moim zdaniem jakas ten projekt "nowej, lepszej ekstraklasy" najzwyczajniej na świecie miażdży. Czadoblog potrafi się czasem szybko wzburzyć i jego wpisy w efekcie są niekiedy dość emocjonalne. Jakas1 miażdży natomiast ten "projekt" z niezwykłą, wręcz pozbawioną emocji, systematycznością. Nic dodać, nic ująć. Oto masakra. Oto jego głos:

"Miałem nadzieję, że ten temat się w końcu pojawi.
Oglądałem Cafe Futbol, w którym byli dwaj chyba pomysłodawcy tej reformy - Animucki i Stefański. To mimo wszystko nie są debile, potrafię zrozumieć ich motywację - mają swoje cele i je osiągną. Natomiast ich celem nie jest w żadnym wypadku dobro kibica, dobro piłki jako takiej.
Jeżeli nie rozumie się roli, jaką ma do spełnienia system rozgrywek ligowych, to nie za bardzo jest o czym dyskutować. Otóż sam system rozgrywek nie ma na celu uatrakcyjnienia rozgrywek, zwiększenia przychodów, zagospodarowania podgrzewanych muraw, wprowadzenia zaskoczenia, wprowadzenia iluśtam szczytów emocji w sezonie. System rozgrywek ma zadanie wyłonienia w sprawiedliwy sposób najlepszej drużyny ligowej w danym sezonie. Panowie z PZPN-u od 7 miesięcy, jak sami twierdzą, analizowali, rozpisywali i wymyślili. Oni naprawdę są przekonani, że wymyślili coś dobrego, a przede wszystkim lepszego. A inni ich w tym przekonaniu podtrzymują. Otóż poza nimi dwoma świat piłkarski - miliony osób od 150 lat próbuje wymyślić i stworzyć najlepszy system rozgrywek ligowych w piłce nożnej i nic lepszego niż kilkunastozespołowa liga z systemem mecz i rewanż nie zostało i raczej nie zostanie wymyślone. Natomiast oni sądzą, że jest inaczej - choć sami nie wymyślili nowego systemu, tylko zaadaptowali belgijski i grecki. Absurd.
Boniek już raz 10 lat temu przeforsował swoje idiotyczne pomysły reformy systemu rozgrywek. Efektem był jeden sezon najbardziej kretyński w historii polskiej piłki nożnej - z podziałem na grupy A i B.
Ale wracając do sedna, żeby nie było, że krytykuję żeby krytykować.

1. Dzielenie punktów
Z formalnego punktu widzenia dzielenie punktów z pierwszego etapu przez dwa to to samo, co pomnożenie punktów z drugiego etapu przez dwa (a właściwie jeszcze gorzej, bo dochodzą zaokrąglenia, o czym za chwilę). Granie przez 2/3 sezonu o trzy punkty, a potem przez 1/3 sezonu nagle o sześć punktów to idiotyzm i przede wszystkim zasada sprzeczna z podstawami sprawiedliwości. Na miejscu właścicieli klubów dopiero zimą wydawałbym pieniądze na transfery, bo w drugiej fazie znacznie bardziej opłaca się nadrobić wynik ściągając na krótko dobrych drogich piłkarzy. Każdy mecz powinien być wart tyle samo punktów. To jest tak samo sprawiedliwe, jak gdyby pomnożyć punkty zdobyte w ostatniej kolejce przez 3.

2. Zaokrąglanie punktów
Chyba sobie nie wyobrażacie, do jakich wałków to może prowadzić. Ostatnia kolejka poprzedniego sezonu - Lech gra z Widzewem. Lech ma 51 punktów (czyli pewne 26 do drugiego etapu), a Widzew ma 38 (czyli pewne 19 pkt). Jest końcówka meczu, wynik 0-0. Dajmy na to karny dla Widzewa. Jeżeli bramkarz Lecha obroni, Lech ma 52 punkty czyli dostaje 26 do drugiego etapu. Jeżeli nie obroni, Lech przegrywa, ale i tak ma 26 punktów do drugiego etapu, za to Widzew ma 41 punktów, czyli aż 21 do drugiego etapu. Lech nie ma po co bronić karnego, szczególnie, że za chwilę będzie grał w grupie mistrzowskiej, a Widzew w spadkowej.
Dwa sezony temu mecz Lechia - Jagiellonia w ostatniej kolejce. Lechii zwycięstwo daje awans do grupy mistrzowskiej zamiast spadkowej. Jagiellonia ma pewną mistrzowską, ale jednocześnie strata do lidera nawet po podzieleniu punktów wynosi już 11 punktów, a nawet do pucharów strata wynosi 5 punktów po podziale, co uwzględniając kadrę Jagi i fakt, że w drugiej rundzie jest tylko 7 meczów oznacza, że gra już o nic. Jeżeli dadzą Lechii wygrać - nic nie tracą, a mało tego: zaraz będą z nimi grali jeszcze raz i można "oddać" przysługę. 

Samo zaokrąglanie jest bezsensowne. Legia zdobywa 54 pkt. w zasadniczym, Lech - 53. Obie drużyny przechodzą z 27 pkt. do drugiego etapu, w którym zdobywają po 14 pkt. Pytanie, co będzie decydowało przy równej liczbie pkt. Obecnie jest idealne rozwiązanie w postaci bilansu bezpośredniego. Co będzie decydowało w przyszłym sezonie? Nie znalazłem odpowiedzi, ale możliwe są 2 rozwiązania, oba tragiczne: albo decydują mecze bezpośrednie, tyle że z nich 2 są rozegrane w Warszawie, a jeden w Poznaniu!!! Albo decyduje bilans bramkowy całego sezonu, co już przerabialiśmy i "cała Polska widziała". Przypominam, że ten problem występuje nawet w przypadku drużyn, które zdobyły różną liczbę punktów w całym sezonie - jak wyżej podano. Najmniej tragicznym rozwiązaniem byłoby uwzględnienie tego, że Lechowi zaokrąglono w górę, a Legii nie, zatem to Legia powinna być wyżej w tabeli, tyle że dla kibiców jest ono przekombinowane.

3. Szczytem nieuczciwości jest nierówna liczba meczów u siebie i na wyjeździe
Myślałem, że takie rozwiązania w XXI wieku są niemożliwe, a jednak. O mistrzostwie i spadku może decydować to, że Legia z Ruchem zagra 2 razy u siebie a raz na wyjeździe! Jednak nie tylko sam fakt jest nieuczciwy. W Szkocji też tak było, ale ustalone był, że jeżeli Celtic z Rangersami zagrał w danym sezonie 2 razy u siebie, a raz na wyjeździe, to w kolejnym sezonie musi być odwrotnie - resztki uczciwości. U nas inaczej - o tym, kto z kim gra u siebie drugi raz w drugiej rundzie zdecyduje miejsce po pierwszej rundzie. Czyli teoretycznie Ruch może co sezon grać z Lechią 2 razy na wyjeździe, a raz u siebie. Czy tylko teoretycznie? W ostatnich 4 sezonach mecz Legia-"Polonia" odbyłby się 7 razy na Legii, a 4 razy na Polonii. Czy to ma coś wspólnego z uczciwym systemem? W dłuższej perspektywie czasowej dysproporcje w meczach u siebie i na wyjeździe w danej parze mogą być jeszcze większe, ale na szczęście nie będzie dłuższej perspektywy, bo ten durny system po roku zostanie pewnie wycofany.

4. Największym przedstawianym atutem nowego systemu jest to, że ma rzekomo powodować większe emocje w końcówce - bardziej wypłaszczoną tabelę
Sprawdziłem, czy tak byłoby w rzeczywistości, gdyby w zeszłym roku obowiązywał ten system z założeniem par drugiej rundy (kto gra z kim u siebie, a kto na wyjeździe).
Otóż w grupie mistrzowskiej Górnik po 2 kolejkach II rundy miałby już 7 pkt straty do pucharów. Po 4 kolejkach (na 3 do końca sezonu) strata piątej Korony do pucharów wynosiłaby 5 punktów. W "rzeczywistym" sezonie było to 5 punktów. Strata czwartego Lecha do lidera wynosiłaby 7 punktów. W "prawdziwym" sezonie wynosiła ona 4 punkty! Na dwie kolejki przed końcem, przewaga Ruchu nad drugą Legią wynosiłaby 5 punktów. Przewaga trzeciego Śląska nad czwartym Lechem wynosiłaby 4 punkty. Cała reszta grałaby o nic. W "prawdziwej" lidze, 2 kolejki przed końcem Śląsk miał 56, Ruch 55, Legia 53, Lech 52, Korona 48. Niech mi ktoś wskaże, w czym ta sytuacja jest mniej ciekawa, niż wskazana wcześniej sytuacja z podziałem na grupy, gdzie końcówka wcale nie jest emocjonująca i różnice punktowe są znacznie większe, niż w rzeczywistości?

5. Wypaczanie realnej kolejności drużyn w lidze
System każdy z każdym raz ustala w dość akceptowalny sposób drużyny wg ich wyników w lidze. W zeszłym sezonie kolejność była Śląsk, Ruch, Legia, Lech z walką do ostatniej kolejki. Sprawdziłem jak wyglądałaby tabela gdyby proponowany system wdrożyć w zeszłym roku, a wyniki w drugiej rundzie wziąłem z pierwszej zakładając, że proponowana w internecie wersja tego, kto z kim gra w drugiej rundzie u siebie, a kto na wyjeździe jest prawdziwa. Otóż tabela końcowa wyglądałaby tak:
Ruch Chorzów    44
Legia Warszawa 41
Lech Poznań      39
Śląsk Wrocław   38
Korona Kielce    32
Jest to całkowite wypaczenie rzeczywistej kolejności drużyn, wynikające wyłącznie z arbitralnego wyboru tego, kto z kim gra u siebie w drugiej rundzie. Żadna z pierwszych 4 drużyn nie zajęłaby w nowym systemie takiego samego miejsca, co w rzeczywistości. To jest sztuczna ingerencja w wynik sportowy."

jakas1

                                                             %

PS Dzięki jakas1, że krytykę proponowanego systemu chciałeś umieścić akurat na Czadoblogu. Żeby było jasne: nadal ten system krytykuję, choć przecież - jak się okazuje - gdyby zastosowano go w sezonie 2011/12 górnośląska drużyna świętowałaby mistrzostwo:)

PS1 A poza tym Omega też jest pod wrażeniem.

czwartek, 18 października 2012
GieKSa uratowana, ale...

Należę do zwolenników wspierania przez miasta bieżącej działalności piłkarskich klubów sportowych. Dlatego dzisiejszą decyzję katowickiego Urzędu Miasta przyjmuję jako całkowicie naturalną.

Jednocześnie Czadoblog nie traktuje magistratów jako darmowe pompki pompujące kasę w coś co najlepiej funkcjonuje jeśli znajduje się jednak w prywatnych rękach. Udziały miast w sportowych spółkach akcyjnych mają rację bytu jedynie jeśli chodzi o klub społecznie doniosły i moim zdaniem i tak ewidentnie powinny mieć charakter tymczasowy (czyli do czasu znalezienia poważnego właściciela), a nie... rozleniwiający (czyli nie musimy szukać poważnego właściciela, bo mamy przecież ciepłe miejskie posadki).

Dlatego życzę katowickiemu klubowi znalezienia jak najszybciej poważnego właściciela, a na wzmocnienie własnych przekonań przytaczam list kibica GKS-u Katowice, który trzeźwo patrzy na problem (oczywiste jest, że jego personalia pozostają do mojej wiadomości):

"W dniu tak ważnym dla ikony katowickiego sportu, kiedy odbywa, się mogące mieć olbrzymi wpływ na dalszą działalność GKS Katowice, Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie spółki nie sposób obojętnie przejść wokół zaistniałej sytuacji i pojawiających się w związku z nią wypowiedzi.
Na wstępie chciałbym jasno zaznaczyć: uważam, że GKS Katowice niejednokrotnie wspaniale przysłużył się mieszkańcom i miastu, jako sportowy symbol stolicy województwa śląskiego. GieKSa ma także wszelkie zadatki ku temu, aby być skutecznym narzędziem promocji, ale również społecznie użytecznej działalności skierowanej do młodzieży. Dlatego warto w moim przekonaniu troszczyć się o jego przyszłość. Pojawia się jednak pewne, ale…
„Oddajcie GieKSę Miastu” żądają piłkarze pierwszoligowca i patrząc z ich perspektywy trudno się dziwić takiemu stanowisku. Samorząd będąc właścicielem (lub dominującym udziałowcem) gwarantowałby stabilność finansową klubu. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że obok bieżących wydatków na klubie ciąża również niespłacone zobowiązania finansowe, których wielkość, wedle przedstawianych informacji oscyluje wokół kwot milionowych. Dlatego trzeba postawić pytanie: kto za te zobowiązania odpowiada oraz kto będzie w obowiązku je uregulować? Czy przejęcie większościowego pakietu przez Urząd Miasta Katowice będzie skutkować, zamiarem lub koniecznością pokrycia roszczeń wierzycieli ze środków budżetu miasta lub zależnych spółek? Ktoś przecież tę żabę będzie musiał zjeść.
Powyższe pytania dotyczą de facto dalszej działalności klubu. Warto się zastanowić skąd biorą się wspomniane kwoty. Raz jeszcze powrócę do słów pojawiających się w wypowiedziach piłkarzy, które moim zdaniem nie przedstawiają całej prawdy. "… niektórzy w umowach mają dwa, czy trzy tysiące złotych – komentują piłkarze GKS-u". Warto zapytać ilu zawodników ma na myśli wypowiadający się oraz jakie wynagrodzenie mają pozostali spośród 26 piłkarzy będący w kadrze pierwszej drużyny. Warto, aby opinia publiczna miała okazję dowiedzieć się o kosztach działalności klubu sportowego, wśród których to właśnie wynagrodzenia zawodników stanowią sporą część wszystkich wydatków.
Bez diametralnych zmian odbudowa pozycji klubu nie będzie to możliwa. Nie ma bowiem perspektywy na znaczące zwiększenie przychodów spoza „samorządowych” źródeł. Ciekawe kosztem jakich pozycji w budżecie miasta będą pokrywane wydatki na klub? Przedszkola, drogi, czy może kredyt, który trzeba będzie w końcu spłacić. Dlatego zmiany powinny objąć w pierwszej kolejności restrukturyzację płac piłkarzy, bo to one są głównym generatorem kosztów. W naszym kraju wysokość zarobków futbolistów nie jest skorelowana z poziomem gry. Wolałbym, aby zaoszczędzone środki przeznaczyć na rozwój piłkarskiego szkolenia młodzieży, niżli miałyby wedle deklaracji prezydenta Piotra Uszoka trafić „na godziwy byt piłkarzy”. Takie rozwiązanie daje szansę na przyszłość."

PS A Anglicy i tak wiedzą jaki jest najważniejszy stadion w Polsce. Dla nich niewyobrażalne jest, że mecz Polska - Anglia mógłby odbyć się gdzie indziej niż w Chorzowie. Za skan dziękuję MP, za linka - aapie:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

PS2 Wiecie jaka jest różnica między piłką nożną a koszykówką w Polsce? Taka, że znany polski piłkarz nigdy nie napisze na fejsbuku ''je...ać PZKosz'' tak jak znany koszykarz napisał ''je...bać PZPN''. Chyba wiecie dlaczego?:))))

niedziela, 19 sierpnia 2012
Kiedy rozpacz zżera mózg

Ruch przegrał wczoraj w Poznaniu aż 0:4. Nie byłem, nie widziałem, trudno mi się wypowiadać. Mogłem się jednak spodziewać, że hejterzy będą domagać się wpisu na ten temat. Pozdrawiam ich czule:)

W skrzynce znalazłem zaskakujący list od kibica Ruchu Chorzów*. Człowiek jest chyba dosyć rozgoryczony, a jego tezy, przemyślenia i sugestie są tak przenikliwe i obezwładniające, że musicie się z nimi zapoznać. List jest m.in. do mnie i chyba m.in. o mnie:)

Szanowni Państwo!
Ten tekst  dedykuję dziennikarzom Gazety Wyborczej, którzy zaciekle bili brawo w momencie spekulacji w temacie awansu na trenera reprezentacji Pana Waldemara Fornalika i lobbowali u właściciela Ruchu Chorzów na stanowisko trenera tego klubu pana Tomasza Fornalika. Jednocześnie jest on apelem o jak najszybsze poukładanie sztabu szkoleniowego Ruchu Chorzów oraz "twardą" rozmowę z piłkarzami naszego klubu.
Panowie dziennikarze katowickiego dodatku GW jesteście współwinni tej degrengolady, kompromitacji i bezradności Ruchu Chorzów bo to za Waszym wstawiennictwem trenerem jest niezdecydowany człowiek, beznadziejnie nieporadny trenersko, który stał przez swoim bracie jak kukiełka co niestety widać dopiero jaskrawo dziś. Człowiek, który nie ma za sobą doświadczenia do prowadzenia a- klasowej drużyny a co dopiero wicemistrza Polski. Niedobrze się robiło jak czytało się Wasze artykuły namawiające do zatrudnienia w Ruchu Tomasza Fornalika. Nawet trener IV-ligowy poprowadził by Ruch lepiej niż Wasz pupil. A może to była celowa dywersja żeby wykończyć razem z PZPN nasz klub? To przede wszystkim prasa kreowała naszego trenera na BOSSA reprezentacji. Dajcie spokój Ruchowi Chorzów. Przestańcie dawać "judaszowe" rady prezesowi Smagorowiczowi i zajmijcie się swoimi Górnikami, Gieksami i Zagłębiami i KP Katowice-Poloniami. Mamy dość wpływu waszych nawiedzonych ego na nasz klub. Nigdy nie byliście i nie jesteście kibicami Ruchu a wasze gaże za pisanie bzdur są tak samo wypchane bezsensem jak kilkudziesięciotysięczne wypłaty piłkarzy Ruchu. I Wy i oni robicie wszystko dla mamony a nie dla sportu i jego szlachetnych idei. Wy piszecie dla kasy co dzień stek bzdur a oni biorą kilkudziesięciotysięczne kwoty z kilka godzin biegania po boisku. Cytuję tu wpis pewnego kibica, który trafnie sumuje to co Wy razem z trenerem Tomaszem Fornalikiem nawarzyliście.  Broń Boże nie doradzajcie więcej Prezesowi Smagorowiczowi bo zrobiliście już dość złego dla naszego klubu. Może Wam się wydawać śmieszne, że posądza się Was o to co się w Ruchu dzieje ale przypominam to co czytałem w prasie i internecie kiedy jak LWY WALKI forsowaliście opcję trenera bez warsztatu i doświadczenia, którego atutem były tylko koneksje rodzinne. Przy okazji apeluję do Prezesa Smagorowicza o rozsądek a tym wydaje się jak najszybsza zmiana trenera by sezon ten nie został zmarnowany i o zgrozo byśmy nie padli ofiarą kryzysu i wylądowali bez pieniędzy w I lidze. To nie jest z naszej, kibiców strony panikowanie (bilans 1-12 w meczach mówi sam za siebie).
Eksperyment z klonowaniem pod tytułem „owieczka Dolly” zakończył się fiaskiem, a żaden z klonów komórki macierzystej nie był w stanie zachować „właściwości oryginału”. Szczególnie pod względem żywotności. Klonowanie to zasadniczo nienajlepszy pomysł, a do ludzi z kopią zapasową w postaci bliźniaka zawsze trzeba podchodzić nieufnie. Kino hollywoodzkie już lata temu nauczyło nas przecież, że z pary bliźniaków zawsze jeden musi być demonicznym psycholem. Dlaczego więc łudziliśmy się, że naszego Króla zastąpi jego kopia?
Gdy Waldek Fornalik odchodził do reprezentacji wielu z nas miało mieszane uczucia. Z jednej strony niesamowity awans zawodowy naszego ulubieńca, nobilitacja samego Ruchu, którego przedstawiciel zostanie trenerem numer jeden w polskiej piłce. Z drugiej… szydera. Z „polskości” tej kadry, która stała się zbieraniną wszystkich nacji, ale i z samej kadry, przez tych kibiców mniej związanych z flagą biało-czerwoną, bardziej zwracających się w stronę żółtych i niebieskich kolorów. Waldek zostawił świetny zespół, który potrafił solidnie namieszać w lidze i w pucharze, niezłą atmosferę oraz spory potencjał na przyszłość. Działacze dodali do tego jeszcze Kikuta, Sadloka, Sultesa i Pankę, czyli zawodników z dużym doświadczeniem i umiejętnościami, które od lat pozwalają im na występy w najwyższej lidze. Można na nich narzekać, ale jakiś poziom powinni chyba gwarantować, patrząc po samym przebiegu ich kariery zawodniczej. Ja wiem, że to ciężkie przejmować skład po takiej legendzie jak „Waldek King”, no ale to nie był gorący fotel w kandydującym do spadku Widzewie, czy w rozbitym organizacyjnie Bełchatowie tylko dość wygodna miejscówka w poukładanym klubie.
No i jedziemy do Pilzna, dostajemy PIĘĆ do zera w czapkę. Nasi gracze chodzą jak zagubione dzieci we mgle, jak koloniści, którzy pogubili wychowawcę, jak szczeniaki bez matki. Może mam zbyt wielką wiarę w Waldemara Fornalika, ale nie wierzę by pozwolił na taki pogrom! Przecież wychodzi na to, że lepiej było w ogóle odpuścić te puchary, dobrze, że trafiliśmy Pilzno nie Azerbejdżan, bo byśmy jeszcze na minus finansowo wyszli. I po tej całej kompromitacji, Tomek Fornalik wychodzi z szatni i mówi, że jego piłkarze nie mają za co przepraszać kibiców, bo dali z siebie sto procent. No to ch.... mają to sto procent!
Już się śmieją – „0:7 zgłoś się”. Ale dali z siebie wszystko, no to jednak jestem spokojny. Liga się jeszcze nie zaczęła, a my zamiast czekać z utęsknieniem drżymy przed pierwszym meczem, czy czasem nasz Ruch nie utrzyma wysokiej formy z europejskich pucharów. Czy Fornalik po 0:5 z Górnikiem Zabrze też wyjdzie i powie, że jego podopieczni dali z siebie wszystko? Zmieniałbym trenera póki jest czas, w lidze może być już za późno. Na rynku szkoleniowców jest milion sporych nazwisk, które pewnie zgodziłyby się pracować za bezcen, byle powrócić na ekstraklasową karuzelę. „Eksperyment Ojrzyński” czy „Eksperyment Mroczkowski” się udały, ale „Eksperyment owieczka Dolly” już teraz wygląda na jeden wielki niewypał.
Szegda Wolfgang

Nie wiem co napisać - ten list demaskuje wszystkie niecne zagrywki Czadobloga. Wszystkie ustalenia, które spisałem własną krwią na ostatnim posiedzeniu naszej tajnej loży zostały ujawnione...
Bracia w kapturach już mnie ścigają za niewybaczalną nieostrożność, przecież wszystkie tajne pakty tracą ważność. Jedyne co mi zostało to w ramach przeprosin podarować prezesowi Smagorowiczowi płaszcz naszego bractwa MZCZRCh** na znak kajania się za wszystkie moje winy.

PS Szegda, uprzejmie proszę, opisz jeszcze nasze posępne spiski kiedy Ruch Chorzów walczył o licencję w ekstraklasie:)
PS1 Omega patrzy na mnie ze zgrozą. ''To wszystko przez ciebie?!'' - woła, a potem się krztusi i przestaje nawet na chwilę tikać.
PS2 Podczas czytania tego listu rozdziawiłem usta, ale muszę przyznać, że zdanie ''Nigdy nie byliście i nie jesteście kibicami Ruchu a wasze gaże za pisanie bzdur są tak samo wypchane bezsensem jak kilkudziesięciotysięczne wypłaty piłkarzy Ruchu'' znamionuje pewne obeznanie literackie;-)
PS3 Pozdrawiam Tomasza Fornalika i mam nadzieję, że będzie trenerem Ruchu nie tylko przez te trzy krótkie lata.
PS4 Piszcie do mnie nawet gdy rozpacz zżera Wam mózg...

*no chyba, że to prowokacja
** ''Mającego Za Cel Zniszczenie Ruchu Chorzów''
środa, 15 sierpnia 2012
A jak to wygląda w Holandii

O systemie kart kibica było TUTAJ. A poniżej kolejny list od Czytelnika, który opisuje własne doświadczenia w tej materii wyniesione podczas pobytu w Holandii.

"Witam Pana!

Właśnie przeczytałem list, który Pan zamieścił na swoim blogu i mam bardzo podobne doświadczenie. Byłem ostatnio w Holandii więc przy okazji grzechem byłoby nie skorzystać i nie przejść się na kilka stadionów. 
Więc wystartowałem z typowo polskimi przyzwyczajeniami do polowania na bilety. Karta Kibica, spisanie danych osobowych, wizyta w klubie, może jakieś logowanie na stronie, albo coś podobnego. A tu nic. Zero. 
Pierwsze podejście Ajax Amsterdam - Celtic Glasgow. Szukam biletu na stronce, a tu informacja, że bilet mogę kupić w takich holenderskich kioskach ruchu, na terenie całej Holandii! Bez dowodu osobistego, bez karty kibica... Myślę sobie? Co? Może to jakaś forma imprezy niemasowej? A w życiu. Ponad 20 tysięcy ludzi na meczu, żadnego "macania" przed wejściem, plecak w ręce, żaden problem. Kibice Celticu (a było ich prawie 2 tysiące) chodzą wśród kibiców Ajaxu, cisza, spokój...
Drugie podejście AZ Alkmaar - Real Mallorca. Następna niespodzianka, mecz za darmo, praktycznie żadnej kontroli, prawie pełny stadion, można siadać gdzie się chce, żadnych stewardów, ochroniarzy kilku tylko się w oczy rzuciło.
Etap kolejny: ADO Den Haag - Newcastle Utd. Tutaj straszą mnie wszyscy znajomi w Holandii, że to "kibole" i w ogóle koniec świata. Bilet kupuję tak samo jak na Ajax, facet w kiosku mi go normalnie drukuje na specjalnej drukarce, a przy okazji też ostrzega, że to tacy źli kibice są:) Bilet również bez wyznaczonego miejsca na stadionie (!) Więc szykuję się jak na wojnę. A tu powtarza się sytuacja z poprzednich meczy, znikoma kontrola osobista, żadnego legitymowania, spisywania danych. Kibice Newcastle również w kilkaset osób pojawiają się na meczu, kordonów bezpieczeństwa brak, wszyscy spacerują sobie wokół stadionu, pod stadionem inne atrakcje: pokaz Harleyów, możliwość treningu kickboxerskiego, małe boisko dmuchane dla dzieci. Atmosfera sympatyczna, a przy okazji pojawia się również delegacja kibiców Legii Warszawa.
Dziwne, prawda? 
Zainteresowałem się meczami ligowymi (niestety już nie zdążyłem się na żaden wybrać, bo wróciłem do kraju), ale okazuje się, że też na dużą część meczów nie trzeba mieć żadnej karty kibica, nigdzie się logować, ani zostawiać swojego PESEL-u, numeru dowodu osobistego, czy numeru buta. A jak już jest potrzebna karta kibica, to na jedną można kupić do czterech biletów:)
A czy u nas nie może być normalnie?
Pozdrawiam!"

Dane do mojej wiadomości.

PS A poza tym Omega.

PS1 Eins, zwei, drei, vamos! 

wtorek, 14 sierpnia 2012
Dość absurdów!

Myślałem, że budowa nowoczesnego stadionu według standardów europejskich rozwiąże problem braku wstępu kibiców gości. Okazuje się, że w Polsce nie rozwiąże.

Przy okazji chcę zauważyć, że obecne standardy i beznadziejne przepisy oraz ustalenia za wszelką cenę mają człowieka zniechęcić do piłki nożnej. 

Kluby powinny wynająć prawników i zgodnie stawić opór.

Jeśli nie stawią - stracą - nazwijmy to po imieniu - potencjalnych klientów. A niech się nie łudzą - ludzi, którzy podchodzą do piłki nożnej w sposób jaki poniżej prezentuje autor listu, jest mnóstwo. Z rozrzewnieniem wspominam opowieści o tym jak przed wojną szło się na mecz jednej drużyny, potem drugiej, potem był obiad, później mecz drużyny niekoniecznie już futbolowej albo jakieś inne wydarzenie sportowe.

Przez absurdalne przepisy tamte czasy nie mają szans wrócić. Ich twórcom nie mieści się w głowie, że można iść na mecz po to żeby go zobaczyć, nawet jeśli nie jest się zdeklarowanym fanem którejś z drużyn.

Przeczytajcie uważnie:

"Chcę zwrócić uwagę na pewien problem.

Jestem kibicem Szombierek Bytom i regularnie chodzę na mecze IV ligi. Natomiast mam problem, gdy chcę kupić bilet na dowolny mecz ekstraklasy. Po prostu czasem chciałbym zobaczyc mecz na wyższym poziomie. Otóż nie wystarczy sam bilet. Trzeba również wyrobić sobie kartę kibica. Kiedyś chodziłem od czasu do czasu na Ruch, Górnik i GKS Katowice. Dziś musiałbym mieć kilka kart kibica śląskich klubów gdybym chciał chodzić na mecze ekstraklasy! Wielu kibiców ma ten problem: są kibicami drużyny z niższej ligi i gdy sporadycznie chcą iść na mecz ekstraklasy to muszą wyrobić kartę kibica.
Doszło do takiej absurdalnej sytuacji, że dziś łatwiej mi zdobyć bilet na Bundesligę i Premiership:
- w zeszłym roku byłem na meczu Hoffenheim - Borussia Dortmund. Kuzyn kupił mi bilet przez Internet i zaprosił do siebie;
- w tym roku byłem na meczu Reading - Nottingham oraz Liverpool - WBA. Bilet na Liverpool kupiła mi ciocia, która mieszka w Reading - 600 km od Liverpoolu.Telefonicznie zarezerwowała bilet i Liverpool przysłał jej bilety do domu;
- teraz sam bez problemu loguję się na stronie np. Hannoveru i mogę kupić bilet i klub przyśle mi bilet do domu lub na wskazany adres w Niemczech;
 
A teraz sytuacja w Polsce:
- w przyszłym tygodniu Śląsk Wrocław gra z Hannoverem. Mieszkam w Rudzie Śląskiej - 200 km od Wrocławia. Na maile Śląsk Wrocław nie odpisuje niestety. Zadzwoniłem do klubu i chciałem kupić bilet. Niestety nie ma takiej opcji. Wszystko trzeba załatwić osobiście na miejscu!!! Nie mogę kupic biletu przez Internet lub telefon. Proponowałem, że prześę skan dowodu osobistego a pieniadze wpłacę na konto. Niestety nie ma szans.
- w zeszłym roku podobna sytuacja była gdy Wisła Kraków grała z Fulham. Wtedy bilet kupiła mi znajoma, która mieszka w Krakowie. Niestety nie mam nikogo we Wrocławiu, a nie pojadę 200 km w jedną stronę tylko po to, by osobiście kupić bilet.
 
Konkluzja:
- rodzina za granicą może mnie zaprosić do siebie i kupić mi bilet na mecz. Niestety ja nie mogę zrewanżować się tym samym. Nie mogę zaprosić kuzyna do Krakowa i Wrocławia, wyjsć na miasto a potem zobaczyć mecz na nowym stadionie. Pomijam już fakt, że np. Niemcy nie mają PESEL i są kłopoty, żeby kupić im bilet w Polsce;
- tu w Polsce zalogowałem sie w Ticket-Shopach w niemieckich klubach Bundesligi. Teraz bez problemu mogę kupić bilet w Polsce, zapłacę kartą kredytową, bilet dostanę kurierem do domu i idę na mecz. W Polsce durne Karty Kibica trzeba załatwiać OSOBIŚCIE!!!
- niestety dużo łatwiej kupię bilet na BUNDESLIGĘ niż na naszą Ekstraklasę. Jeszcze żeby było śmieszniej: Pani ze Śląska Wrocław narzekała, że jest małe zainteresowanie meczem Śląsk Wrocław - Hannover. No a jak ja chcę kupić bilet to muszę jechać 200 km!!!!
Zniechęciłem się do meczów w polskiej lidze. Wolę 1-2 razy w roku jechać na Bundesligę (...)"
pozdrawiam
                                                                  %
Dane kibica zostawię dla siebie. Moim zdaniem ten list dobitnie pokazuje, że absurdalne zapisy hamują rozwój piłki nożnej w Polsce.
PS A poza tym Omega.
piątek, 20 lipca 2012
Kompleks kibica Ruchu Chorzów

Postanowiłem otworzyć nową rubrykę pod hasłem ''listy od Czytelników''. Dostaję maile z ciekawymi spostrzeżeniami kibiców, z których wiele się dowiaduję. Szkoda niektóre obserwacje trzymać tylko dla siebie.

Jeśli chcecie się czymś podzielić - piszcie. Zachęcam: pawel.czado@katowice.agora.pl

Dziś jeRemi:

''Jechaliśmy na mecz, czterech 30-sto latków (choć bliżej nam do 40-stki i jak się później okazało każdy z nas bał się odezwać pierwszy (a jak mawia klasyk, na każdym zebraniu zawsze jest tak że ktoś musi być pierwszy) żeby nie być posądzony o śląskie kompleksy.

Jednak ja nie wytrzymałem. Dostałem maila od jednego z serwisów bukmacherskich. W tytule i treści mniej więcej tak: "Legia i Lech zaczynają przygodę w LE. Zagraj z nami etc. O Ruchu cicho sza..."

Na to kumple jeden po drugim nagle się "otworzyli". Radio **** [gwiazdki moje, bo nie o konkretne radio, a o zjawisko chodzi, przyp.pacz] i jeszcze jedna stacja w podobny sposób zapowiadali piłkarski czwartek. Grają Legia i Lech, oceńmy ich szanse itp, o Niebieskich ani słowa. Zaczęliśmy się niepokoić że może jedziemy na mecz którego w ogóle nie ma...''

Przypadek? Wychodzą z nas kompleksy?''

Co myślicie? Z JeRemiego i jego kumpli wychodzą kompleksy?

PS Omega nie sądzi.

Archiwum