sobota, 23 maja 2015
Wiadomo kto znowu będzie podbierał piłkarzy

Według danych Instytutu Żywności i Żywienia polskie dzieci tyją najszybciej w Europie.

Województwo w którym jest obecnie największy w kraju odsetek dzieci z nadwagą to mazowieckie - 32 procent. Z kolei województwo w którym jest najniższy odsetek dzieci z nadwagą to śląskie - 16,5 procent (prawie dwa razy mniej).

Można z tego wyciągać różne wnioski dotyczące różnych dziedzin - sądzę, że spece od futbolu i wychowywania piłkarskich talentów też powinni się zastanowić.

Prawda jest taka, że dzieciak może mieć brylantową technikę i niezwykły dar przyswajania taktycznych niuansów, ale jeśli byłby  grubasem - przekonanie do siebie poważnych trenerów będzie niemożliwe. Oni będą wybierać wśród dzieci bez nadwagi i - choć przykro to pisać - trudno im się dziwić.

Jeśli tendencja z grubawymi dziećmi będzie narastać to efekt wykluje się oczywisty - zdecydowanie większy wybór talentów bez oponki będzie do dyspozycji na Śląsku niż w Warszawie.

Co za tym idzie? Oczywiście stolica nie da się zepchnąć w cień jeśli wziąć pod uwagę moc zawodowych drużyn piłkarskich. Warszawa sobie poradzi. Siła tamtejszych ekonomicznych podmiotów sprawi, że nasze rodzime talenty będą tam zasysane, ale rzesze miejscowych grubasów też wypełnią swoje zadanie - będą kibicować im z trybun i zostawiać pieniądze podczas meczów (choćby na jedzenie).

Szczerze powiedziawszy - trudno mi sobie wyobrazić w jaki sposób Śląsk mógłby się zjawisku, które niechybnie nadejdzie, oprzeć. Jeśli wszystko będzie kwestią ceny - walka z tendencją będzie jak wybieranie sitkiem wody z wanny.

Zjawisko, które nadejdzie nie da się oczywiście przyrównać ze zjawiskiem z czasów PRL-u kiedy Legia korzystała na wcielaniu naszych talentów do wojska. Dlaczego?

Po pierwsze - wtedy zasysano piłkarzy właściwie już ukształtowanych, mogących od razu wzmocnić pierwszy skład. Teraz będzie się zasysać nastolatków, do tego takich, którym daleko będzie do pełnoletności. Stołeczni spece już udowodnili, że potrafią przekuć małoletni talent w spełniającego oczekiwania piłkarza.

Po drugie - wtedy pobyt śląskiemu piłkarzowi na Łazienkowskiej obiektywnie pomagał w karierze. Wracając zawsze był piłkarzem lepszym niż wyjeżdżał. Teraz jeśli będzie naprawdę dobry - Warszawa nie będzie miała żadnych problemów żeby go zatrzymać.

PS Czy wiecie, co łączy choćby Zryw Chorzów, Rozbark Bytom, Siemianowiczankę, Pogoń Nowy Bytom, KS Chorzów, Piast Gliwice, Polonię Bytom, GKS Tychy, Concordię Knurów,  06 Mysłowice, Kresy Chorzów, 1. FC Katowice, Preussen Katowice, LZS Krzanowice, Stal Bobrek Bytom, Czarnych Chropaczów, Górnika Mikulczyce, AKS Chorzów, Pogoń Katowice, LZS Orzepowice, Kolejarza Katowice, Azoty Chorzów, KS Dąbrówka Mała, GKS Katowice, Unię Racibórz, Czarnych Gorzyce, Kościuszko Chorzów czy Slavię Ruda Śląska? Otóż wychowankowie wszystkich tych górnośląskich klubów grali dla Legii w ekstraklasie. Ciekawe jaki klub dołączy do tego grona następny? Macie jakieś typy?

PS1 Czytelników muszę przeprosić lecz w tej chwili Czadoblog nie ma głowy do... siebie. Projekt, który mnie frapuje  i zajmuje bez reszty wymaga wielu podróży po Polsce. To jeszcze potrwa więc wpisów nadal będzie mało. Ale obiecuję, że kiedy skończę to wrócę.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

18:07, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (20) »
wtorek, 16 grudnia 2014
Recenzowanie książek. Wolę być frajerem

Dochodzą do mnie głosy, że dziennikarz, który recenzuje za darmo książkę jakiegoś wydawnictwa jest frajerem psującym rynek kolegom z branży, bo przecież mógłby na tym normalnie zarabiać i do tego dać zarabiać innym.

Większej bzdury dawno nie słyszałem. Mam zdanie całkowicie odmienne. Polecam na Czadoblogu książki sportowe, które mi się podobają (lub które warto przeczytać z innych względów niż jakość literatury). Robię to i będę robił ZAWSZE ZA DARMO, bo:

- po pierwsze - nie zarabiam wpisami na tym blogu, tak sobie założyłem i tego się trzymam;

- po drugie - mam gdzieś, że mógłbym psuć jakiś wyimaginowany rynek;

- po trzecie - zakładam, że książki sportowe to ciągle tak nierozwinięta dziedzina w Polsce, że ciągle warto jej pomagać się rozhuśtać. Pomagać. Nie zarabiać.

Dla mnie prawdziwą szują jest ten dziennikarz, który recenzuje czyjąś książkę jedynie dlatego, że bierze za to pieniądze, a - teraz będzie ważne, skupcie się - czytelnik tej recenzji w momencie jej czytania NIE MA POJĘCIA, że autor wziął za to konkretne działanie szmalec. Znacie takich palantów?

Natomiast z opiniami, że dziennikarz recenzuje jakąś książkę tylko za to, że dostaje ją za darmo nie chce mi się w ogóle dyskutować*. To jest właśnie esencja bycia mendą: mierzyć innych własną miarą. Znacie takich palantów?

PS Przypominam, że właśnie ogłosiłem konkurs. Jedno z wydawnictw przysłało mi książkę a ja po lekturze uznaję ją za znakomitą więc z czystym sumieniem polecam. W dodatku możecie ją w prosty sposób wygrać.

PS1 Wzdrygnięcie Omegi. 

PS2 Uwaga do ewentualnych wydawców: jeśli kiedykolwiek chcielibyście umieścić recenzję na Czadoblogu niech wam nie przyjdzie do głowy oferować mi za to pieniądze. Obrazilibyście mnie, nie jestem mendą. Kaprys recenzowania w tym miejscu za darmo będzie trwał. Zarabiam w inny sposób.

*jako człowiek elegancki nie będę wymieniał tytułów, które mi przysłano a których nie zrecenzowałem dlatego, że cierpko w ustach się robiło, albo dlatego, że nie potrafiłem doczytać do końca.

11:02, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (20) »
sobota, 03 maja 2014
Co to za miasto, co to za wieś

Wrocław jest fantastycznym miastem, każdy to wie. Spacerując po Ostrowie Tumskim można aż westchnąć. Świetne miejsce do życia. Szkoda jednak, że żyją tam również tacy ludzie...

Byłem dziś na meczu Piasta Gliwice ze Śląskiem Wrocław. O spotkaniu nie chce mi się pisać, jego poziom dokładnie oddawał poziom reformy rozgrywek, która spowodowała, że musiał być rozegrany. Tym razem będzie więc o obyczajach.

Wiadomo, że stadion to nie opera, ale przecież również nie burdel albo więzienie. Problem ze stadionami jest taki, że obywatele chcący zobaczyć mecz piłkarski muszą znosić ludzi, którym kloaczne nawyki całkowicie weszły w krew, mało tego: są w dodatku z tego dumni.

Na stadion Piasta raczyła dziś zawitać dość duża grupa mieniąca się kibicami Śląska. Wiadomo, że klubom piłkarskim kibicują przedstawiciele różnych klas społecznych - profesorowie, lekarze, robotnicy, studenci, bezrobotni, złodzieje albo prostytutki.

Nie wiem do jakiej grupy można zaliczyć fanów, którzy przyjechali za Śląskiem i właściwie nie chcę wiedzieć. Wiem, że tym razem aż westchnąłem - bynajmniej nie z zachwytu.

W trakcie meczu spiker jak nakręcony prosił o kulturalny doping i zaprzestanie skandowania wyzwisk czy wulgaryzmów. Wcale mu się nie dziwię i doskonale go rozumiem, choć zazwyczaj chamstwo nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Jednak knajacki zaśpiew, który wielokrotnie raczył był się dziś wydobyć z przyjezdnych paszczy woła o pomstę do nieba. Brzmiało to tak:

"Co to za miasto

co to za wieś

ani poruchać

ani coś zjeść!"

Rozumiem, że w założeniu zaśpiew miał dawać wyraz cywilizacyjnej wyższości Wrocławia nad Gliwicami.

Cóż, właściciele paszczy nie muszą być wykształceni. Nie muszą wiedzieć, że Gliwice - bodaj najpiękniejsze z górnośląskich miast - dalekie są od jakichkolwiek kompleksów w tym względzie a sugerowanie im prowincjonalności w taki sposób może wywołać jedynie uśmiech politowania (oczywiście dla jednych wyrazem prowincjonalności będzie brak dobrych bibliotek i muzeów, a dla innych brak dobrych burdeli - ale nawet w tym przypadku "goście" z Wrocławia nie odrobili lekcji:/

Cóż, właściciele paszczy nie muszą grzeszyć empatią. Właściwie nie obchodzi mnie, że kibicom brak umiejętności wczucia się w uczucia innych - tym razem własnych żon, dziewczyn i chłopaków, których pozostawili we Wrocławiu. Na pewno nie jest miło słyszeć w telewizji wrzask kochającej połówki, która przed chwilą wysłała czułego sms-a, a teraz na wyjeździe w Gliwicach żałuje, że nie ma gdzie poruchać...

Cóż, właściciele paszczy nie muszą znać historii własnych rodzin. Pozwalam sobie jednak szczerze powątpiewać, że ich pradziadowie mieszkali w większych miejscowościach niż Gliwice...

Tak naprawdę boli mnie jednak co innego. Boli mnie, że bezradny ojciec, który zabrał na ten mecz dziesięcioletniego syna mógł być dziś narażony na pytanie dziecka: "tatusiu, a o co chodzi z tym ruchaniem?"

"Niech się dzieciak uczy, życie to nie paczka czekoladek" - powie ktoś. Przepraszam bardzo - osobiście wolałbym żeby mojego bajtla w tym wieku tak intymnych spraw nie uczyła ulica. Żeby nie musiał dowiadywać się o szczegółach z takich paszcz.

Dlatego jestem więc za tym żeby klub narażony na przyjazd tego rodzaju Hunów (nie obrażając Hunów) miał prawo odmówić im wpuszczenia na mecz w następnym sezonie. Chciałbym żeby PZPN to rozważył. To przecież tak jakbyś kogoś zaprosił do domu a ten ktoś oddał mocz na twoją twarz.

Tak, wiem, że piłka nożna jest dla kibiców. Ale czy zawsze musimy tolerować na stadionie kibiców chamów i kibiców prostaków, którzy w dodatku to żenujące chamstwo i prostactwo rozsiewają w perfidnie zaplanowany sposób?!

PS dziś nie będzie na znak protestu.

19:48, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (25) »
niedziela, 27 kwietnia 2014
Tak traktuje się rasistów. Nie do powtórzenia

W II połowie dzisiejszego meczu Villareal z Barceloną zdarzyło się coś czego jeszcze nigdy podczas piłkarskiego meczu nie widziałem. Myślałem, że zwyczaj obrzucania piłkarzy bananami bezpowrotnie trafił na śmietnik zapomnienia tymczasem obrońca gości Dani Alves, harcujący jak zwykle przy linii bocznej zderzył się z taką właśnie sytuacją. 

Było w tym incydencie coś niezwykle haniebnego, aż dech zatyka z obrzydzenia kiedy uświadamiasz sobie, że rzucający bananem może być kibicem tej samej drużyny co ty.

Reakcja Daniego Alvesa była fantastyczna. Rozwścieczony Brazylijczyk (chyba bardziej wynikiem niż zdarzeniem, Barcelona w tym momencie przecież przegrywała) roztargał skórkę i jednym wściekłym kęsem połknął banana. Pożarł go, dla mnie to było jakby jednym chapnięciem pożarł idiotę, który rzucił owoc na murawę.

Byłem zachwycony, od razu uzmysłowiłem sobie jednak, że to jest gest - a właściwie kęs - nie do powtórzenia.

Rasiści są przecież diabelsko sprytni w tej swojej żenującej przebiegłości. Podejrzewam, że może teraz nastąpić wysyp bananów na europejskich boiskach. Kęs Alvesa będzie zapewne szeroko komentowany i powszechnie znany. Myślę, że trybuny zapewnią nam jeszcze kolejne tego typu zdarzenia - po to żeby kolejny sprowokowany piłkarz zjadł następnego banana. Żeby wzorem Daniego Alvesa pokazać co do gnojkach myśli.

Rasistów zawsze podejrzewam o najgorsze. Po co kolejne banany? Po co prowokować jakiegoś zawodnika żeby "powtórzył Daniego Alvesa"? Cóż, taki banan mógłby w przyszłości zostać nasączony niepożądaną substancją powodującą skutki trudne do przewidzenia. Jakiś mały bananowy doping? Mogłoby potem okazać się, że "czarnuch" nie dość, że czarny to jeszcze się szprycuje. A szprycuje się dlatego, że "czarnuch". Fajnie, co?

Na miłośników bananów jest jeden sposób. Absurdalny na pierwszy rzut oka, ale moim zdaniem jedyny słuszny.

Osoby, które przyniosą banana na mecz powinny dostawać zakaz stadionowy. Bezwarunkowy. Apeluję - powstrzymajmy się od jedzenia bananów na stadionach i nie traktujmy tego jako ograniczenie swobód obywatelskich.

A oburzonych piłkarzy proszę żeby jednak rzucanych z trybun bananów nie jedli. Dla własnego dobra.

PS Żeby ten wpis miał jakiś prawdziwie futbolowy akcent - pragnę zwrócić Wam uwagę na gol Triguerosa (na 2:1 dla Villareal). Bramka kolejki na świecie, co?:).

PS1 Messi co prawda strzelił gola, ale coraz bardziej niepokoję się przed mundialem. To nie jest ten sam facet.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym Scylla i Charybda zapraszają reformę do siebie.

23:30, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (23) »
sobota, 26 kwietnia 2014
Modlitwa

Wiadomo jak dla ludzi wierzących ważna jest modlitwa, nie ma przecież wiary bez modlitwy. Rozumiem ludzi wierzących, którzy o wierze publicznie mówią, istotą wiary jest bowiem chęć podzielenia się nią z innymi. W każdych okolicznościach. Każdych a więc także piłkarskich.

Zdumiał mnie jednak Leszek Ojrzyński. Trener Podbeskidzia na pomeczowej konferencji w Krakowie opowiadał jak modlił się do Jana Pawła II o zwycięstwo w ligowym meczu z Cracovią. 

Rozumiem przywiązanie do Jana Pawła II, człowieka, który zaraz zostanie świętym. Ale zdumiewa mnie ta konkretna deklaracja. Z dwóch powodów.

Powód pierwszy: nie rozumiem modlitwy w sytuacji kiedy coś ma przynieść korzyść mnie jednocześnie przynosząc niekorzyść drugiemu. Zwycięstwo Podbeskidzia to przecież jednocześnie porażka Cracovii. Czy trener Leszek Ojrzyński uważa, że jego modlitwa jest lepsza, silniejsza, bardziej Boga przekonująca od modlitw ludzi związanych z przeciwną drużyną? Modlitwy nie da się moim zdaniem poważnie traktować w takich kategoriach. Rozumiem, że można modlić się o uniknięcie kontuzji, rozumiem uczynienie znaku krzyża przy wchodzeniu na boisko. Nie rozumiem modlitwy o zwycięstwo w meczu piłkarskim.

Powód drugi: modlitwa do zmarłego papieża o zwycięstwo akurat nad drużyną, której przecież był gorącym kibicem to dla mnie krok ze wszech miar..., szukam właściwego epitetu, ...dziwaczny. 

Tak, wiem, że Podbeskidzie wygrało w Krakowie 1:0. Generalnie rozstrzygnięcie meczów piłkarskich to moim zdaniem wyłącznie sprawa przygotowania, formy i szczęścia. Dziwię się, że można w to mieszać Boga.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. 

14:49, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (18) »
piątek, 11 kwietnia 2014
Wracam do świata żywych

Dawno temu grałem w piłkę nożną osiem godzin dziennie. Dzięki temu wyrobiłem sobie świetną kondycję, bardzo dużo biegałem po boisku. Całe życie grałem na asfalcie, a kto spędza na nim aż tyle czasu moim zdaniem musi wyrobić sobie dobrą technikę.

Szczytową formę miałem w ogólniaku, potem wszystko zaczęło się zmieniać. Na studiach jeszcze kopałem, ksywka "Caniggia" była ciągle aktualna. Potem jednak było coraz gorzej. A właściwie - dzięki masie - coraz "ciężej". Siłą rzeczy zacząłem tracić jeden z atutów czyli wytrzymałość. Wreszcie nie wytrzymało kolano. Raz, a potem drugi.

Nadszedł czas, o którym myślałem, że w moim przypadku nigdy nie nadejdzie. Przestałem już kopać, co najwyżej tylko oglądałem kopanie. Kiedyś sądziłem, że ten stan dopadnie mnie co najwyżej przed 2050 rokiem...

Kiedy osiągnąłem 105 kilo uznałem, że muszę coś zrobić. Robiłem i robiłem, wreszcie wracam. W weekend nasza gazetowa drużyna gra sparing. Potem mamy zagrać w turnieju...

Nie oczekuję od siebie zbyt wiele. Nie mam kondycji. Najbardziej pasowałaby mi rola rozgrywającego, który nie wychodzi z kółka, ale kiedy gra się pięciu na pięciu ten przebiegły plan nie ma racji bytu;)

Żeby samego siebie pokrzepić daję u góry tego wpisu fotkę ze schyłkowego okresu mojego regularnego kopania piłki. To był 1997 rok. Stadion Piasta Gliwice (naprawdę!). Na fotce reprezentacja polskich dziennikarzy przed meczem z Anglią. Przegraliśmy go 3:4. U gości zagrali Terry Butcher i Trevor Brooking. Właśnie wtedy przeżyłem najbardziej wstrząsające piłkarskie doznanie w życiu. Terry Butcher wyskoczył obok mnie żeby wybić piłkę głową z własnego pola karnego, a jego biodro ze świstem znalazło się na wysokości mojej przerażonej twarzy. Właśnie wtedy uzmysłowiłem sobie ostatecznie - to nie jest tak, że człowiek z ulicy może przyjść i pograć z zawodowcami jak równy z równym:)

Opis zdjęcia. Od lewej w dolnym rzędzie: Andrzej Szarmach (gastspieler), Czadoblog, Kazimierz Oleszek ("Piłka Nożna"), Dariusz Tuzimek (dziś nc+, wtedy chyba "Życie"), Kazimierz Mochliński (angielski korespondent "Sportu), Maciej Weber (wtedy chyba "Życie").

Od lewej w górnym rzędzie: tego pierwszego faceta nie pamiętam, Marcin Jaroszewski (wtedy "Przegląd Sportowy", dziś prezes Zagłębia Sosnowiec), Rafał Zaremba (wtedy "Sport", dziś naczelnik Wydziału Kultury, Sportu i Turystyki w chorzowskim Urzędzie Miasta), Włodzimierz Lubański (gastspieler), Jerzy Dusik (wtedy "Super Express", dziś właściciel agencji dziennikarskiej, współpracownik kilku gazet), Andrzej Grygierczyk (wtedy "Sport", dziś jego redaktor naczelny), Andrzej Twarowski (Canal Plus, teraz nc+), Tomasz Gorazdowski (III Program Polskiego Radia).

Dzięki temu meczowi mam w c.v. akcję Czado - Szarmach - Lubański... To już zostanie na całe życie! (tak naprawdę pan Lubański krzyknął tylko do mnie "Dawaj piłę, dawaj!" kiedy przekroczyłem z piłką linię środkową. Posłusznie zagrałem mu na skrzydło. "Wkręcił" jakiegoś Anglika, zacentrował do pana Szarmacha, strzał tego drugiego minimalnie minął bramkę gości. I to już, koniec... Mój udział w tej akcji był symboliczny, do tego w tej konfiguracji personalnej zdarzyła się tylko jeden raz. Ale co z tego: była? Była!:)

PS Sparing, w którym zmartwychwstanę jako piłkarz zagramy na "Bugli". To bliskie mi miejsce, jako bajtel latem bywałem tam na basenie codziennie. Dziś można tam też zagrać w piłkę. Pewnie mało kto pamięta ale "Bugla" to miejsce bardzo zasłużone dla śląskiego sportu. Jeszcze przed wojną mówiono o nim "Buglowizna".

Pisałem już, że nazwa Bugla pochodzi od nazwiska bogatego właściciela tych terenów. Pierwsze kąpielisko otwarto na tym terenie w 1927 roku. W tym czasie był to wykopany w ziemi basen obłożony wokół deskami, które ułatwiały nawroty. Miał olimpijski dystans (50 m) i sześć torów. Właśnie na Bugli dokonywały się zmiany w obyczajowości Ślązaków. Dziennik "Polonia" z 1930 roku donosił o nowym pomyśle: osobnych godzinach kąpieli dla mężczyzn i kobiet. Później ten pomysł zarzucono... W 1935 roku tuż obok wybudowano nowy betonowy kompleks basenowy Miejskich Zakładów Kąpielowych, który istnieje do dziś (tam nauczyłem się pływać). W momencie powstania był drugim co do wielkości kąpieliskiem w Europie Środkowej (po budapeszteńskim Palatinusie). Baseny Bugli były otwarte dla publiczności, wyczynowcy zajmowali skocznię i dwa baseny późnym popołudniem. Zbiorniki były zasilane wodą z kopalni Wujek. Aż trzy katowickie kluby zbudowały na Bugli szatnie: Erster Schwimmverein Kattowitz, Pogoń i Dąb... 

PS1 A po za tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym "reforma ligi" powinna wrócić tam gdzie jej miejsce.

14:12, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (14) »
piątek, 14 lutego 2014
Jeśli nie jesteś martwy to żyjesz. List z 1945 roku

O tym, że piłka nożna się rozwija świadczy nie tylko to co i jak dzieje się na boisku, nie tylko jak bardzo zmieniają się stadiony, jak poprawia baza. Rozwój można zaobserwować w pozornie odległych od czystego futbolu elementach, to oczywiste.

Przykład pierwszy z brzegu: lekarze. Dziś w śląskich klubach nie ma z nimi problemu. Piłkarze mają zagwarantowaną opiekę w każdym momencie. Umocowanie zawodowe lekarza w klubie może być różnorakie, jedna z naszych drużyn ekstraklasy ma do dyspozycji doktora dzięki umowie podpisanej z centrum medycznym. Lekarz jest do dyspozycji na żądanie.

Czasem klubowy lekarz pracuje na co dzień w szpitalu albo na pogotowiu i może się przytrafić, że... trzeba ratować kibica "przeciwległego" klubu. Jako profesjonalista oczywiście nie ma z tym problemu, mimo że zarówno on jak i pacjent zauważają, że smycze na których noszą klucze są w... "przeciwległych kolorach" (takie sytuacje na Śląsku naprawdę się zdarzały:)

Czadoblog miał do czynienia z dawnym klubowym lekarzem GKS-u Katowice. Dr Julian Szczerba, chirurg, jakoś tak na przełomie lat 80. i 90. wbiegał na boisko w rozwianym płaszczu do piłkarzy, którzy zwijali się w bólu. Zwykłych pacjentów - takich jak Czadoblog - przyjmował w przychodni na Załężu. Bardzo sympatyczny pan, ale z pacjentami się jednak nie patyczkował. Stosował zasadę: "jeśli nie jesteś martwy znaczy, że żyjesz":) Chyba słusznie, bo pamiętam jak roztkliwiałem się nad sobą kiedy zszedł mi paznokieć w największym paluchu lewej nogi a nowy wrastał w mięso i znów trzeba było go na nowo zrywać (to efekt ponad czterdziestu godzin tygodniowo, które spędzałem na boisku szkolnym:)

Gdyby wydawało Wam się, że lekarze i drużyna piłkarska to mariaż oczywisty - możecie się grubo pomylić. Kiedyś piłkarze nie zawsze mogli liczyć na lekarzy. Fatalnie pod tym względem było przede wszystkim tuż po wojnie. Od czegoś trzeba było jednak wtedy zacząć. Właściwie nie od czegoś: od zera.

Dowodem może być niezwykłe wręcz pismo z 19 kwietnia 1945 roku wysłane przez Śląski Związek Piłki Nożnej do Izby Lekarskiej w Katowicach. To z powodu tamtego listu wymyśliłem sobie ten wpis. Przypominam, że 19 kwietnia wojna ciągle trwa, Adolf Hitler jeszcze żyje, choć zapewne myśli już o samobójstwie (popełni je ostatecznie 11 dni później).

Ale na Górny Śląsk wpada wiosna - o wojnie już próbuje się zapomnieć, ludzie chcą żyć. Po prostu. A wiadomo, że kiedy chcesz żyć to - jeśli jesteś normalny - zaraz zaczynasz rozglądać się za boiskiem piłkarskim:)

I właśnie w takim momencie, we wspomnianym 1945 roku pojawił się niespodziewany problem. Kości trzeszczały na boiskach tak samo jak dziś ale wtedy nie miał się nimi kto zająć. Świadczy o tym pismo do lekarzy wysłane w naprawdę dramatycznym tomie:

                                    Do Izby Lekarskiej

Zwracamy się z uprzejmą prośbą o wykazanie nam lekarzy miłośników piłki nożnej, którzy poza pracą zawodową uczęszczają na imprezy sportowe.

Organizując na nowo sport w nowej Polsce mamy w pierwszym rzędzie na uwadze zdrowotność zawodnika, a w szczególności zapobieganie nieszczęśliwym wypadkom podczas zawodów.

Będący wówczas na boisku lekarz miałby za zadanie udzielić zawodnikom pierwszej pomocy i wydać zarządowi klubu stosowne wskazówki odnośnie chorego.

W zamian za to Zarząd Okręgu zobowiązuje się wydać wszystkim lekarzom legitymację upoważniającą do wolnego wstępu na wszystkie boiska na terenie województwa śląsko-dąbrowskiego z zarezerwowanym miejscem "Lekarz Dyżurny".

Fajne pismo, co? Ciekawe czy dziś znalazłby się jeszcze lekarz będący jednocześnie "miłośnikiem piłki nożnej", który zdecydowałby się pracować we futbolowym biznesie za free + darmowe miejsce na trybunach:) Tak poważnie - to oczywiście nie byłoby dobre: jak wymagać odpowiedzialności od kogoś kto wykonywałby pracę za darmowy wjazd? No i miałby taki spec kibicować czy raczej pracować? Z drugiej strony pamiętajcie, że wtedy kluby nie miały pieniędzy na nic. Mimo to po przejściu frontu boiska opustoszały tylko na chwilę, a brak sprzętu powodował, że trzeba było sobie jakoś radzić. Jakiś problem? Co bardziej pomysłowi miłośnicy futbolu bez wstrętu grali w koszulkach uszytych z... hitlerowskich sztandarów.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

23:15, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (16) »
wtorek, 04 lutego 2014
Już wiadomo komu kibicują Bolek i Lolek

O tym, że świat zmienia się drastycznie świadczy nie tylko porównanie Porsche z 2014 roku z modelem sprzed 80 lat.

O tym, że świat zmienia się drastycznie świadczy nie tylko porównanie męskiej mody obecnie i sprzed 80 lat.  Wyobrażacie sobie dziś na przykład Kazimierza Grenia ewentualnie Zbigniewa Bońka w bufiastych, krótkich spodniach zapinanych pod kolanami? Gdyby przespacerowali się w takich spodniach na jakąś piłkarską galę publika patrzyłaby na nich jak na ekscentrycznych wariatów (oczywiście wariacje pumpów są modne i dziś - także wśród piłkarzy, choć właściwie to są... rurkopumpy).

O tym, że świat zmienia się drastycznie świadczy nie tylko porównanie telefonów obecnych i sprzed 80 lat. Wspólna właściwie jest już tylko końcówka -fon. No bo co taki smartfon ma wspólnego z tym czymś?

Powyższe Czadoblogiem jakoś specjalnie nie wstrząsa. Najważniejsze, że już 80 lat temu można było siąść za kierownicą. Ubrania i telefony nigdy się dla niego jakoś specjalnie nie liczyły. Ale uprzytomnił sobie, że świat się zmienia gdy przypomniał sobie pezetpeenowski przepis z 1934 roku. PZPN chciał wprowadzić zasadę, że piłkarz mógłby przejść z klubu do klubu na własne życzenie także wtedy gdy jako bezrobotny znalazłby stałą pracę w odległości 50 km od miejsca zamieszkania.

Zdumiewające, co? Wprawdzie wtedy był kryzys i teraz jest kryzys, ale sposób ich przeżywania też w jakiś sposób ewoluuje. To tak jakby Duszan Kuciak w Warszawie nie mógł znaleźć pracy i dałaby mu ją KWK Makoszowy. Kuciak grzecznie acz stanowczo żegna się więc z Legią i zgłasza akces do Górnika, w którym występuje po godzinach...

To przemawia do mnie najdosadniej. W takich wypadkach wiem, że świat z czasów moich dziadków i mój - to dwa różne światy. Odmienne galaktyki.

PS Tak mi się skojarzyła KWK Makoszowy (a ściślej KWK Sośnica-Makoszowy), bo tamta kopalnia ma trochę wspólnego z piłką. Na dole pracuje tam choćby Wiesław Budziński, wujek Lukasa Podolskiego. Kiedyś przyglądałem się jak piłkarz zajechał furą pod kopalnię żeby wujka przywitać:)

PS1 Do dziś uważam, że "Bolek i Lolek" obok "Porwania Baltazara Gąbki" to najlepsza polska kreskówka. Do dziś pamiętam jak za bajtla przeżywałem w kinie kiedy Bolek i Lolek podróżowali dookoła świata.

No i teraz ze zdumieniem dowiaduję się, że Bolek i Lolek są kibicami piłkarskimi. Ktoś uważny zauważył proporczyki na ścianach w ich pokoju na kreskówce z 1983 roku. Kibice dwóch śląskich klubów mają powody do satysfakcji.*

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

* oczywiście druga teza mówi, że to nie Bolek i Lolek są kibicami tych klubów tylko ówcześni rysownicy ewentualnie reżyser;)

20:14, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014
Kiedy gra Premier League Polacy są lepsi od Anglików

W "Dużym Formacie", reporterskim dodatku "Gazety Wyborczej", przeczytałem bardzo ciekawy wywiad z mistrzem kucharskim. Facet obecnie prowadzi dwie restauracje w Polsce, ale niezbędne doświadczenie przez osiem lat nabywał w Anglii. Tam się wyrobił i wybił - u nas dziesięć lat temu mógłby się jedynie wybić na szefa stołówki. Ma bardzo ciekawe spostrzeżenia z obszaru granicznego między kuchnią a piłką nożną.

Że co?! Obszar graniczny między kuchnią a piłką nożną? Owszem, coś takiego istnieje. Jednak nie w Polsce lecz na Wyspach. Za ten obszar odpowiadają Polacy, bo Anglicy... nie dają rady.

"Załoga w kuchni musi być jednym organizmem. Tylko tak można przetrwać mecze ligowe. Piekło. Anglicy oglądają je w knajpach. Piją i zjadają w potwornych ilościach steki, burgery, nuggetsy, ciabaty. Żyliśmy rozkładem meczów Premier League. Jeśli w normalny dzień w okolicach 22 jesteś spocony jak mysz, to w dniach meczowych pot leci ci do butów. Jeśli siedzę na mięsie, non stop pracuje 30 patelni. Człowiek szybko orientuje się czy jest kucharzem czy łajzą. Bez przygotowania czeka cię klęska [...] Nasz szef szybko zrozumiał, że podczas śród lepiej sprawdzają się Polacy. Angole to raczej katastrofa: robią wszystko wolniej, zapomną o kurczaku. Jak już zdołają zgrillować kurczaka, to o 20.00 okaże się, że nie ma sosu. Problem jest taki, że szef zwykle przymyka oko. Anglik to Anglik. Jest przyzwyczajony, że sam nie musi być perfekcyjny, bo to inna nacja chce u niego zarabiać i to raczej ona perfekcyjna być musi."

Tak sobie myślę, że gdyby pozbierać wszystkie doświadczenia Polaków sprawdzających się na obczyźnie, gdyby zapewnić im godziwe warunki u siebie - nie dość, że stworzylibyśmy jedną z najlepszych lig na świecie to jeszcze pierwsze skrzypce i perkusję graliby w niej Polacy.

Zgadzacie? A może macie własne doświadczenia w tej dziedzinie?

PS Muszę przyznać, że Boniek Zbigniew, który zapewne woli pesto od angielskiego żarcia, ostatnio mi zaimponował. Podwójnie.

Po pierwsze dlatego, że obecny prezes PZPN sam zauważa, że za jego rządów nie jest lepiej niż za rządów poprzednika. Pytany nie tak dawno przez "Przegląd Sportowy" jaki to był rok dla polskiej piłki nożnej - odpowiada: Taki jak poprzedni. I poprzedni. I jeszcze poprzedni. Czyli dobrze nie jest.

Myślę, że Boniek jest za skromny. Może i dobrze nie jest, ale to, że w jakiś sposób przyszło nowe - widać.  Oficjalne Radio Futsalu i Piłki Plażowej PZPN jest przecież jedyne w swoim rodzaju. Nową inicjatywą jestem zauroczony.

To przecież niezwykle cenna inicjatywa, kształtująca gusty młodych miłośników i adeptów. Ale dlaczego nie ma nic o niej na oficjalnej stronie PZPN? Dlaczego związek i pan Boniek nie chwalą się takimi sukcesami? To niedopatrzenie! Na szczęście rzutki prezes PZPN na pewno zmieni postać rzeczy (tylko nie mówcie mi, że o formacie radia w ogóle nie wiedział)...

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

08:08, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (21) »
piątek, 03 stycznia 2014
Podoba mi się kampania promocyjna Legii

Mocna. Konkretna. Prowokująca. Agresywna. Nie oglądająca się na maruderów. O niej się mówi.

Na tym to polega. Nie przypominam sobie żebym wyciągał ręce do góry po golu Legii, ale wyciągam je po jej kampanii. To świetny pomysł. Z przytupem.

Dziwię się opiniom oburzonych. Bzdurkami, które głoszą billboardy przejmują się ci, dla których ważniejsze jest co o nich samych ktoś pomyśli od tego co sami o sobie myślą. Ci, którzy mają kompleksy.

Osobiście żadnych kompleksów nie odczuwam, gdybym zobaczył taki billboard w Katowicach jedynie bym się uśmiechnął.

Kampania będzie prowadzona w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi i Gdańsku. To powoduje u mnie uczucia ambiwalentne.

Z jednej strony doceniam, że pokierował tym ktoś rozsądny, ktoś kto zdaje sobie sprawę, że taką kampanię można uskuteczniać wszędzie tylko nie na Górnym Śląsku. U nas byłyby to pieniądze wyrzucone w błoto - mimo zapewnień Jakuba Szumielewicza, członka zarządu Legii twierdzącego, że w każdym miejscu Polski są jej sympatycy. Kurczę, spotkałem na Śląsku ludzi kibicujących Widzewowi albo Lechowi, ale Legii - nigdy.

Z drugiej strony żałuję, że na Śląsku tej kampanii nie będzie. Powisiałyby sobie billboardy, ktoś by u nas na tym zarobił. Zawsze to fajnie zarobić na Legii. Niestety; nie tym razem.

W województwie śląskim Legia ma swój przyczółek dosłownie i w przenośni w Zagłębiu Dąbrowskim (choć jak się możecie przekonać nawet Zagłębie potrafi podziękować przedstawicielowi legijnego narybku jeśli się nie sprawdzi, co właśnie stało się faktem). Wielokrotnie widziałem w Sosnowcu uczniów z tornistrami chodzących w szalikach Legii, nie ma co więc przekonywać przekonanych.

Uważam, że warto korzystać z dobrych pomysłów. Nasze śląskie kluby powinny spróbować podobnie agresywnej reklamy w Warszawie. To bardzo duży rynek. Kibiców Legii jest wprawdzie w stołecznym mieście jakiś tam procent, ale przecież mnóstwo słoików ciągle czeka na zagospodarowanie...

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

11:29, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (70) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum