piątek, 28 grudnia 2018
Cud zbiorowego uniesienia

Dziś jest pogrzeb Kazimierza Kutza. Cześć Jego Pamięci. Piętnaście lat temu zrobiliśmy z nim wywiad o piłce nożnej

***

Tak jak na boisku: dzieje się cud zbiorowego uniesienia.

Na nasz stadion w Szopieniach przyjechała drużyna z tabunem wielkich facetów w eleganckich mundurkach, w skórzanych płaszczykach. gdy zdobyliśmy gola, ci panowie wyjęli spluwy i zaczęli strzelać. Przyjezdna drużyna nazywała się SS Auschwitz.

Paweł Czado, Piotr Zawadzki: Lubi Pan futbol?

Kazimierz Kutz: Jak wszyscy na Śląsku. Przed wojną było ogromne bezrobocie, Ślązacy mieli dużo wolnego czasu, więc kopali piłkę. Żeby grać w śląskiej A-klasie, trzeba było być znakomitym piłkarzem. 

A Pan jakim był?

- Nooo, skoro grałem w reprezentacji szkoły filmowej, to znaczy, że byłem dobry. Technika, szybkość, zwinność były moimi atutami. Że o inteligencji nie wspomnę. 

W łódzkiej Filmówce byli dobrzy piłkarze?

- W szkole strasznie się piło, więc mecze to był dobry sposób na kaca. Staszek Jędryka z Sosnowca był fenomenalnym defensywnym pomocnikiem. Grał nawet w reprezentacji Polski juniorów. Było też kilku dobrych studentów z Bułgarii. W akademickich mistrzostwach Łodzi graliśmy z politechniką. Tamci pięknie się prezentowali, a jak my wyszliśmy na boisko, to był jeden wielki śmiech. Takie Łazarze blade! Pijoki! Nawet jednakowych koszulek nie mieliśmy. Na bramce stał Jurek Gruza, bo dobrze wyglądał. Ja na prawym łączniku, to taki ofensywny pomocnik. A w ataku Wiesiek Zdort, później operator wielu moich filmów, który na setkę schodził poniżej 11 sekund! Nasza taktyka była prosta: powstrzymać ich, odebrać piłkę i wywalić ją do Zdorta. Po 20 minutach było 4:0 dla nas! Główka, nóżka, fiuuu do Zdorta i fruuu - gol! Ale że nie mieliśmy kondycji, dorwali nas w drugiej połowie... 

Przed wojną mogłoby się wydawać, że Pańskie rodzinne Szopienice to ostatnie miejsce na ziemi do uprawiania sportu.

- Od zachodu dymiło z huty ołowiu i kadmu, od wschodu z huty cynku, a w środku była wytwórnia hauskejzy [sera domowego - red.]. Ale w tej śmierdzącej dzielnicy zawsze było mnóstwo wysportowanych chłopaków. Kiedy miałem sześć lat, nie tylko należałem do chóru parafialnego, ale i potrafiłem zrobić stójkę na rękach albo salto. To nic nadzwyczajnego - wszyscy byliśmy jak koty.

W 18-tysięcznych wtedy Szopienicach było pięć klubów piłkarskich. W jednym piłkę kopali socjaliści, w innym powstańcy. Oprócz tego niezliczona ilość drużyn podwórkowych. W napięciach wynikających z rywalizacji uczestniczyło całe miasto. Mecz i wetka, czyli rewanż, trwały bez przerwy. To była zażarta, nawet krwiożercza rywalizacja. Gdyby chłopak z Ogrodu Dworcowego, ja tam mieszkałem, zakochał się w dziewczynie mieszkającej na Wilhelminie i chciał ją odwiedzić, od razu dostałby w banię.

Doskonale pamiętam czterech wspaniałych braci Pająków z HKS - najlepszego klubu w Szopienicach. Wszyscy zostali potem wcieleni do Wehrmachtu i poginęli na wojnie. Pamiętam też matkę Pająków. Na co dzień prała synom stroje, a w czasie meczów siadała na ryczce [zydelku - red.] obok bramki i wrzeszcząc, dawała im wskazówki. Miała nad nimi ogromną władzę.

Świetni byli także piłkarze z rodziny, której nazwiska już nie pamiętam, wołaliśmy na nich "Pitusie". Pająkowie wżenili się w "Pitusiów" i ta rodzinna drużyna była wręcz nieprawdopodobna. 

Ale w Szopienicach i tak wszyscy czekali na coroczny przyjazd Ruchu na towarzyski mecz.

- Obok odpustu to było najważniejsze wydarzenie. Obłęd, jak dziś wielki koncert rockowy. Bo przed wojną na Śląsku była piramida wielu drużyn, a na jej szczycie Ruch. Peterek, Wodarz. Giemsa... Najwyższa klasa, a przy tym ludzie stąd. No i ten Wilimowski! Krzywe nogi, rudy taki, ale co on z piłką wyprawiał! Pamiętam go z meczu Niemcy - Rumunia w Bytomiu [7:0 dla Niemiec w 1942 roku - red.].

Po wojnie symbolem Ruchu był Cieślik. Gdy pojechał z reprezentacją Śląska na tournee po Wyspach Brytyjskich, zachwyceni Anglicy oferowali ogromne jak na owe czasy pieniądze [10 tys. funtów - red.]. A on odmówił.

"Gerard, na Boga. Czemu pan nie przyjął takiej oferty?" - spytałem go po latach. "A co jo bych tam mioł robić" - odparł. To mówi wszystko. Cieślik zawsze kochał Ruch. Jego największa zmiana w życiu nastąpiła dziesięć lat temu: przeprowadził się dwie ulice dalej i miał bliżej na stadion.

Kiedy studiowałem w Łodzi, poszedłem raz na mecz ŁKS-u z Ruchem. Bramkarz złapał piłkę i cała drużyna Ruchu cofała się, ale plecami do niego. Jak bramkarz wykopał piłkę, to Cieślik już przeszedł środek boiska. Nagle się odwrócił i widzi, jak ta piłka leci na niego. I z tej swojej krótkiej nóżki jak nie pierd...! Piłka fruuu - i już w bramce! Stadion na króciutką chwilę zamarł, a potem wybuchła euforia. Kibice nigdy czegoś takiego nie widzieli i pewnie już potem nie zobaczyli.

Dziś Ruch bieduje i całe śląskie piłkarstwo bieduje. Powód? Po prostu: tu jest brzydko, tu się nie da mieszkać, tu wszystko się wali. Na całe śląskie piłkarstwo jest mniej pieniędzy niż w jednym miasteczku pod Poznaniem, gdzie bogaty człowiek produkuje foteliki samochodowe.

Ale Ślązacy nadal kochają futbol. 

W Pańskim filmie "Perła w koronie" górnicy grają w piłkę, nawet gdy strajkują pod ziemią.

- Wpadłem na ten pomysł, żeby pokazać, że oni mieli nawyk wypełniania wolnego czasu. A strajk to w jakimś sensie czas wolny. Piłka odwracała ich uwagę od cierpienia, od rozmyślań, co tam na górze, co z rodziną itd. Dlatego jak dziś strajkujący przychodzą z leżakami, to mi się chce śmiać. 

Najbardziej dramatyczne przeżycie związane z piłką?

- Podczas okupacji HKS grał w A-klasie [wszyscy Ślązacy byli wtedy obywatelami Rzeszy i mogli grać w swoich klubach, tylko pod zmienionymi nazwami. Jedynie Ruch został przez hitlerowców rozwiązany - red.]. Pewnego razu na nasz stadion w Szopienicach przyjechała dziwna drużyna. Zobaczyliśmy tabun wielkich facetów w eleganckich mundurkach, w skórzanych płaszczykach. Nie siedzieli na ławkach, tylko na nich stali. Nikt z nas nie spodziewał się tego, co się za chwilę wydarzy.

W HKS grała stara dobra przedwojenna drużyna, z "Pitusiami" i "Pająkami". To było jeszcze przed wojną z Rosją i nie brali ludzi do Wehrmachtu. Prawy pomocnik Morgała bodaj już w 11. minucie zdobył gola. I wtedy ci panowie w mundurkach wyjęli spluwy i zaczęli strzelać i bić. Skopali Morgałę. To był koniec futbolu w Szopienicach. Drużyna rozpadła się po prostu ze strachu. Ten przyjezdny zespół nazywał się SS Auschwitz... 

Najsławniejszym sportowcem z Szopienic był Janusz Sidło, wicemistrz olimpijski, dwukrotny mistrz Europy, rekordzista świata.

- Mój dobry kolega zresztą. To był absolutny niedźwiedź. Gdy się u nas drzwi zacięły, jak szarpnął - to wyrwał je z framugą! Można powiedzieć, że Sidło osiągnął sukces dzięki konfliktowi śląsko-zagłębiowskiemu. Bo on, proszę panów, rzucał od dzieciństwa: jechało się na stawy między Szopienicami a Sosnowcem i napieprzało z sosnowiakami na kamienie. Dzięki tym wyprawom ja też rękę sobie wyrobiłem. Przy okazji jakiegoś filmu zrobiliśmy zawody w rzucie granatem. Moim rywalem był reżyser Jerzy Kawalerowicz - dziesięcioboista, zbudowany jak Adonis. A ja z moimi warunkami go załatwiłem!

Pamiętam, jak Sidło pierwszy raz rzucił 80 metrów. Trochę popiliśmy, wziąłem go na stronę i mówię: "Gdybyś chciał, mógłbyś rzucić 100 metrów". A on na to: "Oczywiście, że tak. Ale wiesz, jak roz sypna sto, to oni zawsze bydom chcieli, żebych tyla rzucoł. Tak się nie do, a osiemdziesiąt to jo moga całe życie". Taka była jego filozofia.

Kiedy Sidły przeprowadziły się do śródmieścia, zamieszkali drzwi w drzwi z Białasami. Białasowie mieli mleczarnię, więc ich syn Czesiek ciągle wpieprzał te sery, te śmietany i w kółko nosił bańki po mleku. A potem został medalistą mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. W Szopienicach mieszkała też Bregulanka, ona pchała kulą i też pojechała na olimpiadę. 

W latach 50. na Śląsku pojawiła się nowa siła - Górnik Zabrze. I sukcesami przykrywał legendę Pana ukochanego Ruchu.

- Sentymentalnie zawsze byłem związany z Ruchem, ale cieszyłem się, że jest Górnik. Tyle że jego sukcesy to był efekt pieniędzy, które się pojawiły w górnictwie. 

Dwaj Ślązacy - Szołtysik i Cieślik - strzelali zwycięskie gole w meczach ze Związkiem Radzieckim.

- Ach, ten mecz w 1957... Może przesadzam, ale on wywołał taką euforię jak wybór Papieża. A Cieślik był wtedy dla wszystkich tym facetem, który przyp... Związkowi Radzieckiemu. I to dwa razy. 

Cieślik na Stadionie Śląskim.

- Opowiem wam mało znaną historię. W latach 50. wszyscy się wtedy zachwycali murawą stadionów w Anglii. Wojewoda Ziętek kazał sprowadzić do siebie najlepszych ogrodników ze Śląska. "Słuchejcie, pojedziecie do Londynu. I mocie tam kupić ta trowa. A jak się nie uda kupić, to trza ukraść". No i oni ją jakoś przywieźli, posiali. Miała wschodzić sześć tygodni. Na stadionie zatrudniono emerytów, którzy pilnowali, żeby nikt nie chodził po tej trawie. Ale jakoś nie wschodziła. W końcu Ziętek się zniecierpliwił i o piątej rano polazł sprawdzić, co się dzieje. Emeryt widzi, że ktoś chodzi po trawie i go zaczyna opierd... Jak się zorientował, że to wojewoda, o mało nie umarł ze strachu. A za godzinę Ziętek dzwoni do dyrektora stadionu: "Dejcie mu premia, bo dobrze pilnuje". 

Tuż obok silnych klubów śląskich wyrosło nagle prawie tak samo mocne Zagłębie Sosnowiec. Ile prawdy jest w tym, że za nim stał Gierek?

- Na Śląsku przed wojną zawsze były wielkie drużyny, a zagłębiacy robili wszystko, żeby sobie też taką zafundować. Po wojnie przejęli władzę, bo, jak mówił świętej pamięci śląski literat Wilhelm Szewczyk, przez komunistyczność tego regionu mieli największą wydajność przywódców z hektara. Zagłębie powstało na bazie klubu o nazwie RKU. Gdy w 1946 roku RKU grał z AKS Chorzów, doszło do potężnych zamieszek między kibicami obu drużyn. Niektórzy mówili, że to czwarte powstanie.

Ta nowa drużyna była oczkiem w głowie wszystkich władców z Zagłębia. Zdarzało się, że niektóre śląskie kluby, chcąc zrobić Gierkowi przyjemność, przegrywały z Zagłębiem, ale to, co się działo później za Grudnia [I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w latach 1971-80 - red.], to była kompletna paranoja. Wiem na pewno, że przed meczem wzywał sędziów, żeby ustalić wynik. 

Czy wpływ komuny na sport był dotkliwy?

- Znaczny. Moja pierwsza żona była tenisistką, więc dobrze w tamtych czasach poznałem to środowisko. O wszystkim decydowała grupa działaczy partyjnych, którzy rozstrzygali, kto pojedzie na turniej zagraniczny, a kto nie. Dlatego jak jedna z drugą chciała robić karierę, to musiała "dać", nie było innej możliwości.

Ale z drugiej strony wielu utalentowanych, mądrych ludzi, którzy nie chcieli uczestniczyć w polityce, znajdowało w sporcie azyl. W sporcie istniało coś, czego nie było w codziennym życiu: entuzjazm, sprawiedliwość, poczucie wolności, szacunek dla innych. Sport był demonstracją przeciw paskudnej rzeczywistości. Tak jak polskie kino i teatr - sport był schowkiem opozycji. 

Jaki sport lubi Pan poza piłką?

- Siatkówkę. Nooo, wspaniały sport. Na tę Skowrońską to mogę patrzeć od rana do nocy. Przed laty taką sportową muzą była Basia Sobottowa. Gdy zdobywała mistrzostwo Europy na 200 metrów [w 1958 roku - red.], to kochała się w niej połowa reprezentacji lekkoatletycznych. Wybrano ją na najładniejszą dziewczynę mistrzostw, jakiś niemiecki sprinter to nawet stracił dla niej całkowicie głowę. A dziś weźmy taką Annę Kurnikową. Ta jej widownia: tabuny młodych chłopów, których mecz właściwie gówno obchodzi. Oni patrzą tylko, jak to zwierzę lata po korcie. A ta odpicowana na tę okoliczność, dba o każdy szczegół. I to jest piękno sportu, bo daje ludziom zapotrzebowanie na instynkty w wysublimowanej formie. To fajne obcować z takim wdziękiem. 

Ostatnie sukcesy siatkarek to także zasługa ich trenera Andrzeja Niemczyka.

- Jest świetny, bo wyczuwa subtelną magię odmienności płci. Bardzo lubi kobiety. Tak jak ja. Bo nie może być dobrym trenerem kobiet ktoś, kto się nimi nie fascynuje. To jest instynktowne, zwierzęce. Nie wolno mu jednak żadnej wyróżnić, bo bańka pryśnie w jednej sekundzie. 

Piłka nożna kobiet też się Panu podoba?

- Również, również. Dziewczyny już tak świetnie grają, że jak są mistrzostwa świata, to z przyjemnością na to patrzę. 

Piłkarki nie wyglądają jednak specjalnie efektownie.

- Trudno, ale mam szacunek dla wyczynu. 

Jest Pan kibicem telewizyjnym?

- Tak. Bo chcę oglądać tych, którzy kopią piłkę inaczej niż wszyscy. Beckham, Zidane, Henry - oni już przekraczają pewne granice.

Ale tak naprawdę jestem maniakiem ligi niemieckiej. 

Komu Pan kibicuje? Bayernowi?

- Z Bayernem jest jak ze starą żoną, oglądam go już z nawyku. Kiedy działacze z Monachium sprzedali Elbera, popełnili moim zdaniem fatalny błąd. Ale to jest pocieszające, że tacy znawcy, takie cwaniaki, a też się mylą. Ostatnio mam coraz więcej satysfakcji, jak Bayern przegrywa. Teraz wolę VfB Stuttgart, bo to drużyna, która mąci stary układ.

W niemieckiej lidze uczestniczę intensywnie. W sobotę ona jest dla mnie najważniejsza. Cieszę się, że w każdy weekend mogę obejrzeć nieraz nawet trzy mecze. Wolę to niż cały ten szajs: telenowele, gadaczy politycznych, nacjonalistów, komunistów. Mecze piłkarskie to są wielkie spektakle teatralne, ale z jednym procentem niewiadomej. Jaki będzie wynik, kto kogo skopie, kto zobaczy czerwoną kartkę? A jeśli jeszcze jest to perfekcyjnie pokazane, to się dostaje produkt wręcz artystyczny. Bo znaczna część piłkarzy to są artyści. Choćby taki Bernd Schneider, wspaniały piłkarz!

Ten z Leverkusen? Przecież takich jak on jest wielu...

- Co też panowie opowiadają! To gwiazda niemieckiej ligi. Na MŚ był najlepszy w drużynie. Ja go uwielbiam. Tak jak Sammera, trenera Borussii Dortmund. On ma takie perypetie z drużyną... Jak on walczy z epidemią kontuzji, jak heroicznie sięga po jakiegoś chłopca z amatorskiej drużyny, żeby zatkać dziurę w składzie.

Albo perypetie Ailtona z Werderu. Ma chłopak kłopoty z nadwagą, balansuje na krawędzi. A musi się pilnować, bo inaczej straci wielkie pieniądze. Ale na razie strzela bramki, więc wszystko jest w porządku.

Bundesliga to taki wspaniały serial w odcinkach. Jest dla mnie ciekawa także dlatego, że gra w niej dużo Ślązaków: Schindzielorz, Podolski, Freier, Klose...

W niemieckich drużynach piłkarzy ze śląskimi korzeniami jest zdaje się nawet więcej niż Turków. I mnie to cieszy, a jednocześnie jest mi żal, że nie grają dla Polski. I powstaje pytanie: dlaczego?

Ważne, że mogą liczyć na kibiców Ślązaków. W Zagłębiu Ruhry jest ich mnóstwo. Wielu z nich, dawnych kibiców Ruchu, kibicuje teraz Schalke Gelsenkirchen. Oba kluby mają nawet te same biało-niebieskie barwy. 

Ogląda Pan tylko Bundesligę?

- Lubię też ligę włoską. Włosi kłócą się, rozpaczają, biją nawet. Ich mecze to jak widowiska teatralne. 

Jak przy tym wszystkim wygląda polska liga?

- Polskiej piłki nie oglądam. Jest tępa, amatorska - nieciekawa po prostu. Mamy sezonowe drużyny: Wisłę, teraz Groclin. Ktoś wyściboli jakieś pieniądze, żeby zebrać graczy w miarę przyzwoitych. Ale te zespoły to chimery, bo co lepsi piłkarze są z miejsca wykupywani. Poziom europejski w Polsce jest więc jak mgnienie wiosny, bo wszystko się szybko rozpada. Anelka, kiedy przyjechał do nas z Manchesterem City, to niczym nie zaimponował, a przecież jest więcej wart niż cała liga polska. Więc nasi piłkarze się demoralizują, a ta magia pieniądza wyraźnie im szkodzi.

Ale cóż... Każdy sportowiec pracuje na zaplecze. Rozwodzą się, mają dzieci, a wszyscy później ciągną pieniądze. Mają przecież kupę ludzi na utrzymaniu. Ale tak jest w każdej dziedzinie.

Żałuję tylko, że polska piłka nie ma dziś w sobie tej radości co kiedyś. 

Tak jak za czasów Kazimierza Górskiego?

- Wszyscy piłkarze tamtej drużyny mówią o nim jak o dobrym ojcu. On dawał im przedziwną opiekuńczość, a oni się odpłacali najlepiej, jak umieli. On w nich odkrywał możliwości, których sami w sobie nie podejrzewali. Potrafił te osobowości znaleźć i dopasować, i potem nauczył ich nowoczesnego myślenia ofensywnego o piłce. I jego chłopcy dokonali rzeczy historycznej. A przy tym wszystkim chłopcy Górskiego podleczyli psychikę społeczną w Polsce.

Górski miał jeszcze jedną ważną cechę: potrafił odnieść sukces. To wielka sztuka. Bo niektórzy za wcześnie dobrze się czują, a potem oglądamy ich kolosalne upadki. Z klęski można się wydobyć, a ze źle spożytego sukcesu już nie. Bo sport to dziedzina o wielkim potencjale demoralizacji. 

Czy trener powinien piłkarzom pozwalać na improwizację?

- Najwybitniejsi piłkarze mają wolność na boisku. Wszyscy liczą, że ta ich improwizacja, zdolność zaskakiwania to będzie tajna broń na przeciwnika. To jest najwyższy pułap, drużyn z takimi graczami jest na świecie tylko kilka. 

A jak Pan dobiera obsadę, to też Pan liczy na element zaskoczenia?

- Zawsze tak jest. Przytomny reżyser, jeśli ma do dyspozycji wielkiego aktora, to musi mu postawić bardzo poważne zadanie. Nawet ponad jego aktualne możliwości. To są najprzyjemniejsze chwile w zawodzie. A kiedy widziałem na dodatek, jak Łomnicki, Trela czy Gajos niesłychanie pobudzają pozostałych aktorów...

środa, 21 grudnia 2016
Żegnam się

Nigdy nie jest tak, że zawsze będzie tak samo. Pewne jest, że coś zawsze się kończy.

W latach 2011-16 kierowałem m.in. witryną „Śląsk.Sport.pl”. To był interesujący czas. Żegnam się i dziękuję za wszystko.

Odtąd proszę nie szukać moich tekstów zarówno tam jak i na "Sport.pl". Proszę już nie kojarzyć mnie z tymi witrynami.

Na szczęście nadal będę mógł współpracować z najlepszym, moim zdaniem, prasowym dziennikarzem sportowym w woj. śląskim czyli Wojtkiem Todurem. Nasze teksty będziecie mogli znaleźć na "Katowice.wyborcza.pl". Będzie nam miło, jeśli będziecie tam wpadać.

PS No i zostaje Czadoblog. Tutaj zawsze będę mógł być triceratopsem.

czwartek, 08 września 2016
Nikt tak nie uderzał z woleja

Odchodzi kolejny Wspaniały Śląski Piłkarz, który zasługuje na pamięć. Ignacy Dybała zmarł wczoraj w Rybniku. Miał 90 lat. Był jednym z najstarszych żyjących reprezentantów Polski, choć nie najstarszym. Zagrał w reprezetacji w 1950 roku.

Miałem zaszczyt z Nim rozmawiać, być może jako jeden z ostatnich dziennikarzy. W zeszłym roku pisałem bowiem tekst do "Kopalni" o Górniku Radlin, zaskakującym wicemistrzu ligi z 1951 roku. 

- Ignac był niesamowitym piłkarzem - opowiadał mi Stanisław Oślizło, legenda Górnika Zabrze, który na Roosevelta trafił właśnie z Radlina, gdzie występował przez cztery sezony w drugiej połowie lat 50. - Zawsze Ignaca lubiłem i ceniłem. W tamtych czasach był wielką gwiazdą, a nie było tego po nim widać. Zawsze był niezwykle przystępny. Niedawno nawet do niego dzwoniłem, bo okazało się, że w lidze włoskiej gra jakiś Argentyńczyk polskiego pochodzenia o nazwisku Dybala. Myślałem, że to może jakiś krewny Ignaca, okazało się, że jednak nie... Muszę powiedzieć, że od tamtych czasów aż do tej pory nie widziałem w Polsce faceta, który uderzałby piłkę z woleja tak wspaniale jak właśnie Ignac. Uderzał niezwykle elegancko: pięknie układał ciało, prawie poziomo do murawy, to było niezwykłe pod względem technicznym - zachwycał się Oślizło. - Woleje wychodziły tylko jak miołech dobre szczewiki [po śląsku buty] - opowiadał mi z charakterystyczną dla wielkich piłkarzy skromnością Ignacy Dybała.

Działacze wyliczyli, że w barwach radlińskiego klubu rozegrał 232 mecze i strzelił 81 bramek. Wiem to od Feliksa Szwedy, obrońcy Górnika w latach 1963-81, który prowadzi klubową kronikę.

Msza żałobna odbędzie się w najbliższą sobotę w bazylice św. Antoniego w Rybniku o godz.10.

Cześć Jego Pamięci.

środa, 29 czerwca 2016
Pan z recepcji

Przez prawie piętnaście lat pracowałem w Tychach. Kiedy wychodziłem lub wchodziłem do redakcji często zatrzymywałem się na dole przy recepcji. Lubiłem porozmawiać o piłce z jej pracownikami. Uwielbiali futbol. Jeden z nich miał zawsze wyjątkowo wyważone opinie, pozbawione tej charakterystycznej dla dzisiejszych czasów agresywności. Bardzo doceniałem ten jego spokój.

To był Henryk Gdawiec. Kiedy byłem dzieckiem i nie wiedziałem jeszcze co to piłka nożna, grał jako obrońca m.in. w Polonii Bytom i GKS-ie Tychy. W barwach tego drugiego klubu wystąpił m.in. w Pucharze UEFA przeciwko 1.FC Koeln - ta rywalizacja sprzed prawie 40 lat do dziś w Tychach owiana jest legendą. U rywali brylowali m.in. Wolfgang Overath i Heinz Flohe - mistrzowie świata z 1974 roku, Wolfgang Weber - wicemistrz z 1966 czy Dieter Mueller, który roku rywalizacji z Tychami został wicemistrzem Europy i królem strzelców tej imprezy. Henryk Gdawiec zagrał przeciwko nim wszystkim w Kolonii.

Planowałem zrobić z Nim duży wywiad. Już nawet się umawialiśmy. Nigdy do tego nie doszło. A potem przestałem pracować w Tychach.

Pan Henryk Gdawiec nie żyje. Zmarł w wieku 66 lat. Pogrzeb odbędzie się w czwartek o godz. 10. w kościele św. Jadwigi w Tychach przy ul. Żwakowskiej. Zmarły zostanie pochowany na cmentarzu Tychy Świerczyniec.

R.I.P.

poniedziałek, 30 maja 2016
Odeszła legenda Polonii

Henryk Kempny nie żyje. Miał 82 lata.

                                               ***
Był wybitnym piłkarzem. Klasycznym środkowym napastnikiem, kierownikiem ataku, łowcą bramek. Miał pecha, że walił te bramki w erze przedtelewizyjnej. Właśnie dlatego dzisiejszy przeciętny kibic nie za bardzo wie o Kogo chodzi. Tymczasem Kempny czterokrotnie był mistrzem Polski, dwa razy królem ligowych strzelców. Przeszedł do historii zarówno swojej Polonii Bytom jak i warszawskiej Legii.

                                               ***

Urodził się jako Helmut, jego przyszła żona jako Adelhaid a jako dzieci nie znali języka polskiego. Zmieniło się to kiedy w 1945 roku w rodzinnym Beuthen nastała Polska.
Kempny choć autochton trafił do zarządzanej przez lwowiaków Polonii, a nie górniczych Szombierek, ale nigdy nie żałował tego wyboru. Pierwszy tytuł mistrzowski zdobył właśnie z Polonią w 1954 roku. Potem przydarzyło się wojsko w Legii, a przy okazji dwa kolejne mistrzostwa dla CWKS-u (1955, 56). Wyjazd do Warszawy był o tyle przemyślany, że Kempny tam mógł rzeczywiście rozwinąć się bardziej niż w... Ruchu Radzionków (dyrektor tamtejszej kopalni obiecał piłkarzowi, że uniknie wojska i nie będzie musiał opuszczać Bytomia co było kuszącą propozycją).
Wówczas grało się pięcioma napastnikami i w stolicy Kempny początkowo był ustawiany na skrzydle. W Warszawie dobrze znający piłkarza z czasów wspólnej pracy trener Ryszard Koncewicz (razem zdobywali mistrzostwo dla Bytomia) ustawił Go na środku ataku. To był strzał w dziesiątkę. Kiedy Legia zdobywała drugie w historii mistrzostwo Polski Kempny został królem ligowych strzelców. Ale goli nie liczył. Gdyby liczył, nie dopuściłby przecież żeby licznik zatrzymał się na 99 bramkach...
Był tak dobry, że w Warszawie nie chcieli go puścić z powrotem na Śląsk. Awansował na chorążego, w efekcie zgodził się zostać w stolicy rok dłużej. Legia bardzo go doceniała. Mieszkał w pokoju czteroosobowym, ale był bardzo ważny dla klubu więc został więc przeniesiony do pokoju dwuosobowego. W uznaniu zasług przyznano mu jeszcze telewizor. Zabrał go wracając do Bytomia, choć w tym czasie telewizja działała jeszcze tylko w Warszawie.
Wrócił do rodzinnego miasta i czwarte mistrzostwo znowu zdobył z Polonią w 1962 roku.

                                              ***

Jego bilans reprezentacyjny nie jest być może imponujący: trzy lata występów w kadrze, 16 meczów, 6 bramek. Ale to właśnie on, grając w 1957 roku na środku ataku reprezentacji Polski, wypracował Gerardowi Cieślikowi gola w słynnym meczu ze Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim. To on wbił bramkę słynnej węgierskiej drużynie z lat 50., jednej z najsłynniejszych w dziejach futbolu z Puskasem i Kocsisem na czele po której Polska przez pół godziny prowadziła w Budapeszcie.
Miał pecha. Mógł osiągnąć znacznie więcej, ale dwukrotnie w starciach z rywalami łamał nogę. Po drugim nieszczęściu nie wrócił już do dawnej formy.
Podobno był bardzo muzykalny. Jeszcze w Bytomiu śpiewał w kościelnym chórze (jako bas). Zresztą przyszła małżonka właśnie w kościele zwróciła uwagę na wysokiego, postawnego ministranta...

                                              ***
Miałem zaszczyt poznać Go osobiście w 2004 roku kiedy niezastąpiony Jan Liberda zorganizował w Szczyrku zlot dawnych gwiazd Polonii. Wielu z tych wspaniałych piłkarzy przyjechało z Niemiec, także Henryk Kempny, który w Niemczech z żoną mieszkał od 1989 roku. Była tam cała rodzina Kempnych, także dwaj synowie (jeden z nich, Krzysztof, z Polonią zdążył zdobyć mistrzostwo Polski juniorów). Z tamtego spotkania w Szczyrku Henryka Kempnego zapamiętałem jako spokojnego, uśmiechniętego człowieka.

Cześć Jego Pamięci.

piątek, 14 sierpnia 2015
Maciek Blaut. Dix ans plus tard

Z rozrzewnieniem wspominam czas kiedy zastępca naczelnego wołał mnie i mówił: "idź młody na ulicę i dowiedz się co ludzie sądzą o tym i o tym". To nie do wiary, kiedyś w robocie byłem najmłodszy.

Lata mijają i nadszedł czas, że to ja zacząłem szukać łebków. Dziesięć lat temu przyjmowałem Maćka Blauta do roboty w dziale sportowym. Był niedoświadczonym smarkaczem, ale wydawało mi się, że ma wszystkie niezbędne cechy, które powinny charakteryzować dobrego dziennikarza sportowego. 

Cieszę się, że się nie zawiodłem. 

Musicie bowiem wiedzieć, że z dziennikarzami jest tak:

- nie potrafią pisać i nie potrafią się dowiedzieć. Czasem takie kurioza się zdarzają i jakiś czas w tym zawodzie funkcjonują. Raczej krótszy niż dłuższy;

- potrafią pisać i nie potrafią się dowiedzieć. To jest prawdziwa męka. Męczą siebie i innych wokół. Niby za dobrze piszą żeby ich zwolnić, ale przecież w codziennym reporterskim harataniu najważniejsze jest zdobywanie informacji;

- nie potrafią pisać i potrafią się dowiedzieć. A! To zupełnie co innego. Znam ludzi, którzy mając takie połączenie cech zrobili w tym zawodzie zawrotne kariery. Redaktor czyta, woła takiego żeby mu opowiedział jeszcze raz - ten wszystko wie, opowiada, redaktor pisze i git. No i bardzo dobrze - przynajmniej jest robota dla redaktora:)

- potrafią pisać i potrafią się dowiedzieć. Maciek Blaut moim zdaniem należy do tego grona. Bardzo odpowiadał mi jego suchy, oszczędny styl - pisze tak jak maszerują rzymskie legiony. W dodatku ma cechę, którą uwielbiam - jest inteligentnie złośliwy. Wiele razy przygadał mi tak, że zapominałem języka w gębie, w duchu podziwiając jego złośliwość. Lubię to!

Ale dlaczego tutaj tyle o Maćku? Bo wyobraźcie sobie, że młody... odchodzi. To koniec pewnej epoki: 10 lat. Kiedy u nas zaczynał we Włodowie akurat zabito recydywistę grożącego mieszkańcom maczetą (słynny "samosąd we Włodowie"), Wojciech Olejniczak zostawał przewodniczącym partii, która do dziś nazywa się Sojusz Lewicy Demokratycznej, Stanisław Dziwisz zostawał metropolitą krakowskim, U2 rozbrzmiewało na Stadionie Śląskim (byłem, widziałem, szalałem) a w GieKSie dopalała się ziemia po spadku z ekstraklasy i jej odchodzącego prezesa akurat namówiłem żeby polskiemu społeczeństwu przedstawił bezmiar futbolowej korupcji.

Przez te dziesięć lat Maciek przepoczwarzył się z czupurnego prawdziwka w wyrafinowanego dziennikarza. W międzyczasie zdążył się ożenić, pojawiły się dzieci. Teraz Blaut postanowił zmienić robotę a ja muszę się z tym pogodzić. Właśnie dziś Maciek pracował po raz ostatni. Bierze urlop a z nowym miesiącem czeka go nowe miejsce pracy i nowe wyzwania. 

Na szczęście nie kończy z futbolem. Mało tego - dopiero teraz będzie siedział w piłce po same uszy. Będzie się działo! Ale co konkretnie będzie robił - niech sam ogłosi. Możecie się zdziwić. Jedno jest pewne - niektórzy dowiedzą się lepiej co znaczy złośliwość Macieja Blauta.

Powodzenia Maciek i dzięki serdeczne za te dziesięć lat.

                                                        %

Wiecie jednak, że życie musi toczyć się dalej i nie ma mowy o próżni. Maćka zastępuje więc nowy człowiek. 

Odmładzamy dział. Na samym początku zdumiało mnie, że możliwe jest aby nie być jeszcze na świecie kiedy w 1986 roku odbywał się pamiętny mundial w Meksyku, ba - nie być nawet w planach! Wyobrażacie sobie, że po ziemi mogą chodzić ludzie, którzy dwie wspaniałe bramki Diego Maradony w meczu z Anglią widzieli tylko z odtworzenia? Jak to w ogóle możliwe?! 

Jest duża szansa, że to jedyna wada Kamila Kwaśniewskiego. Młody idzie jak burza, nie boi się i jest taki jak trzeba - grzeczny acz stanowczy. Niektórych jego autentyczne grzeczność i skromność mogą zmylić ale to ich problem. W każdym razie - witamy na pokładzie. Jeśli chcecie poznać styl Kamila - zajrzyjcie TUTAJ. To autorski projekt Kwaśniewskiego.

Kamil przejmuje działki należące do Maćka. Przede wszystkim będzie więc pisał (już pisze) o Górniku Zabrze, Piaście Gliwice, GKS-ie Katowice, Polonii Bytom i Rozwoju Katowice. 

PS A poza tym Omega, Maciek, powinna wrócić.

środa, 13 sierpnia 2014
Zmarł najbardziej znany człowiek z Zabrza w świecie futbolu

Górnik, Górnik, Górnik! Z nim oczywiście kojarzy się hasło "piłka nożna w Zabrzu".

Charakterystyczne, że właściwie żadna z tych największych gwiazd Górnika z Zabrza jednak nie pochodziła*. No, może poza Jerzym Gorgoniem, który wywodzi się jednak nie z centrum lecz z Mikulczyc - północnej dzielnicy Zabrza. Lubański  i Florenski są z gliwickiej Sośnicy, Anczok - z Lublińca, Banaś - z katowickiego Załęża, Kostka - z podraciborskich Markowic, Oślizło - spod Wodzisławia, Szołtysik - z Suchej Góry koło Radzionkowa, Wilczek - z Wirka, Pohl - z Rudy, Lentner - z Chropaczowa, Latocha - z Bierunia, Matysik - ze Stanicy, Urban - z Jaworzna...

Ale gdyby w świecie spytać o najbardziej znanego człowieka piłki pochodzącego z Zabrza - okazałoby się, że nie chodzi o żadnego zawodnika Górnika. Największą karierę w światowym futbolu zrobił bowiem urodzony w 1928 roku Kurt Waldemar Tschencher. Jeszcze przed wojną jako uczeń gimnazjum grał w klubie Preussen Hindenburg. Po wojnie wybił się nie jako piłkarz, ale... sędzia - w pewnym okresie jeden z najlepszych na świecie. Prowadził mecze m.in. na trzech MŚ (1966, '70 - mecz otwarcia, '74), a także ostatni finał Pucharu Niemiec przed wprowadzeniem Bundesligi.

Kurt Tschencher zmarł dziś w Mannheim. Polakom musi się dobrze kojarzyć. Prowadził finał olimpijski w Monachium w 1972 roku, w którym Polska pokonała Węgry 2:1.

Cześć Jego Pamięci.

* oczywiście to nie jest tak, że w Górniku grali sami przyjezdni ze Śląska. W Zabrzu urodzili się i są wychowankami zabrzańskich klubów choćby lubiani, cenieni i w Górniku zasłużeni Jan Kowalski albo Andrzej Pałasz (bodaj jedyny reprezentant Polski będący wychowankiem Górnika).

Przez piłkę dostawał lanie. Potem Go pokochała

Świat biegnie coraz szybciej, coraz bardziej się zmienia i właśnie dlatego w naszym życiu potrzebne są symboliczne Kolosy Memnona. Niezmienność, w której zawsze znajdujemy oparcie. Punkt odniesienia. Ludzi o których wiemy, że zawsze byli, są i będą.

                                 * * *

Chwile kiedy okazuje się, że nawet Oni umierają mogą pozbawić tchu. Dziś tchu brakuje bytomianom. Umarł Kazimierz Trampisz. Kolos Memnona bytomskiej Polonii. Futbolowy symbol tego miasta.

Wczoraj spotkał się z kibicem Polonii i w trakcie rozmowy źle się poczuł. Kibic zawiózł go do szpitala, ale było już za późno.

Miał 85 lat.

                                  * * *

Nie pamiętam kiedy spotkałem Go po raz pierwszy. Dla Polonii był tym kim dla Ruchu był Gerard Cieślik a dla Górnika Ernest Pohl. Można go było spotkać prawie na każdym meczu bytomskiego klubu. Bardzo przeżywał mecze, na trybunce prasowej przy Olimpijskiej często słychać było jego śpiewny akcent (nie wiem czy można mówić o lwowskim bałaku, Pan Kazimierz pochodził przecież ze Stanisławowa). Teraz mogę dodać, że w ostatnich latach on bardziej tych meczów... słuchał niż je oglądał. Miał poważne problemy ze wzrokiem, ale czy to jakiś problem gdy gra Polonia? Dziękował życiu za to co ma.

Pięć lat temu zrobiłem z Nim obszerny wywiad z okazji osiemdziesiątych urodzin. Był w świetnej formie, świetnym usposobieniu, świetnym humorze. Dziękował życiu za to co ma.

Kochał piłkę - także dlatego, że... musiał o nią walczyć. Opowiadał mi: - W mojej rodzinie nie było futbolowych tradycji. Ojciec Franciszek, kolejarz z zawodu, był przeciwnikiem piłki nożnej, nie pozwalał mi grać. Zdarzało się, że przez piłkę dostawałem lanie. Ojciec bardzo się o mnie bał, bo ja w dzieciństwie bardzo często chorowałem na anginę - zdarzało się, że trzy, cztery razy w roku. Cóż, grało się na bosaka, po meczach myło się nogi pod studnią w zimnej wodzie, to i o chorobę nie było trudno. Zawsze kiedy przychodziłem do domu, ojciec wkładał mi rękę za koszulę. Jak zobaczył, że mokra, był bardzo niezadowolony...

W 1945 roku rodzina Trampiszów w bydlęcym wagonie przyjechała na Śląsk. Kazik musiał do Polonii, bo wiedział, że tam przeniósł się jego idol z Pogoni Lwów - Michał Matyas. Udało się. Dziękował życiu za to co ma.

- Straszna bieda była wtedy. Moja rodzina dostała przydział na domek fiński przy ul. Wiejskiej, kawał drogi od centrum Bytomia. Pewnego dnia po treningu koledzy poszli na przystanek tramwajowy, który był koło boiska. Ja przystanek minąłem i poszedłem dalej. "Hej, a ty gdzie?" - zawołał mnie Matyas. Odpowiedziałem, że do domu. Zdziwił się, spytał dlaczego nie jadę tramwajem. A ja na to, że biletu nie mam. On mi wtedy bilet kupił, to było dla mnie wyróżnienie. Dzisiaj młodzieży powiedzieć, że ja na bilet nie miał i musiał nogami chodzić, to ona tego nie zrozumie. Nie zrozumie, że brakowało na wszystko.

Najlepsze lata kariery Kazimierza Trampisza to właściwie gra za darmo. Za pierwsze mistrzostwo Polski w 1954 roku każdy z piłkarzy dostał trzy metry materiału na ubranie. A Trampiszowi potrzeba było nawet tylko 2,75 m - bo był mały. Do tego ojciec musiał kupić podszewkę i opłacić krawca. Ale Pan Kazimierz nie narzekał. Dziękował życiu za to co ma.

- Dla mnie przyjemnością było to, że łapałem się do pierwszej drużyny Polonii, a moi niektórzy koledzy, którzy ciężko trenowali nie mieli tego zaszczytu. Moją przyjemnością było to, że kibice klepali mnie po plecach kiedy spotkali mnie na mieście. Ja byłem asior, nawet nie sprawdzałem składu, który był wypisywany przed meczem, trener chciał mnie, nawet gdy miałem gorączkę...

Dziękował życiu za to co ma. Doceniał możliwość napicia się cola-coli w 1952 roku. Podczas igrzysk w Helsinkach kupił z Gerardem Cieślikiem i dwoma innymi kolegami na spółkę małą butelkę i... wychylili ją po kryjomu za jakimś kiblem. Chodziło o to żeby po powrocie do Polski móc powiedzieć, że się jej spróbowało. 

- Wiedzieliśmy, że każdy znajomy będzie nas o to pytał. A wie pan, że przy obiedzie działacze zabraniali nam... nalewać sobie soku z butelki?! Mówili, że zachodni imperialiści zrobią zdjęcie i przekleją etykietkę po butelce z wódki i potem napiszą, że sportowcy z państw socjalistycznych na igrzyskach piją alkohol...

Pan Kazimierz nie narzekał. Dziękował życiu za to co ma. Także od niego uczyłem się tej zasady. Bo w życiu zawsze może być gorzej.

                                 * * * 

Teraz Bytom dziękuje za to, że miał Jego. Wszyscy dziękujemy, Panie Kazimierzu! 

środa, 19 marca 2014
Dla Zagłębia był jak Gerard Cieślik dla Ruchu

Czesław Uznański nie żyje. To niezwykła postać związana z Zagłębiem Sosnowiec. Jeden z symboli tego klubu. Był jak Gerard Cieślik dla Ruchu. Młodszy o trzy lata od chorzowskiej legendy, nie miał takich protektorów jak Cieślik - służbę wojskową musiał odsłużyć więc w Wawelu Kraków.

To właśnie Czesław Uznański strzelił pierwszą historyczną bramkę na Stadionie Ludowym w pierwszym inauguracyjnym meczu na tym obiekcie, który odbył się 21 października 1956 roku (rywalem była Gwardia Bydgoszcz). Wielkim zwolennikiem jego talentu był m.in. legendarny sprawozdawca Jan Ciszewski, który też przecież pochodził z Sosnowca.

Oczywiście potem Pan Uznański wziął się się za trenerkę - to on wprowadzał do zespołu Andrzeja Jarosika - najskuteczniejszego strzelca w historii Zagłębia. - Trochę pomagałem przy pierwszej drużynie, ale tak naprawdę odpowiadałem za jedną z grup młodzieżowych. Prowadziłem chłopaków od trampkarza do juniora. Bardzo miło było - mówił. 

Nie miałem zaszczytu poznać Mistrza, Jego słowa potwierdza jeden z moich redakcyjnych kolegów, który dziś nie zajmuje się już sportem. Czesław Uznański trenował go w Zagłębiu kiedy chłopak był trampkarzem. - Rzeczywiście było miło, pan Uznański miał autorytet. W ogóle nie krzyczał. Siła spokoju, ale i tak wszyscy go słuchali. Po prostu budził szacunek - mówi kumpel z roboty.

Cześć Jego Pamięci. Pogrzeb Czesława Uznańskiego odbędzie się w najbliższy piątek, 21 marca, o godzinie 13, w kaplicy cmentarnej przy Al. Mireckiego w Sosnowcu. Niedaleko znajduje się stadion na którym grało Zagłębie zanim przeniosło się na Ludowy.

Podejrzewam, że najwięcej ciekawych informacji znalazł o nim mój inny redakcyjny kolega Wojtek Todur. Kiedy Czesław Uznański pojawił się w 2005 roku na pogrzebie Witolda "Gigi" Majewskiego - największego przyjaciela z boiska nikt go już potem nie widział. Nie udzielał się, nie bywał... Ale Wojtek wytropił Dawnego Mistrza. "Z pomocą dawnych działaczy trafił pod blok na Pogoni, gdzie Uznański mieszkał ponad 40 lat. Na domofonie próżno szukał Jego nazwiska. Dzięki sąsiadom nacisnął jednak właściwy guzik". A potem? Potem napisał o Nim tekst.

PS Ciekawostką jest fakt, że w 1956 roku zarówno Gerard Cieślik jak i Czesław Uznański występowali w reprezentacji Polski, ale... nigdy nie spotkali się na boisku! Kiedy grał Cieślik - nie grał Uznański i odwrotnie. Tylko raz, podczas meczu z Bułgarią, kiedy Cieślik wybiegł w pierwszym składzie, Uznański siedział na ławce rezerwowych.

Legenda Zagłębia zagrała w kadrze trzy mecze - przeciw Węgrom z Puskasem i Kocsisem w Budapeszcie, przeciw NRD w pierwszym meczu na Stadionie Śląskim i przeciw Norwegii w Warszawie.

PS1 Miałem dziś przedstawić mundialową literkę "Q", ale tym razem będzie to jednak "U" - jak Uznański.

bramkarz

Uwarow - ZSR - 1990

obrońcy

Udeze - NIG - 2002

Ubina - URU - 1966 - 1970(4)

Ujfalusi - CZE - 2006

Upson - ENG - 2010

pomocnicy

Umit Davala - TUR - 2002(3)

Urban - POL - 1986

Urbanek - AUT - 1934(4)

napastnicy

Uche - NIG - 2010

Uribe - PER - 1982

Urdinaran - URU - 1930(M)

Brałem pod uwagę Ugarte, Umanę, Unzaina, Urrutię.

trener: Uridil - ROM - 1934

niedziela, 05 stycznia 2014
Mój kontakt z Eusebio

Zmarł Eusebio.

Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jedyny raz ten Wielki Piłkarz na Górnym Śląsku był w 1996 roku na stadionie... Ruchu Chorzów. We wrześniu Benfica Lizbona grała dwumecz z Ruchem w ramach Pucharu UEFA.

Wtedy pierwszy raz Go zobaczyłem. - Eusebio nie pełni żadnej funkcji w klubie. To po prostu wielka persona, która tworzy image klubu. Jeździ na prawie każdy wyjazdowy, zagraniczny mecz - wyjaśnił mi ówczesny bramkarz Benfiki Michel Preud'homme. Wiadomo, że każdy chciał zamienić z Nim parę słów albo dostać autograf. Człowiek, któremu jeszcze za życia wystawiono pomnik, miał prawo czuć się zmęczony nagabywaniami kibiców oraz dziennikarzy. Eusebio nieco znudzony przypatrywał się na Cichej treningowi swoich następców. - Wasz futbol był dobry w latach siedemdziesiątych. Zapamiętałem Deynę i Tomaszewskiego. To już jednak historia. Dziś najważniejsze jest, że Benfica pokona Ruch i awansuje - stwierdził wtedy. Mylił się. Ruch zremisował z Benficą 0:0:D

Eusebio w przerwie objadał się słodyczami w klubowej kawiarence i flirtował z tłumaczkami. Wymienił uprzejmości z Gerardem Cieślikiem. - Pogadałem sobie z Eusebio o starych dobrych czasach, choć nie graliśmy w jednym czasie. On jest ode mnie młodszy - mówił potem Pan Gerard [o piętnaście lat, przyp.pacz]. Wtedy ostatni raz widziałem gwiazdę Benfiki.

Po Eusebio został mi cenny autograf na pięknym kolorowym zdjęciu. Portugalczyk rozdawał je dziennikarzom. Cóż, jako nastolatek zbierałem - tak jak Wy - podpisy sławnych sportowców. Kiedyś długo rozpaczałem, kiedy zginął mi długopis, którym podpisał się w 1988 roku Meksykanin Hugo Sanchez. Cieszyłem się, kiedy w 1989 roku udając członka obsługi technicznej, wnosiłem na Stadion Śląski jakiś reflektor i oszukałem ochroniarzy. Zanim mnie wyprosili, zdobyłem podpisy ówczesnych szwedzkich asów - Matsa Magnussona i Johny'ego Ekstroema. Kiedy indziej ówczesny selekcjoner naszej kadry Wojciech Łazarek zanim się podpisał, postawił warunek: wspólnie zaśpiewaliśmy "My som chopcy z Górnego Śląska". Dziś autografów już oczywiście nie zbieram, ale nigdy nie wyrzucę tych pożółkłych karteluszków. Czuję do nich sentyment.

Nie muszę więc chyba tłumaczyć, że w 1999 roku serce prawie mi stanęło, kiedy zobaczyłem, że z kartki z autografem Eusebio pozostały tylko strzępki. A wszystko przez chwilę nieuwagi - nie zauważyłem, że malutki wówczas Czadoblożek gaworząc zaczął buszować w mojej szufladzie...

Na szczęście Czadoblożek to nie Barcelona. Gdyby ona dorwała karteluszek - nic by nie zostało. Juniorek podarł zdjęcie tak, że dało się je skleić i dziś nie wygląda źle. Przez te piętnaście lat tylko atrament na podpisie wyblakł i zdjęcie wygląda jakby... było bez autografu. Trzeba upewnić się patrząc pod słońce. Wtedy znów wszystko jest w porządku:)

PS Mało kto pamięta, że niewiele brakowało, a rok później Eusebio przyjechałby także do Zabrza na stadion Górnika na benefis Włodzimierza Lubańskiego. W ostatniej chwili przysłał jednak faks. - Eusebio przeprasza, że nie będzie mógł przyjechać. Z portugalską delegacją udał się w podróż do Bośni - wyjaśniał wtedy Lubański.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS2 Mam podwójny autograf Tomasa Ravellego (idealnie byłoby skłamać, że myślałem, iż za drugim razem biorę podpis od Andreasa, ale to nie byłaby prawda). Ktoś pamięta tych bliźniaków? Jeśli tak - mogę się wymienić:)

 
1 , 2
Archiwum