piątek, 15 lutego 2019
Tacy ludzie budują legendę Ruchu

Kiedy rozmawiam z gwiazdami futbolu sprzed lat uderzają mnie u nich trzy cechy: uprzejmość, stanowczość w sądach i powściągliwość w pochwałach. Ale u Eugeniusza Lercha znajdziecie również życzliwość w najlepszym rozumieniu tego słowa oraz pogodę ducha. Dla mnie to zaszczyt, że się znamy.

Kiedy pan Eugeniusz Lerch kończył lat 70, przeprowadziłem z nim poniższy wywiad. Te dziesięć lat minęło jak z bicza trzasł, ale rozmowa jest nadal aktualna.

Dziś mało kto pamięta, że już jako dziecko był uważany za wielki talent. Pierwsza wzmianka o nim w gazecie ukazała się, kiedy miał 11 lat. Było to w 1950 roku. „Pamiętasz zobowiązanie piłkarzy chorzowskiej Unii [tak w czasach stalinowskich musiał nazywać się Ruch – przyp. red.] gremialnego zdobycia odznaki »Sprawny do Pracy i Obrony«? Zawodnicy tego klubu wykonali zobowiązanie i zdobyli dotychczas 161 odznak sprawności fizycznej. Najmłodszym ze zdobywców odznaki jest Lerch, który liczy 11 lat". W prasie ukazywały się zdjęcia chłopca z podpisami „Lerch Eugeniusz żongluje już 115 razy prawa nogą” albo „14-letni Gienek Lerch ćwiczy pilnie sztukę główkowania"...

Paweł Czado: Pana ojciec też grał w piłkę?

Eugeniusz Lerch: Nie, Antoni Lerch był górnikiem kopalni Kleofas. Pracował od najmłodszych lat, był jedynym żywicielem rodziny. W latach 30. ciężko było o pracę, więc dbał o nią bardzo. Ale piłkę lubił. Chodził na mecze Ruchu Hajduki Wielkie, jeszcze na ten słynny „Hasiok” na Kalinie [nieistniejące boisko Ruchu, na którym niebiescy zdobyli pierwsze mistrzostwo Polski w 1933 roku – przyp. red.]. Ba, nawet kumplował się z niektórymi zawodnikami. Był okres, że pracował razem z Teodorem Peterkiem [legendarnym napastnikiem, autorem 154 ligowych goli dla Ruchu – przyp. red.]. Ale najbardziej tata był zafascynowany Ernestem Wilimowskim. Ile on mi o „Ezim” historyjek opowiedział...

Urodziłem się przy ul. Wolności [reprezentacyjna ulica Chorzowa – przyp. red.], ale wychowałem się na Batorym. Na stadion miałem więc bardzo blisko. Byłem jedynakiem, szybko okazało się, że jakąś tam smykałkę do piłki mam. Grałem na ulicy, na placu, na łące, w szkole – po prostu wszędzie.

Ojciec zaprowadził Pana na pierwszy trening?

Sam poszedłem, kiedy miałem 10 lat. Namówiłem jeszcze paru kolegów ze szkoły, m.in. Antka Nierobę [reprezentacyjny obrońca Ruchu w lidze grał w latach 1956-1972 – przyp. red.]. Nasze rodziny się przyjaźniły, chodziliśmy razem do klasy w szkole nr 36.

Dobrze pamiętam pierwszy ligowy mecz, na który poszedłem. To było, zanim jeszcze poszedłem na pierwszy trening. W marcu 1948 roku Ruch wygrał 1:0 z Garbarnią Kraków, a bramkę strzelił w ostatniej minucie Przecherka. Byłem wtedy właśnie za tą bramką. Nie było żadnych siedzeń, rosła trawa. Jak ktoś wstawał, to bardziej niecierpliwi kibice siedzący za nim rzucali w niego kępami. To było moje stałe miejsce. Później zamontowano tam zegar Elektromontażu.

Rodzice puścili Pana samego na mecz?

No jasne, nie było z tym problemu. Całe dni spędzałem na placu, kopiąc piłkę. Jak zgłodniałem, to mama rzucała na dół kawałek chleba i dalej się grało. Wtedy nauczyłem się techniki, dryblingu, a przy okazji nabrałem kondycji. A z tatą rzadko chodziłem na mecze. Pamiętam, że zabrał mnie na towarzyski mecz Ruchu z drużyną Kleofasa.

Szybko poznał Pan Gerarda Cieślika.

Wiadomo, że na początku lat 50. pan Gerard był wielką gwiazdą całej polskiej piłki. W Chorzowie był idolem wszystkich. Moim także, drugim po Wilimowskim. I właśnie Cieślik jako jeden z najlepszych piłkarzy w Polsce zaczął wtedy trenować trampkarzy Ruchu. Kiedy się to rozniosło, zrobił się w Chorzowie szum – u Cieślika chciały trenować miliony bajtli. Oczywiście ja też. Nie mógł szkolić wszystkich, musiał zrobić selekcję. Dobrze pamiętam ten moment. Każdy chętny miał strzelać rzut karny. Podbiegłem i trafiłem w samo okno. „Zostajesz” – zdecydował od razu.

Cieślik miał serce do młodzieży, umiał nas trenować. I to właśnie on, ten niby nieumiejący się wysłowić hanys, taki zresztą jak i ja, potrafił wszystko doskonale przekazać. Naśladowałem wszystko, co pokazywał, później dziennikarze pisali nawet, że mam te same ruchy co on. Kiedy jako 17-latek trafiłem do pierwszej drużyny, dzięki niemu byłem już przygotowany do gry na ligowym poziomie. Ale nie przypuszczałem, że z moim idolem zagram w jednym zespole!

Zadebiutował Pan w ekstraklasie jako 18-latek w 1957 roku.

Wyróżniałem się w zespole juniorów, strzelałem w meczach po pięć bramek. Był taki zwyczaj, że w piątek przed wyjazdem na mecz ligowy był sparing między pierwszym zespołem Ruchu a rezerwami. Przed wyjazdowym meczem z ŁKS-em strzeliłem w takim sparingu parę goli. Pojechaliśmy do Łodzi na mecz, nocleg był w hotelu Savoy. Miałem grać w rezerwach, które rywalizowały we własnej lidze, coś jak dzisiejsze rozgrywki Młodej Ekstraklasy. Nagle woła mnie Cieślik. „»Elek«, przygotuj się, bo zagrasz w pierwszej drużynie” – powiedział jak gdyby nigdy nic. Zamurowało mnie. „Ja?!". „To ty nic nie wiesz? Chodź na odprawę, zaraz się zacznie".

Rzeczywiście, na odprawie ówczesny trener Ruchu Mikołaj Beljung wyczytał moje nazwisko. Miałem zagrać na środku ataku. Wtedy grało się jeszcze pięcioma napastnikami. Cieślik wystąpił obok mnie, na lewym łączniku...

Jak Pana przyjęli starsi koledzy?

Cóż, hierarchia była fest, w Ruchu same gwiazdy były. Ale niechęci, niszczenia młodych nie było. A jak zacząłem bramki strzelać, tym bardziej byli mi życzliwi. Z początku trochę się bałem, mówiłem do wszystkich „per pan", lecz starsi zawodnicy szybko zaproponowali przejście na „ty". Ale Gerardowi Cieślikowi do dzisiaj mówię „pan” [Gerard Cieślik zmarł w 2013, przyp.red.]. To był przecież mój trener, wychowawca – choć potem graliśmy razem, nie wypadało inaczej.

Jeszcze w tym samym roku strzelił Pan w lidze pierwszego gola.

W meczu z Lechią Gdańsk na Cichej. Boisko śliskie, jesień już była. Uderzyłem z daleka, Henryk Gronowski bronił wtedy [bramkarz Lechii tydzień wcześniej zadebiutował w reprezentacji Polski – przyp. red.]. Piłka wpadła w dolny róg. To była ostatnia bramka w tym meczu, na 4:1. Zaraz potem poszliśmy do restauracji niedaleko stadionu, tej na rogu, tam teraz tapety sprzedają. Dworcowa się chyba nazywała, ale i tak wszyscy mówili jak przed wojną: u Goldsteina. Nie było jeszcze słynnej kawiarenki na Ruchu, wtedy w tym pomieszczeniu była wielka szatnia. Kiedy wchodziłem do drużyny, był taki zwyczaj, że po meczu pierwszy zespół miał u Goldsteina darmowe jedzenie, pamiętam, że było dobre piwo. Wspólnie słuchało się radiowej relacji z meczu, który właśnie się odbył. Bawiliśmy się dobrze, świetna atmosfera była. Jak ta moja bramka na 4:1 padła, to „Pingol” Wyrobek [legendarny bramkarz Ruchu – przyp. red.] wyskoczył w górę, krzycząc: „Jeeeeeeeeeeeeest!". Ech, piękne czasy...

W 1958 roku miał Pan znakomity sezon – co mecz, to gol. Mając 19 lat, został Pan najlepszym strzelcem drużyny.

Czułem się wtedy naprawdę świetnie, czułem się pewny swoich umiejętności. Cieszyłem się na każdy mecz, nie mogłem się doczekać kolejnego gola, następnego dryblingu... Ale miałem wtedy radochę z grania. Nie przejmowałem się obrońcami, którzy mieli mnie specjalnie pilnować. A dawajcie „plastra", i tak sobie poradzę. Byłem dobrym dryblerem i miałem bardzo silny strzał z obu nóg. Góry wtedy mogłem przenosić...

Radocha z grania w Ruchu była, ale wielkich pieniędzy już raczej nie...

Wie pan, co dostałem za mistrzostwo Polski zdobyte przez Ruch w 1960 roku? Palmę z wiórów.

Jak to?

Klub przygotował różne nagrody rzeczowe, które piłkarze losowali. Ja napaliłem się na rakietę tenisową, ale trafiła się Jasiowi Schmidtowi [napastnikowi Ruchu w latach 1960-1962 – przyp. red.]. Mnie przypadła ozdobna palma. Stała potem u mamy na szafie. Trochę żałowałem tej rakiety...

Ach, to jeszcze nie wszystko! Na uroczystej akademii z okazji 40-lecia Ruchu każdy z piłkarzy dostał jeszcze po walizce. Pamiętam, że zielone były. Zdarzały się też inne miłe momenty: w 1958 roku po 500. meczu Ruchu w lidze, w którym strzeliłem dwa gole i wygraliśmy z Polonią Bytom 2:1, dostaliśmy ruskie zegarki z wygrawerowanym pamiątkowym napisem. Ja o pieniądzach wtedy nie marzyłem. Etat miałem w Hucie Batory. Pracowałem w tokarni przy gwintowaniu rur. Na szczęście majster patrzył na mnie ulgowo: jeśli zaczynałem o godz. 7, to kończyłem o godz. 11 i mogłem iść na trening.

Był jakiś obrońca w polskiej lidze, przeciw któremu nie lubił Pan grać?

Źle mi się grało przeciw obrońcom Legii Warszawa, byli wyjątkowo brutalni. Czasem jeszcze w tunelu prowokowali, przed meczem. Zapamiętałem zwłaszcza jednego, mniejsza o nazwiska. On, jak kopał, to nie po nogach, ale po brzuchu albo po głowie. Straszny był z niego „przecinak", jego koledzy z obrony też „nie odstawali".

Dużym szacunkiem darzę za to Staszka Oślizłę z Górnika. Grał twardo, ale zawsze fair. To była taka trudna do przejścia skała... Kapitalny piłkarz i przy okazji bardzo fajny człowiek. Zawsze się na niego mobilizowałem, zdarzyło się czasem wygrać z nim jakąś główkę... (śmiech).

Swoją drogą derby z Górnikiem to zawsze było wydarzenie. Lubiłem grać przeciw nim, bo często udawało się coś strzelić. Grając w Ruchu, pokonałem w lidze bramkarza Górnika siedem razy.

Ale kiedy Wy zdobyliście mistrzostwo w 1960 roku, w Pucharze Europy zagrał Górnik.

Wtedy graliśmy jeszcze systemem wiosna-jesień, a puchary odbywały się systemem jesień-wiosna. Dlatego mistrz Polski musiał potwierdzić dobrą formę co najmniej trzecim miejscem po rundzie wiosennej w kolejnym sezonie. Tymczasem w 1961 roku na półmetku byliśmy na czwartym miejscu, więc z Tottenhamem Londyn zamiast nas zagrał lider tabeli, czyli właśnie Górnik. Ja po latach i tak zagrałem przeciw Tottenhamowi! Ale już w barwach reprezentacji australijskiego stanu Wiktoria...

W Ruchu bardzo stawiał na Pana węgierski trener Janos Steiner, który wcześniej zdobywał mistrzowskie tytuły z Legią i Górnikiem...

To był znakomity fachowiec. Na Śląsku dawał pokazy treningów dla całego śląskiego środowiska piłkarskiego, wszyscy byli pod ich wrażeniem. Prowadził bardzo urozmaicone zajęcia. Dla niego najważniejsza była technika. Trening prowadził krótki, ale zawsze intensywny. Piłkarze musieli cały czas być w ruchu, trenowaliśmy przyjęcia piłki z powietrza, strzały z woleja w pozycjach akrobatycznych, dużo krótkich sprintów i ćwiczeń gimnastycznych. W tamtych czasach to było coś nowego. Ówcześni trenerzy „piłowali” nas ciężkimi treningami w górach, u Steinera tego nie było. A przy tym był człowiekiem bardzo kontaktowym, z każdym potrafił porozmawiać. Z Węgier przywoził dla nas kabanosy i salami na spotkania integracyjne. Z nikim się nie kłócił, ale jak już coś powiedział, nie było dyskusji.

To właśnie Steiner naciskał, żebyśmy jak najmniej robili fizycznie w hucie. „Przecież jeśli oni mają grać o mistrzostwo, to nie mogą pracować” – powtarzał.

Kiedy Steiner był trenerem Ruchu, my, piłkarze, przyswoiliśmy sobie kilka prostych węgierskich zwrotów, choć zazwyczaj mówił do nas po niemiecku.

Pan był jego tłumaczem.

Wie pan, na Śląsku niemiecki zawsze był przemieszany z polskim. Akurat w mojej rodzinie mówiło się po niemiecku. Kiedy poszedłem do polskiej szkoły w 1946 roku, to polskiego nie znałem. Ale w podstawówce bardzo lubiłem zajęcia właśnie z polskiego, mogę powiedzieć, że byłem prymusem. Jednak niemieckiego nie zapomniałem, choć w czasach PRL-u za często nie miałem okazji go używać. Gdybym dziś miał prowadzić specjalistyczną konwersację dotyczącą na przykład budowy samolotów, to byłyby trudności, ale ze swobodnym porozumiewaniem się nie mam problemów (śmiech).

Niemiecki przydał mi się nie tylko podczas współpracy ze Steinerem. W 1960 pojechałem jako reprezentant młodzieżówki na mecz do Cottbus. Przed wyjazdem rozeszło się, że w Niemieckiej Republice Demokratycznej brakuje... kawy, więc chłopaki postanowiły zrobić interes. Nakupowali tej kawy, ale na miejscu nie było jakoś okazji jej sprzedać. Wszyscy byli w desperacji. Prosili mnie: „»Elek«, ty znasz niemiecki, zrób coś". Obok stadionu, na którym mieliśmy grać mecz, było osiedle domków. Godzinę przed meczem urwaliśmy się z tą kawą razem Erwinem Wilczkiem i zaczęliśmy pukać od drzwi do drzwi. „Dzień dobry, jesteśmy z Polski, mamy dobrą kawę, nie chcieliby państwo kupić”? – pytałem. I tak paczka po paczce zszedł cały zapas. Wróciliśmy w pośpiechu na stadion. Wygraliśmy wtedy z NRD 3:0. Strzeliłem te trzy bramki...

To niejedyny Pański hat trick. Zdarzyło się, że trzy gole w jednym meczu strzelił Pan Edwardowi Szymkowiakowi, legendzie Polonii.

Jakoś miałem do niego szczęście, każdego roku strzelałem mu kilka goli. W 1961 roku padł remis 3:3, wszystkie trzy gole strzeliłem w pierwszej połowie. Niedługo potem spotkaliśmy się w Świerklańcu w Pałacu Kawalera, bo tak się złożyło, że Ruch i Polonia miały tam przedmeczowe zgrupowanie. Polonia nocowała na dole, a Ruch na piętrze. Wtedy Szymkowiak podszedł do mnie, popatrzył i mruknął: „Aleś miał farta, aleś miał farta"...

Wiele razy zastanawiałem się, jakim cudem człowiek, który strzelił ponad sto goli w ekstraklasie, nie zaliczył ani jednego oficjalnego występu w pierwszej reprezentacji Polski.

Sam do końca tego nie rozumiem. Nie byłem typowym, wysokim, rosłym napastnikiem, który ma się przepychać. Może tym kierowali się trenerzy? Fakt, że konkurencja była spora: Brychczy, Pohl, Liberda, Hachorek, Norkowski... Uważam, że zasługiwałem na to, żeby pojechać na igrzyska do Rzymu. Zamiast na olimpiadę zabrałem się z kadrą B na tournée po zachodniej Europie. Przeciw słynnej drużynie Stade de Reims [finaliście Pucharu Europy w latach 1956 i 1959 – przyp. red.] rozegrałem jeden z najlepszych meczów w życiu. Wygraliśmy wtedy 5:3. U rywali grali wtedy m.in. Raymond Kopaszewski i Roger Piantoni...

Za to zagrał Pan w kadrze PZPN-u przeciw najlepszemu piłkarzowi świata wszech czasów...

W 1960 roku do Polski przyjechał Santos z Pelem w składzie. Na Stadionie Śląskim przegraliśmy 2:5, ale najbardziej w tamtym meczu podobał mi się nie Pele, a wspomniany już Szymkowiak, który choć przepuścił pięć goli, to i tak dokonywał w bramce cudów. Pele, owszem, strzelił dwa gole, ale dla mnie najlepszym piłkarzem świata był w tamtych czasach Alfredo di Stefano.

Miał Pan paskudne kontuzje.

Pierwsza była bardzo ciężka. Zdarzyła się 6 września 1959 roku, dobrze pamiętam ten dzień. W meczu z Legią pękło mi jelito cienkie. W starciu podbramkowym obrońcy pchnęli mnie na bramkarza Stanisława Fołtyna. Młody był wtedy, jeszcze niedoświadczony. Chciał wypiąstkować piłkę i z całym impetem obiema pięściami trafił mnie w brzuch. Sędzia nawet nie przerwał gry. Myślałem, że zwariuję z bólu. Jelito odbiło mi się od kręgosłupa i pękło, choć wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Poszedłem zwinięty za bramkę i leżałem na ziemi, czekając, aż ten nieziemski ból minie. Myślałem, że za chwilę przejdzie i że zaraz wrócę do gry. Wtedy jeszcze nie było wolno dokonywać zmian, więc Gerard Cieślik co chwilę podbiegał do mnie i krzyczał: „Wstawaj, wstawaj!". Próbowałem, ale naprawdę nie byłem w stanie. Ruch do końca grał w dziesiątkę i utrzymał 0:0. Zaraz zawieźli mnie do szpitala na Strzelców Bytomskich i mnie uratowali. Początkowo w szoku nie chciałem zgodzić się na operację. Ostatecznie rozcięli mi wszerz cały brzuch, wszystko tam się wewnątrz rozlało... Koledzy myśleli, że już nie wrócę na boisko, ale w następnym roku wróciłem [tak się złożyło, że akurat ten mecz był ostatnim wspólnym ligowym występem Cieślika i Lercha, bo ten pierwszy jeszcze w tym samym roku zakończył karierę – przyp. red.].

Druga poważna kontuzja przydarzyła mi się po koniec mojej gry w Ruchu. Latem 1966 roku złamałem obojczyk w Jeleniej Górze na obozie przygotowawczym. Efekt: trzy miesiące przerwy. Byłem zdesperowany, trenowałem w gipsowym gorsecie, żeby jak najszybciej dojść do formy. Trener Teodor Wieczorek wystawił mnie na prestiżowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec na Ludowym. Strzeliłem gola, wygraliśmy 2:1. Jeden z moich ostatnich pamiętnych meczów w Ruchu i ostatnia ligowa bramka dla niebieskich...

W wieku 28 lat przeszedł Pan do ROW-u Rybnik.

Po latach myślę, że właśnie gdy grałem w Rybniku, doszedłem do najwyższej formy. Byłem tam idolem, robiłem na boisku, co chciałem, strzelałem mnóstwo goli. W II lidze zostałem królem strzelców. Gazety policzyły, że zdobyłem w jednym sezonie więcej goli niż pięć drużyn II ligi.

Trzykrotnie zdobywaliśmy awans do ekstraklasy. Codziennie dojeżdżałem na treningi z Chorzowa. Pociągiem do Gliwic, a potem przesiadałem się do autobusu.

No i w Rybniku można było zarobić. Byliśmy na etatach w kopalni Chwałowice, później pół Ruchu chciało z tego powodu przejść za mną do ROW-u.

Rozegraliśmy wiele fajnych meczów. Zdarzało się, że wdzięczni rybniccy kibice na rynku nas witali! Żyli piłką, ale... jeszcze bardziej żyli wtedy żużlem. Tam była wówczas wspaniała drużyna z Woryną i Wyglendą na czele. Lubiliśmy się z żużlowcami, to były fajne chłopaki. W zabawny sposób nas motywowali. Często jeździli na zawodach w Anglii i kiedyś na stacji benzynowej nakupowali medalików z podobiznami sławnych angielskich piłkarzy. Potem, jak któryś z nas strzelił gola, to dostawał taki medalik...

Z ROW-em pokazaliśmy się w Europie, kilka razy graliśmy w Pucharze Intertoto. Wygraliśmy nawet grupę. Już jako piłkarz ROW-u zdobyłem setnego gola w lidze. Strzeliłem go Jankowi Gomoli z Górnika.

W 1975 roku wyjechał Pan na saksy do Australii.

Początkowo nie miałem zamiaru się nigdzie ruszać. Gienek Faber chciał, żebym grał z nim we Francji, mogłem zostać w Niemczech, ale ja zawsze wolałem być z rodziną w Chorzowie. Zgodziłem się na grę w polonijnej drużynie z Melbourne, ale potem strasznie tęskniłem, bo nie mogłem zabrać żony i dwóch małych synów.

Sprowadził mnie biznesmen z branży budowlanej, który nazywał się Bazyli Sowiak, bodaj lwowiak. Początki były nerwowe. Na lotnisku w Melbourne nikt na mnie nie czekał, nikt nie wiedział o piłkarzu z Polski. Okazało się, że Sowiak chciał zrobić wszystkim niespodziankę i nikomu nic nie powiedział o moim przyjeździe. Z budki telefonicznej zadzwoniłem pod podany numer i zapytałem o Bazylego? „Bazyli? Bazyli is dead” – usłyszałem w słuchawce. Okazało się, że w momencie kiedy ja przylatywałem, biznesmen właśnie umierał... Na szczęście odebrał jego syn, jedyny, którego ojciec wtajemniczył w „niespodziankę". No i zawiózł mnie na stadion...

Trochę goli jeszcze w tej Australii postrzelałem. Było mało wyrafinowanej taktyki, a dużo dalekich wykopów do przodu. Chciałem wracać po roku, ale usłyszałem, że są ze mnie zadowoleni i mowy nie ma. Zostałem grającym coachem. Działacze chcieli, żebym został na stałe, obiecywali, że pomogą ściągnąć rodzinę i spłacić raty za domek, ale wróciłem do Chorzowa. Dziś mieszkam na trzecim piętrze w bloku, ale jestem zadowolony z życia. Najważniejsze, że synowie wyszli na porządnych ludzi.

***

Eugeniusz Lerch, ps. „Elek”

ur. 15 lutego 1939 roku w Chorzowie

Kluby: Ruch Chorzów (1949-1967), ROW Rybnik (1967-1975), Polonia Melbourne (1975-1976)

Mistrz Polski: 1960. W ekstraklasie strzelił 106 goli (85 dla Ruchu i 21 dla ROW-u).

Trener m.in. Grunwaldu Halemba, Zgody Bielszowice, AKS-u Chorzów, Slavii Ruda Śląska, Walcowni Czechowice i Gwarka Tarnowskie Góry. Był także drugim koordynatorem ds. młodzieży i drugim trenerem w Ruchu.

sobota, 04 sierpnia 2018
Anglicy chcą największy talent Ruchu Chorzów

Byłem dziś na meczu Ruchu Chorzów. Był to mój pierwszy mecz na Cichej w tym sezonie. 

W pierwszym składzie gra tam bardzo zdolny chłopak Mateusz Bogusz (rocznik 2001). Dziś strzelił pierwszego gola wśród seniorów, zresztą bardzo ładnego i podkreślającego jego talent. Dowiedziałem się z dobrego źródła, że na Cichą wpłynęła oferta angielskiego Brighton (Brighton & Hove Albion Football Club gra obecnie w Premier League). Czy Ruch przyjmie ofertę? Przyznam, że wolałbym oglądać tego chłopaka na Cichej - wszystko jest kwestią jak bardzo Ruch potrzebuje tych pieniędzy...  

Po tym co dziś zobaczyłem, trudno mi uwierzyć, że chorzowianie mogliby mieć kłopot z utrzymaniem, a tak wieszczyli niektórzy pesymiści po porażkach w dwóch pierwszych meczach. Dziś grali efektownie i skutecznie a cztery bramki były bardzo ładne. Ruch wygrał 4:0! Kiedy tak było ostatni raz? O ho ho...

środa, 31 stycznia 2018
Chorzów Batory. To był niezapomniany wieczór

Dostałem zaproszenie żeby poprowadzić panel z okazji wydania książki „Niebieskie majstry”, którą napisał Grzegorz Joszko i ogłoszenia nowej kibicowskiej inicjatywy: Stowarzyszenia Kibiców „Wielki Ruch”. 

Odbył się w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie-Batorym. To historyczny budynek: dokładnie w tym samym miejscu w 1920 roku powstał przecież Ruch Wielkie Hajduki.

Wieczór miało uświetnić spotkanie z gwiazdami, a mnie oczy się zaświeciły: kto z Was przepuściłby możliwość podyskutowania z ludźmi, którzy tworzyli przed laty ten Wielki Ruch?

Wspólnie z Grześkiem porozmawialiśmy więc z Eugeniuszem Lerchem (mistrz z 1960), Antonim Piechniczkiem (mistrz z 1968), Piotrem Czają (mistrz z 1974, 75 i 79) oraz Krzysztofem Warzychą (mistrz z 1989). Gwiazdy świetnie wczuły się w rolę. Pytaliśmy je o wszystko: o atmosferę tamtych lat, kolegów z drużyny (do rozstrzygnięcia wciąż jest choćby spór: kto jest właściwie lepszy Deyna czy Bula i dlaczego, bo to wcale nie jest oczywiste), trenerów, prezesów, nagrody za tytuły...

Musiałem pamiętać, że w tamtym momencie i miejscu nie byłem dziennikarzem, fanem futbolu czy słuchaczem. Jako prowadzący miałem konkretne zadania. Uważam, że taki moderator musi przede wszystkim sprawić, że sala żyje rozmową. Nie mnie oceniać czy to się udało. Cieszę się jednak, że dyskusji towarzyszyły wybuchy śmiechu publiczności, że sala trzęsła się od braw dla gwiazd, które ze swadą opowiadały.

Organizatorom dziękuję za możliwość udziału w tej imprezie. Kibiców pozdrawiam. Wyczuwałem w powietrzu uwagę z jaką słuchają.

Przy takiej uwadze Ruch nigdy nie zginie.

środa, 25 października 2017
Żeby być dumnym z przeszłości trzeba ją znać

Bardzo chciałbym żeby Górny Śląsk znowu kiedyś kojarzył się z potężną piłką nożną. Nad tym pracują trenerzy i piłkarze, a jedyne co możemy zrobić my - ludzie z boku - to walczyć żeby pamiętać o dniach chwały - kiedy fusbal był wizytówką naszego regionu.

Dni chwały trwały wiele lat, ale zdumiewające jest jak bardzo ulotne są ludzkie wspomnienia. Poza tym lata lecą i czasy kiedy śląskich sukcesów piłkarskich nikt z nas nie przeżył wydają się wcale nie tak odległe. Dlatego warto, uważam, popierać wszelkie inicjatywy, które złote lata starają się zachować we wdzięcznej pamięci.

Na interesujący pomysł wpadł w Chorzowie Grzegorz Joszko, badacz dziejów niebieskich i autor strony internetowej historiaruchu.pl. Jako mieszkaniec tego miasta zgłosił niecodzienny projekt, który mógłby być finansowany z publicznych pieniędzy, a realizowany przez Urząd Miasta w ramach Budżetu Obywatelskiego.

To wniosek pod hasłem „Historia Ruchu Chorzów - tablice informacyjne oraz strona z wirtualnym spacerem”. Został on już pozytywnie zatwierdzony przez komisję ds. opracowania propozycji zadań realizowanych w ramach 5. edycji Budżetu Obywatelskiego Chorzowa.

Wiadomo, że wszyscy w tym mieście są dumni z Ruchu - tak naprawdę to dzięki temu klubowi, Stadionowi Śląskiemu i Wesołemu Miasteczku przeciętni Polacy wiedzą, że takie miasto w ogóle istnieje i gdzie się znajduje. Ale często jest tak, że jedynym miejscem, które kojarzą dziś z Ruchem sami mieszkańcy Chorzowa to jedynie stadion przy ul. Cichej.

Z jednej strony trudno się dziwić, z drugiej to niewiedza wręcz zatrważająca. Żeby być dumnym z przeszłości trzeba mieć o niej pojęcie. - Chciałbym żeby taki szlak uświadamiał ludziom wyjątkowo bogatą historię Ruchu. Uważam, że dobrym pomysłem byłoby ustawienie tablic informacyjnych przedstawiających najważniejsze wydarzenia, miejsca i osoby mające związek z historią tego wspaniałego klubu. Tablice stanęłyby w miejscach, gdzie odbył się choćby pierwszy mecz (przy ul. Wrocławskiej), gdzie miała miejsce pierwsza siedziba (przy ul. 16 lipca), gdzie był pierwszy stadion (na Kalinie), gdzie w niedalekiej odległości od siebie mieszkali zasłużeni przedwojenni piłkarze (Wodarz, Alszer, Cieślik, Koenig i in.) - mówi Joszko.

Czy nie byłoby wspaniałe żeby ojciec zabrał swojego bajtla na spacer i wiedząc gdzie iść pokazał mu te wszystkie miejsca? Czyż uświadomienie sobie że żyjemy często dokładnie w tych samych miejscach, które kiedyś były świadkiem niezwykłych historii nie jest dojmujące? 

Warto dodać, że projekt Joszki zakłada powstanie także strony internetowej pozwalającej wirtualnie obejrzeć te miejsca. Na razie trwa zbieranie głosów. Jeśli któryś z czytelników jest zameldowany w Chorzowie lub w nim pracuje może zagłosować na ten projekt. Moim zdaniem warto.

PS Chciałbym żeby coś takiego powstało o innych śląskich klubach w innych śląskich miastach. Każdy ma prawo być dumny.

wtorek, 08 sierpnia 2017
A co Ty zrobiłeś dla Ruchu?

Ruch Chorzów przeżywa jeden z najtrudniejszych momentów w historii. Obecnie nie jest możliwe żeby styl gry drużyny i jej wyniki olśniewały.

Pytacie czasami jaka jest różnica między futbolem obcym a naszym. Wydaje mi się, że największa różnica ze wszystkich jest taka, że tam (w Niemczech albo Anglii) przychodzi się na własną drużynę. U nas często przychodzi się przede wszystkim na obcą...

Trafia się doskonała okazja żeby okazać Ruchowi wsparcie. Dziś o godzinie 19 niebiescy grają u siebie z Chrobrym Głogów w Pucharze Polski. To pierwszy mecz chorzowian na własnym stadionie, który można zobaczyć na własne oczy.

Ruch to jeden z symboli Śląska. Nie tylko piłkarskich - uważam, że w ogóle. Prawda jest taka, że to Wy, kibice, możecie raz za razem udowadniać, że to symbol ciągle żywy. Nie ma nic piękniejszego niż wsparcie dla klubu w trudnych dla niego momentach. Udowadniają to fani Widzewa i Górnika. To dzięki gromadnemu zainteresowaniu tamte kluby mają szanse wyjść na prostą.

Ruch też zasługuje żeby wyjść na prostą. Ale bez Was to może nie być możliwe.

A wystarczy tylko, że przyjdziecie. A potem znów przyjdziecie. I znów... Bez marudzenia na styl i wyniki. Bo jeśli będziecie regularnie i gromadnie przychodzić wreszcie nadejdzie czas, że będziecie mogli pomarudzić.

Swoją drogą - czy to nie wspaniały moment żeby zacząć kibicowską przygodę?  Wydaje mi się, że jeśli ktoś nie jest kibicem a jego przygoda z piłką może rozpocząć się od takiego spotkania jak Ruchu z Chrobrym - w przyszłości mógłby się tym szczycić...

Nie jest sztuką zacząć być kibicem Barcelony kiedy ta wygrywa Ligę Mistrzów. Nie chodzi oczywiście o to żeby się katować. Chodzi o wsparcie. Bo tylko zaciskając zęby teraz jest szansa, że kiedyś będzie lepiej.  

Nie pytaj więc co Ruch zrobił dla Ciebie. Spytaj raczej co Ty możesz zrobić dla Ruchu. 

PS Nie muszę pisać co na ten temat sądzi Omega.

 

sobota, 29 lipca 2017
Dlatego kocham futbol

To bardzo dziwne uczucie kiedy nagle ktoś przypomina ci za co właściwie uwielbiasz piłkę nożną. Jako reporter nie przypominam sobie sytuacji jaka przydarzyła mi się w Mielcu, choć rozmawiam z piłkarzami po meczach już od 24 lat.

Pojechałem za Ruchem na Stal, bo byłem bardzo ciekaw tej nowej drużyny w brutalnym świecie, którego właściwie nie zna czyli w pierwszej lidze. 

W 68. minucie przy stanie 0:1 trener Krzysztof Warzycha postanowił dokonać zmiany. Na pozycję jedynego napastnika wchodzi Artur Balicki (rocznik 1999), który luzuje Jakuba Araka. Kilkadziesiąt sekund później Miłosz Przybecki przeprowadza dynamiczny rajd prawym skrzydłem i posyła płaską piłkę wprost pod nogi Balickiego. Ten przewraca się jednak w decydującym momencie i nieczysto uderza piłkę. Szansa przepadła...

Gole nie padły już do końca. Po meczu podszedłem do schodzącego z boiska Artura Balickiego. Łzy leciały mu jak grochy. - Przeżyłem coś wspaniałego: mogłem zadebiutować przy wypełnionym stadionie, prezentował się naprawdę pięknie. No ale oczywiście mam do siebie pretensje. Miałem przecież taką wymarzoną okazję żeby wyrównać... Była naprawdę dobra! No i ten debiut ma teraz słodko-gorzki smak... Muszę to przetrwać - pociągał nosem, a mnie łamało się serce. 

Ale wiecie co? Inni go nie zostawili. Niektórzy piłkarze schodząc do szatni okazywali mu wsparcie, klepali przyjacielsko po plecach.

Właśnie dlatego futbol jest tak uniwersalny. W prosty sposób przekazuje emocje. W najtrudniejszych momentach buduje się więź, cementuje społeczność. Ludzie dostrzegają na kogo mogą liczyć w trudnych chwilach.

Ruchowi będzie w tym sezonie jeszcze niejednokrotnie bardzo ciężko. Moim zdaniem trudno się spodziewać żeby mógł na razie myśleć o czymś więcej niż o utrzymaniu. Ale najważniejsze, że walczy i nie poddaje się. Na razie ta drużyna jest jak ciemiączko u niemowlaka. Ale jeszcze, mam nadzieję, okrzepnie. Wtedy będzie można myśleć o czymś więcej.

PS Pojechałem do Mielca licząc, że zobaczę te słynne trybuny, które pamiętam jeszcze z meczu z Albanią w 1984 roku. Zapomniałem, że czas leci i stadion wygląda już zupełnie inaczej. Ale muszę przyznać, że spodobało mi się kiedy przekonałem się co Stal znaczy dla Mielca. Stadion był prawie wypełniony. Ludzie żyli tym wydarzeniem. Powodzenia.

PS1 Pogadałem też w Mielcu z Januszem Patermanem oraz byłym graczem GieKSy i Górnika, fajnym synkiem, o którym wiadomo było, że Ruchowi nie przepuści. Szczegóły - TUTAJ i TUTAJ

PS2 Omega nie musi się moim zdaniem wstydzić, choć w browarze też nie ma oczywiście sensu zamaczać wskazówek.

piątek, 09 czerwca 2017
Mariusz Klimek myśli o Śląsku. Ale Wrocław

Rozmawiałem dziś z Mariuszem Klimkiem, bo usłyszałem plotkę o jego zainteresowaniu Śląskiem Wrocław. Dla tego biznesmena zawsze będę miał mnóstwo szacunku - z prostego powodu. Nie znam bowiem nikogo kto w polskim futbolu z własnej kieszeni dałby tyle milionów ile wyłożył on by spłacić cudze długi. Milionów! To dzięki niemu Ruch Chorzów złapał kiedyś nowy oddech.

Wygląda na to, że Mariusz Klimek wsiąkł w futbol. Właśnie przyjął zaproszenie do jednej z grup biznesowych, która chciałaby przejąć Śląsk Wrocław. Oczywiście to kto przejmie ten klub nie jest jeszcze w ogóle przesądzone, ofert jest przecież kilka.

- Wiem co zrobić żeby we Wrocławiu i okolicach nastała moda na Śląsk. Wiem jak zbudować sportowe podwaliny pod przyszły sukces - mówi Klimek.

Żałuję, że nie decyduje się na dalsze działanie na Górnym Śląsku. Ale pamiętając przeszłość i tak życzę mu wszystkiego najlepszego.

piątek, 02 czerwca 2017
Kurtyna niebieska

Przykro było dziś żegnać Ruch w ekstraklasie.

Przykro było rozmawiać na stadionie przy stanie 0:2 z Eugeniuszem Lerchem, który strzelał dla chorzowian bramki w jego najlepszych latach. Czułem rozżalenie Mistrza.

Przykro, że właściwie nie wiadomo co będzie dalej. Kilka lat temu obowiązywało hasło: piętnasta gwiazdka na stulecie. Niedawno Antoni Piechniczek stwierdził, że na stulecie niech przynajmniej będzie obecność wśród najlepszych. Jednak czy dziś - zaraz po tak nieszczęsnym meczu jak ten pożegnalny - nadużyciem będzie wątpić nawet w tę skromniejszą wersję?

Przykro, że dla tylu ludzi mieniących się kibicami Ruchu ten mecz był tylko okazją do zademonstrowania jakichś debilnych działań: rzucania rac i palenia flag rywala zza miedzy. Teraz za tą miedzą śmieją się, że ważniejsza dla niektórych "kibiców" z Cichej była GieKSa niż godne żegnanie się z ligą. Nigdy czegoś takiego nie zrozumiem. To jest tak głupie, że aż niewiarygodne. Bez sensu.

Życzę wszystkim normalnym żebyśmy zobaczyli jeszcze Ruch w ekstraklasie. Nie na przekór komukolwiek choć wiadomo, że teraz kmiotki będą się cieszyć, bo to oczywiste, że kluby z tradycją budzą zawiść. Ruch tego właśnie doświadcza. 

Niemniej ostatnie dziesięć lat w ekstraklasie były w wykonaniu Ruchu niecodzienne. Za nie dziękuję. Czy ktoś kiedyś jeździł na rollercoasterze w ten sposób w polskiej lidze? Było wiele wspaniałych momentów, puchary, a nawet mistrzostwo Polski (co prawda tylko 6 maja 2012 roku przez godzinę - między 17.18 a 18.18 czyli bramką Arkadiusza Piecha w Chorzowie  i bramką Roka Elsnera w Krakowie, Ruch Chorzów był mistrzem Polski. Było też wiele słabych, choć nigdy nie kończyło się to katastrofą. 

Aż do teraz.

Nie chcę się żegnać z tym klubem w tej lidze. Ale naprawdę nie wiem kiedy znowu się przywitam. I gdzie...

PS Dobrze, że jest Omega. Kiedyś więc będzie jeszcze przepięknie.

Musi.

wtorek, 30 maja 2017
Popieram Antoniego Piechniczka

Odwiedziłem selekcjonera w Wiśle, porozmawialiśmy o obecnej sytuacji w Ruchu [możecie przeczytać - TUTAJ]. Antoni Piechniczek jest rozgoryczony i ja mu się wcale nie dziwię.

Zwracam uwagę na jeden charakterystyczny moment jego wypowiedzi. 

Cytuję: "Gdybym to ja, nawet w wieku jakim obecnie jestem, siedział na ławce trenerskiej to sprawiłbym, że ten mecz zostałby przerwany. Po prostu skoczyłbym na boisko do sędziego i tak bym mu naurągał, że by mnie służba porządkowa musiała wynieść!"

Niektórzy pewnie oburzą się na te słowa. Ja je oczywiście całkowicie popieram. Żyjemy bowiem w czasach kiedy uwikłanie w procedury, przepisy, regulaminy sprawia, że człowiek często czuje się jak ryba w sieci i nic nie może zrobić, choć wie, że ma moralną rację.

Takie zachowanie jest wyrazem rozpaczy w momencie kiedy trzeba ją wyrazić a nie da się inaczej. Jest też dobrym sposobem zwrócenia uwagi na draństwo jakie się dzieje.

Zawsze tak było. Tylko cynicy nie dostrzegą różnicy między słuszną wściekłością a zimną chęcią wykorzystania okazji do obalenia ancien regime'u.

niedziela, 28 maja 2017
Czekam na oficjalną wypowiedź Zbigniewa Bońka

Jestem zdumiony.

Pierwszy raz w historii polskiej piłki nożnej jakaś drużyna spadła z najwyższej klasy rozgrywkowej po celowym wbiciu piłki ręką do bramki a najwyższe krajowe władze futbolowe ciągle milczą.

Od Zbigniewa Bońka, jako szefa PZPN i najważniejszej obecnie osoby w polskim futbolu oczekiwałbym jednak oficjalnego stanowiska. Oczywiście nie chodzi mi o stanowisko w kwestii karania sędziów czy strzelca. To w całej tej historii sprawa wręcz drugorzędna. Chodzi mi raczej o wyjaśnienie czy PZPN zamierza jakoś naprawić tę sytuację* i zadośćuczynić pokrzywdzonemu. To pokrzywdzony - czyli Ruch - jest teraz najważniejszy.

Oczekiwałbym specjalnie zwołanej konferencji prasowej w tej sprawie jeszcze w weekend, bo przypominam, że chodzi o wydarzenie bezprecedensowe w historii naszego futbolu.

Nie ulega bowiem wątpliwości, że Ruch spada z ekstraklasy tylko i wyłącznie z jednego powodu: oto sędzia uznaje bowiem bramkę, której w żadnym wypadku nie powinien był uznać. Przypominam - nie chodzi o gola po dyskusyjnym spalonym czy wątpliwym faulu jakie w ferworze zdarzają się dość często. Chodzi o zagranie doprawdy skandaliczne, o gola, który padł po celowym wbiciu piłki ręką do bramki. Należy to wyraźnie podkreślać: nie ma innych powodów dla których Ruchowi w sobotę przytrafia się degradacja. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wygrałby mecz z Gdyni.  A wówczas w ostatniej kolejce jeszcze wszystko mogłoby się wydarzyć łącznie z wersją, że chorzowianie w ostatniej chwili nie dali się na boisku zdegradować.

Ruch nie miał ostatnio dobrej opinii, to wiemy wszyscy. Kłopoty finansowe, zawirowania z licencją itd. nie sprzyjały w budowaniu sympatii u tzw. postronnego widza. Jednak oczywiste jest, że nie powinno mieć to żadnego wpływu na sportowy sposób wyłaniania spadkowiczów.

No chyba, że władze polskiej piłki hołdują stalinowskiej zasadzie "dajcie człowieka a znajdzie się paragraf". Jeśli nie uwalimy cię tak, to inaczej. W to oczywiście nie wierzę i przy okazji wyrażam szczerą nadzieję, że prokurator Andriej Wyszyński nie jest patronem decydentów naszego futbolu. 

*serdecznie proszę nie dręczyć mnie bełkotem w stylu "a co ma do tego Boniek"

PS Już po opublikowaniu tego wpisu widzę, że Zbigniew Boniek zabrał głos na Twitterze.

"Piłkarzom i kibicom Ruchu życzę szybkiego powrotu do Esa,niech nie myślą ze spadli przez Sedziów ,Siemaszkę czy PZPN,szkoda!"

Na razie nie będę komentował treści merytorycznej tego twitta, ciągle czekam bowiem na oficjalne stanowisko prezesa PZPN.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
Archiwum