poniedziałek, 23 października 2017
Narośl

Sytuacje kiedy kibice zapominają, że w relacji klub-piłka-fani oni sami są jedynie dopełnieniem a nie podmiotem zawsze w końcu obraca się przeciwko nim. Dowodem na to jest choćby ostatni mecz GKS-u Katowice z Ruchem Chorzów.

Zawsze lubię prztyczki kibicowskie, takie przy których można się uśmiechnąć i je docenić. Tak było choćby w pierwszej połowie na Bukowej kiedy miejscowi fani wywiesili na blaszoku wielką fanę z hasłem „1964>1920”. Nie było to wulgarne, nikogo treścią nie obrażało. Dla mnie klasa.

W drugiej połowie wyszło jednak niestety wszystko, co uważam w kibicowaniu w naszym kraju za najgorsze. To otóż, że część fanów ma „tam, właśnie tam*” wszystko i wszystkich poza sobą.Już pod koniec meczu, kiedy GKS Katowic podjął szaleńczy wysiłek próbując wyrównać i już chwytał Ruch Chorzów (przy okazji: gratulacje za grę, trudno sobie wyobrazić, że będąc w takiej formie niebiescy mogliby spaść) za gardło - na przeszkodzie stanęli mu jego fani.

Jak to możliwe? To proste: w najgorszym momencie odpalili na stadionie racowisko. Przez efekty pirotechniczne na boisku mało co było widać, więc sędzia zarządził kilkuminutową przerwę w grze. To z kolei sprawiło, że piłkarze Ruchu, których obrona była coraz bardziej desperacka i kurczowa mogli sobie odsapnąć. To z kolei sprawiło, że chorzowianie zdołali dociągnąć satysfakcjonujący wynik do końca, co nie zawsze przecież w tym sezonie im się udawało. 

Problem, moim zdaniem, polega na tym, że dla niektórych fanów GKS-u sztubacka uciecha z numeru, jaki wykręcili na trybunach ważniejsza była niż to, co robiła ich drużyna na boisku, Że pokrzyżowali szyki piłkarzom? Mają to w...*. Niektórzy z nich naprawdę [sic!] wierzą, że GieKSa „to my, a nie wy”, tak bardzo są zakochani w sobie.

Uważam, że GKS Katowice to drużyna, która ciągle może bić się w tym sezonie o awans. Fakt - jest obecnie z tyłu tabeli, fakt - wiele razy w tym sezonie zdążyła już rozczarować. Ale kiedy przeanalizuje się ich możliwości i potencjał trudno jednak dojść do innych wniosków. Dlatego z przykrością ogląda się takie obrazki jakie miałem okazję zobaczyć w niedzielę wieczorem. Pod szatnią gospodarzy, przy stanie 0:2, jakiś oszołom już w przerwie wołał z wściekłością „wy k..., co wy robicie, mamy was na oku!”.

W obecnym czasach trudno zbudować silną drużynę opartą jedynie na wychowankach zapatrzonych we własny klub od dziecka. Buduje się ją raczej na piłkarzach sprowadzanych skądinąd. Na takich, którzy wiedzą, że w klubie zapewni im się rozwój. Są oni ważnym (czy wręcz dominującym) elementem każdej drużyny klubowej na świecie. Chodzi więc o to żeby piłkarze, których chciałaby sprowadzić GieKSa nie kręcili nosem, że kiedy przyjdzie przegrać będą musieli wysłuchiwać obelg. No i przede wszystkim żeby publika nie przeszkadzała im wygrywać.

Dlatego właśnie narośl, która wyrosła, Górniczemu Klubowi Sportowemu „Katowice” w tym nie pomaga. 

* Niech każdy z uczestników racowiska sam sobie objaśni, gdzie znajduje się to „tam”. I z ręką na sercu powie, że tak nie jest.

środa, 23 sierpnia 2017
Futbol a miłość życia

Wielokrotnie przekonywałem się, że nie mam pamięci do drogi i do miejsc, w których zostawiam samochód, ale mam z kolei dobrą pamięć do dat i wręcz fantastyczną do twarzy*. Ostatnio potwierdziło mi się to kilka dni temu kiedy szedłem przez ulicę Stawową w Katowicach. Niedaleko żaby spojrzałem na idącego w tłumie z naprzeciwka mężczyznę i coś mnie tknęło. Czy ja ostatni raz nie widziałem go na boisku jakieś trzydzieści lat temu? Natychmiast zawróciłem, zrównałem się z nim krokiem i grzecznie zapytałem: "Przepraszam, czy pan Marek Biegun?" (a w głowie zaświeciło mi się: "rok urodzenia: 1958"). Mężczyzna zdumiony potwierdził.

Takich okazji z rąk nie wypuszczam.

Efektem tego niewypuszczenia jest wywiad, który TUTAJ wklejam. Marek Biegun, jedna z gwiazd GKS-u Katowice z lat 80. fajnie opowiada o przeszłości. Wątków jest wiele, ale jeden chcę rozszerzyć na Czadoblogu. O tym jak bardzo futbol ma wpływ na życie prywatne.

Okazuje się, że Marek Biegun nie zakochałby się w konkretnej dziewczynie gdyby nie piłka. Na tym przykładzie łatwo udowodnić, że futbol może decydować o wszystkim.

Marek Biegun gra w młodości dobrze w piłkę => B. trafia do GKS-u, jednego z najlepszych wówczas klubów w Polsce => B. dobrze jak na ówczesne warunki zarabia: pobiera górniczą pensję i dostaje premie za zwycięstwa, które są co najmniej drugą pensją => stać więc B. żeby regularnie zabawiać się w katowickim hotelu "Warszawa" (szyk i szpan, jeszcze w zeszłej dekadzie reprezentacja Włoch właśnie tam rezerwowała pokoje, na alejce pod hotelem wpadłem wtedy na spacerującego wieczorem Marcelo Lippiego) => B. zauważa w hotelowym kiosku śliczną dziewczynę => B. zakochuje się => B. odrzuca propozycje przejścia do bardzo znanego klubu w Polsce (wtedy i dziś absolutny top, różnica taka, że wtedy GieKSa ich łomotała, a teraz nawet z nimi nie gra) => B. żeni się => rodzi mu się córka => ma dziś wnuki.

Gdyby B. dobrze w GieKSie nie zarabiał, życie potoczyłoby się inaczej. Bez tych pieniędzy w życiu nie przyszłoby mu do głowy bawić się w hotelu "Warszawa" nie spotkałby więc przyszłej żony.

To nie jest historia jedyna w swoim rodzaju.

PS Mało kto wie, że gra w GieKSie wpływała też na rozszerzanie smaków. Być może wyda wam się to dziwne, ale w połowie lat 80. niewielu Polaków żyjących w PRL-u znało smak... krewetek. Osobiście uwielbiam krewetki i zdążyłem zapomnieć, że w dzieciństwie w ogóle nie znałem tej pyszności.

W 1986 roku GKS grał w Islandii z Framem Reykjavik w Pucharze Zdobywców Pucharów. Kiedyś Marek Koniarek opowiadał mi, że piłkarze najbardziej uśmiali się kiedy wrzucali mydełka do gejzerów, ale Marek Biegun przede wszystkim zapamiętał, że gościnni gospodarze postawili przed piłkarzami GieKSy talerze pełne dziwnego jedzenia. Jednak nasi bali się je jeść, nie wiedzieli chyba za bardzo co to. Zdecydowali się tylko B. i bramkarz Robert Sęk.

Odkryli magiczny świat krewetek.

*rozpoznaję nawet kolegów z przedszkola, których nie widziałem od przedszkola.

wtorek, 23 maja 2017
Uważam, że góra GieKSy powinna zostać

Prezydent Katowic ogłosił dziś, że prezes Wojciech Cygan i wiceprezes Marcin Janicki złożyli rezygnację.

Szczerze mówiąc mam nadzieję, że ta rezygnacja nie zostanie przyjęta. Oczywiście pod warunkiem, że GKS Katowice w następnych sezonach nadal będzie miał ambicje awansu do ekstraklasy. 

Moim zdaniem Cygan i Janicki to fachowcy. Oczywiście wielu mnie wyśmieje - jak mogę tak pisać po ostatnich kompromitujących wynikach pierwszej drużyny i w fatalny sposób zaprzepaszczonej szansie na awans.

Zarządzanie klubem piłkarskim jest coraz bardziej skomplikowane, jak zresztą cała rzeczywistość wokół nas. Wielu ludzi nie ma nawet pojęcia jak bardzo. Czy GieKSę stać na to żeby ewentualni następcy uczyli się na żywym organizmie? W dodatku o tyle bardziej skomplikowanym od innych, że wielosekcyjnym? W dodatku presja na nowym szefie ciążyłaby od razu, bo nie wyobrażam sobie żeby w przyszłym sezonie GieKSa nie powalczyła o awans.

Czy Katowice na to stać?

PS Zwolenników teorii spiskowych, którzy będą twierdzić, że dotychczasowi prezesi GieKSy to moi kumple informuję, że zawsze byłem i jestem z nimi na per pan.

PS1 Rozmawiałem z piłkarzem GKS-u, który wywalczył pierwszy awans do ekstraklasy w 1964 roku. Ma ciekawe przemyślenia. Uważa, że nowym trenerem Katowic powinien zostać... Waldemar Fornalik.

wtorek, 16 maja 2017
Presja

GKS Katowice bezsprzecznie powinien grać w ekstraklasie. Tak jak Górnik Zabrze, Zagłębie Sosnowiec czy GKS Tychy.

Jednak jego sytuacja jest trochę inna niż konkurentów. Paradoksalnie trudniejsza, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. O co chodzi?

GKS jest klubem wielosekcyjnym, który mocno wspiera miasto. Magistrat bardzo chce powrotu do czasów świetności, ale klub nie może liczyć na coraz większe pieniądze z miasta, mimo że Katowice relatywnie są bogate. Powód jest prosty: budżet miasta, które dużo wydaje na sport nie jest przecież z gumy.

Paradoksalnie piłkarzom nie pomaga wielosekcyjność GieKSy. Inne sekcje - chodzi mi przede wszystkim o siatkarską i hokejową - spisywały się ostatnio bardzo dobrze, a wszystko wskazuje, że będą jeszcze lepiej. Przypuszczam, że w 2018 roku jedni i drudzy będą blisko medali mistrzostw Polski. Hokeiści już się wzmacniają, a te wzmocnienia nie są byle jakie. 

Z tego co słyszę w roku 2018 GieKSa będzie mogła liczyć na wsparcie z miasta na podobnym poziomie jak obecnie. Siatkarze i hokeiści będą potrzebowali więcej pieniędzy - jako, że drużyny są coraz silniejsze mają ku temu mocne argumenty. Wiem, że w mieście są ludzie, którzy patrzą na nie przychylnym okiem. Wygląda na to, że więcej pieniędzy dla hokeistów i siatkarzy może oznaczać mniej dla piłkarzy. No chyba, że awansują do ekstraklasy teraz.

Przypuszczam, że brak awansu w tym sezonie może oznaczać mniejsze nakłady na piłkę w przyszłym. Chyba warto zdać sobie z tego sprawę.

poniedziałek, 28 listopada 2016
Piękno to luksus

Futbol też się przepoczwarza a efektowna gra to dopiero ostatnie stadium. Cieszę się, że dobrze rozumieją to w GieKSie.

Budowa zespołu to skomplikowany proces, który nigdy się nie kończy, to truizm. Osiągnięcie stadium motyla to szczęście dane drużynom nielicznym. W Katowicach motyl fruwał ostatni raz w drugiej połowie lat 80. (choć dobrze pamiętam, że nawet wówczas styl GieKSy - mimo że strzelała wtedy przecież mnóstwo bramek - i tak uważano za dość toporny, z czym oglądając dzisiejszą polską ekstraklasę absolutnie nie mógłbym się zgodzić).

Piękno futbolu różni ludzie różnie rozumieją, często doceniają co innego, ale generalnie miło jest kiedy drużyna strzela dużo goli i potrafi przeprowadzić mnóstwo efektownych akcji. Uważam jednak, że oczekiwanie czy też żądanie żeby zespół zmierzał ku tego rodzaju doskonałości ma sens jedynie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Jeśli klub ma poważne zamiary w każdej innej klasie rozgrywkowej liczy się tylko i wyłącznie skuteczność w zdobywaniu punktów. Z tego co wiem GieKSa jesienią z rozmachem zagrała tylko raz - w Bielsku-Białej z Podbeskidziem.

O sposobie gry Katowic mówią liczby. Oto kilka z nich:

GieKSa wygrała jesienią dziesięć razy - najwięcej w tej lidze. Ale tylko cztery z tych spotkań wygrała z przewagą dwóch bramek. Z przewagą trzech bramek i więcej - już ani razu. Jednocześnie jesienią aż w dziewięciu spotkaniach nie straciła gola. Trzy gole straciła tylko raz. Wniosek z tego oczywisty: w jesiennych meczach GieKSy pada niedużo bramek, w każdym razie mniej niż meczach rywali do gry w ekstraklasie.

Oczywiście: awans można zdobywać w różny sposób. W 1965 roku, kiedy GKS też walczył o ekstraklasę, sam jeden Zygmunt Schmidt, najlepszy piłkarz ery „przedfurtokowej”, zdobył aż 30 goli! Ale to wówczas były inne czasy. Wiem jedno: sto razy bardziej wolę GKS grający nieefektownie a skutecznie niż efektownie a nieskutecznie. Bo kończy się to tak, że nad wyeliminowaniem braków obie szkoły dochodzenia do doskonałości w kolejnych sezonach popracują już w innych klasach rozgrywkowych.

sobota, 30 lipca 2016
Smutek dawnych mistrzów

Uwielbiam futbol za wiele jego odcieni. Nie ma chyba innej takiej dziedziny, w której jeśli nie idzie to ratuje nas pieszczotliwe wspominanie chwalebnej przeszłości. Nie ma chyba innej takiej dziedziny, w której jeśli ostatnio nam nie szło, możemy się zresetować, odrzucić całą przeszłość i skupić tylko i wyłącznie na teraźniejszości. Zwłaszcza kiedy startuje nowy ligowy sezon a z nim pojawiają się nowe nadzieje, marzenia i tęsknoty.

Fani GKS-u Katowice resetują się* tak regularnie od dekady. Nowy sezon to zmartwychwstające ambicje i niezmienny w założeniach awans.

Dziś przeżyłem jeden z bardziej przykrych momentów w tym roku. Byłem na inaugurującym sezon meczu GieKSy z Wigrami Suwałki. Gospodarze po raz kolejny mocno przebudowali zespół, na boisku pojawiło się pięciu piłkarzy, którzy debiutowali w lidze w barwach GieKSy, na ławce siedziało dalszych pięciu takich zawodników. Ludzie na trybunach liczyli więc po cichutku (niektórzy całkiem jawnie), że to będzie inna GieKSa niż w zeszłym sezonie.

Nie była. Gospodarze przegrali 0:1, Wigry rozegrały to po profesorsku, w końcówce nie musiały nawet stosować obrony Częstochowy.

Mnie osobiście najbardziej przykry moment spotkał tuż po meczu. Rozmawiałem chwilę z dwoma niezwykle zasłużonymi piłkarzami, którzy współtworzyli pionierskie czasy GKS-u. Gerard Rother, który 46 lat temu strzelił gola Barcelonie na Camp Nou, machnął z rozgoryczeniem ręką. - Nie wiem czy jeszcze doczekam GieKSy na powrót w ekstraklasie. Jeśli przegrywamy z Wigrami to z kim my chcemy wygrać?

Jego druh, Józef Morcińczyk, który grał jeszcze w Rapidzie Wełnowiec i był wśród tych, którzy razem z Rotherem wywalczyli pierwszy historyczny awans do ekstraklasy w 1965 roku prawie płakał ze złości. - Miałem wielką nadzieję, że GKS dobrze rozpocznie ten sezon, tylu nowych zawodników nakupował. Kiedyś drużyny przeciwne zawsze bały się przyjeżdżać na Bukową. Ja też grałem z GKS-em w drugiej lidze**. Ale wtedy biliśmy kogo popadnie. Lechii, Lechowi czy Cracovii wbijaliśmy cztery bramki. Takiej Lubliniance - siedem [temu ostatniemu zespołowi nie pomógł w konfrontacji z Katowicami nawet trener Górski*** kiedy u siebie przyjmowała trzy, przyp.pacz]. A potem awansowaliśmy. A teraz? Żal człowieka ogarnia - Józef Morcińczyk nie mógł się uspokoić. 

Piłka jest o tyle zaskakująca, że mimo zawstydzającego rezultatu znajduję jednak... pozytywy.

Nowy bramkarz Sebastian Nowak zna się na tym co robi, na poziomie zaplecza ekstraklasy to moim zdaniem gwiazda. Uratował zespół od wyższej porażki, przy stracie bramki nie mógł nic zrobić. Wydaje się, że jest pierwszym bramkarzem od czasów Jacka Gorczycy, który dwa razy z rzędu ma szanse wystąpić w ligowym meczu GKS-u inaugurującym sezon. Rok temu w pierwszym meczu wyszedł Dobroliński, dwa lata temu - Bucek, trzy lata temu - Budziłek, cztery lata temu - Sabela, a pięć, sześć, siedem, osiem czy dziewięć lat temu - Gorczyca. Przypuszczam, że Nowak jeszcze niejeden punkt dla GieKSy uratuje.

Nowy obrońca Dawid Abramowicz ma chyba lepszy wyrzut z autu niż Tomasz Hajto. Jego wrzuty są tam mocne jakby kopał a rzucał. Przypuszczam, że GieKSa doczeka się niejednego gola po takim aucie.

Nowy pomocnik Tomasz Foszmańczyk ma bardzo dobre prostopadłe podanie. Przypuszczam, że niejedno z takich zagrań przyniesie GieKSie gola.

Nowy napastnik Eryk Sobków ma łatwość oddawania strzałów z dystansu. Przypuszczam, że nieraz piłka po jego uderzeniu kwiknie w siatce bramki przeciwnika. Poza tym jest młodzieżowcem, który gra, bo może coś dać drużynie, a nie dlatego, że pełni rolę plomby

Z kolei syn znanego trenera Paweł Mandrysz, to boiskowy latający Holender. Niech no tylko powtórzy numer z meczu z Banikiem to zrobi się o nim głośno. Stać go na to.

Wszystkie pozytywy bledną przy podstawowym fakcie czyli porażce. Wigry nakryły dziś gospodarzy czapką, właściwie bezproblemowo.

Oczywiście nie ma co się przesadnie podniecać, nie ma co psioczyć, ale trudno ukrywać, że ten mecz był dokładnie taki jak ostatnie lata GieKSy. W tym kontekście trudno być na razie optymistą. Jeśli miałoby to tak nadal wyglądać ten wyśniony awans będzie można o kant pleców rozbić. Z całym szacunkiem - to były tylko Wigry, a bilety do nieba są tylko dwa.

*my nie jesteśmy mistrzem resetowania. My jesteśmy mistrzem resetowania resetowania - powiedział mi z przekąsem po meczu jeden z działaczy GKS-u.

**pan Morcińczyk stosuje prawidłową terminologię dla zaplecza ekstraklasy, nie przyjmując chyba do wiadomości słownego potworka wymyślonego przez marketingowców czyli tzw. "pierwszej ligi".

*** tak, chodzi o TEGO Kazimierza Górskiego.

czwartek, 07 lipca 2016
Gwiezdne wojny. GieKSa kontratakuje

Byłem dziś w Pałacu Goldsteinów żeby posłuchać o planach dotyczących GKS-u Katowice. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

O siatkówce (nowym trenerem nie byle kto, bo Piotr Gruszka) i hokeju (nowym trenerem nie byle kto, bo Jacek Płachta) w tym miejscu nie piszę, tym razem tylko o futbolu, choć wielosekcyjność klubu jest z pewnych powodów - o których na końcu - istotna.

Pod względem sportowym GKS od dziesięciu lat jest w tym samym miejscu czyli na drugim poziomie. W międzyczasie podejmowano próby ataku na ekstraklasę o różnym natężeniu, ale zawsze kończyły się niepowodzeniem.

Nie chcę teraz pisać o ataku jaki szykuje GieKSa w nadchodzącym sezonie, bo łatwo jej na pewno nie będzie. Wymieniła prawie cały skład - rozmawiałem dziś z Jerzym Brzęczkiem, oczywiście wierzy w ten zespół - trzeba więc się zgrać, ale rywale w tym sezonie będą silni i z ambicjami - podejrzewam, że nikt zarówno w Zabrzu jak i w Bielsku-Białej nie wyobraża sobie innego rozwiązania jak awans. Jest jeszcze Zagłębie...

Przypominam, że może awansować tylko dwóch.

Ale mnie chodzi raczej o to, że tym razem GKS - przy ogromnej pomocy miasta - szykuje się do ataku wielopłaszczyznowo.

Zaawansowany pomysł przeniesienia stadionu w inne miejsce na pierwszy rzut oka wydawałby się świętokradczy. Jak można opuszczać Bukową?! Prezes Wojciech Cygan przedstawia jednak konkretne argumenty i szczerze mówiąc trudno nie przyznać mu racji.

Na jeszcze jedną sprawę chcę zwrócić uwagę. GKS staje się klubem wyjątkowym w aglomeracji górnośląskiej z jednego zasadniczego powodu. Stworzenie w miarę szybko trzech bardzo nośnych sekcji sportowych jednego klubu, które w założeniu będą trafiać do różnego, że się tak wyrażę, targetu buduje zupełnie nową, unikalna wręcz pozycję takiego klubu w poszukiwaniu sponsorów. Trzy poważne nogi jednego klubu, trzy zespoły w trzech bardzo popularnych dyscyplinach. Reklama w potrójnym pakiecie -  robi to na Was wrażenie? Na mnie robi.

To może się udać.

PS Ciekawostka: nazwa Bukowa być może wcale nie zniknie. Prezydent Marcin Krupa rozważa zmianę nazwy ulicy. Cóż; nowy stadion miałby siedzibę przy ul. Upadowej.  "Upadowa" - to nie brzmi dobrze, prawda?:)

niedziela, 17 kwietnia 2016
Siedzi w błocie hipopotam

Wiadomo, że trener często ma inne powody żeby spotykać się z dziennikarzami na pomeczowej konferencji niż dziennikarze żeby spotykać się z trenerem. Czasami to zjawisko przyjmuje jednak tak osobliwe formy, że trzeba zareagować.

Byłem dziś na meczu GKS-u Katowice z Olimpią Grudziądz (0:2). Spotkanie bardzo mi się nie podobało. Przykro to pisać, ale najbardziej efektowny był zachód słońca nad Tauzenem za Blaszokiem.

Tymczasem na pomeczowej konferencji trener Jerzy Brzęczek, ku mojemu zdumieniu, stwierdził, że jest to... pierwszy mecz kiedy jego drużyna mimo porażki zagrała bardzo dobre spotkanie. Powiedział tak: - Patrząc na to z jakim zaangażowaniem, jaką pasją i z jaką chęcią zdobycia bramki - przynajmniej jednej - poruszali się moi zawodnicy, myślę, że zabrakło skuteczności. Patrząc na to jak drużyna walczyła, jak rozgrywała piłkę, jak dochodziła do sytuacji strzeleckich jestem z tego bardzo zadowolony, dumny. Rozumiem rozgoryczenie kibiców. Jeśli drużyna przegrywa kibice mogą krytykować, ale po takiej porażce nie może być tak że piłkarze są wyzywani. Obiektywni kibice nie mogą zarzucić drużynie, że nie chciała. Będę pierwszy, który będzie ich krytykował jeżeli nie będzie zaangażowania i wtedy wezmę to na siebie. Ale nie po takim meczu jak dzisiejszy na którym było widać do ostatniej sekundy, że chcemy....

Minęły czasy kiedy łatwo było mi krytykować. Muszę jednak stwierdzić, że nie podobały mi się te słowa.

Po pierwsze: uważam, że trener nie jest od tego żeby brać na siebie winę za brak zaangażowania. Zaangażowanie nie powinno tak naprawdę zależeć od trenera i myślę, że w ogóle nie powinien nim się zajmować. Zaangażowanie powinno być czymś zwyczajnym, a jeśli piłkarz nie jest zaangażowany to powinien być wyrzucony z drużyny. Trener jest moim zdaniem przede wszystkim od tego żeby jego piłkarze potrafili dobrze grać w piłkę czyli z rozmachem konstruować akcje ofensywne czy też dokonywać na boisku dobrych wyborów, w razie potrzeby umiejętnie się bronić itd. W meczu z Grudziądzem piłkarze GKS-u nie zaprezentowali niczego co mogło zapierać dech w piersiach. Przykro pisać, ale nie pamiętam ani jednej dobrej akcji w ich wykonaniu. 

Po drugie: piłkarze nie powinni być wyzywani nigdy, w żadnych okolicznościach. Po żadnej porażce nie powinno się ich wyzywać. Dziś zasłużyli, owszem, na ostre wygwizdanie. Na wyzywanie - w żadnym wypadku.

Po trzecie: nie rozumiem jak można być dumnym po porażce z zespołem walczącym o utrzymanie jeśli zajmuje się znacznie wyższe miejsce w tabeli a porażka nie jest usprawiedliwiona trudną sytuacją kadrową.

Po czwarte  (to zabolało mnie chyba najbardziej): przypuszczam, że trener Brzęczek w przypadku tego meczu niekoniecznie myśli co uważa. Rozgrywa. Mam przeświadczenie, że powiedział tak a nie inaczej, bo chodzi mu o relacje z zespołem. Piłkarze często z uwagą wysłuchują z odtworzenia co trenerzy mówią na pomeczowych konferencjach. Często jest więc tak, że doskonale zdający sobie z tego sprawę szkoleniowiec mówi do tych na których najbardziej mu zależy czyli do zawodników (niektórzy dziennikarze naiwnie myślą, że mówi do kibiców). Istnieje chyba pewna prawidłowość: Brzęczek raczej krytykuje po dobrych meczach i raczej nie krytykuje po słabych, ale tym razem - uważam - nie musiał mówić tego co powiedział.

Trener GieKSy zaskoczył mnie czymś jeszcze. - Żal zawodników, którzy teraz siedzą w szatni i zastanawiają się czy naprawdę grali źle. Niech każdy obiektywnie postara się to ocenić czy zasłużyli na to żeby mówić, że nie zasłużyli na to żeby grać w GKS-ie. Moim zdaniem zasługują i to pokazali. Jeśli ktoś jest niezadowolony z mojej pracy ja mogę w każdej chwili odejść - stwierdził na koniec.

Bardzo istotne jest dla mnie ostatnie zdanie. Nikt, jak przypuszczam, nie chce pozbywać się z GieKSy trenera Brzęczka. Ma przecież powalczyć o awans. Sam w grudniu stwierdził, że drużyna chce o to walczyć. Skoro chce to oczywiście musi wierzyć, że to możliwe. Nikt drużynie nie będzie wyrzucał, że ten sezon jest stracony. Chodzi głównie o to żeby GieKSa wreszcie realnie włączyła się do walki o ten cholerny awans, bo przez ostatnie dziewięć lat zastygła w błocku na zapleczu ekstraklasy i tapla sie tam niczym hipopotam w wierszyku Wandy Chotomskiej:

Siedzi w błocie hipopotam, 

chlupopotam, chlapopotam,

chlapobłotam, chlupobłotam,

plamobłotam, piegobłotam,

hipobłotam, hipopsotam

- boi się wychylić z błota.

Zdążyło urosnąć kibicowskie pokolenie GieKSiarzy, które nie pamięta już nic innego oprócz tego taplania. Raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy bardzo dobrze, nigdy bardzo źle. Taplanie. Taplanie. Taplanie. Brzęczek przychodził na Bukową żeby tę ekipę pobudzić, żeby dać ożywczy impuls. Wyciągnąć ten klub z błotka. A on teraz mówi, że jak komuś się nie podoba, to on może odejść?!

Moim zdaniem trener, któremu bardzo zależy, który ma do roboty w konkretnym miejscu przekonanie - nie powinien tak mówić. Wiadomo, że nikt nie może dać się szmacić i trzeba zachować godność. Ale hasła tego rodzaju nie przekonują bynajmniej, że Brzęczkowi zależy na tej robocie, że widzi w niej sens. A przyznacie, że GieKSa powinna mieć trenera, który ten sens jednak widzi.

Żeby było jasne - życzę trenerowi Brzeczkowi sukcesów i awansu. Niestety, jestem już stary i dlatego zaczyna mnie łapać coś co Francuzi nazywają l'esprit de l'escalier. Dosłownie! Nikt nie zadał szkoleniowcowi pytania na konferencji prasowej. Dopiero po jej zakończeniu, już na schodach pomyślałem, że warto było jednak spytać trenera Brzęczka co w grze katowickiej drużyny podczas meczu z Olimpią Grudziądz było jego zdaniem najwspanialsze i który moment konkretnie napełnił go szczególną dumą.  

PS Byłem również na meczu Piasta. Było mi bardzo przykro kiedy po meczu z Cracovią i zwycięstwie straconym w ostatniej minucie szedłem przez miasto w grupie gliwickich kibiców i chcąc nie chcąc słyszałem co mówią. Bardzo zdziwiło mnie, że nie są zmartwieni, że nie są wściekli. Nie, nie na piłkarzy - przede wszystkim na to, że stracili dystans do Legii. Tymczasem oni liczyli punkty i cieszyli się, że drużyna z trzeciego miejsca do Piasta nie nadrabia. Skupiali się na tym, że wicemistrzostwo jest coraz pewniejsze zamiast denerwować, że ucieka być może jedyna szansa na mistrzostwo za ich życia. Ciągle są duże szanse na to żeby Gliwice były kojarzone z Leicesterem. Bycie Tottenhamem może zadowalać dopiero kiedy niezwykła szansa przepadnie. Na razie ciągle istnieje. Jak można w takiej sytuacji napawać się przewagą nad Pogonią?! Nie rozumiem tego.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 25 października 2015
Pojawia się szansa. Warto ją wykorzystać

Odbył się dziś kolejny mecz, który według mnie potwierdza, że może się wydarzyć co ma się wydarzyć. Niektórzy powiedzą, że to wariactwo, że nie ma się co napalać, nie ma co wywoływać presji. Oczywiście. Jeśli jednak pojawia się szansa - warto ją wykorzystać.

Chodzi mi o GKS Katowice. Wiem, że celem jest awans do ekstraklasy w ciągu dwóch sezonów. Zwracam jednak uwagę na kilka szczegółów.

a) po pierwsze - w tym sezonie tylko jedna drużyna w tej lidze jest tak naprawdę lepsza od GKS-u. To Zagłębie Sosnowiec. Ale przecież miejsca premiowane awansem są aż dwa. Kogo ma się GieKSa obawiać? Ząbek? Dziś zobaczyłem, że to bardzo przeciętna drużyna. Wisły Płock? Właśnie przegrała u siebie z Chrobrym Głogów. Chrobry, owszem, ma ostatnio niezłą passę, ale przecież nie tak dawno przegrał u siebie z Chojniczanką, którą z kolei GieKSa pożarła na śniadanie podczas wyjazdowej podróży.

b) po drugie - w tym sezonie było już tyle potknięć GKS-u, że trudno zliczyć, ale poziom ligi jest taki, że każdy się potyka. Zauważcie więc: co prawda Katowice zajmują obecnie dopiero ósmą pozycję, ale do miejsca premiowanego awansem mają zaledwie pięć punktów straty!

c) po trzecie - w tym sezonie może być łatwiej awansować niż w przyszłym. Tegoroczni spadkowicze prezentują się co najwyżej przeciętnie - jeśli bać się obecnego Zawiszy to lepiej w ogóle nie wychodzić na boisko z myślą o awansie. Bełchatów niedawno katowiczanie ograli na wyjeździe przypominając, że GKS jest tylko jeden, a inne kluby o tej samej nazwie powinny dodawać miasto dla pełnej identyfikacji. W następnym sezonie spadkowicze mogą być na zupełnie innym poziomie...

c) po czwarte - i najważniejsze - wygląda na to, że kryzys w GieKSie jest opanowany. Obecnie wygląda na coraz lepiej poukładaną drużynę - z poukładanym kręgosłupem. Na bramce bardzo zdolny i jak na swój wiek popełniający zadziwiająco mało błędów Mateusz Kuchta. Na środku obrony duet, który coraz lepiej się rozumie czyli Mateusz Kamiński - Oliver Prażnovsky. Słowak w dodatku bardzo groźny jest pod bramką rywala przy rzutach rożnych. Środek pomocy ustawiony w trójkącie z człowiekiem, który dużo widzi i bardzo umiejętnie rozrzuca piłki czyli czyli Bartoszem Iwanem. Dziś - jako "czyszczący" - bardzo podobał mi się Łukasz Pielorz. Z przodu z kolei zadziwiający Grzegorz Goncerz, który na pierwszy rzut oka wyróżnia się tylko nisko osadzonym środkiem ciężkości, a potem rywale mogą czuć się zaskoczeni. No i zaczynają wreszcie odpowiednio chodzić skrzydła - nie tylko w drugiej linii, ale i obronie - dowodem może być dzisiejszy występ Alana Czerwińskiego i jego wkład w zdobycz bramkową. Trener Jerzy Brzęczek potrafi sobie radzić przy okazji stwarzając nowe możliwości konkurencji - wydawało się, że po kartce Pietrzaka GKS będzie miał problem na lewej obronie - tymczasem Brzęczek przesunął tam z pomocy Adriana Frańczaka, a ten dobrze sobie radzi.

e) po piąte - już poza konkursem, bo to akurat nie ma żadnego praktycznego znaczenia. Marzyć jednak można. Wyobraźcie sobie, że GieKSa i Zagłębie zdobywają awans do e-klasy już w tym sezonie. Wyobrażacie sobie te emocje prawie co tydzień? Jak nie mecz Ruch - Zagłębie to GieKSa - Ruch, jak nie Górnik - Piast to Zagłębie - GieKSa. O Wielkich Derbach Śląska nawet nie wspominam!

PS Dziś nie podobało mi się tylko jedno: że można zorganizować ligowy mecz o godz. 12.45. Abstrahuję od powodów terminu. Jeśli już piłkarzom to nie przeszkadza, to zwykłym ludziom - takim jak ja - owszem. Są pory kiedy je się obiad i pory kiedy ogląda się ligę:) Liga do schabowego i buraczków mi nie pasuje.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

sobota, 17 października 2015
Mój kandydat na premiera

GKS Katowice spytał mnie m.in. co sądzę o Jerzym Brzęczku jako trenerze GieKSy i Adamie Nawałce jako selekcjonerze. Niejako przy okazji wyjawiłem mojego kandydata na premiera.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Archiwum