niedziela, 07 maja 2017
Jeden wielki spazm

Bylem wlasnie w mlynie podczas meczu tajskiej ekstraklasy miedzy Muangthong United a Royal Thai Navy FC. Siedzialem w miejscu gdzie na TYM zdjeciu jest czerwono-czarna flaga.

Mlyn jest generalnie podobny do tych europejskich, z jedna zasadnicza roznica. Oczywiscie jest prowadzacy doping, sa stanowiska dla bebniarzy, ale chyba nieco inne jest rozlozenie plci. Oczywiscie na plocie wisza najbardziej zagorzali fani, ktorzy pokazuja fucki gosciom, a ich bramkarzowi demonstruja, ze powinien isc sie onanizowac, ale kilka rzedow wyzej to juz krolestwo nastolatek.

Akurat tam sprzedali mi bilet i wokol mnie siedzialy tylko dziewczeta i panie ubrane w czerwono-czarne koszulki MTUTD. Nigdy w zyciu nie przezylem takiego meczu. Bez przerwy - doslownie bez przerwy - piszczaly a kiedy przy pilce byl oznaczony dziesiatka 29-letni napastnik Teerasil (z Muangthong przechodzil juz do Manchesteru City i Almerii, ale nie zrobil tam kariery) dostawaly wrecz spazmow.

Muangthong wygrali 4:0, a Teerasil strzelil dwa gole. Kiedy je wbijal wokol mnie rozpoczynal sie spazmatyczny, gromadny placz szczescia. Te dziewczyny placzac pokazywaly w strone idola rozczapierzone dlonie co mialo oznaczac dziesiatke, ktora mial na plecach.

Ale najbardziej zdziwilem sie kiedy trybuna nagle zaczela spiewac:

"Ruchu nasz kochany, my wspieramy zawsze cie

głośny doping, mecz wygrany, to dziś dla nas liczy się".

Oczywiscie spiewala to po tajsku:)

PS A po meczu musialem przejechac jakies 20 km do guesthouse'u. Juz calkowita noc. Wokol stadionu w ogole nie bylo taksowek wiec zgodzil sie mnie podrzucic motocyklista. To bylo jedno z najstraszniejszych przezyc w moim zyciu. Gwaltowny slalom miedzy autami, takze pod prad. Kiedy zsiadalem z motocykla trzesly mi sie dlonie. Ale warto bylo!

środa, 03 maja 2017
Dlaczego Kambodża nie wygrywa mundialu?!

Wiadomo, ze futbol tego kraju nie liczy sie, reprezentacja nigdy nie grala w finalach mistrzostw swiata, ale wlasnie tam zlapalem sie za glowe jak nigdzie indziej.

Jestem w Siem Reap, stolicy prowincji w polnocno-zachodniej Kambodzy. Wlasnie tutaj przy drewnianym mostku obok Psar Chaa (Old Market) spotykaja sie milosnicy niezwyklej gry. Wlasciwie nie wiem nawet czy to gra czy raczej forma przyjemnosci.

Przypadkowo przechodzilem i... zatrzymalem sie na cala godzine. Tylko wybaluszalem slepia. A potem przychodzilem popatrzec co wieczor przez cztery dni z rzedu.

Widzialem wiele ulicznych popisow w wielu czesciach swiata, ale czegos takiego jednak nigdy. Ci ludzie schodza sie o roznej porze, sa w roznym wieku. Od nastolatkow po starcow. Wyczyniaja cuda. Od razu przypomnial mi sie skorpion Higuity. 

 Tyle, ze to bylo jednorazowe, a panowie ze Siem Reap powtarzaja to kilkanascie razy podczas jednej akcji. Ustawiaja sie w kolku i przebijaja obcasami plasko zakonczona lotke (maly fragment gumowego weza do ktorego przytwierdzone sa piora). Kazdy z nich ma wlasny popisowy numer. Przebicie tej lotki jedna noga w stylu skorpiona to nic. Jeden najpierw lapie lotke na kark, inny przebija przez obrecz z wlasnych rak. Najbardziej zaimponowal mi starszy pan, ktory robil skorpiona na lezaco, jakby robil pompki.

Na bialych turystkach nie robilo to wrazenia. Ale widzialem, ze kazdy ich towarzysz ubrany w koszulke jakiegos europejskiego klubu byl w szoku.

Spytalem autochtonow jak nazywa sie ich sport. - Sey dark - odpowiedzieli. 

- Ile trzeba trenowac zeby tak odbijac? - pytam.

- Co najmniej dziesiec lat. Dzien w dzien - uslyszalem. 

Ponizej filmik obrazujacy co potrafia, choc nie oddajacy maestrii grupy ze Siem Reap. Co wazne - nie popisuja sie wcale dla pieniedzy. Ich przedstawiciel nie chodzi z kapeluszem. Po prostu sie bawia...

 

PS Jesli bedziecie z Kambodzy MUSICIE zobaczyc Angkor - nawet jesli nie interesujecie sie historia i zabytkami. Kiedy u nas rzadzili Piastowie - w Kambodzy powstal gigantyczny wyrafinowany kompleks budowli. To niesamowite, mogliby tu krecic kolejnego Indiane Jonesa. Juz nie mowie nawet o najslynniejszym Angkor Wat (jest na fladze Kambodzy) - zobaczcie jak drzewa pozeraja kamien w Ta Prahm... Warto wziac trzydniowy bilet za 62 dolce. Mnie w tym czasie udalo sie zobaczyc czternascie swiatyn porozrzucanych w dzungli. 

PS1 W roznych okolicznosciach mialem do czynienia z policja, ale w Kambodzy mnie zamurowalo. Dwukrotnie otrzymalem od funkcjonariuszy propozycje kupna odznaki. Nie zdecydowalem sie. Kupilem cos lepszego... 

środa, 19 kwietnia 2017
Laos

Jestem w tej chwili w Laotanskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Flagi z sierpem i mlotem powiewiaja tu wszedzie*, ale z drugiej strony buddystow jest jakies czterdziesci razy wiecej niz ateistow. Lud pracujacy miast i wsi tyra, a z drugiej strony luzujacy sie Budda z Xieng Khuan - budzi prawdziwa sympatie:)

Miejscowy futbol w Laosie nie jest zbyt popularny. Zwiedzam stolice Vientiane i przeszedlem sie wlasnie na obiekt o dumnej nazwie National Stadium. Odbywaja sie na nim mecze osmiozespolowej Lao League. Na moj nos ten pietnastotysieczny stadion bylby zdecydowanie najgorszym obiektem w polskiej ekstraklasie (zeby nie bylo: za miastem Laos wybudowal sobie New National Stadium, juz na 25 tys. ludzi).

Mistrz Laosu bierze m.in. udzial w mistrzostwach Mekongu**. Ostatnio zdominowali te rozgrywki Tajlandczycy, w 2015 i 2016 wygral je Buriram United - klub na tyle popularny, ze w Indochinach chodzi sie w jego koszulkach (oprocz tego popularne sa tez koszulki Realu, Barcelony, MU i Liverpoolu).

Podczas spaceru na National Stadium widzialem na nim budzace sympatie obrazki, ktore nie moglyby miec zapewne miejsca w polskiej ekstraklasie. Otoz na murawie odbywal sie wlasnie trening ligowej druzyny, a w tym samym czasie bieznia byla otwarta dla wszystkich. Kilkunastu ludzi uprawialo na niej jogging, nie przeszkadzajac futbolistom i nie interesujac sie w ogole ich treningiem. Tez chodzilem sobie po biezni i nikt nie probowal mnie z niej zganiac. Od czasu do czasu moglem odkopnac pilke, ktora minela bramke.

* flagi sa bardzo podobne do tych z czasow ZSRR, tyle ze sierp i mlot sa wieksze no i znajduja sie na centralnym miejscu a nie w rogu.

** alez to potezna rzeka, Wisla wyglada przy niej jak piecioletnia siostra.

sobota, 15 kwietnia 2017
Śmigus-dyngus po tajsku

Jestem w tej chwili w Indochinach - w miescie Udon Thani na pograniczu tajlandzko-laotanskim. Trafilem akurat na niezwykle swieto Songkran, Tajowie fetuja Nowy Rok.

Polega to na tym, ze caly dzien wszyscy wszystkich polewaja woda. Nie przepuszcza sie nikomu. Przez ostatnie 12 godzin bylem oblany pewnie ze sto razy. Zapewniam, ze nie symbolicznie. Nasz polski smigus-dyngus kiedy po ulicach za dziewczynami uganiaja sie tabuny wyrostkow z wiadrami to naprawde maly pikus. Tutaj oblewaja wszystkich dookola male dzieci, ich matki, dziadkowie i babcie.

Chodzilem po miescie mokry od stop do glowy rano, wieczor, we dnie i w nocy. Lali nas z chodnikow nawet kiedy jechalismy na skuterze. Nastepnego dnia nie wytrzymalem. Ustawilem sie na ulicy i przez kilka godzin razem z kumplem wylalismy na przejezdzajace samochody, skutery i na przechodzacych ludzi kilkaset litrow wody. Lalismy ze szlaufa, czerpalismy ja z beczki. A oni lali nas.

A wiecie co jest najlepsze? Jutro bedzie identycznie, pojutrze tez, a moze i popojutrze. 

Przypomnial mi sie w tej chwili Gornik Zabrze.

Po pierwsze - jest w Udon Thani rozwieszony bialo-niebiesko-czerwony szalik z napisem "Duma Slaska".

Po drugie - dowiedzialem sie, ze przegral u siebie bardzo wazny ligowy mecz.

Po trzecie - pomyslalem, ze pilkarzom Gornika przydalby sie Songkran. Musza juz wygrywac wszystko do konca tego sezonu jesli jeszcze w Zabrzu o czymkolwiek sie marzy. A marzy, prawda?

PS Mam przeczucie graniczace z pewnoscia, ze Kac Vegas dwojka, ten krecony w Bangkoku jest oparty na faktach.

niedziela, 29 marca 2015
Mam kandydata na następcę Milika w Górniku

Bylem juz na meczu ligi angielskiej, bylem na meczu ligi szkockiej, ale jeszcze nigdy nie bylem na meczu ligi polnocnoirlandzkiej (co zaskakujace w oficjalnej nazwie rozgrywki reklamuja bank z... Danii - Danske Bank Premiership). Zapoznanie nastapilo w najlepszym miejscu z mozliwych. Przeszedlem sie bowiem w Belfascie na najstarszy stadion w Irlandii Polnocnej - Solitude. Wybudowano go w 1890 roku. Jest to jednoczesnie siedziba najstarszego klubu na tej wyspie - Cliftonville. Jakby tego bylo malo - tam rowniez podyktowano pierwszy rzut karny w historii meczow miedzypanstwowych. 

W latach 1890-1900 na Solitude wystepowala reprezentacja Irlandii i wlasnie tam, w trzynastym meczu z reprezentacja Anglii rozegranym w 1894 roku udalo jej sie wreszcie nie przegrac (skonczylo sie 2:2).

Na Solitude wybralem sie z Rysiem, kumplem ze starych, dobrych, zaleskich czasow. W knajpie pod trybuna glowna napilismy sie guinessa. Kiedy chcielismy kupic bilety (cena wejsciowki to 10 £) uslyszelismy, ze dzis nie sprzedaja i ze wejscie co laska... Jakis bywalec na stole bilardowym rozlozyl przede mna pamiatkowe znaczki i za 3 £ kupilem sobie cacko slawiace mistrzostwo The Reds (nie mylic z Liverpoolem) za sezon 2013/14.

Cliftonville to bowiem aktualny mistrz Irlandii Polnocnej (ciekawe, ze w lidze kraju, ktory zamieszkuja glownie protestanci pochodzenia angielskiego mistrzem jest druzyna wybitnie katolickiej proweniencji).

Stadion robi duze wrazenie, choc jest malutki (jego pojemnosc to 6200 widzow a tak naprawde - ze wzgledow bezpieczenstwa - zaledwie 2500. Main Stand*, ktora wyglada na strasznie stara trybune** zostala zamknieta.

Main Stand Solitude

solitude

(fot. Pawel Czado)

Zaskoczylo mnie, ze mecze odbywaja sie na sztucznej trawie, murawa zostala wymieniona w 2010 roku. Tak sie zlozylo, ze ogladalismy mecz mistrza z absolutnym outsiderem.

Druzyny, ktore potrafia odrodzic poziom po wielu latach posuchy zawsze dzialaja mi na wyobraznie. Ciekawe ktory klub posiada rekord w czekaniu na nastepny tutul mistrza kraju... Wiecie moze? W Anglii wrazenie na mnie robi 81 lat cierpliwego czekania fanow Blackburn Rovers (1914-95). W przypadku Cliftonville to jeszcze wiecej - 88 lat (1910-98), a gdyby nie tytuł z konca XX wieku, bylyby to aż 103 lata (kolejny tytul Cliftonville zdobylo dopiero w 2013 roku)!

Rywalem byl zespol Institute FC. Zupelne przeciwienstwo gospodarzy - beniaminek ze Drumahoe, wioski liczacej jakies 1500 ludzi polozonej obok Londonderry. Ale losy tej druzyny tez moga dzialac na wyobraznie. Respekt moze budzic chocby rok zalozenia. Kiedy na Gornym Slasku futbol dopiero sie rodzil, mieszkancy tej ulsterskiej wioski nie mogli byc gorsi od innych dookola i powolali druzyne futbolowa. Byl 1905 roku. Przez nastepne dekady chlopcy z Drumahoe grali sobie amatorsko aż nagle w 1996 roku pra-pra-pra-prawnuki zalozycieli zalapali sie na drugi poziom rozgrywek... A potem jeszcze wyzej.

Mecz byl jednostronny. Gospodarze wygrali 5:1 (4:0). Hat-tricka zaliczyl 24-letni Joe Gormley, wybrany w 2014 pilkarzem roku przez NIWFA (Northern Ireland Writers Football Association). Facet jeszcze w sezonie 2010/11 zdobyl az 61 goli w lidze amatorskiej a od czterech lat dla Cliftonville w zawodowym futbolu wbil ponad 80 bramek. Gormley pokazal, ze ma soczyste uderzenie i mysle, ze jako srodkowy napastnik spokojnie dalby sobie rade w Gorniku Zabrze:)

PS1 To byla tylko przygrywka. Teraz wycieczka do Dublina zeby zobaczyc sami-wiecie-kogo. 

PS2 A poza tym Omega powinna wrocic.

* Main Stand konstrukcja troche przypomina trybune ze stadionu Ruchu w Chorzowie. Myle sie?

**pozory myla. Oryginalna trybuna splonela w 1949 roku po meczu Glentoranu z Linfieldem w Irish Cup. Obecna wybudowano w 1950 roku, ale moim zdaniem wyglada na znacznie starsza niz jest w rzeczywistosci.

poniedziałek, 22 grudnia 2014
Nie bądź małpą

Pamiętam kiedy pierwszy raz wyjechałem całkiem sam zagranicę. Miałem wtedy 20 lat i pojechałem w wakacje szukać pracy we Francji. Co prawda nie znalazłem, ale przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę bardziej uwiodły mnie klimaty średniowiecznej zachodniej cywilizacji niż robota w winnicy. Wciągnąłem się w samotne zwiedzanie Turenii i Andegawenii (polecam Chinon, gdzie więziony był m.in. ostatni wielki mistrz templariuszy Jacques de Molay). Tak naprawdę miałem komfort: nie musiałem wówczas tej pracy wcale znaleźć. Nie stałem pod ścianą. Taką ścianą pod jaką często stoją u nas piłkarze z Afryki.

Kiedy przyjeżdża do nas nastolatek stamtąd żeby kopać tu piłkę zazwyczaj spotyka się z ogromną rezerwą. To zrozumiałe: musi pokazać, że jest lepszy od innych, ale wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jaki to dla niego ogromny stres. Stres związany nie tylko z pojawieniem się na innej planecie (różnice nie tylko w poziomie ale i w sposobie życia są ogromne). To nie jest tak jak było w moim przypadku, choć ja też w trakcie tej pierwszej francuskiej podróży zaliczyłem parę zdumień (pierwszy raz widziałem wtedy choćby Auchan, w Polsce jeszcze takich supermarketów wówczas nie było. Chciałem wejść i nie mogłem zrozumieć dlaczego wózki są przyczepione łańcuchami do innych wózków. Szarpanie ich ze złością nie pomagało. Wstyd było pytać, dyskretnie musiałem obserwować więc co robią tambylcy i jak udaje im się odczepić ten cholerny wózek. Nie wiedziałem, że bez wózka też można wejść;)

Po pierwsze - ja tam tylko mogłem, Afrykańczycy często u nas muszą. Fakt, że pracy wtedy nie znalazłem niczego nie zmienił. Bliscy byli przede wszystkim szczęśliwi, że wróciłem cały, zdrowy i z nowymi doświadczeniami. Młodzi Afrykańczycy dźwigają znacznie cięższe brzemię: doskonale wiedzą, że jeśli im nie wyjdzie zawiodą w ojczyźnie wiele osób. Nie, nie chodzi mi o kibiców śledzących jak powodzi się na europejskich boiskach ich rodakom. Kandydaci na piłkarzy zdają sobie doskonale sprawę, że przyjeżdżając do Europy dostali szansę na jaką niewielu z nich może liczyć. Że łapią Pana Boga za nogi. Wielu bliskich szczęściarza, którzy pozostali w Afryce liczy na to, że szansa przez kandydata na piłkarza zostanie wykorzystana i że członek rodziny pociągnie ich za sobą, że to będzie szansa na lepsze życie nie tylko dla niego, ale również i dla nich. Niestety; kandydatom częściej towarzyszy paskudne poczucie, że zawiedli niż błogie poczucie spełnienia. 

Po drugie - jednemu czarnemu wśród setki białych jest trudniej niż jednemu białemu wśród setki czarnych. Zwiedziłem dotąd siedem afrykańskich państw i kontaktem z tambylcami stresowałem się właściwie tylko raz. W Nairobi umknąłem przed miejscowymi "dziećmi ulicy" w boczną uliczkę. To była jakaś setka gniewnych maluchów w wieku 5-15 lat, która rozwrzeszczana szła przez ulicę, pokrywając wszystko jak szarańcza i wysysając na co tylko miała ochotę.

Kiedy w Zimbabwe byłem na piłkarskich derbach Harare a portier podprowadził mnie do ławki rezerwowych wobec prawie 30 tysięcy  Murzynów na trybunach (machałem w ich stronę niczym na defiladzie) żeby spytać piłkarzy i sztab trenerski czy przypadkiem nie mają jakichś klubowych pamiątek dla miłego gościa z Europy - właściwie w ogóle się nie stresowałem. Afrykańczyk szukający pracy w Polsce, musi przeżywać tych stresów znacznie więcej. Chodzi o to, że ludzie ciągle patrzą na nich z nieufnością. Uważają za gorszych. Zaręczam Wam - kiedy wszyscy wokół patrzą na Was z nieufnością od rana do wieczora - spalacie się psychicznie. Ja już coś takiego przeżyłem (nie w Afryce - w Polsce) - także dlatego potrafię ich zrozumieć.  

Po trzecie - warto pamiętać skąd przyjeżdżają do nas młodzi czarnoskórzy piłkarze. Mnie osobiście zawsze rozśmiesza kiedy słyszę w Polsce narzekania na biedę i brak perspektyw w naszym kraju. Ludzie, którzy wypowiadają te słowa nie zdają sobie sprawy, że zawsze może być gorzej. Ja to "gorzej" widziałem w Afryce. Widziałem prawdziwą biedę i brak perspektyw na masową wręcz skalę. W malawijskim Lilongwe widziałem całe dzielnice ziemianek pozbawione prądu i bieżącej wody. Tambylcy pewnie chcieliby przynajmniej wybrać w jakich ziemiankach przyjdzie im żyć. Tradycyjnie okrągłych, które zapewniają większe... bezpieczeństwo (węże, których tam nie brakuje poruszają  się zwykle przy krawędzi równej przeszkody, gdy trafiają na okrągłą ścianę - pełzną dalej) czy raczej ziemiankach kwadratowych, w których można by dzięki temu wygodnie dosunąć łóżko do samej ściany? Chcieliby, ale ochota to w wielu przypadkach największy atut jaki mają do dyspozycji.

Poza tym nigdzie tak bardzo jak w Afryce nie miałem poczucia przemijalności, nigdzie indziej nie ogarniała mnie myśl, że właściwie w każdej chwili mogę stracić życie. Nie, nie byłem świadkiem żadnego konfliktu zbrojnego. Za to choroba może cię zgasić w każdej chwili jak płomyk świecy. Ja tam nie byłem na zorganizowanej wycieczce. Byłem w Afryce z plecakiem i małą butlą gazową. W Kenii przez dwie doby leżałem właściwie w malignie, z gigantyczną gorączką i tam jedyny raz w życiu pogodziłem się już, że umrę (wiem, że brzmi to nieznośnie patetycznie, ale tak właśnie było). To w Afryce koło mojego samochodu położył się lew, a ja miałem zepsutą szybkę w drzwiach i nie mogłem jej zakręcić... (auto wypożyczył były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Zimbabwe).

Przeżyłem wtedy, ale powtarzam: poczucie przemijalności towarzyszyło mi w subsaharyjskiej Afryce prawie bez przerwy. Jak choćby w małej osadzie Kasisi w Zambii gdzie działa sierociniec, którym zajmują się polskie siostry - Służebniczki Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. To niezwykłe miejsce. Byłem tam w 2000 roku. W Zambii mnóstwo ludzi choruje na AIDS i do przytułku trafia wiele dzieci już zarażonych. Najbardziej wryła mi się w pamięć alejka za szpitalem. Zapamiętałem, że po obu jej stronach uklepano mogiły. Malutkie mogiły. Coraz mniejsze. Półtorametrowe. Metrowe. Półmetrowe... 

Myślałem naiwnie, że niewiele osób w Polsce wie o Kasisi tymczasem w sobotę ze zdumieniem przeczytałem w "Wyborczej" wywiad z Szymonem Hołownią. Okazuje się, że facet mnóstwo energii, czasu i pieniędzy poświęca na pomoc właśnie tamtejszym dzieciom. Warto przeczytać tę niezwykłą opowieść. A kto wie: jeśli się wzruszycie - może warto i pomóc?

Wiem, że Kasisi jest daleko. Wiem, że u nas biedne dzieci też potrzebują pomocy i wsparcia. Kiedy jednak będziecie na stadionach piłkarskich w Polsce też możecie zrobić coś dobrego dla Afryki: możecie nie obszczekiwać tamtejszych piłkarzy, nie pohukiwać w ich stronę, jak małpy. Pamiętajcie - ich życie, choć wydaje się tak przyjemne, bo przecież życie zawodowego piłkarza musi być przyjemne - niesie za sobą mnóstwo stresów, które nam nawet trudno sobie wyobrazić czy zrozumieć.

W Polsce coraz częstszy jest pogląd, że ludzie pohukujący z trybun na Afrykańczyków nie są rasistami. Oni chcą ponoć jedynie wyprowadzić za wszelką cenę przeciwnika z równowagi. A przecież wobec czarnoskórego człowieka pohukiwanie małpy jest najprostszym przekazem - bez względu na różnice językowe zrozumie go na pewno. I może się zdenerwuje? Może koślawo kopnie piłkę? Rozumiem, że można chcieć zdekoncentrować przeciwnika. Uważam jednak, że nie każda metoda jest do przyjęcia. 

Empatia czasem się przydaje. Nie można z nią przesadzać, ale to właśnie także dzięki niej nie jestem rasistą.

PS O moich osobistych impresjach futbolowych z subsaharyjskiej Afryki możecie przeczytać - TUTAJ.

PS1 Omega życzy Wam Wesołych Świąt Bożego Narodzenia.

niedziela, 25 maja 2014
Czadoblog leci na mundial do Brazylii

W życiu autora bloga zdarzają się chwile nieprzyjemne i przyjemne. Nieprzyjemnych nie rozwijajmy, przejdźmy lepiej od razu do przyjemnych.

Jest mi bardzo miło, że niektórzy trochę lubią tego bloga. Lubią na tyle, że potrafią wprowadzić mnie w stan drżenia. Otóż jeden z Was, Drodzy Czytelnicy, zaprosił mnie do siebie na... mundial! Najpierw myślałem, że to żart, ale jednak to nie był żart. Wkrótce odfruwam do Rio:D

Zdobyłem już bilety lotnicze, oczywiście przebieram nogami ze szczęścia i niecierpliwości. Jadę poczuć atmosferę, jadę się poprzyglądać. Uwielbiam obserwować, może z tego obserwowania urodzi się tutaj jakaś pisanina? Nie żądajcie jednak ode mnie reportażu uczestniczącego ze środka faweli;)

Biletów na żaden mecz na razie nie mam, ale Czadoblog to wytrwały łazik, będzie próbował się więc wbić na spotkanie pewnej konkretnej reprezentacji. Przyszli mistrzowie świata zagrają akurat w stolicach dwóch stanów w których w tym właśnie momencie mam zamiar się pojawić czyli Rio de Janeiro (mecz z Bośnią) i Minais Gerais (mecz z Iranem). Z tego co wiem (a zasięgałem opinii różnych globtrotterów) o bilety pod stadionami nie tak przesadnie trudno... Zobaczymy:)

Uda się być na meczu - super, nie uda - trudno. Jednak poznać Brazylię podczas rozgrywanego tam właśnie mundialu - nawet nie z poziomu trybun - wręcz bezcenne:) Smak, zapach, muzyka, widoki, plaża i ocean... Chce się żyć.

PS A propos smaków - z tego co się dowiedziałem Żona Gospodarza, Brazylijka, przyrządza pyszną peixadę. Jeszcze niedawno nie wiedziałem w ogóle co to peixada. Ale teraz już wiem. Robi wrażenie, co?

PS1 O tej gnidzie reformie nigdy za mało. Rozśmieszają mnie ci, którzy żądają podania powodów dla których miałoby jej nie być. Sorry, ale to reforma powinna bronić się powodami dla których jest sens ją wprowadzać. Jeśli tak postawimy sprawę od razu wyjdzie, że ta obecna reforma jest jedynie dla palantów.

Zresztą co ja się będę gimnastykował. Zimny i analityczny umysł jakasa1 rozprawia się z "reformą" z niezwykłą systematycznością. Oddaję głos:

Porównanie liczby meczów o nic w nowym i starym systemie. 

"Liczba meczów o nic, gdyby obecny sezon był rozgrywany według normalnych zasad, jak przed rokiem:

Zakładam, że finał PP odbyłby się tak, jak poprzednio: po 25. kolejce. Biorę pod uwagę rzeczywiste wyniki tegorocznego sezonu "zasadniczego". 

Zawisza, ze względu na wygranie PP, po 26 kolejce nie gra już o nic, bo nie grozi jej ani spadek ani mistrzostwo. 
Wszyscy pozostali grają o coś. Dopiero w 27 kolejce Cracovia i Lechia zapewniłyby sobie utrzymanie, a jednocześnie nie miałyby szans na puchary. Wszystkie inne drużyny poza Zawiszą grałyby o coś. Widzew wciąż ma szansę się utrzymać. 13 (!) drużyn gra trzy kolejki przed końcem o coś. 
W 28 kolejce Legia pokonując Lecha zapewnia sobie mistrzostwo. Jagiellonia traci szanse na puchary, a Korona zapewnia sobie utrzymanie. Widzew z kolei traci na nie szansę. Pozostałe 9 drużyn gra w przedostatniej kolejce o coś. Lech, Wisła, Ruch, Pogoń, Górnik o puchary (5 pkt różnicy między 2. a 7. !). Piast, Śląsk, Zagłębie, Podbeskidzie o utrzymanie (5 pkt. różnicy między 12. a przedostatnim). 
W 29 kolejce Lech zapewnia sobie vicemistrzostwo, Górnik traci szanse na puchary, Piast i Śląsk zapewniają sobie utrzymanie. W ostatniej kolejce Ruch z Wisłą i Pogonią walczą o puchary, a Zagłębie z Podbeskidziem walczą o utrzymanie (łącznie 5 drużyn walczy o coś). 

Zgodnie z komentarzami pod moją poprzednią krytyką nowego systemu są dwa podejścia do tego co to jest mecz "o nic". 
1. Podejście innych: gdy KTÓRAŚ z drużyn gra o nic (dla drugiej może to być nawet mecz o mistrzostwo). 
2. Moje podejście: gdy OBIE drużyny nie grają już o nic. 
Żeby było uczciwie, porównam oba podejścia. 
Wg pierwszego podejścia grałyby o nic: Zawisza (od 27 kolejki, czyli 4 mecze), Cracovia i Lechia (od 28 kolejki, czyli po 3 mecze), Legia, Jaga, Korona, Widzew po 2 mecze, Lech, Górnik, Piast i Śląsk po 1 meczu.

Razem: 22 przypadki, gdy ktoś w danym meczu gra o nic. Ile z tych przypadków to mecze, w których OBIE drużyny grają o nic (czyli prawdziwy mecz "o pietruszkę"?): 

29 kolejka: 
Legia 3-0 Zawisza 
30 kolejka: 
Górnik 0-3 Lech 
Jagiellonia 1-1 Piast 
Korona 1-0 Cracovia 
Śląsk 1-0 Lechia

Koniec: 5 prawdziwych meczów o pietruszkę w starym systemie. 

A teraz liczba meczów o nic w obecnym zreformowanym systemie:

Zawisza po 32 kolejce gra już o nic, bo nie ma szans na mistrzostwo (i oczywiście na spadek) - czyli ma 5 meczów o nic (w starym systemie - 4). 
W 34 kolejce Śląsk i Jagiellonia zapewniają sobie utrzymanie, czyli zagrają po 3 mecze o nic (w starym systemie Jaga grałaby 2, a Śląsk 1). 
W 35 kolejce Legia zapewnia sobie mistrzostwo (zagra 3 mecze o nic, w starym systemie - dwa), a w strefie spadkowej wszystko się wyjaśnia, czyli wszystkie pozostałe mecze są o nic :D 
W przedostatniej kolejce 6 drużyn gra o coś (w starym systemie: 9). Między 2. a 7. miejscem jest 11 punktów różnicy (w starym systemie: 5 punktów!). Między 12. a przedostatnim miejscem jest 10 punktów różnicy (w starym systemie: 5 punktów!). 

Zatem Zawisza 5 razy o nic, Śląsk, Jaga i Legia po 3, Piast, Podbeskidzie, Korona, Cracovia, Zagłębie i Widzew po 2 razy. Pozostałe kluby grupy mistrzowskiej na razie zero, ale to się z dużym prawdopodobieństwem zmieni. 

Razem co najmniej 26 przypadków gdy ktoś gra o nic - a będzie pewnie więcej. W starym systemie byłyby 22 takie przypadki. Cracovia i Lechia oraz może Górnik to jedyne drużyny, które w starym systemie miałyby więcej meczów o nic, niż w nowym! 

"Prawdziwe" mecze o nic w obecnym sezonie (obie drużyny nie grają o nic): 
35 kolejka: 
Jagiellonia 0-3 Śląsk 
36 kolejka: 
Śląsk - Cracovia 
Jagiellonia - Korona 
Podbeskidzie - Zagłębie 
Widzew - Piast 
37 kolejka: 
Cracovia - Jagiellonia 
Korona - Śląsk 
Piast - Podbeskidzie 
Zagłębie - Widzew 

To oznacza już dziś pewne 9 meczów o nic (w starym systemie 5 w całym sezonie). Ta liczba z dużym prawdopodobieństwem powiększy się o co najmniej jeden mecz.

Przypomnę liczbę prawdziwych meczów "o nic" w starym systemie w ostatnich kilku sezonach: 

2012/13: 5 meczów 
2011/12: 4 mecze 
2010/11: 2 mecze (!) 
2009/10: 5 mecze 
2008/09: 4 meczów 

Ten sezon: co najmniej 9 meczów."

                                          %

Jakas1 posprzątał. Halo! Czy są tu jacyś merytorycznie przygotowani obrońcy reformy? Halo!!! Tak myślałem...

Moje pytanie do obrońców brzmi:

W czym "reforma" "poprawiła" rozgrywki?

No właśnie...

PS2 Dziś czas na mecze zakończone wynikiem 3:3. Nie wypełnią nawet pierwszej piątki...

IV miejsce

Kuba - Rumunia 3:3 na mistrzostwach świata w 1938, runda eliminacyjna;

Hit przedwojnia. W Europie pewnie nawet nie wiedzieli, że na Kubie też kopią...

 

 III miejsce

Paragwaj - Jugosławia 3:3 na mistrzostwach świata w 1958 roku, rozgrywki grupowe;

Ten mecz dał mi dziwne uczucie. Kojarzysz faceta jako dobrego trenera, a potem okazuje się, że był także dobrym piłkarzem. Człowikiem o najkrótszym nazwisku w światowym futbolu: Cayetano Re. No i okazuje się, że kiedyś był już facet o nazwisku Aguero, który dobrze grał w piłkę na mistrzostwach świata i nie był wcale Argentyńczykiem. Fajny gol, co?

II miejsce

Senegal - Urugwaj 3:3 na mistrzostwach świata w 2002 roku, rozgrywki grupowe;

Fantastyczny mecz dwóch świetnych drużyn. Senegalczycy, oparci w dużej mierze na moim ulubionym ludzie Wolof, byli bodaj najlepszą drużyną afrykańską startującą w mistrzostwach. A kolejny silny Urugwaj dopiero się rodził. A gol Forlana - palce lizać..

I miejsce

Francja - RFN 3:3, karne 4:5, mistrzostwa świata w 1982 roku, półfinał;

Jeden z najlepszych meczów jakie widziałem w telewizji ever. Genialne spotkanie. O starciu Schumachera z Battistonem było chyba wszystko. Gdybym był Francuzem do dziś nosiłbym w sobie poczucie krzywdy;

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić.

PS4 Zgodnie z przypuszczeniami Ruch Chorzów wygrał na Łazienkowskiej. To cenne doświadczenie ekipy z Cichej - nieoglądanie się na okoliczności a w efekcie wygrana w dość ciężkich warunkach. Takie doświadczenia mogą tylko pomóc ekipie z Cichej w trudnych momentach podczas gry w europejskich pucharach. Myślałem, że po meczu Legia zrobi szpaler dla schodzących z boiska zwycięzców. Jestem zdziwiony, że nie zrobiła.

poniedziałek, 23 września 2013
Jeszcze nie tym razem

Właśnie wróciłem z Warszawy z meczu na szczycie. Pierwszy raz widziałem na Łazienkowskiej mecz w którym śląska drużyna nie przegrała do zera.

Ba, długo wydawało mi się, że nawet wygra. Do przerwy był niesprawiedliwy remis, bo karny moim zdaniem, ale nie tylko moim, także piłkarzy Górnika Zabrze - był z kapelusza (podobnego zdania jest choćby Tomasz Hajto). Nie ma co jednak gdybać, że karny się nie należał. Tak gdybać można gdyby traktować Górnik jako zespół słaby. Bo - jak słusznie zauważył red. Jerzy Góra z którym oglądałem mecz  - "tylko słabe drużyny zajmują się przeszłością. Drużyny chcące uchodzić za silne zajmują się teraźniejszością i przyszłością". Ja chcę traktować Górnik jako silną drużynę. Nie będziemy więc na Czadoblogu uskuteczniać skowytów.

KSG był na Łazienkowskiej silny, ale tylko do przerwy. Górnik zaprezentował dwa różne oblicza. To co teraz napiszę przychodzi mi łatwiej niż myślałem: "W przekroju całego meczu Legia była jednak lepsza i wygrała zasłużenie".

W drugiej połowie Górnik dał się w zaskakujący sposób stłamsić. To stłamszenie było o tyle zadziwiające, że jeszcze tuż przed przerwą zabrzanie rozgrywali, gładko wymieniali podania, a Legia tylko bezskutecznie za futbolówką ganiała. Ekipa Nawałki potrafiła założyć rewelacyjny pressing, w dodatku bardzo wysoko. W przerwie zastanawiałem się czy goście będą w stanie to wytrzymać. Okazało się, że pękli tuż przed końcem, ale tylko szczęście sprawiło, że nie pękli wcześniej. Czy było to spowodowane brakami kondycyjnymi? Zdania są podzielone. Jedni zawodnicy (na przykład Błażej Augustyn) przyznawali, że w drugiej połowie mieli dość, inni (na przykład Mariusz Przybylski), że wprost przeciwnie.

Kiedy Adam Nawałka opuścił konferencję prasową i schodził do autokaru zdążył powiedzieć jeszcze kilka znamiennych zdań. - Tak jak graliśmy w pierwszej połowie nie da się grać całego meczu. Klasowa drużyna umie również grać niskim pressingiem [czyli na własnej połowie, przyp.pacz]. Jeszcze dużo pracy przed nami...

Tak więc tym razem się jeszcze nie udało.

Chodzi po pierwsze o to żeby "następnym razem" się udało. A po drugie żeby po "następnym" następującym po "następnym" zbędne stało się już słowo "udało". Czego sobie i państwu życzę.

PS A poza tym czwarta trybuna na stadionie Górnika musi powstać jak najszybciej.

PS1 Przed meczem miałem okazję poznać wschodzącą działaczowską gwiazdę w Legii czyli Dominika Ebebenge oraz zobaczyć miejsce pracy działaczy na Łazienkowskiej. Jego niezwykły entuzjazm dla pracy w Legii mnie poraził, a o gabinetach legijnych mogę powiedzieć jedno: schludność, porządek i dbałość o detale zaobserwowana w tym miejscu powinny charakteryzować każdy klub na ekstraklasowym poziomie.

PS2 Nie osłodzi to porażki, ale trudno nie zauważyć faktu, że gol, który padł dla Górnika był fantastyczny. Najpierw wielkie brawa dla Prejuce'a Nakoulmy za sposób jego wypracowania, a potem dla Łukasza Madeja za sposób jego zdobycia.

wtorek, 16 października 2012
Wahadło

Postanowiliśmy z Czadoblożkiem sprawdzić czy Brazylia jest ewentualnie na tyle silna by mogła za dwa lata próbować przerwać triumfalny marsz Argentyńczyków po trzecie mistrzostwo świata na najbliższym mundialu. Dlatego pojechaliśmy do Wrocławia i po meczu z Japonią musimy stwierdzić, że kanarki mają realne podstawy ku temu by rzeczywiście myśleć o strefie medalowej.

Mecz bardzo nam się podobał, choć zdumiało nas jak wiele w tej drużynie grali w piłkę... środkowi brazylijscy obrońcy. Thiago Silva wespół z Davidem Luizem rozgrywali piłkę bardzo często niczym obrotowy w piłce ręcznej z tym, że... na własnej połowie. Siedzieliśmy za bramką i obserwując Brazylijczyków mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na kołyszącej się mocno po wzburzonym morzu łodzi. Stoperzy wprawiali zespół w wahadło. Raz na lewo, raz na prawo, raz na lewo, raz na prawo... U pięciokrotnych mistrzów świata mogła zaimponować łatwość przechodzenia z obrony do ataku i to był chyba klucz do sukcesu. Patronem ich poczynań był Epaminondas, bo z Japończykami nie ma przecież sensu się gonić - Azjaci są w stanie zabiegać każdego rywala i mimo klęski 0:4, wcale nie byli tłem dla rozbujanych Brazylijczyków. Latynosi nie biegali. Oni  w odpowiednim momencie przyśpieszali.

I to o w tym wszystkim chodzi.

PS Nie wiem co jest gorsze: krokodyle przez które nie można naciągnąć dachu na Stadionie Śląskim czy nowiutki dach, którego nie wiadomo dlaczego nie można zamknąć na Stadionie Narodowym w Warszawie. A może nikt nie umie tam obsługiwać tego skomplikowanego mechanizmu? I pomyśleć, że mecz z Anglią miał się odbyć na Najwspanialszym Stadionie w Polsce... 

PS1 Z ostatniej chwili: podobno wkrótce ma zapaść decyzja, że na Stadionie Narodowym odbędą się mistrzostwa Polski waterpolistów. Jeśli uda się zamknąć dach - byłyby to halowe mistrzostwa Polski waterpolistów. A i zawodnicy kajak polo też chyba są zainteresowani lokalizacją... Dyskutuje się również o patronie. Podobno stadion jest tak zalany, że internauci rozpatrują kandydaturę Zdzisława Kręciny.

To oczywiście żarty. Więcej we mnie smutku niż szyderstwa. Co za wstyd...

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

sobota, 21 lipca 2012
Telewizja nie kłamie

Czadoblog kulnął się do Wrocławia na turniej Polish Masters. Benficę co prawda widział już w życiu nieraz, ale PSV Eindhoven, a zwłaszcza Athletic Bilbao - jeszcze nie. Warto było.

Co mi się podobało:

a) stadion. Byłem na nim pierwszy raz. Generalnie zdecydowanie wolę stadiony piętrowe, ale dla tego wrocławskiego robię wyjątek. Wrocław ma z czego być dumny. Niezły pomysł z tymi tkaninami, obiekt wygląda jak Reichstag opatulony przez Christo. Szkoda, że płótno zaczyna być brudne (widać to zwłaszcza od środka), a nie mam pojęcia jak się je czyści. Bo chyba się je czyści, prawda?  

b) że ludzie dobrze się bawili. Zarówno bywalcy jak i pikniki; 

c) czasem to nieprawda, ''że telewizja kłamie''. W telewizji Mark van Bommel faulował w myśl zasady ''piłka może przejść, a zawodnik nie'' i okazało się, że w rzeczywistości też tak jest. W telewizji Marcelo Bielsa lubi oglądać mecze siedząc w kucki przed ławką rezerwowych i w rzeczywistości też tak jest;-)

d) przyjemna sektorówka z mapą i napisem ''Wielki Śląsk'' i ''stolica całego Śląska''. Musi być drobna uwaga, bo jej twórcy wykazali się pewną niekonsekwencją. Skoro CAŁEGO Śląska to na fladze powinna się jeszcze znaleźć sekwencja liczb ''2:31'' (co najmniej 2:31, Zagłębia Lubin nie chce mi się liczyć). Ale właściwie to nieważne, ujęło mnie coś innego. Wydawało mi się bowiem, że kibic przechodzący obok mnie trzymał w ręce gruby plik widokówek na których widniała ta właśnie sektorówka. Byłżeby to pierwszy tak nietypowy krok marketingowy wykonany przez kibiców? Zaprezentować zapierającą dech w piersiach sektorówkę po to żeby potem publice sprzedawać wyprodukowane wcześniej widokówki? Każdy orze jak może. I like it:-);

e) gole piłkarzy Śląska. Mogły sprawić mylne wrażenie, że mecz był wyrównany:-) 

Co mi się nie podobało: 

a) najbardziej nie podobało mi się polskie zderzenie z Europą. Prawdę mówiąc gdyby Benfica wygrała ze Śląskiem 8:2 - nikt nie powinien mieć pretensji. Z utęsknieniem czekam na mecz kiedy polska drużyna grając z silnym europejskim klubem będzie w stanie bez przeszkód rozegrać cztery podania. Ale nie wszerz albo do tyłu, ale CZTERY PODANIA DO PRZODU! 

b) że nie pojawiło się parę gwiazd na które liczyłem. Na Llorente i Muniaina zawsze warto przyjść, ale mnie z wiadomych względów bardziej brakowało Savioli i Aimara. Ale i tak najlepsza nacja świata została godnie zaprezentowana. Gaitanowi wystarczyły trzy kwadranse. Mówi się, że jest lepszy od di Marii, a to już nie byle co. Fakt, że zagrał fajnie. Vamos, vamos Argentina!

c) że łatwo można wejść w rolę, z której trudno wyjść. We Wrocławiu muszą coś o tym po Euro wiedzieć... Dziś po drugim meczu wychodząc ze stadionu usłyszałem kibica w zielonej koszulce nucącego ''nic się nie stało, chłopaki, nic się nie stało''. Ewentualnie ratuje go tylko, że to mogło być prześmiewcze... 

d) że Bielsa tak uparcie stawia na Toquero. On jest zdecydowanie za cienki - nawet na zmiennika Llorente; 

e) okazuje się, że autostrada na trasie Katowice - Wrocław jest już płatna. Koszt: 16,30 zł w jedną stronę. Byłoby OK gdyby nie żenujący moment pod bramkami na Dolnym Śląsku. Żeby zapłacić musiałem w kolejce aut czekać aż 26 minut. Skąd ta kolejka skoro autostrada była prawie pusta?

Co mnie zdziwiło:

a) że pierwszy raz miałem okazję zobaczyć ciemnoskórego zawodnika w Athletic. Nic dziwnego; Jonas Ramalho podobno właśnie jest pierwszy. Ale przecież rodzony w Baskonii czyli swój. Coś jak Robert Mitwerandu grający kiedyś w GKS-ie Katowice;

PS Omedze by się podobało. 

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum