piątek, 17 listopada 2017
Tak, Górniku Zabrze: Legia symbolem nowoczesnej Polski

Dariusz Mioduski, właściciel Legii Warszawa udzielił właśnie wywiadu portalowi "Sportowe Fakty".

Przeczytałem go z ogromnym rozbawieniem. Pan Mioduski oczywiście ma prawo do własnej wizji ekstraklasy, ale miejsce jakie rezerwuje Legii m.in. kosztem Górnika to jakieś gigantyczne kuriozum. Mówi bez zająknięcia:

"Piłkarze z takich klubów jak Górnik powinni być transferowani do czołowych polskich klubów, jak Legia czy Lech. Dopiero potem wyjeżdżać z kraju. To by było w interesie wszystkich, w tym zawodników".  

Moje pytanie jest proste i brzmi: jaki interes ma kibic Górnika w tym, że wyróżniający się piłkarz jego klubu przejdzie do Legii? Oczywiście można posunąć się dalej i próbować dociec dlaczego piłkarze z takich klubów jak Legia nie powinni być transferowani do czołowych polskich klubów, jak Górnik i dopiero potem wyjeżdżać z kraju, bo było by to w interesie wszystkich, w tym zawodników?

Oczywiste jest, że nikogo nie stać na racjonalną odpowiedź zawierającą tezę o nadzwyczajności Legii względem innych klubów.

Ciekawe czy wyróżniający się piłkarze Górnika nie będą już pytani przez dziennikarzy, którzy kibicują Legii: "czy chciałby pan zagrać w Legii" ale raczej "kiedy chciałby pan zagrać w Legii"?

Oczywiście kocopały głoszone przez Mioduskiego zasługiwałyby jedynie na szyderstwa gdyby nie fakt, że moim zdaniem są to na zimno wymyślone działania niosące za sobą niebezpieczne przesłanie.

 To sączenie do ucha pani, panu, społeczeństwu narracji, że Legia to wielkie dobro narodowe a jej wzmocnienie i dobre występy w europejskich pucharach, powinno nas - jako Polaków - napawać dumą. I że nie nikt nie powinien takim założeniom stać na drodze.

Bo niechęć oddania oddania wyróżniającego się piłkarza z innego klubu to egoizm i wąski sposób patrzenia... Na razie ta papka podawana jest delikatnie i nienachalnie. Ale wzmocnienie i konsekwencja tej narracji mogą kiedyś sprawić, że ludzie zaczną wierzyć w te brednie, a każdy kto myśli inaczej będzie postrzegany jako cudak, odszczepieniec, zwolennik wstecznictwa a nawet osobnik pozbawiony patriotyzmu!*

Adam Mickiewicz również by tego nie pochwalił takiego sposobu myślenia! Gdyby tylko mógł na pewno napisałby o Legii jakiś wspaniały poemat.

*niech każdy wpisze co uważa.

czwartek, 19 października 2017
Ale ten czas szybko leci!

To doprawdy niewiarygodne.

Jak to w ogóle możliwe, że wytrzymaliśmy aż 14 lat bez ligowych meczów GieKSy z Ruchem i Ruchu z GieKSą?!

To jedna z piękniejszych kart historii śląskiej ligowej piłki. Ale trzeba przyznać, że również jedna z brutalniejszych.

Szczegóły - TUTAJ.

Działo się. I znowu będzie się działo!

W niedzielę nowy rozdział. Wierzę, że wszyscy wrócimy bezpiecznie do domów.

wtorek, 15 grudnia 2015
Zaorany

Ludzie mówili mi: "nie wdawaj się w dysputę ze Stanowskim". A ja na to: "dlaczego?" Wydawało mi się, że to w miarę kumaty facet więc być może byłby w stanie spróbować obalić moje konkretne argumenty. Nie jestem z tych co tolerują wokół siebie świństwo. Pomyślałem, że chętnie pospieram się na konkrety.

Trzeba było ludzi słuchać... Stanowskiego zabolał chyba mój wpis więc w ciągu niespełna 24 godzin popełnił kolejnyI co? Ani śladu merytorycznych kontrargumentów. Jestem rozczarowany intelektualną mielizną jego "riposty".

Nie będę Wam relacjonował całego bełkotu. Tylko jeden króciutki fragment oddający rozmiar dezynwoltury i braku kindersztuby Stanowskiego:

"Otóż ja mam Antoniego Piechniczka centralnie w dupie – ani go lubię, ani nie lubię, obcy i obojętny człowiek (...). Jak zdobywał medal, to ja przychodziłem na świat, więc tych wiekopomnych chwil świadkiem nie byłem. Z meczów prowadzonych przez niego to pamiętam jedynie te w połowie lat dziewięćdziesiątych – na przykład gdy przeciwko Anglii wpuścił do ataku Waldemara Adamczyka z Hutnika Kraków."

Nie bardzo rozumiem jak można chwalić się w taki sposób:

a) ogromnym brakiem kultury. To niewiarygodne jak można napisać coś tak obrzydliwego i naprawdę nie muszę tego rozszerzać;

b) brakiem szacunku dla przeszłości w myśl zasady "coś nas obchodzi coś czego nie przeżyliśmy. Przed nami choćby potop!"

c) brakiem elementarnej wiedzy piłkarskiej. Stanowski czepia się, że Antoni Piechniczek wystawił w reprezentacji Adamczyka zamiast przyczepić się, że wystawiał... Wojciecha Kowalczyka!

Bo rachunek jest prosty: Adamczyk nie strzelił dla kadry Piechniczka gola w meczu z Anglikami występując w jego kadrze przez 38 minut. Z kolei Kowalczyk nie strzelił dla kadry Piechniczka gola ani w meczu z Rosjanami (45 minut) ani z Brazylijczykami (45 minut) ani z Czechami (81 minut) ani z Włochami (46 minut).

Bilans Adamczyka u Piechniczka: 38 minut/0 goli

Bilans Kowalczyka u Piechniczka: 217 minut/0 goli.

W sumie być może szkoda więc, że Adamczyk nie grał w tych wszystkich meczach zamiast Kowalczyka. Może poszłoby mu trochę lepiej i przynajmniej jedną lub dwie bramki by uszczknął?  Właściwie może dziwić, że tak długo Antoni Piechniczek dawał szansę przereklamowanemu piłkarzowi, Kowalczyk tylko zajmował miejsce w składzie. Taboret. Zresztą z Andrzejem Iwanem było podobnie. W piętnastu meczach jakich zagrał u Piechniczka zdołał strzelić tylko dwa gole w meczach towarzyskich: z Irlandią w 1981 roku i Rumunią w 1983 roku (z karnego). Czy ktoś zaprzeczy, że to nie jest powalająca średnia?

                           * * *

Kiedyś Stanowski napisał "Spalonego". Jako człowiek zakochany w sobie będzie pewnie za jakiś czas spisywał własne wspomnienia. Autobiografię powinien zatytułować "Zaorany". Jeśli wykorzysta ten pomysł - nie będę rościł żadnych praw autorskich. Śmiało!

W każdym razie poziom "argumentacji" zaprezentowany przez Stanowskiego zwalnia mnie z dalszego zabierania głosu. 

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

poniedziałek, 14 grudnia 2015
Najłatwiejsza riposta w życiu

Nieoczekiwanie odezwał się Krzysztof Stanowski. Jeśli ktoś nie kojarzy - to ten z portalu "Weszło". Obwieścił wszem i wobec, że nie sięgnie po biografię Antoniego Piechniczka. "Bo mu brzydko pachnie".

Przeczytałem jego tyradę i najpierw pomyślałem, że nie będę odpowiadał, ale jednak zmieniłem zdanie. Skoro aż tak się podkłada...

1.

Stanowski zauważa na wstępie, że jednym z elementów promocji tej książki jest rzekome opowiadanie, iż Andrzej Iwan we własnej autobiografii (której Stanowski jest współautorem) kłamał na temat Antoniego Piechniczka, za co miał go osobiście przeprosić na Stadionie Narodowym. Według Stanowskiego to właśnie opowiada Piechniczek w książce, której współautorem jestem z kolei ja. Stanowski uważa to za przejaw megalomanii ze strony byłego selekcjonera. Antoni Piechniczek ma zdaniem Stanowskiego przypuszczać, że skrytykowanie go przyniosło... lepszą sprzedaż książce Iwana!

Większej bzdury ostatnio nie przeczytałem. Z następujących powodów:

a) trzeba być niezłym megalomanem żeby sądzić, że elementem promocji jakiejkolwiek książki byłoby opowiadanie o relacjach Antoniego Piechniczka z Andrzejem Iwanem. Tak się składa, że trener miałby na podorędziu milion lepszych sposobów żeby promować opowieść o sobie. Być może u Stanowskiego pytania podczas wywiadów są wcześniej ustalane, ale w wypadku selekcjonera tak nie jest. Tu nie ma wielkiej tajemnicy: Antoni Piechniczek - jako człowiek uprzejmy - odpowiada jedynie na pytania niezależnych dziennikarzy prowadzących programy we własnych firmach. Pytają o Iwana - odpowiada więc o Iwanie. Tyle. 

b) z całym szacunkiem dla Andrzeja Iwana, ale w niezwykłej historii, którą opowiadamy historyjka tego zawodnika w kadrze jest - być może - barwnym, ale jednak niewiele znaczącym epizodem w dziejach piłkarskiej reprezentacji Polski lat 80., prowadzonej przez Antoniego Piechniczka. Mało tego - gdyby brać pod uwagę tylko wartość kariery reprezentacyjnej Iwana - ten epizodzik w ogóle by się w książce nie pojawił.

c) w którym miejscu książki Antoni Piechniczek mówi, że Iwan go przeprosił?

2.

Stanowski chwali się, że "wie jak powstała biografia Iwana" (zdziwiłbym się szczerze gdyby było jednak inaczej) i "wie, że ostatnią rzeczą o jakiej by myślał ten człowiek byłoby kalkulowanie żeby książka się sprzedała".

a) Naprawdę? To super! Ale czy przypadkiem to nie Stanowski wspominał, że Iwan jest spłukany, że marzy o malutkim domku? Czy w takim kontekście jego słowa można uznać za w pełni wiarygodne? Czy można dziwić się tym, którzy mają jednak wątpliwości?

3.

Teraz moment, który trochę mnie zażenował. Stanowski pisze:

"Trzeba naprawdę nie znać tego człowieka [Iwana, przyp. mój] żeby wymyślić taką niedorzeczność. I [uwaga teraz prawdziwy hit, przyp. mój] mam wrażenie, że każdy kto "Spalonego" ma za sobą czuje podskórnie, że mam rację".

a) tak sformułowana myśl dobitnie mi unaocznia, że Stanowski ma się co najmniej za piątego ewangelistę, a już na pewno za narodowego wieszcza. Cóż, na pewno za takiego mają go ci, którzy w lesie byli, drzewa widzieli. Stanowski jest naprawdę mocno zakochany w sobie, to pewne. Tylko skąd Stanowski wie co będzie czuł każdy kto przeczyta "Tego nie wie nikt"? On to wie - podskórnie. Eliasz?

b) moim zdaniem trzeba naprawdę nie znać Antoniego Piechniczka żeby wymyślić takie niedorzeczności. Wierzę, że rację przyzna mi każdy kto przeczyta "Tego nie wie nikt".

4.

Stanowski ubolewa, że nie potwierdziliśmy wersji Antoniego Piechniczka u Iwana. To już jako żywo bezczelność. Dlaczego?

a) Iwan względem Piechniczka jest człowiekiem całkowicie niewiarygodnym do czego zresztą sam bez wstydu się przyznaje. Cytat z jego biografii: "Cóż to była za udręka - Piechniczek. Nie lubiłem go, jeszcze zanim się poznaliśmy. Macie tak czasami, prawda? Oceniacie kogoś z dystansu, nawet nie musicie podchodzić (...) Antoni Piechniczek nie spełniał ani jednego warunku, byśmy mogli znaleźć wspólny język. Wszystkie sygnały, które wysyłał, były sprzeczne z moimi. Kiedy został selekcjonerem, powiedziałem tylko: - O kurwa!" - napisał Iwan.

Co po takiej konstatacji mielibyśmy konsultować z Iwanem? Proszę mnie nie rozśmieszać. Powiem szczerze - ten człowiek byłby dla mnie prawdziwym kozakiem gdyby - wobec myśli, którą przytaczam parę linijek wyżej - jeszcze przed hiszpańskim mundialem powiedział Piechniczkowi prosto w oczy: "Nie lubię pana. Proszę nie brać mnie pod uwagę przy powoływaniu kadry na mundial".

Szansa na prawdziwe zakozaczenie bezpowrotnie jednak Iwanowi przepadła. Wszystko co sądzi o Piechniczku wywalił po latach u siebie. Wolno mu. Warto jednak przytoczyć co o konflikcie Piechniczek - Iwan sądzą inni, choćby tak poważany przez Stanowskiego Zbigniew Boniek:

- Andrzeja szanuję. Wiem, że miał różne problemy w życiu [alkohol, przyp. aut.] i radził sobie z nimi lepiej lub gorzej. Zawsze byliśmy dobrymi kolegami i na kadrze nigdyśmy sobie w paradę nie wchodzili. Ale uczciwie mówiąc w sporze Piechniczek - Iwan biorę stronę trenera. Andrzej wyszedł na mundialu w pierwszym składzie, selekcjoner miał do niego pełne zaufanie i liczył na niego. A jeśli w trakcie turnieju się rozkraczył, to co trener winien? To normalne, że selekcjoner liczy żołnierzy gotowych do bitwy i nie ma czasu zajmować się tymi, którzy walczyć nie mogą. Pretensje Iwana są niesłuszne.

5.

Stanowski szydzi z naszej reporterskiej pracy. Przepraszam - a jaką reporterską pracę wykonał przy spisywaniu biografii Iwana? To proste: włączył magnetofon, wyłączył magnetofon, spisał z taśmy i dopytał tam gdzie się nie kleiło. To ma być reporterka?! Które zdanie Iwana sprawdził? Sądzicie, że zadzwonił do Antoniego Piechniczka żeby potwierdzić rewelacje własnego bohatera? 

a) Cóż.... Prawda jest taka, że wywiad-rzekę robi się najłatwiej (u Iwana przerobiona na monolog). Wtedy dziennikarz może sprytnie ukryć własne ewentualne niedostatki techniczne. Opowieść reporterską trzeba porządnie przemyśleć, to już trochę trudniejsze. Stanowski jest sprawny jako przepytywacz, włączacz i wyłączacz. Muszę obiektywnie przyznać, że całkiem dobrze wychodzą mu historie opowiadane przez przyjaciół, kolegów i znajomych. Właśnie z takimi pisze książki. Natomiast nic nie można na razie powiedzieć na temat jego umiejętności reporterskich. Być może już tak zostanie.

b) Koniecznie muszę dodać, że różnica między Antonim Piechniczkiem a Andrzejem Iwanem jest konkretna: ten pierwszy w książce mu poświęconej bez problemów zgodził się na konfrontowanie się z opiniami innych. Nie miał nic przeciwko temu żeby wypowiadali się o nim ludzie, z którymi spotkał się na różnych etapach życia i kariery. Nic nam nie narzucał, nie decydował z kim my, autorzy, mamy się spotkać a z kim nie. Moim zdaniem nie każdy coś takiego jest w stanie wziąć na klatę. Antoni Piechniczek wziął bez wahania. Andrzej Iwan nie wziął. 

6.

Stanowski jest symbolicznym, wymownym przykładem ludzi, którym wydaje się, że wiedzą najlepiej i lekceważą przeszłość. Lekceważą trenera Piechniczka, bo jest z innego pokolenia, wyznaje inne wartości. Wolą uwielbiać ludzi, którzy chleją, sprzedają mecze, czasem dobrze się bawią, czasem mają myśli samobójcze a przede wszystkim szczerze to przyznają. Faktem jest, że w Polsce dobrze sprzedają się opowieści ludzi, którzy niewiele osiągnęli a ich atutem jest opowiadanie o własnych słabościach i walce z nimi. Oczywiście Stanowski uważa, że Iwan jest szczery do bólu. Może jest szczery, ale... nie do bólu. Kilku małżeństw własnymi opowieściami jednak nie rozwalił. Moim zdaniem to właśnie dobrze, ale nie przesadzajmy z tą bezkompromisową szczerością. Jakiś kompromis jednak jest... Mylę się?

7.

Stanowski był dotąd znany z tego, że jest w stanie zaripostować. Gdybym ja był na jego miejscu - przeczytałbym moją książkę, a potem wypunktowałbym jej słabe strony. Moim zdaniem Stanowski obawia się jednak, że nie byłby w stanie. Przypuszcza dziwaczny, niespójnie logiczny pseudoatak, lekceważąco wypowiadając się o książce - mimo że jej nie przeczytał. No jasne, łatwo deprecjonować coś czego się nie zna. Pierwsze samochody na prowincji też były obrzucane kamieniami. 

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 19 lipca 2015
Kataklizm

W czasie kiedy piłkarze Ruchu Chorzów przegrywali mecz z Łęczną a piłkarze GKS-u Tychy przegrywali mecz z Koeln ja dostałem jeszcze większy łomot.

Człowiek ogląda takie sytuacje jedynie w telewizji i wydaje mu się, że go nigdy nie dotkną. A kiedy jednak go trafiają - jest w szoku.

Mieszkam w lesie. Kiedy wracałem wieczorem do domu po meczu w Tychach nie mogłem poznać okolicy. Armageddon. Bez kitu, gdybym nie widział to bym nie uwierzył. Było jak po wojnie, jakby wróg przeprowadził nalot dywanowy. Potężny las położony pokotem niczym zboże. Drzewa wyrwane z korzeniami. Zwalone znaki drogowe. Załamani ludzie.

Temperatura w ciągu pół godziny spadła o piętnaście stopni a żywioł o największym natężeniu szalał jakieś dwie minuty. To wystarczyło. Zrobiło się bardzo ciemno a potem bardzo jasno. Podobno w tym krótkim okresie deszcz padał jednocześnie w dół i do góry.

Udało mi się dojechać do domu, bo sąsiedzi zdążyli już pociąć drzewa tarasujące w dwóch miejscach przejazd. Kiedy podjechałem - nie mogłem uwierzyć. Wszystko porozwalane. Taczki, krzesła - kilkadziesiąt metrów od miejsca gdzie zwykle stoją. Moje ulubione drzewo złamane wpół. Sąsiednie przewaliło się przez płot pół metra od samochodu sąsiada. Trzecie niestety przechyliło się na mój dom i jestem w strachu, bo nie za bardzo wiem jak się do niego zabrać... Wyobrażacie sobie, że drzewo może stać pod kątem 45 stopni? Bramka treningowa, której używaliśmy z Czadoblożkiem rozwalona. Ale najbardziej zdumiał mnie stos ciężkich bloczków cementowych, które pozostały po budowie. Był równo poukładany jeden na drugim, a wicher przesunął ten stosik tak, że wygląda jak... schody.

Prądu oczywiście nie było, zrobiło mi się nieprzyjemnie kiedy zobaczyłem linię wysokiego napięcia na ziemi.

Dobrze więc, że pies został w domu, co nie jest oczywiste, bo pogoda była wcześniej piękna a wtedy - nawet jak nas nie ma - zostawiamy go w ogrodzie. Baśka już swoje przeżyła i nie ma jej co narażać.

Od rana wycięliśmy te wszystkie sterczące kikuty, uporządkowaliśmy co się dało i... czekamy na powtórkę.  Dziś, jak głoszą sąsiedzkie plotki, ma bowiem przejść drugi armageddon, brat tamtego. Ma to ponoć nastąpić w okolicach drugiej połowy meczu Śląsk Wrocław - Legia Warszawa.

Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Trzymajcie kciuki.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

środa, 18 lutego 2015
Nie wierzę Sylwestrowi Latkowskiemu od 11 lat

W Polsce mówi się o aferze związanej z Kamilem Durczokiem. Bez względu na to jak się mają fakty (a wygląda na to, że mają się "trochę" inaczej niż przedstawia to "Wprost") wzruszam ramionami ponieważ Sylwester Latkowski, redaktor naczelny tego pisma nie jest dla mnie żadnym autorytetem dziennikarskim. Kiedy wczoraj usłyszałem jego nazwisko przypomniałem sobie, że przecież kojarzę tego faceta i powód dlaczego go kojarzę. Tak! Wyobraźcie sobie, że przestałem mu wierzyć jedenaście lat temu przez... futbol.

W 2004 roku Sylwester Latkowski zażenował mnie kiedy zajął się kibolstwem. Nakręcił wtedy tzw. film dokumentalny. Niektórzy być może uznali wtedy obraz za objawienie, ale przypuszczam, że najwyżej ci, którzy nie wiedzieli, że do uprawiania piłki nożnej niezbędne są nogi. Napisałem wtedy w katowickiej "Wyborczej" coś takiego:

Dorsz w klatce

"Sylwester Latkowski to podobno najbardziej kontrowersyjny polski dokumentalista. Po projekcji filmu "Klatka" w TVP 2 przekonałem się tylko, że najbardziej przereklamowany.

Tym razem enfant terrible rodzimej reżyserki zabrał się za kibiców, a właściwie chuliganów piłkarskich. Próba przedstawienia tego środowiska w jego wykonaniu wypada żałośnie. Po emisji tego przydługiego, nudnego filmu jedno wiadomo: że nie wiadomo, o co chodziło autorowi.

Pewne jest, że Latkowskiego przyciągnął tylko chwytliwy temat, a od dawna słyszy się, że jego zaletą jest niebywały nos do wychwycenia wszystkiego, co może przyciągnąć masową publikę. A przecież o ustawkach, czyli bijatykach szalikowców, ustalających wcześniej między sobą czas i miejsce, jeszcze nikt filmu nie nakręcił. Latkowski przechwycił więc kasetę z ustawki*, dokleił parę kadrów z materiałów operacyjnych policji i dokręcił do nich jeszcze chaotyczne, przypadkowe scenki bez ładu i składu. Przy okazji pomieszał wątki, bo chuligaństwo stadionowe z walkami w tytułowej klatce** nie ma nic wspólnego. W rezultacie wychodzi zupełnie zafałszowany obraz polskiego kibica, stereotyp kibola - prymitywnego buca z karkiem a la Tyson.

Film fatalnie świadczy o Latkowskim jako scenarzyście - trudno zauważyć jakąkolwiek myśl w konstrukcji filmu. Kolejność ujęć jest przypadkowa: w tym filmie nie ma żadnej historii - koniec mógłby być środkiem, a początek końcem. Kolejne kadry nie mają logicznego związku. Zupełnie nie wiadomo, po co ujęcia z rozbierającymi się facetami, wywijającymi przy alkoholu genitaliami, czy z zakapturzonym wyrostkiem stojącym na dachu rozpędzonego pociągu. Kim są ci ludzie? Dlaczego się tak zachowują? Sedno opowieści powinno tkwić w szczegółach. A Latkowski po temacie się prześlizguje. W tym filmie brak tezy, brak puenty, brak pomysłu po prostu.

Brak także elementarnej wiedzy reżysera. Latkowski nie zna tych środowisk i kompletnie ich nie rozumie. Fragment filmu poświęca napisowi na murze "nigdy nie zostaniesz sam", nie mając pojęcia, że hasło upowszechniło się wśród polskich kibiców dzięki liverpoolskiemu hymnowi "You'll never walk alone".

Po emisji, podczas dyskusji w studiu Latkowski próbował wcisnąć telewidzom pseudosocjologiczną sieczkę, że to nie jest film o kibicach, ale o przemocy wypływającej z poczucia beznadziei i biedy. Ciekawe więc, dlaczego na jego filmie widać, jak chuligani przyjeżdżają na ustawki drogimi samochodami terenowymi?

Film miał wzbudzać emocje i pewnie wzbudził, ale pewnie tylko u przerażonych matek, którym dorastający synowie właśnie obwieścili, że mają zamiar iść na stadion, żeby zobaczyć mecz. Ja akurat po emisji "Klatki" byłem rozgrzany emocjami niczym dorsz na wodach Prądu Wschodniogrenlandzkiego."

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 O skrócie HKS dotyczącym Ruchu Chorzów przeczytacie TUTAJ. Wbrew pozorom nie należy go rozumieć jako "Hutniczy Klub Sportowy":)

PS2 Dawid Plizga odchodzi z Górnika. Myślałem, że do GieKSy, a tu - niespodzianka! GieKSie to on może teraz strzelić gola już w pierwszym meczu...

*uważni widzowie zwrócą uwagę, że przy niektórych ujęciach z ustawek, dźwięk podłożony w momencie uderzania przeciwnika jest zaskakująco zbieżny z odgłosem używanym przez czechosłowackich filmowców przy kręceniu słynnej parodii westernu "Lemoniadowy Joe" z 1964 roku. Tyle, że Latkowski robi to śmiertelnie poważnie:D

**niektórzy powiedzą, że użycie terminu "klatka" przez Latkowskiego to przenośnia odnosząca się do zamkniętych trybun piłkarskich. W tym samym filmie są jednak również kadry z walk w klasycznej klatce. Po cholerę?

środa, 17 grudnia 2014
Idiota niepożyteczny

Zaatakował mnie Krzysztof Stanowski. Ten z "Weszło". Sugeruje, że jestem tzw. pożytecznym idiotą, bo piszę darmowe recenzje książek sportowych. Idiotą, bo przecież mógłbym na tym zarabiać a tak psuję jedynie rynek.

Pseudozarzut I

Stanowski zarzuca mi, że piszę recenzje książek, które przesyła mi wydawnictwo i że piszę je... tylko dlatego. Sugeruje, że zachłystuję się darmową przesyłką.

Pisze tak: Czado jest o tyle niewiarygodny, że dziwnym trafem promuje akurat te książki, które dostaje za darmo. Niby zajmuje się śląskim futbolem, ale jak mu podesłano egzemplarz autobiografii słynnego boksera z USA – to będzie wpis o bokserze z USA. Ja widzę trzy możliwości: albo go nie stać na książki, albo ma bardzo daleko do księgarni, albo wystarczy mu dać egzemplarz za cztery dychy, żeby zatańczył tak, jak mu się zagra. Chociaż jemu samemu się zdaje, że sam wybiera kroki i że sam włącza muzykę.

Riposta

Stanowskiemu pierwszy raz udało się mnie rozzłościć. Chwyt jest bowiem obrzydliwy, w dodatku stosowany przez gościa u którego używanie w pożądanym przez nas kontekście słowa "wiarygodność" przyprawia mnie o kaszel. Opanowuję się jednak i kulturalnie wyjaśniam:

- po pierwsze: kłamstwem jest, że recenzuję jedynie książki, które dostaję za darmo. To uwłaczający zarzut. Łatwo sprawdzić, że recenzowałem wiele książek, które sam kupiłem*. Ci, którzy mają wiedzieć, wiedzą (Stanowskiemu najbardziej do rozumu przemówi chyba przykład "Spalonego"). Mało tego; zdarza się, że kupowałem książki, o których wiedziałem, że i tak zostaną mi przysłane. Chciałem je mieć jednak szybciej, bo zwyczajnie nie mogłem się doczekać (choćby prawie każdego tomu encyklopedii FUJI). Biznesmen Stanowski nazwałby to frajerstwem, bo przecież tylko frajer mógłby w ten sposób tracić pieniądze;

- po drugie: Stanowski jest mało spostrzegawczy. Sugeruje, że biografią Tysona zająłem się tylko dlatego, że wydawnictwo przysłało mi darmowy egzemplarz. To uwłaczający zarzut. Tak się składa, że uwielbiam boks i uważam go za drugi najważniejszy sport po piłce nożnej, na moim blogu od wielu lat istnieje nawet specjalna zakładka poświęcona tej dyscyplinie. Mało wprawdzie o boksie piszę, bo uważam, że - w przeciwieństwie do futbolu - nie wiem o nim tyle żeby regularnie się mądrzyć;

- po trzecie: do wymienianych na końcu trzech powodów dla których miałbym "promować" za darmo (w przeciwieństwie do Stanowskiego wolę używać słowa "recenzować", bo nie jestem opętany zarabianiem na wszystkim na czym dałoby się zarobić) w ogóle nie mam zamiaru się odnosić - są obraźliwe. Ich wymyślenie dobrze jednak oddaje mentalność biznesmena Stanowskiego, który udowadnia, że dla niego najważniejszą zaletą człowieka jest umiejętność zarabiania pieniędzy. W sumie nie wiem czy jest coś czego nie uznałby za dobry sposób na zarobek. Może jest?

Pseudozarzut II 

Stanowski pisze:

"Czado sam przyznaje, że nie ostrzega czytelników przed bardzo słabymi książkami, które dostał w prezencie. Nie napisał: uważajcie, bryndza taka, że nie da się przebrnąć pierwszego rozdziału. Wydaje mi się, że gdyby książkę sam kupił, nie miałby z tym problemu, a tak w głowie włącza się hamulec. Jest więc idealnym pożytecznym idiotą, ponieważ nie ma ryzyka, iż po otrzymaniu prezentu, który nie przypadnie mu do gustu, wyrazi publicznie niezadowolenie."

Riposta

To jasne, że nie ostrzegam przed słabymi książkami, które dostałem za darmo. Nie wiem jak można się temu dziwić. Powód jest oczywisty: wyrzucam takie książki, w ogóle ich nie czytając. Uważam, że czytanie słabych książek jest stratą czasu, a z uczciwości wobec Czytelników nie napiszę przecież recenzji książek, których nie przeczytałem, prawda? Czy to tak trudno zrozumieć?**

Stanowski udowadnia przy okazji, że jest idiotą, w dodatku wcale nie takim pożytecznym. Sugeruje bowiem, że gdybym kupił słabą książkę to nie miałbym oporów z napisaniem miażdżącej recenzji. Moim zdaniem tylko kompletny idiota mógłby kupić słabą książkę. Żeby się przed tym obronić wystarczy przecież uważne półminutowe przejrzenie książki w księgarni przed podjęciem decyzji o ewentualnym zakupie. Książki nie są bowiem czymś co kupowałbym w ciemno. W ciemno to ja mogę kupić płyn do mycia naczyń.

Pseudozarzut III

Rozśmiesza mnie, że Stanowski wyśmiewa dziennikarzy, którzy chwalą się na Twitterze okładkami książek nadesłanych przez wydawnictwa. Wyśmiewa, że chwalą je zanim jeszcze zdążą je przeczytać.

Riposta

Mnie bowiem te śmichy-chichy nie dotyczą. Po pierwsze - nigdy nie umieściłem okładki książki na Twitterze. Po drugie powtórzę się - nie piszę recenzji książek, których nie przeczytałem. Wygląda na to, że Stanowski śmieje się z tego co sam robi. Zajrzyjcie w linka, podesłał mi to Hanys, Czytelnik Czadobloga. Po pierwsze Stanowski chwali się zdjęciem okładki książki przysłanej mu przez wydawnictwo, po drugie - zdjęcie tytułuje tak: "nowy dzień, nowa przesyłka". Tweetuje o godz 8.27 rano. Czy można w związku z tym uważać, że chwali się książką, której nie zdążył jeszcze przeczytać? Musiałby przecież dostać przesyłkę tuż po północy żeby zdążyć połknąć te 464 strony. Może rzeczywiście tak szybko czyta?

Nie wnikam już w to czy ten tweet został może usunięty (szczerze mówiąc nie chciałoby mi się to wierzyć, bo takie postępowanie świadczyłoby o wyjątkowej małości Stanowskiego, a naprawdę nie sądzę, że mógłby być taką gnidą) czy raczej nie. Mam to gdzieś.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Przypominam, że trwa konkurs na biografię Mike'a Tysona. Zapraszam.

*Niedowiarki niech podzwonią po wydawcach.

**Wydaje się, że to trudne do przyswojenia przez osoby, które nazywam "merdaczami". Od merdania ogonem. 

środa, 08 października 2014
Myszy i ludzie

Piłka nożna jest idealnym miejscem do testowania ludzkich charakterów. Dość często zastanawiam się ile my wszyscy oddalibyśmy za sukces naszych ulubionych drużyn. Ile bylibyśmy w stanie znieść? Na ile przymknąć oko? Na ile moglibyśmy pozwolić naszym idolom?

Zagadnienie przypomniał mi ostatnio Grzegorz Kasprzik, bramkarz Górnika Zabrze i zresztą kibic tego klubu. To człowiek o trudnej przeszłości dlatego przyznam, że życzyłem mu dobrze i kibicowałem żeby zaszedł jak najdalej. "Pokazałem ludziom, że pójście za kratki nie musi być końcem świata". Bardzo szanuję umiejętność wyjścia z dna na szczyt.

Pamiętam, że w Piaście Kasprzik bronił bardzo dobrze, trochę gorzej szło mu w "Lechu" gdzie podpadł Jackowi Zielińskiemu. Trudno mi wyobrazić sobie komiczniejszy sposób podpadnięcia niż na gali kiedy po zdobyciu mistrzostwa w sezonie 2009/10 Kasprzik robił głupie miny gdy przemawiał trener Zieliński. Uchwyciła to kamera demaskując delikwenta. Tamten moment dobitnie sugerował, że nie wszystko z Kasprzikiem w porządku, ale potem o jego dziwnych zachowaniach ucichło. Aż do teraz kiedy 31-latek na wieść o tym, że kibice Górnika nie wejdą na WDŚ napisał na Facebooku: "jeb... chorzowskie kur... Jazda z kur... Górnicy, jazda z kur..."

Bramkarz nie wykazał się oczywiście szczególną inteligencją. Nie chodzi wcale o obraźliwe, wulgarne słownictwo, bo ludzie inteligentni też używają grubych słów, ale o całkowitą nieumiejętność przewidywania skutków. Czy Kasprzik myślał, że to przejdzie bez echa?! Musi być naiwny jak dziecko, które nie zastanawia się nad konsekwencjami...

Do głowy przyszedł mi Lennie Small z "Myszy i ludzi" Steinbecka (jeśli nie kojarzycie - w ekranizacji z 1992 roku sugestywnie zagrał go John Malkovich).

Zostawiam już nieszczęsnego Kasprzika na boku, pozwalam mu wstydzić się (albo nie) w samotności i przechodzę do problemu, który sprawił, że ten wpis powstał.

Otóż interesuje mnie hipotetyczna sytuacja: jakbyśmy się zachowali my, kibice, gdyby na przykład nasz najlepszy reprezentacyjny napastnik, taki o klasie Roberta Lewandowskiego, zapodał właśnie na fejsie wpis: "jeb... niemieckie kur... Jazda z kur... Polacy, jazda z kur..."?

Na pochyłe drzewo koza skacze. Pozycja Kasprzika w Górniku nie jest szczególnie mocna. Jest bramkarzem rezerwowym, w zeszłym sezonie w pierwszym składzie rozegrał 9 meczów, w obecnym - występuje tylko w III-ligowych rezerwach. Właśnie dlatego łatwo się z niego naigrywać.

Ale koza na prościutkie drzewo nawet nie spojrzy. Jak sądzicie: bylibyśmy za tym żeby natychmiast wyrzucić takiego piłkarza "żartownisia" z kadry jeszcze przed meczem z Niemcami? Czy raczej skalkulowalibyśmy ewentualne zyski i straty w efekcie przymykając oko, uciszając "oburzonych obrońców moralności"? Do takiej postawy pchałaby nas wiara, że to właśnie on, gwiazdor, mógłby nam przynieść pierwsze z tym rywalem wymarzone zwycięstwo w historii?

No właśnie...

PS [Urlop trwa].

piątek, 12 września 2014
Wysadzić ten system. Zanim powstanie

Kiedy futbol zmienia się w biznes zaczyna się mariaż śliskiego pędu do pieniędzy z... prawem. Nadchodzą czarne chmury.

I.

Od następnego sezonu przez sześć lat prawa telewizyjne do transmisji polskiej ekstraklasy będzie sprzedawać jakaś nowa firma, nie znam. W efekcie liga ma dostać przynajmniej 25 procent więcej pieniędzy niż w tej chwili. Jesienią kluby ekstraklasy mają zdecydować, w jaki sposób je rozdzielić. Już teraz wiadomo jak chcą tego dokonać kluby obecnie najmocniejsze. Świadczą o tym zdumiewające słowa prezesa Legii Warszawa: - Trzeba się zastanowić, czy w polskich warunkach więcej pieniędzy dla mniejszych klubów na pewno oznacza ich rozwój. Czy nie lepiej więcej środków przekazywać czołówce, licząc na sukcesy w Europie („Gazeta Wyborcza”, nr 212.8244 z 12 września 2014).
Kiedy słyszę coś takiego, szlag mnie trafia. To tak jakbyśmy mieli zdecydować czy nie lepiej żegnać się lewą ręką, licząc na sukcesy w Europie.

II.

Jeśli się przyjrzycie - zauważycie, że to co niektórzy chcą obecnie wprowadzić w Polsce jest na małą skalę tym co bezwstydnie wprowadzono ponad dwie dekady temu w Europie.
Najpierw o Starym Kontynencie: cezurą jest dla mnie powstanie prestiżowej Ligi Mistrzów. Myślicie, że polska piłka klubowa jest taka słaba, bo z założenia jest słaba i grają w niej ciamajdy? Otóż nie. Chodzi o to, że bogatsze federacje piłkarskie rok w rok dostają od UEFA nieporównywalnie więcej pieniędzy niż nasza. Wszystko oczywiście zgodnie z ustanowionym prawem. Pieniądz rządzi wszystkim dlatego efekt może być tylko jeden; dysproporcja między naszymi klubami a zagranicznymi z każdym rokiem się powiększa. To już nie jest wyścig syrenki z fordem - to wyścig osła z ferrari. Ten wyścig co roku przegrywamy już przed startem - wie to zarówno ten co siedzi na ośle i ten uśmiechnięty rozwalony na fotelu w testarossie.
Co za tym idzie?
Wszystko co najgorsze.
Liga Mistrzów ma bowiem dwa wejścia: szerokie - dla ferrari i wąziutkie, obwarowane bramkami, bardzo trudne do sforsowania - dla jeźdźców na osłach.
Zauważcie: gdy nie było Champions League z dwoma wejściami, a ciągle istniał najwspanialszy, bezlitośnie zamordowany twór pod nazwą Pucharu Europy Mistrzów Krajowych - rozgrywki były co najmniej wyrównane. Widzew był kiedyś w stanie jak równy z równym walczyć z Liverpoolem albo Juventusem, inne kluby z krajów drugiego, komunistycznego wyboru - także. A dziś?

III.

Różnica między moim pokoleniem polskich kibiców, a obecnym jest taka, że nam się to nie podobało, a oni w pełni to akceptują, ba - gorąco to popierają. To co ja uważam za wadę i praprzyczynę całego zła w europejskim futbolu, inni postrzegają jako wielką zaletę i zabezpieczenie przed nudą. Ileż można czekać na wygraną? Kibicujmy zwycięzcom! W efekcie więcej bajtli chodzi w koszulkach Bayernu, Barcelony albo Realu niż Górnika, Ruchu, Polonii, Szombierek, Zagłębia albo GKS-u.
Mam złe przeczucia: po dwóch dekadach podobny w wymowie zamach w Polsce, z podobnym skutkiem chcą przeprowadzić najbogatsze polskie kluby. Stąd bulwersujące mnie słowa Bogusława Leśnodorskiego, który mierzy w Europę, stąd próba pokrojenia na nowo telewizyjnego tortu.
Jeśli słabsze kluby nie stworzą u nas jednolitego frontu wobec możnych będą musiały zapomnieć o sukcesach w polskiej lidze. A spychanie na margines nie jest w tym wypadku tylko spychaniem na margines. Za tym procesem idą zmiany w mentalności czy też ograniczanie ambicji. Jeśli nic się nie zmieni wkrótce będziemy cieszyć się nie z faktu, że wygrywamy z Legią, lecz że w ogóle z nią gramy. Dysproporcje finansowe sprawią, że każdy naprawdę zdolny piłkarz zostanie zgarnięty przez ligowych możnowładców kiedy tylko zechcą. Zerwą go jak jabłko z drzewa za grosze, które dla macierzystego klubu będą żyłą złota. Mało tego; biedaklub w razie niezdecydowania będzie musiał się jeszcze zmagać z nieprzychylnym pomrukiem kibiców nawet z... własnego miasta i okolic. Bo ileż można będzie czekać na zwycięstwo? Kibicujmy zwycięzcom! W efekcie zmian więcej bajtli może chodzić w koszulkach Legii, Wisły, Lechii czy Lecha niż Górnika, Ruchu, Polonii, Szombierek, Zagłębia albo GKS-u. Śmiejecie się? Osobiście uważam, że to nie jest takie niemożliwe...
Te zmiany dodatkowo będą mieć jeszcze przychylny medialny klimat. Tworzenie pojedynczych silnych ośrodków, które mają więcej i mogą więcej po to żeby powalczyć w Europie w imieniu całej reszty będzie miało poparcie mediów. Wiadomo, że hasło "więcej dla największych" poprze zdecydowana większość ważnych dziennikarzy. Z dwóch powodów: albo prywatnych (zwyczajnie kibicują tym, którzy chcą więcej) albo zawodowych (chcieliby wreszcie pojeździć po Europie z Ligą Mistrzów).

IV.

Warto walczyć o swoje zanim nie będzie za późno. Dlatego podkreślam: polską ligę tworzy szesnaście drużyn a nie cztery. Wszystkie zawsze startują z takich samych pozycji. Liga to szesnaście elementów, a nie tylko dwa lub trzy. Elementy są osobnymi bytami dlatego nie rozumiem dlaczego w imię pokazania się klubowego sukcesu polskiego w Europie miałyby oddać co się z udziału we wspólnocie słusznie należy.
Już słyszę teksty w stylu "to nie komuna", bogatsi mają więcej pieniędzy, więcej kibiców, więcej sukcesów więc należy im się większy kawałek tortu z podziału praw telewizyjnych. Z tego co wiem, w takiej Anglii wielokrotnie stawianej za wzór pierwszy, owszem - dostaje więcej niż ostatni, ale na litość boską - nie o wiele więcej.
Ale jest moim zdaniem znakomity i skuteczny sposób żeby powstrzymać te buńczuczne zapędy. Solidarnie, jak jeden mąż odmówić gry w lidze z tymi, którzy żądają więcej. Po prostu.
Niech możnowładcy grają o mistrzostwo Polski w dwójkę. Albo w trójkę. Albo może w pojedynkę?
Reszta niech gra ze sobą dalej we własnej lidze. Ciekawe kto dłużej pociągnie.
Chyba tylko tak można wysadzić ten system zanim powstanie. No i trzeba reagować już teraz - przy pierwszej próbie zachwiania tym statkiem. Jeśli słabsi nie zareagują już teraz, beton nowego rozdziału stwardnieje i za kilka lat będzie już za późno. Przebicie się kogoś do czołówki polskiej ligi będzie przypominać przebijanie się polskich drużyn do Ligi Mistrzów przez ostatnie 18 lat...
                                                                 
PS Cały ten tekst jest oczywiście nieaktualny jeśli jest wam obojętne czy Wasze dzieci na Śląsku będą kibicowały na przykład Legii. Byleby tylko klub reprezentujący Polskę grał w Lidze Mistrzów. Jeśli tak - wprowadzenie zmian, które mnie przerażają będzie formalnością.
A za pięćdziesiąt lat cała Polska będzie się dziwić: jak to możliwe, że na początku XX wieku można było kibicować komukolwiek innemu niż Legia?

PS1 Omega się ze mną zgadza.

poniedziałek, 12 maja 2014
Pobyt w Warszawie

Czadoblog już tak ma, że nawet kiedy nie pracuje udaje mu się znaleźć ciekawe tematy. Wyjechałem na weekend do Warszawy. Tak dalece oderwałem się od rzeczywistości, że dopiero przed chwilą sprawdziłem jak grali nasi ligowcy (ale się działo...)

Wyobraźcie sobie, że dzięki temu wypadowi poznałem... wnuka Engelberta Szojdy! Być może nic Wam to nazwisko nie mówi, ale przed wojną był to jeden z najbardziej kojarzonych piłkarzy na naszych boiskach mimo że nigdy nie zagrał w reprezentacji Polski. Prezentował solidną szkołę śląską, grał w Dębie Katowice m.in. razem z Ewaldem Dytko i Antonim Hermanem, bratem późniejszego mistrza świata. Dlaczego był taki rozpoznawalny? Wyobraźcie sobie, że prawie zawsze grał w... berecie (choć dociekliwi znajdą również fotki na których beretu nie ma, ale to białe kruki;). No i teraz - skoro poznałem wnuka - będę mógł chyba pociągnąć tę nitkę...

A teraz o tym dlaczego w ogóle byłem w tej Warszawie. Być może niektórzy z Was pamiętają, że chęć gry w piłkę trzyma mnie przy życiu. Wreszcie nadarzyła się okazja...

Wystawiliśmy drużynę na wielki turniej piłkarski z okazji 25-lecia naszej firmy. Wystartowało w nich 30 drużyn z całej Polski (wnuk Engelberta Szojdy też zagrał). To była fantastyczna, świetnie zorganizowana impreza (szacun dla organizatorów) w genialnym miejscu. Piłkarska hala na Bemowie jest idealnym miejscem do rozwijania futbolowej pasji (jeśli ktoś nie wie - to trzy boiska ze sztuczną trawą pod dachem przedzielone zasłonami - oczywiście niepełnowymiarowe - takie w sam raz dla szóstek (od kiedy zburzyli halę Beldony gdzie w latach 90. dawaliśmy stróżowi na flaszkę i graliśmy o północy - nie ma u nas takiego raju. Byłoby super gdyby taka hala - tylko do gry w piłkę dla amatorów - powstała więc u nas. Przedsiębiorcom nie mającym pomysły na biznes zwracam uwagę, że byłby to na pewno dochodowy interes...)

Cieszyliśmy się grą, choć wyniki były rozmaite. Rekord świata pobiliśmy w ostatnim meczu kiedy na trzy minuty przed końcem prowadziliśmy 4:0 i... nie wygraliśmy. Każdy chciał strzelić kolejne bramki więc nie było komu bronić. Skończyło się 4:4 i przegraliśmy po karnych...

Nie byliśmy - delikatnie mówiąc - czołową drużyną turnieju, choć na szczęście nie byliśmy też całkiem z tyłu. Współczułem kolegom z Częstochowy, którzy o przedostatnie 29. miejsce grali z zespołem złożonym z samych dziewczyn. Samo ich wyjście na murawę było wydarzeniem mocno egzotycznym, bo wydaje mi się - po tym co zobaczyłem - że nigdy wcześniej nie grały w piłkę. Szowinizm trybun i brutalny nacisk żeby chłopaki przegrali musiał być dla nich dojmującym przeżyciem, ucisk czaszki musiał być olbrzymi:)

Mnie tak naprawdę zaskoczyło coś innego: olbrzymia ofiarność zawodników, której konsekwencje były jednak przykre. Kolega z drużyny zczołgał się z murawy z dojmującym jękiem. Pękła mu łąkotka (półtora miesiąca zwolnienia). Koledze z Wrocławia najmniejszy palec odgiął się o ponad 90 stopni i ręka wyglądała jak gumowa rękawiczka napełniona wodą. Koledze z Rzeszowa walnęło kolano. Jeszcze innemu zawodnikowi, który grał na bramce (nawet nie wiem z jakiej drużyny) pękł nadgarstek. To znaczy pękł nie od razu - najpierw tylko bolało więc zabandażowano, ale po poprawce trudno już było bandażować - tak spuchło... Generalnie ludzie nabawiali się kontuzji bez pomocy innych (strzykające kolana, naciągnięte pachwiny), ale namierzyłem jednego chuligana, któremu już teraz zapowiadam: jeśli jeszcze kiedyś zagram przeciwko tobie koleżko - proszę żeby dzieci nie czytały tego fragmentu - zrobię ci sanki.

Brzuchaty drań grał w drużynie, z którą spotkaliśmy się w pierwszym meczu. W pierwszej połowie Maciek Blaut padł na murawę jak rażony gromem. Na piszczelu zakwitł mu paskudny siniak. - Ten facet zrobił mi to specjalnie - krzywił się z bólu. Nie wierzyłem mu, przecież tak naprawdę to była tylko zabawa. Przyjrzałem się jednak uważnie grze delikwenta w następnych meczach i ze zdumieniem zauważyłem, że nie tylko kopie, ale pcha i szturcha - zawsze z intencją - często gdy piłka była w zupełnie innym rejonie boiska... 

Nie zrozumcie mnie źle, generalnie w hali unosił się duch sportowej rywalizacji, ale tam gdzie unosi się duch sportowej rywalizacji, zawsze musi się też unosić zapach zgniłych jabłek.

A puchar za zwycięstwo i tak pojechał na Górny Śląsk. Ekipa pracująca w drukarni w Tychach zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Wystarczyło, że pooglądałem ich przez minutę żeby założyć się, że wygrają wszystkie mecze z przewagą co najmniej trzech goli. Sprawdzało się przez ich pierwsze pięć spotkań, potem już tak łatwo nie było - niemniej to właśnie oni wznieśli puchar (a potem zapomnieli zabrać z hotelu, na szczęście wrócili po niego w ostatniej chwili;)

Zakład przegrałem, muszę więc wysłać do Wawy jakiś górnośląski specjał. Co byście radzili?

PS Czas na mecze mundialowe zakończone wynikiem 1:0.

V miejsce

Kamerun - Argentyna 1:0, mistrzostwa świata w 1990 roku oraz Senegal - Francja 1:0, mistrzostwa świata w 2002 roku, mecze otwarcia

Dwa identyczne schematy. Afrykański "outsider" w meczu otwarcia pokonuje aktualnego ciągle mistrza świata, a potem sam dochodzi do ćwierćfinału. Różnica taka, że Argentyna podniosła się z kolan, a Francja - całkowicie położyła. Ten drugi mecz pamiętam dobrze z dwóch powodów: po pierwsze - niezmienną sympatią darzę futbol senegalski; zadziwia mnie niezmiennie, że potężni przedstawiciele ludu Wolof mają taką smykałkę do futbolu. Po drugie - przed meczem obstawiałem dokładnie 1:0 dla Senegalu i wszyscy się ze mnie wtedy śmiali. Żałowałem trochę, że nie poszedłem do bukmachera, ale jako że NIGDY nie chodzę do bukmachera - szybko mi przeszło;

IV miejsce

Austria - RFN 1:0, mistrzostwa świata w 1982 roku, spotkanie w grupie

Mecz godny zapamiętania raczej jako antymecz. Austria potrzebowała minimalnego niskiego zwycięstwa nad RFN. W efekcie obie drużyny eliminowały bowiem Algierię, którą przed mistrzostwami Paul Breitner był łaskaw nazwać "miłą, barwną kropeczkę w tej grupie". Kiedy Algieria na dzień dobry pokonała właśnie RFN - "kropeczka rozrosła się do potężnej kropy". To był świetny zespół - pamiętacie Lakhdara Belloumiego czy Rabaha Madjera (ten drugi zasłynął z gola piętą strzelonego w finale Pucharu Europy)?

Końcówka tego meczu była parodią futbolu (zobaczcie od około ósmej minuty skrótu - po prostu skandal). Ale prawdę mówiąc Algieria sama sobie spaskudziła sytuację. Prowadziła z Chile już 3:0 i gdyby tak się skończyło - Niemcy musieliby wygrać z Austrią 4:3. A taki wynik trudniej spreparować.

III miejsce

NRD - NRF 1:0, mistrzostwa świata w 1974 roku, spotkanie w grupie

Tak naprawdę wynik nic nie znaczył, ale było wyjątkowo prestiżowy mecz. Spotkanie w Hamburgu w mniemaniu politycznej wierchuszki enerdówka stał się oczywiście dowodem wyższości socjalizmu nad kapitalizmem. Strzelec Jürgen Sparwasser przeszedł do historii światowego futbolu. Na tyle, że kilka lat temu facet, który specjalizuje się w odtwarzaniu ról sławnych piłkarzy  wcielił się w jego rolę. Ze szczegółową dokładnością odtworzył tamto zagranie, biegając po pustym boisku i bez piłki. Wy możecie zobaczyć oryginał. Kojarzycie, który z polskich piłkarzy zrobił po golu podobnego fikołka jak Sparwasser?

II miejsce

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna - Włochy 1:0, mistrzostwa świata w 1966 roku, spotkanie w grupie

Jedna z największych sensacji wszech czasów. Mała piłkarsko Korea kosztem wielkich piłkarsko Włoch awansowała do ćwierćfinału. Chyba nigdy wcześniej ani później włoscy piłkarze po powrocie do domu tak dokładnie i w szczegółach nie zapoznali się jak smakuje pomidor...

Zauważcie, że kolega Park Doo Ika z koreańskiej reprezentacji, który w szale radości dobijał znajdującą się już w bramce piłkę może mówić o szczęściu. Zauważcie: omal się przecież nie zabił:)

 I miejsce

USA - Anglia 1:0, mistrzostwa świata w 1950 roku, spotkanie w grupie

Nie wiem czy nie największa sensacja ever. Ojczyzna futbolu w pierwszym meczu na mistrzostwach świata przegrywa z druzyną kraju o którym się mówiło, że nawet Eskimosi grają od nich lepiej w piłkę. Cóż jedynego gola strzelił syn Belga i Haitanki, który na mistrzostwa jechał jeszcze bez amerykańskiego paszportu, a z USA łączył go fakt, że tam studiował. A potem znieśli go na rękach z boiska. 

Historia Joy Gaetjensa nie kończy się jednak happy endem. Wrócił na Haiti i czternaście lat później został aresztowany przez policję krwawego dyktatora Françoisa Duvaliera (około 30 000 ofiar). Ślad po nim zaginął. Udało się ustalić, że niedługo później został rozstrzelany. Tak naprawdę nie wiadomo dlaczego. Sugeruje się, że powodem był udział ojca piłkarza w spisku przeciw Duvalierowi.

Meczów które warto pamiętać jest tak dużo, że nie chce mi się ich wklepywać, wybaczcie. 

PS1 W następnym wpisie mecze zakończone wynikiem 2:0.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum