poniedziałek, 14 listopada 2011
Jesteś, synek, profesjonalistą?

Chyba każdy żwawo biegający po placu bajtel marzy o karierze fussbalera. Niektórym marzenia dają szansę i przybierają realne kontury. I nagle, w pewnym momencie, dostajesz, synek, zaskakującą propozycję. Będziesz profesjonalistą?

Takie pytanie będzie chyba można wkrótce zadać paru młodzieżowcom Ruchu Chorzów. Oczywiste jest, że do Ruchu - podobnie jak i do Górnika albo Polonii - przychodzi się z miłości do piłki i do tego konkretnego klubu, a nie dlatego, że fater chciał żeby synek zajął się czymś pożytecznym, wpajającym dyscyplinę i ordnung...

Oczywiste jest, że bycie w młodzieżowej drużynie Ruchu (albo Górnika albo Polonii, albo paru jeszcze innych śląskich drużyn) zobowiązuje: przyglądają ci się nie tylko trenerzy, rodzina, ale i (a może przede wszystkim) kumple z placu. No właśnie: kumple z placu...

Podejrzewam, że każdy z juniorków Ruchu marzyłby żeby podpisywać kontrakt w stylu Gerarda Cieślika. Warto przypomnieć, że przez ulewę Cieślik musiał się do Ruchu zapisać pod... mostem. Za podpórkę służyły plecy Karola Dziwisza, przedwojennego mistrza Polski z Ruchem. Pan Gerard zapisywał się zresztą do klubu aż dwa razy - pierwszy raz uczynił to jeszcze jako trampkarz w 1939 roku, drugi raz sześć lat później, już po wojnie. W ukochanej drużynie zadebiutował 12 września 1945 roku w meczu ze Zgodą Bielszowice. Od razu strzelił pierwszego gola...

Wygląda na to, że paru z Was nie pójdzie jednak drogą pana Gerarda. Jeśli wszystko pójdzie po myśli trenera Jerzego Wyrobka - dostaniecie propozycję gry w Zagłębiu Sosnowiec. Wtedy okaże się czy macie zadatki na profesjonalistów. Niektórzy kumple z placu być może będą z was szydzić: ''jak to?! Pójść grać do goroli, do tego dwie klasy niżej, do klubu ostatniego w tabeli?! Gańba!''

Jeśli któryś z Was uzna jednak, że warto zrobić krok w tył żeby potem wykonać dwa w przód, że warto zmierzyć się z drwinami i chichotem na placu - moim zdaniem ma szansę na profesjonalną karierę. 

Może warto ogrywać się za Brynicą z seniorami w twardym drugoligowym (tfu, trzecioligowym, ta nowa nomenklatura mnie rozwala) świecie? Bo jeśli dostaniecie propozycję od pana Wyrobka, będzie to oznaczało, że Ruch godzi się na wasze odejście. Może i będzie to ciche odejście, ale po to żeby wrócić z przytupem?

Wszystkim młodym piłkarzom Ruchu, których głowy wypełnione są marzeniami życzę: uratujcie ligę dla Sosnowca. A potem wróćcie do Ruchu i nawiązujcie do wyczynów Gerarda Cieślika.

PS A jakbyście nie wierzyli: okazuje się, że można zostać piłkarską legendą jednocześnie po obu stronach Brynicy. Tutaj znajdziecie idealny na to przykład... Hanys naprawdę może stać się piłkarskim idolem w Zagłębiu. Tutaj jeszcze jedna historia, która to udowadnia.

PS1 Omega będzie się cieszyć jeśli Was znów zobaczy. 

PS2 A tutaj można przeczytać o bardzo ciekawej inicjatywie, którą podjęło muzeum w Gliwicach. Jeśli możecie Czytelnicy Czadobloga pomóc - pomóżcie. Na pewno urodzi się z tego coś ciekawego:-)

PS3 Katowice widziane z dźwigu pod Stadionem Śląskim mogą zadziwić.

wtorek, 04 października 2011
Niespodzianka

Czasem przypuszczasz, że ktoś nigdy nie będzie pracował w jakimś miejscu - a tu niespodzianka. Nowym trenerem Zagłębia Sosnowiec został właśnie hanys z krwi i kości czyli Jerzy Wyrobek - trener, który zdobył ostatnie mistrzostwo Polski z Ruchem. Dobrze to miejscowym wróży, trener ze Śląska w Zagłębiu to jest to. Przecież największe sukcesy sosnowiecka piłka osiągała pod wodzą szkoleniowca pochodzącego z Michałkowic, byłego zawodnika Germanii Königshütte (przed i po wojnie AKS-u Chorzów), reprezentanta Polski, legendarnego piłkarskiego symbolu Górnego Śląska...

Negocjacje nie były łatwe, bo dla Ruchu zawsze lepiej żeby Wyrobek śledził co się dzieje na Cichej z bliska niż z daleka. Ostatnio był skautem w Ruchu, trenerska ławka to jednak trenerska ławka:-) 

Mnie pan Wyrobek będzie kojarzył się z jedną z najbardziej niezręcznych sytuacji, którą dane mi było przeżyć jako dziennikarzowi. W 1995 roku jako początkujący reporter zostałem wysłany żeby zrobić materiał o Ruchu Chorzów, który właśnie spadł z ekstraklasy. Na Cichej przyjął mnie Krystian Rogala. Zaprosił do pokoju trenerów (niedaleko Pentagonu) i zaczęliśmy rozmawiać. Kiedy wszedł do pokoju pan Wyrobek i prezes poprosił go żeby... przyniósł coś z kawiarenki do picia dla gościa. Rozumiecie? To ja mogę panu Wyrobkowi przynosić coś do picia, a nie on mnie... Do dziś czuję rumieniec na twarzy kiedy sobie o tym przypomnę. 

Bardziej rumieniłem się chyba tylko w 2000 roku przed meczem Ruchu z Interem na Stadionie Śląskim. Usiadłem sobie z ówczesnym trenerem niebieskich Janem Rudnowem na ławce rezerwowych ukochanego kolosa, podczas gdy piłkarze mieli rozbieganie i zaliczali kolejne rundki wokół murawy. Wyobraźcie sobie jak cierpki smak miałem w ustach, kiedy Rudnow, w momencie gdy piłkarze przebiegali obok nas, nagle ryknął: - Bieeeegać, bieeeeegać, pan redaktor patrzy!!! W grupce byli zawodnicy starsi ode mnie (dziś nadeszły już czasy kiedy młodsi są trenerzy:-). Łatwo wywnioskować co sobie o mnie wtedy pomyśleli...

Ale ten wpis popłynął... W ten sposób transfer Jerzego Wyrobka stał się pretekstem pozwalającym uzmysłowić Czytelnikom, że dziennikarz nie ma wcale łatwo:-)

PS Omega pozdrawia Jerzego Wyrobka. 

czwartek, 14 lipca 2011
Nie wszystko ma swoją cenę

Na Górnym Śląsku mieszka wielu ludzi, którym leży na sercu dobro regionu, ale niekoniecznie dobro górnośląskiej piłki nożnej. Nie żeby byli przeciw, po prostu ten temat był/jest im najzwyczajniej obojętny. Dobro regionu powoduje jednak, że kierują uwagę właśnie na fussball. Pokrętne to, ale prawdziwe. Po prostu zauważają, że silna piłka nożna staje się istotnym elementem wizerunku silnego, dynamicznego regionu - najlepiej główego miasta, które jest jego stolicą. Kraków, Poznań, Warszawa, Gdańsk i Wrocław... Wszędzie tam pęcznieją piłkarskie ośrodki, które zapewne liczyć się będą latami. Wszędzie zainteresowanie piłką rośnie. A co z tym naszym ubożuchnym Śląskiem? - zastanawiają się zaniepokojeni Górnoślązacy.

Po tym przydługim wstępie przechodzę do sedna. Otóż, czy nie byłoby dobrze, pytają z troską Górnoślązacy, którzy nie interesują się piłką, ale którym leży na sercu dobro naszego regionu żeby nasze kluby między sobą dogadały się i wybrały lidera? Lidera, który swą siłą mógłby zmiażdżyć krajową konkurencję i pokazać się zagranicą. Przecież bez takiego lidera Górny Śląsk może stać się nieobecny w piłkarskiej Europie na długie lata, bo kto będzie w stanie przebić się przez koalicję warszawsko-poznańsko-krakowsko-gdańsko-wrocławsko-łódzką? Niezgoda rujnuje, zgoda buduje. Niech się nasze kluby dogadają, niech ustalą zasady...

Teoria, że tylko jeden śląski klub będzie w stanie wsiąść do pociągu pośpiesznego jadącego do Europy (najpewniej ten, który pierwszy będzie miał duży, nowoczesny stadion) jest dosyć pociągająca. No bo skąd wziąć u nas kasę na kilka klubów z europejskimi, podkreślam, z europejskimi - aspiracjami?

Na szczęście to tak się nie odbywa. Na szczęście pomysł żeby wyłonić spośród siebie lidera na którego chwałę będą pracować pozostali - jest niemożliwy do realizacji w zdroworozsądkowym świecie. Bo każdy ma swoje własne ambicje, z których, uważam, absolutnie nie powinien rezygnować, choćby przez wzgląd na przeszłe pokolenia. Nie widzę powodów z któego ktokolwiek miałby rezygnować z własnych ambicji

Modelowi pod hasłem ''jeden super silny górnośląski klub i kilka mniejszych satelitów z odpowiednio mniejszymi aspiracjami'' - mówię nie. ''To będziesz się kisić we własnym podwórku, a puchary pooglądasz jedynie w telewizji'' - usłyszę zapewne.

Po pierwsze: nie jestem przekonany, że będzie tak źle. Jest u nas kilka klubów ze zdolnymi ludźmi, dużym potencjałem i dodatkowym atutem w postaci wspaniałej przeszłości, której inni mogą tylko zazdrościć.

Po drugie: za taką cenę nie ma odpowiedniej nagrody. Wiem, że za możliwość zdobycia właśnie takiej nagrody niektórzy przerobią jakiś klub na jakiś inny, a kibice sukcesu i tak będą udawać, że to ten pierwszy jakiś... Takie numery mogą przejść gdzie indziej. U nas - mam nadzieję - nigdy.

A puchary? Najwyżej pooglądam w telewizji.

PS Proces, który opisałem nie jest możliwy odgórnie. Oddolnie jakaś jego skromna mutacja może się zdarzać. Czasem rzeczywiście wygląda tak jakby jedni stawali się coraz bardziej zależni od drugich, ale, wybaczcie, nie mam zamiaru rozwijać tego tematu:-)

PS1 Omegę serdecznie pozdrawiam.

PS2 A tutaj - niezwykła opowieść o niezwykłym zapaśniku. Nie byle jakim przecież, bo olimpijczyku. Nawet kiedy zaczął tracić wzrok - nie przestał uprawiać ukochanego sportu. Pochowano go na granicy Załęża i Katowic.

PS3 Tymczasem wściekli fani Piasta Gliwice wyszli na ulice. 

PS4 Okazuje się, że najpotworniejsza w latach 90. lewa noga w Polsce nadal jest potworna. Pozdrowienia dla Bogdana Pruska! 

poniedziałek, 25 października 2010
Górnik. Ruch. Hanysy. Gorole.

Niezmiennie zaskakuje mnie upór, który charakteryzuje niekończące przerzucanie się epitetami między kibicami Ruchu i Górnika, także na forum Czadobloga. 

Kto jest hanysem, a kto nie? Czyj klub ma gorolski rodowód, a czyj gorolskiego prezesa?

Moim zdaniem ta dyskusja jest kompletnie bez sensu. Z  kilku powodów:

po pierwsze: znam hanysów z dziada - pradziada, którzy gorąco kibicują Ruchowi, podobnie jak hanysów z dziada - pradziada, którzy gorąco kibicują Górnikowi. Jednocześnie znam goroli urodzonych poza Śląskiem, którzy gorąco kibicują Ruchowi, podobnie jak goroli urodzonych poza Śląskiem, którzy gorąco kibicują Górnikowi. Wynika z tego, że podział nie przebiega wzdłuż granicy hanysowsko-gorolskiej;

po drugie: nie rozumiem wyzywania przeciwnika zza miedzy od goroli podczas gdy jednocześnie we własnym zespole gra bardzo dobry piłkarz, który jest czystej wody gorolem. Wydaje mi się, że gdyby złożyć składy Ruchu i Górnika złożone z samych goroli, którzy grali w tych klubach na przestrzeni dziejów, wyszłyby bardzo dobre jedenastki.

po trzecie: nie rozumiem wyzywania przeciwnika zza miedzy od goroli przy jednoczesnych kibicowskich sztamach z innym ekipami, które w prezentowanym założeniu możnaby uznać za "gorolskie". Przecież Łódź albo Dębica nie leżą chyba na Górnym Śląsku, prawda? 

po czwarte: czy gdyby do śląskiego klubu zgłosił się inwestor na przykład z Suwałk, Jasła, Piły albo Włoszczowy powinno się go przegonić kijem, bo gorol?

Wiem, że narażę się "ortodoksom", ale moje zdanie jest następujące: byłoby świetnie gdyby ilość goroli kibicujących obu klubom stale się zwiększała! Marzy mi się bowiem potężny Górnik i potężny Ruch. Wierzcie mi: ze wzrastającą ilością goroli na trybunach obu stadionów to marzenie spełni się szybciej niż bez nich.

Hanysy powinni być dumni z tego jak wspaniałym klubom mogą kibicować, ale powinni pozwolić również gorolom być dumnym dokładnie z tego samego powodu.

Nie byłoby fajnie gdyby w Warszawie więcej ludzi kibicowało Ruchowi i Górnikowi niż miejscowej Legii? Moim zdaniem byłoby bardzo fajnie:-)

Reasumując Drodzy Czytelnicy Czadobloga: dyskusja o większej "hanysowatości" własnego klubu nad przeciwnym naprawdę do niczego nie prowadzi (dotyczy to zresztą wszystkich górnośląskich klubów). A zaciekłość w prowadzeniu tego sporu powoduje, że reszta Polski się z nas tylko podśmiewuje...

PS Zegary mówiły mi, że podobnie uważają;-)

PS1 Wisząca sobie swobodnie na Stadionie Ludowym szmata ”Gdyby Stolpa nie skakała to by wpierdol nie dostała” to moim zdaniem jeden z najbardziej wstydliwych epizodów w historii Zagłębia Sosnowiec.

środa, 03 września 2008
Załęże: mój Disneyland

”Z Czeczenami  mamy wojnę!” - mówią dzieci z katowickiego Załęża. A ich rodzice dodają: - Czeczeni to darmozjady. Więc szczują ich psami, wyzywają i plują pod nogi - tak moja redakcyjna koleżanka Małgorzata Goślińska na pierwszej stronie ”Gazety” opisuje dzielnicę, do której przyjechali uchodźcy z Czeczenii, żeby ułożyć sobie życie od nowa.

To, że powinniśmy im pomóc jest dla mnie oczywiste. I to nie dlatego, że jesteśmy częścią Unii Europejskiej, ale dlatego, że wymaga tego zwykła ludzka przyzwoitość. Chciałbym, żeby Czeczeni na Śląsku poczuli się jak u siebie. Żeby mogli z Hanysami pracować, chodzić do szkoły, na randki, do kina i oczywiście na mecze piłkarskie.

Wiadomo, że niełatwo będzie przezwyciężyć nieufność obu stron. Nawiązanie kontaktu z Czeczenami było, jest i będzie bardzo trudne, ale jeśli teraz im się nie pomoże, to zamkną się w sobie bezpowrotnie. To do mieszkańców Załęża powinien należeć pierwszy krok. Wierzę, że go zrobią. Wierzę, że nie dojdzie do nieszczęścia. Wierzę, bo sam wychowałem się na Załężu.

Wstydzę się za tych mieszkańców mojej dzielnicy, którzy najchętniej wysłaliby Czeczenów w kosmos. Ale podkreślam z naciskiem: nie wszyscy tam tak myślą. Załęże nie zjednoczyło się w żarliwej nienawiści do obcych, nie ma dusznej atmosfery linczu, nie ma trwożliwie przemykających po ulicach Czeczenów, których śledzą zza brudnych strzępów firanek czujne oczy tych załężoków, którzy akurat nie rzygają po libacji do zlewu. Owszem, alkohol na Załężu istnieje, ale na pewno nie jest tak, że ”pije się tu wszędzie, w bramach, piaskownicach, na boiskach”.

załęże - karty na powietrzu

załęże - stacja kolejowa

Załęże

Zdaję sobie sprawę, że moja dzielnica nigdy nie była Disneylandem. Zdaje sobie sprawę, że nazwa Załęże kojarzy się dziś przeciętnemu Ślązakowi z targowiskiem, przestępczością, zbieraczami złomu i ulicą Gliwicką, której nawierzchnię kierowcy przeklinali przez kilkadziesiąt lat.

Zdaję sobie sprawę, że Riki, Kofel, Byja i Paulek, z którymi grałem w dzieciństwie w fusbal, na pewno nie nadawali się na ministrantów.

Ale podkreślam: Załęże to nie jest dzielnica matołów, ksenofobów, zadłużonych pijaczków, złomiarzy, kurew i analfabetów. Załęże to przede wszystkim dzielnica normalnych, mających swoją godność ludzi, którzy są wolni od nienawiści.

Jestem z Załęża i jestem z tego dumny. 

PS Jako że Czadoblog sportem stoi, to natychmiast zaznaczę, że moja dzielnica ma spory wkład w rozwój śląskiej piłki i nie tylko.

Nie będę się rozdrabniać nad opiniami, według których założony w 1912 r. KS Naprzód Załęże był pierwszym polskim klubem piłkarskim na Śląsku. Przejdę od razu do tego, że zanim po upadku kopalni Kleofas i huty Baildon moją dzielnicę sparaliżowało bezrobocie, istniał  tu KS Baildon. Był okres, że zaraz po Legii Warszawa właśnie "Beldona" z 16 sekcjami była najpotężniejszym klubem w Polsce!

Powstały w 1945 roku załęski klub, kontynuował przedwojenne tradycje słynnego Dębu, w którym grali m.in. Ewald Dytko, uczestnik mistrzostw świata w 1938 roku  i najlepszy piłkarz w historii Załęża oraz Ryszard Herman, mistrz świata z 1954 roku. A jak moim rodzicom zepsuł się telewizor to naprawiał go pan Edward Krymer, który był bramkarzem w piłkarskiej drużynie Baildonu. Tuż po wojnie ”Beldona” miała nawet pierwszoligowe ambicje, dlaczego ich nie spełniła to temat na odrębne opowiadanie. Za czasów Krymera klub z Załęża grał w A-klasie. Do historii dzielnicy przeszedł dzień 19 listopada 1967 roku. W 1/16 finału Pucharu Polski występujący w katowickiej A-klasie "Beldona" zagrała z obrońcą trofeum - wielką Wisłą Kraków. Na malutki stadionik obok domu kultury (dziś jest tam multikino) przyszło aż 3200 kibiców. Część z nich oglądała ten mecz z pobliskich drzew, balkonów i dachów. Baildon wygrał 2:1! Przez cały mecz broniliśmy się na własnej połowie. Udało nam się przeprowadzić dwa kontrataki, po których zdobyliśmy zwycięskie gole. Po meczu byliśmy tak zmęczeni, że w szatni kwadrans dochodziliśmy do siebie, nic nie mówiąc” - opowiadał mi kilka lat temu pan Krymer. W półfinale PP Baildon przegrał z Ruchem w Chorzowie 1:7, choć nawet prowadził po sensacyjnym strzale Antoniego Szryta. Mecz miał pierwotnie odbyć się na Załężu, ale naciski prezesa Ruchu Ryszarda Trzcionki (ówczesnego wiceministra hutnictwa) spowodowały, że przeniesiono go do Chorzowa. Piłkarzom Baildonu działacze Ruchu obiecali za zgodę na przeniesienie meczu 250 zł, a pół huty oglądało ten mecz dzięki darmowym biletom.

Drużyna seniorów została rozwiązana w 1988 roku. Powód? Piłkarze w szatni mieli piece gazowe, które podgrzewały wodę do kąpieli. Liczniki znajdowały się w domu kultury. Kiedy przejął go prywatny właściciel, nie chciał już płacić za gaz. Żaden z piłkarzy nie chciał się kąpać w zimnej wodzie. Tym sposobem Ewald Dytko zostanie piłkarskim symbolem Załęża już chyba po wsze czasy...

sobota, 26 lipca 2008
Bienvenue chez les Hanysy

Na Gůrnym Ślůnsku som ino dymiące kominy i hałdy. Obyczaje dzikie, kultura prymitywna, a wszystkie Hanysy to mamlasy, dupy wołowe, którymi baby rządzom. W dodatku blank nie idzie zrozumieć co taki Hanys pado, ta jego ślůnsko godka, uffff... Oni jedzom ino wurzt abo te swoje krupnioki, rechocom z rubasznych wiców i śpiewajom do zajechania szlagry na galach biesiadnych!

Czytelniku Czadobloga; jeśli tak właśnie myślisz, a nigdy na Śląsku nie byłeś, mam dla Ciebie propozycję. Jeszcze w ten weekend idź do kina na wdzięczną, bezpretensjonalną francuską komedię "Jeszcze dalej niż Północ" ("Bienvenue chez les Ch'tis"). Poznasz świat ludzi z prowincjonalnego miasteczka Bergues mówiących ch'ti, czyli dialektem pikardyjskim z rejonu Pas-de-Calais, ledwie zrozumiałym dla reszty Francuzów. Pewien Prowansalczyk wpada w obcy mu świat po uszy i nagle okazuje się, że w tej <<strasznej krainie, w której obcy ginie>> jest zupełnie inaczej niż sobie wyobrażał...

Od razu naszły mnie skojarzenia... Oczywiście terminy "Górny Śląsk" czy raczej "Haute-Silésie" nie padają w filmie ani razu, jest za to swojski (nie)powtarzalny klimat - widać nawet familoki (choć trochę inne) i przemykającyh hajerów (czy raczej mineurów)*.

Właśnie wróciłem zachwycony z kina, ale o akcji filmu opowiadać Wam nie mam zamiaru. Jako że Czadoblog to jednak blog sportowy, podkreślę wątki (a właściwie wąteczki) futbolowe. Ubawił mnie króciutki, kilkudziesięciosekundowy fragment, w którym ekipa z Bergues wrzeszcząc w kibicowskim amoku, szaleńczo macha szalikami w trakcie meczu Racingu Lens. Krwisto-złoci to futbolowa duma całego regionu Pas-de-Calais. Cóż, zarówno Ch'tis jak i Ślązacy uwielbiają piłkę. Różnica jest tylko taka, że żaden Ch'ti nie zagrał na Śląsku, z kolei ekipa z Bytomia albo Chorzowa mocno wpisała się w historię tamtejszego futbolu. Trzydzieści i więcej lat temu na saksy do Lens wybrała się cała masa znakomitych śląskich piłkarzy:  Eugeniusz Faber, Joachim Marx, Ryszard Grzegorczyk, Paweł Orzechowski, Walter Winkler, Roman Ogaza... Niektórzy z nich mieszkają tam do dziś!

Włosy dęba stają, kiedy sobie człowiek uzmysłowi, że Lens liczy niespełna 40 tys. mieszkańców, a stadion piłkarski ma... 41 tys. miejsc i często wypełniony jest do ostatka! No, ale na mecze Lens przychodzą nie tylko mieszkańcy Lens, tak jak na meczach Górnika pojawiają się nie tylko kibice z Zabrza, na spotkaniach Ruchu nie tylko mieszkańcy Chorzowa, a Gieksy nie tylko fani z Katowic (przedwczoraj byłem w małopolskiej Trzebini i na dzień dobry na rogatkach powitał mnie napis wielbiący klub z Bukowej). Faktem jednak jest, że stosunek liczby mieszkańców Lens do siedzisk na ich stadionie jest szokujący.

Między P-d-C a GŚ jest jest jeszcze jedna - dość przykra- różnica. Cicha, Bukowa, Roosevelta czy Olimpijska - jakie są te stadiony każdy widzi. Wprawdzie uwielbiam je mocno i dostrzegam piękne architektoniczne niuanse (przepadam także za brutalizmem katowickiego dworca kolejowego), ale gdybyś ktoś mnie nagle spytał czy oddałbym któryś z nich za Le stade Félix-Bollaert, to potrzebowałbym tylko 0,342 sekundy na odpowiedź: TAK, ZAMIENIŁBYM SIĘ! JUŻ, JUŻ, NATYCHMIAST!

Bo na takim stadionie doping brzmi zupełnie inaczej.

Zauważyliście? W 3 minucie i 57 sekundzie filmu les Lensois zaczynają śpiewać zupełnie tak samo jak kibice GKS-u Katowice!;-) No i chłopaki lekko przerobili Marsyliankę (2 min 44 sek.:-)

Allons enfants de la patrie,
Le jour de gloire est arrivé.
Contre nous de la tyrannie,
L'étendard Sang et Or** est levé.
L'étendard Sang et Or est levé.
Entendez-vous, les supporters,
Chanter : "Allez les Sang et Or"
Allez, allez les Sang et Or
Vous êtes, vous êtes les plus forts
Allez, les Sang et Or
Vous êtes les plus forts
Allez, allez, les Sang et Or
Vous êtes les plus forts
Allez Lens!

PS Najpiękniejsze jest to, że prawie natychmiast po wyjściu z kina znalazłem się w podobnym miejscu jak stare Bergues.

Uwielbiam te familoki.

* znaczy górników. Węgiel kamienny jest w Pas-de-Calais rzeczą powszechnie kojarzoną, znaną i lubianą.

**kluczowy zwrot, Sang et Or (dosłownie "krew i złoto"), pochodzi od tradycyjnych barw klubowych: czerwonego i złotego. Na Śląsku nie znajduję klubu w złoto-krwistych barwach (przeoczyłem? Jeśli tak, pomóżcie). Siłą rzeczy przychodzi mi na myśl tylko Jagiellonia Białystok:-)

piątek, 22 lutego 2008
Hanysy vs. Gorole. Wiosenne starcie I

”Przy natarciu na siebie oddziałów łamiące się włócznie i uderzające nawzajem o siebie zbroje wydawały tak wielki łoskot i huk, tak donośny był szczęk mieczy, jakby zwaliła się jakaś ogromna skała, tak że słyszeli go nawet ci, którzy byli oddaleni o kilka mil. Następnie mąż nacierał na męża, kruszyły się zbroje pod naciskiem zbroi, a miecze godziły w twarze. A kiedy szeregi tak się zwarły, nie można było odróżnić tchórza od odważnego, dzielnego od opieszałego, bo jedni i drudzy przywarli do siebie jakby w jakimś splocie. Zmieniali miejsce albo posuwali się naprzód dopiero wtedy, gdy zwycięzca przez zrzucenie lub zabicie wroga zajął miejsce pokonanego. Kiedy w końcu połamali kopie, przywarły nawzajem do siebie jedne i drugie oddziały i zbroje do zbroi tak, że naciskani przez konie, walczyli mieczami i wyciągniętymi nieco dalej na drzewcu toporami, a walcząc robili tak potężny huk, jaki zwykle jedynie w kuźniach wydają uderzenia młota. A wśród rycerzy walczących wtedy jedynie wręcz, mieczem, dostrzegano przykłady ogromnej dzielności”*...

Po obu stronach Brynicy mnóstwo ludzi tak właśnie wyobraża sobie mecze Zagłębia Sosnowiec z Ruchem Chorzów. Wielu dudni teraz w uszach mobilizujący, miarowy rytm bębnów: już jutro megahit na Ludowym z udziałem tych właśnie drużyn. Dla wielu to spotkanie nie jest zwykłym kopaniem piłki, ale jednocześnie ”spektakularnym starciem dwóch odmiennych tradycji, dwóch kultur, dwóch światopoglądów”... W tym stwierdzeniu słyszę nutę egzaltacji, ale właściwie co z tego, skoro w pierwszej wiosennej ligowej kolejce OE nie ma drugiego zestawu rywali z tak wspaniałą historią wieloletniej rywalizacji między nimi, a jednocześnie z takim ładunkiem emocji - głównie negatywnych emocji. 

Nie chce mi się daleko sięgać pamięcią. Wystarczy choćby mecz sprzed dwóch lat, kiedy fani obu drużyn przemówili do siebie transparentami.

Kibice Zagłębia do kibiców Ruchu: "14.06.2006 - Dortmund. Komu będziecie kibicować?"

Kibice Ruchu w rewanżu do kibiców Zagłębia: ” "Gorolom z Sosnowca godomy...", a po kilku sekundach cztery flagi z literami: "R, A, U, S" (czyli "wynocha", przyp.aut.blog.).  

A przecież nie zawsze tak było. Tym, którzy myślą, że chorzowskie hanysy  nigdy nie mogły się dogadać z sosnowieckimi gorolami, polecam historię Władysława Słoty.

PS. Mój 10-letni syn bardzo chce iść na ten mecz. Wioząc go w sobotę na stadion, będę mu sączył do ucha słowa pełne ducha dialogu  i tolerancji. Ale na wszelki wypadek wezmę też dla niego zatyczki do uszu...

święta wojna

*Roczniki, czyli kroniki słynnego Królestwa Polskiego. Fragment Roczników o bitwie grunwaldzkiej w przekładzie Julii Mrukówny za wydaniem: Polska Jana Długosza, red. naukowa Henryk Samsonowicz, Warszawa 1984. Za:www.staropolska.pl 

Archiwum