wtorek, 03 maja 2016
W wannie, rok 1969. Niezwykła pamiątka

Uwielbiam futbol i historię a najbardziej styk tych dwóch światów. Dzięki pracy mam szczęście być czasem tego styku tak blisko jak się da.

Niedawno wdowa po pewnym zawodniku (szukałem jej kilka miesięcy) udostępniła mi ponad... 170 zdjęć sławnej polskiej drużyny (absolutny top) z czasów kiedy ta jeszcze... nie była sławna.

Teraz odwiedziłem piłkarza, który kiedyś grał w reprezentacji Polski. Wręczył mi teczkę z futbolowymi pamiątkami mówiąc, że w rodzinie nikt piłką się nie interesuje więc po jego śmierci wszystko przepadnie i lepiej żebym to wziął.

U mnie takie rzeczy nie przepadają. To niezwykłe pamiątki. Choćby pierwsza z brzegu: weźmy pocztówkę z końca lat 60. na której widnieje de Kuip czyli słynna "wanna" Feyenoordu Rotterdam (dziś stadion oczywiście wygląda inaczej). Kiedy przyjrzycie się zdjęciu przyznacie, że kiedyś względy bezpieczeństwa nie były tak istotne:)

Ale ważniejsze co na odwrocie. Ofiarodawca zagrał bowiem w meczu Holandii z Polską w eliminacjach do mistrzostw świata w Meksyku, który odbył się właśnie na stadionie de Kuip. Na tej pocztówce pozbierał podpisy wszystkich kolegów z drużyny - zarówno tych, którzy wystąpili w pierwszym składzie jak i rezerwowych. Podpisali się więc nie tylko Kazimierz Deyna (drugi z lewej w dolnym rzędzie) czy Włodzimierz Lubański (pierwszy z prawej w górnym rzędzie), ale także choćby rezerwowy bramkarz Piotr Brol (pierwszy z lewej w drugim rzędzie od dołu).

podpisy

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.



piątek, 08 kwietnia 2016
Tak łoiło się Związek Radziecki!

Dokładnie czterdzieści lat temu, 8 kwietnia 1976 roku hokejowa reprezentacja Polski rozegrała najsłynniejszy mecz w historii. W Katowicach - gdzieżby indziej - pokonała na mistrzostwach świata Związek Radziecki 6:4.

Dziesięć lat temu z tej okazji napisałem z kolegą poniższy tekst. Za każdym razem ta historia jest dla mnie niezwykła. Można się wzruszyć...

Gratulacje. Stop. Gaz. Stop. Ropa. Stop

"Zwycięstwo nad ruskimi, sukces nad takim mocarzem to było naprawdę coś!" - 8 kwietnia 1976 roku doszło na mistrzostwach świata grupy A w Katowicach do gigantycznej sensacji

Do turnieju w Katowicach ZSRR przystępował w 1976 roku jako zdecydowany faworyt. Dwa miesiące wcześniej zespół trenera Borysa Kułagina efektownie wygrał igrzyska w Innsbrucku. Polskę pokonał wtedy 16:1, co przyjęto u nas jako coś najnormalniejszego pod słońcem. Kibice zakładali się nawet, czy Rosjanie wygraliby z nami, mając o jednego zawodnika mniej na lodzie.

Nic dziwnego, że w przeddzień meczu nikt nie dawał biało-czerwonym najmniejszych szans. Pesymiści wskazywali na statystykę: 0 zwycięstw, 0 remisów, 25 porażek. Stosunek bramek 31:255.

8 kwietnia 1976 roku o godz. 19.30 w hali Spodka rozpoczęła się ceremonia otwarcia mistrzostw. Zdzisław Grudzień, członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Katowicach, przemawiał: "Nasz region jest regionem ludzi węgla i stali, którzy od lat kultywują wspaniałe tradycje sportu robotniczego".

Telewizja nie przeprowadziła bezpośredniej transmisji meczu, bo nikt nie wierzył, że może on przejść do historii polskiego sportu. Kiedy hokeiści się rozgrzewali, TVP nadawała audycję z cyklu "Przypominamy, radzimy" pod tytułem "Wiosna w sadzie". Gdy Polacy zdobywali pierwsze gole, na ekranach był 10. odcinek serialu "Ile jest życia", a potem magazyn kulturalny "Pegaz". Dopiero o godz. 23 zaczęła się relacja z otwarcia mistrzostw i obszerne fragmenty meczu komentowanego przez Stefana Rzeszota. Sensacyjna wieść lotem błyskawicy rozeszła się już po kraju i kto mógł, zasiadał przed telewizorem.

Wytrzymać jak najdłużej

Laik mógłby pomylić drużyny - nasi grali w czerwonych strojach, rywale w biało-czerwonych. Rosjanie zaczęli pewni siebie. 14-krotny mistrz świata i pięciokrotny mistrz olimpijski miał w składzie nazwiska przyprawiające o zawrót głowy: Władysław Tretiak, Walery Charłamow, Borys Michajłow, Aleksander Jakuszew i Aleksander Malcew.

Trener polskiej kadry Józef Kurek, w młodości niezły hokeista, olimpijczyk z Cortiny d'Ampezzo (1956) i Innsbrucka (64), prosił podopiecznych, żeby trzymali się jak najdłużej. - Mieliśmy nie dać się rozgrzać radzieckiej maszynie. Każdy pamiętał, że mogli nam strzelić trzy gole w minutę - kiwa głową napastnik Wiesław Jobczyk, który dzięki temu meczowi przeszedł do historii. Wspólnie oglądamy mecz na jego laptopie. Płytę z nagraniem dostał kilka lat temu w prezencie od telewizji.

- Taktyka była prosta: grać z kontry. Na szczęście Rosjanie nas zlekceważyli. Myśleli, że mecz będzie dla nich treningiem, przetarciem przed prawdziwą walką z Czechami czy ze Szwedami. Mieliśmy dużo szczęścia, ale nasi chłopcy się spięli. Bramki padały po kontratakach, jak ustaliliśmy w przedmeczowych założeniach - wspomina 73-letni dziś Kurek, który w rodzinnej Krynicy prowadzi z synem firmę budującą apartamentowce.

Mecz zaczął się znakomicie. Po kwadransie i golach Mieczysława Jaskierskiego i Ryszarda Nowińskiego było 2:0, w 34. min Polacy prowadzili już 4:1. Wtedy Aleksandra Sidelnikowa zastąpił w bramce najlepszy bramkarz świata, słynny Władysław Tretiak. Nie pomogło. Z minuty na minutę Rosjanom było coraz trudniej. 10 tysięcy ludzi darło się w Spodku wniebogłosy, coraz bardziej wietrząc sensację. Ale wszystko zaczęli fani z Czechosłowacji, którzy zostali na trybunach po wcześniejszym meczu ich drużyny z NRD. Doskonale znali się na hokeju, widzieli, że Rosjanom tego dnia nie idzie.

Byle wybić krążek

W polskiej drużynie wszyscy zasłużyli na słowa uznania, ale do historii przeszli dwaj zawodnicy. Kapitalnie strzelał 21-letni Jobczyk z Baildonu Katowice, który zdobył trzy bramki, w bramce fantastycznie spisywał się zaś 30-letni Andrzej Tkacz z GKS-u Katowice. Został okrzyknięty najlepszym graczem spotkania, a przecież niewiele brakowało, by w ogóle nie zagrał. Dzień wcześniej przed hotelem, gdzie mieszkała nasza ekipa, został pobity przez esbeków. We wracającym z wieczornych zajęć studencie AWF nie rozpoznali reprezentacyjnego bramkarza. - Wrzucili mnie do samochodu i mocno okładali. Dostałem też gazem po oczach. Dopiero jakiś wyższy rangą oficer wyjaśnił całą sytuację - wspomina.

Tkacz w drużynie narodowej zagrał 150 razy. Osiem razy wystąpił na mistrzostwach świata: cztery razy w grupie A i tyle samo w grupie B. Dziś nie może się pogodzić z tym, że niewielu kibiców pamięta inne mecze Polaków z tamtego okresu. - Graliśmy często o wiele lepsze spotkania. W 1975 roku wygraliśmy z USA, zremisowaliśmy z Finlandią i zajęliśmy piąte miejsce w grupie A. Podczas mistrzostw w Katowicach dużo lepiej zagrałem przecież ze Szwecją. Choć przegraliśmy, obroniłem aż 69 strzałów! Ale tak już chyba zostanie, że kibice zawsze będą wspominali wygraną z Wielkim Bratem - mówi Tkacz, który dziś uczy hokeja studentów katowickiej AWF.

Końcówka meczu z ZSRR była dramatyczna. Trener Kurek: - W sukces uwierzyłem dopiero na trzy minuty przed końcem, kiedy karę dwóch minut dostał Jurij Lapkin. Jobczyk: - W 59. min strzeliłem na 6:3 i już wiedziałem, że tego meczu nie przegramy. Ale Rosjanie zaraz potem zdobyli czwartego gola i walka trwała do samego końca...

Po zakończeniu kariery Jobczyk został biznesmenem. Prowadzi firmę importującą armaturę przemysłową.

Jednym ze szczęśliwców, którzy uczestniczyli w tym meczu, był też czterokrotny olimpijczyk Henryk Gruth, najlepszy obrońca w historii polskiego hokeja. Miał wówczas 19 lat i na tamtych mistrzostwach był jeszcze rezerwowym obrońcą. W meczu z ZSRR zagrał w samej końcówce. Do dziś pamięta, że ani razu nie wyjechał z własnej tercji. - Napór Ruskich był ogromny. Nam chodziło tylko o to, żeby wybić krążek byle dalej od własnej bramki - wspomina. Dziś Gruth jest trenerem ligowej drużyny z Zurychu.

- Cóż, Polska była lepsza. Nie graliśmy dobrze, ale porażki się nie spodziewałem - zdołał wykrztusić po meczu trener Kułagin. Ale Tkacz i Jobczyk są zgodni: na dwadzieścia meczów z ZSRR nasz zespół był w stanie wygrać najwyżej raz. Akurat ten jeden raz zdarzył się w Katowicach.

Szybko zjedli i poszli

Po meczu na trybunach zapanował entuzjazm, a w loży honorowej panika. I sekretarz Grudzień chyłkiem wymknął się z loży. Gazety dostały rozkaz wyciszenia sukcesu, więc nazajutrz na czołówkach dominowała gospodarska wizyta Edwarda Gierka w Skierniewickich Zakładach Urządzeń Odpyleniowych i Wentylacyjnych "Rawent", Spółdzielnię Kółek Rolniczych w Kurzeszynie i budujący się zakład mięsny w Rawie Mazowieckiej. Gdzieś na dole strony schowana była tego dnia informacja, że sąd wojskowy skazał mistrza olimpijskiego w szabli Jerzego Pawłowskiego na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz NATO. W jednej ze sportowych gazet przemówienie Grudnia i wyniki pozostałych meczów znalazły się na pierwszej stronie, a mała relacja ze zwycięskiego meczu polskich hokeistów na środku drugiej z krótkim tytułem: "Polska - ZSRR 6:4".

Żegnani przez uszczęśliwionych kibiców hokeiści pojechali do Novotelu w Sosnowcu, gdzie mieszkały wszystkie ekipy oprócz Amerykanów. - W drzwiach hotelu czekał na nas z kwiatami rozanielony kapitan Czechów František Pospišil (ostatecznie to oni wywalczyli mistrzostwo). Podczas kolacji przy naszym stole co chwila były salwy śmiechu, przy radzieckim cisza. Gdyby po ich stole przeszła mysz, tobyś ją usłyszał. Głowy zwieszone, szybko zjedli i poszli - wspomina Gruth.

Telefony od rodaków dzwoniły bez przerwy, w kilka godzin przyszło ze 200 telegramów z gratulacjami. - Śmialiśmy się, że wśród nich był też od Breżniewa o treści: "Gratulacje. Stop. Gaz. Stop. Ropa. Stop" - żartuje Jobczyk. Jednak wbrew powszechnej opinii hokeiści nie traktowali zawodników ZSRR jak wrogów. - Nie było mowy o nienawiści do przedstawicieli reżimu, raczej ich... podziwialiśmy. To byli nasi koledzy, przecież często spotykaliśmy się na turniejach - dodaje Jobczyk. - To byli normalni ludzie, jak my, tylko że dużo lepiej grali w hokeja. Zdarzało się, że w przerwach między różnymi meczami przychodzili do nas na papierosa - dodaje Tkacz.

- Dzisiaj różnica między Polakami a najlepszymi drużynami nie jest tak wielka jak wtedy. Na pewno nie byłoby teraz dwucyfrowego wyniku. Jeśli jednak w piłce stać nas na sensacyjną wygraną z Brazylią, to w hokeju zwycięstwo na przykład z Rosją jest raczej niemożliwe. Technika jazdy, wyszkolenie techniczne, przygotowanie fizyczne - tym nas biją na głowę - przyznaje Leszek Lejczyk, dyrektor sportowy Polskiego Związku Hokeja na Lodzie.

Zegarek zamiast "malucha"

Ta historia nie ma, niestety, szczęśliwego zakończenia. Następnego dnia zmęczeni Polacy przegrali z Czechosłowacją 0:8, a na koniec mistrzostw świata spadli z grupy A. Zdecydowała o tym porażka w ostatnim meczu z RFN (zwycięski gol dla Niemców padł 21 sekund przed końcem gry).

Niektórzy rozczarowani kibice stwierdzili, że to... spisek samych zawodników! Mieli specjalnie stracić tę bramkę, bo bardziej opłacało im się jechać rok później do egzotycznej Japonii na mistrzostwa grupy B niż do Pragi na kolejne gry z najlepszymi.

- To wyjątkowa bzdura. Starsi zawodnicy, w tym ja, w Japonii byli wcześniej ze trzy razy, więc nie była to dla nas żadna atrakcja - ucina Tkacz.

Mimo niepowodzenia partyjni dygnitarze docenili wysiłek hokeistów. Po turnieju sekretarz Grudzień wręczył im po zegarku. Trener Kurek dostał longinesa z grawerką, zawodnicy po tissocie. Trochę żałowali, bo gdyby Polska się utrzymała, każdy dostałby talon na "malucha".

- Gdyby miał pan wybierać: wygrana z ZSRR czy pozostanie w grupie A? - zapytaliśmy trenera Kurka.

- Zwycięstwo nad Ruskimi. Dla Polaków sukces z takim mocarzem to było naprawdę coś!

Paweł Czado, Piotr Zawadzki

Skład Polski 1976

Polskę w historycznym turnieju reprezentowali:

Robert Góralczyk, Karol Żurek, Wiesław Jobczyk, Andrzej Zabawa (wszyscy Baildon Katowice), Andrzej Tkacz, Henryk Gruth, Kordian Jajszczok, Andrzej Szczepaniec, Marek Marcińczak (wszyscy GKS Katowice), Jerzy Potz, Józef Stefaniak, Ryszard Nowiński, Zdzisław Włodarczyk, Stanisław Szewczyk (wszyscy ŁKS Łódź), Walenty Ziętara, Mieczysław Jaskierski, Stefan Chowaniec (wszyscy Podhale Nowy Targ), Leszek Kokoszka (Legia Warszawa), Henryk Pytel (Zagłębie Sosnowiec), Henryk Wojtynek (Naprzód Janów). Trenerami polskiej reprezentacji byli Józef Kurek i Emil Nikodemowicz.

czwartek, 24 marca 2016
Tak cudzoziemcy traktują nasze kluby!

Kiedyś jedną wielkich potęg nie tylko śląskiego, ale i polskiego futbolu był AKS Chorzów. Do dziś zastanawiam się jakim cudem temu klubowi ani razu nie udało się zdobyć mistrzostwa Polski.

Najlepsze lata dla „Koniczynek” to te tuż przedwojenne i te tuż powojenne. Warto jednak pamiętać, że już wcześniej historia AKS-u zawiera epizody niezwykłe.

Jeden z nich wiąże się z pierwszym profesjonalnym trenerem AKS-u, którym już w latach 20. był Austriak Karl Neidlinger. Regularne zajęcia przydały się futbolistom z Królewskiej Góry, bo choć w powszechnej kibicowskiej świadomości na stałe zaistnieli dopiero w drugiej połowie lat 30. dzięki nagłemu wdarciu się do ligowej czołówki to dekadę wcześniej też potrafili odnosić zaskakujące sukcesy. Jednym z nich było odniesione pod wodzą Neidlingera zaskakujące zwycięstwo 4:2 nad bardzo silną Spartą Praga w sierpniu 1924 roku, obwołaną wówczas najsilniejszą drużyną Europy Środkowej. Gole w tym niezwykłym meczu strzelili Urbański, Mikisz i Kłosek.

Polskie środowisko piłkarskie było zaszokowane, bo kilka dni wcześniej Sparta towarzysko dwukrotnie grała z ówczesnym symbolem polskiego futbolu – Cracovią i nawet nie straciła bramki (2:0 i 0:0).

„Miła niespodzianka nie tylko dla Śląska Górnego, ale i Europy. Sławna Sparta została pokonaną. Amatorski zwyciężył przez swoją ambicję (...). Zaznaczyć należy, że Czesi zachowali się na boisku wzorowo, jako karna, zdyscyplinowana drużyna. Raz tylko protestowali przy karnym, ale w sposób grzeczny bez jakichkolwiek awantur. (...) „Mecz Amat. z Król. Huty dowiódł, iż zapał i ambicja do gry, nawet przy znacznie niższych walorach technicznych, potrafią tryumfować nad rutyną i wysoką techniką. Drużynie górnośląskiej przypadło tym razem w udziale nie tylko obronić się przed porażką, ale przeciwnie, sukcesem swym umiała zwrócić na się oczy świata sportowego” – pisał „Tygodnik Sportowy”.

Właśnie z Neidlingerem związana jest niezwykła historia, którą po wojnie przypomniał Leonard Piontek, największy as chorzowskiej drużyny, uczestnik mistrzostw świata w 1938 roku. Neidlinger trenując AKS sam jednocześnie był zawodnikiem wiedeńskiej Admiry, grał na obronie. Według słów Piontka w 1926 roku Neidlinger wziął wypłatę i pojechał na mecz swojej Admiry z Vienną. Przebieg spotkania był dla niego tragiczny. Doznał poważnej kontuzji a przewieziony do szpitala zmarł po kilku dniach. Ale przed śmiercią zdążył poprosić żonę żeby za pieniądze, które dostał od AKS-u... kupiła dla drużyny z Królewskiej Huty komplet strojów. Małżonka spełniła jego życzenie. Właśnie w ten niecodzienny sposób AKS uzyskał pierwsze prawdziwe dresy w historii.

PS Na stadionie przy Roosevelta 81 akurat dokładnie 81 lat temu odbył się pierwszy poważny mecz. Niemiecki Górny Śląsk (w polskich gazetach zwany Opolskim) zagrał na Polski Górny Śląsk. Bohaterem był jeden z najlepszych piłkarzy świata lat 30. Swoją drogą stadion Górnika miał szczęście. Który obiekt może pochwalić się sześcioma bramkami w pierwszym meczu? Zobaczcie zdjęcia. Stadion wyglądał "trochę" inaczej:)

PS1 "Serdecznie proszę nie krzyczeć na małych piłkarzy." To hasło do którego przekonywano kilkuset trenerów dzieci podczas międzynarodowej konferencji, która odbyła się w Chorzowie. Było bardzo ciekawie! Co widziałem i słyszałem - opisałem TUTAJ.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 17 stycznia 2016
Unia polsko-litewska już była

Zakrztusiłem się herbatą kiedy usłyszałem, że Żalgiris Wilno rozważa ponoć przystąpienie do polskiej ekstraklasy. To jakiś kompletny idiotyzm, zakrztusiłem się więc jeszcze bardziej kiedy okazało się, że to zastępca burmistrza Wilna Linas Kvedaravicius oficjalnie wypowiada się w tej sprawie! Podkreśla przy tym, że litewskie kluby koszykarskie oraz hokejowe grają już w ligach innych krajów.

Choćby nawet takie rozważania były czysto hipotetyczne - niezmiennie mnie irytują.

Po pierwsze dlatego, że Żalgiris Wilno to klub litewski a nie polski. Kwestie zapewnienia mu rozwoju to sprawa Litwinów, nie Polaków;

Po drugie nie obchodzi mnie, że jakieś kluby litewskie innych dyscyplin grają poza granicami i nie obchodzi mnie, że ligi innych dyscyplin w Polsce niż piłkarska szmacą się przyjmując zespoły z innych krajów. Głęboko wierzę, że polska ekstraklasa piłkarska się nie zeszmaci;

Po trzecie mierzi mnie kiedy słyszę, że Wilno wraca do Polski. To miasto litewskie a w Polsce - na skutek oszustwa Józefa Piłsudskiego, który narzucił udawany "bunt" przez siły gen. Żeligowskiego - było tylko przez niespełna siedemnaście lat (1922-39). To tak jakby mówić, że Warszawa mogłaby wrócić do Niemiec: przecież aż przez dwanaście lata była w Prusach (1795-1807)!

Po czwarte - nie wierzę żeby litewscy kibice na to pozwolili. Co warta byłaby dla nich liga litewska bez Żalgirisu (trudno mi sobie wyobrazić żeby grał w obu ligach jednocześnie)?

Po piąte  - już całkowicie nieistotne - skąd wiara Kvedaraviciusa, że Żalgiris na "dzień dobry" łapałby się do polskiej ekstraklasy, a nie drugiego lub trzeciego poziomu rozgrywek?

Fajnie byłoby gdyby któryś z władnych oficjeli polskiej strony zaznaczył, że tego typu działania nie wchodzą w grę. Jednak wypowiada się zastępca burmistrza Wilna a nie chwiejący się pod budką miłośnik najlepszego litewskiego piwa Švyturys. Należy zdusić takie głupoty w zarodku, bo jeszcze ktoś może zacząć traktować to poważnie. Największa głupota stycznia jaką słyszałem.

Liga polska jest dlatego polska, ponieważ występują w niej polskie kluby. Liga litewska dlatego jest litewską, bo grają w niej drużyny z Litwy. Niech już tak zostanie.

Pomysły tego typu mnie obrażają. Przypuszczam, że litewskich kibiców - również.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

środa, 22 kwietnia 2015
Tak się miażdży Niemców

Bayern Monachium rozbił wczoraj FC Porto 6:1. Styl zrobił chyba na wszystkich wielkie wrażenie. To było naprawdę świetne, majestatyczne, zapierające i zabierające dech...

Ale czy ktoś pamięta, że niemieckie kluby dostawały kiedyś podobne wciry na Górnym Śląsku? Akurat dokładnie dziś mija 80 lat od niezwykłego meczu. 22 kwietnia 1935 roku w towarzyskim spotkaniu Ruch Wielkie Hajduki złoił u siebie Fortunę Düsseldorf aż 5:1. Dziś Fortuna to przeciętny zespół 2.Bundesligi, ale wówczas był to absolutnie topowy zespół III Rzeszy, w 1933 roku zdobył jedyne w swej historii mistrzostwo kraju (w 1936 roku zdobędzie wicemistrzostwo).

Spotkanie wzbudziło niezwykłe zainteresowanie. Cytaty z górnośląskich gazet:

"Siedem groszy": Nigdy jeszcze Śląsk bardziej nie interesował się zawodami w piłce nożnej jak właśnie w tym meczu.

"Polska Zachodnia": Od samego południa ze strony Katowic sunęły sznury aut, autobusy i tramwaje przepełnione. Wszystko udawało się do Wielkich Hajduków na mecz, a pod samym boiskiem ścisk był nie do opisania. Każdy chciał dostać się na mecz, a tymczasem kasy już na godzinę przed zawodami były zamknięte".

"Siedem groszy" przynosi dodatkową ciekawostkę: bilety na ten mecz były wcześniej rozprowadzane w Wielkich Hajdukach, Chorzowie oraz w... Sosnowcu - naprzeciw dworca kolejowego! Dziś trudno wyobrazić mi sobie podobną sytuację (mimo, że na Cichą właśnie przyjeżdża Legia:).

W składzie Fortuny, która przyjechała na Górny Śląsk było aż siedmiu ówczesnych, byłych lub przyszłych reprezentantów Niemiec:

- obrońca Paul Janes, legenda niemieckiej piłki (71 meczów w kadrze i 7 bramek w latach 1932-42, dwukrotny uczestnik mistrzostw świata, stadion w Düsseldorfie nosi jego imię);

- napastnik Stanislas Kobierski, legenda niemieckiej piłki (strzelec pierwszego gola dla Niemiec na mistrzostwach świata w 1934 roku, jego ojciec pochodził z Wielkopolski, 26 meczów i 9 goli w latach 1931-41);

- napastnik Ernst Albrecht (17 meczów i 4 bramki w latach 1928-34);

- pomocnik Jakob Bender (9 meczów w latach 1933-35);

- napastnik Willi Wigold (4 mecze i 3 bramki w latach 1932-34)

- obrońca Theo Breuer (2 mecze w 1933 roku);

- napastnik Felix Zwolanowski (2 mecze w 1940 roku).

Renoma gości sprawiła, że na mecz przyszło aż 20 tysięcy kibiców. Zobaczyli niezwykłe lanie jakie Ruch sprawił Niemcom.

Ten mecz jest znakomitym przykładem na to, że można go oglądać na własne oczy i wysnuwać całkowicie odmienne wnioski.

Polska Zachodnia: "Ruch miał wielki dzień, zagrał bowiem wyjątkowo bez zarzutu, na wspaniały sukces w pełni sobie zasłużył."

Siedem groszy: "Cała drużyna zagrała nadspodziewanie dobrze, wszyscy bez wyjątku zasłużyli na pochwałę. Zwycięstwo Ruchu było przekonujące."

Był jednak na stadionie ktoś komu się... nie podobało. Wysłannik "Przeglądu Sportowego" pisze tak:

"Krytykę całego meczu można ująć w jednym zdaniu: brak jakiegokolwiek systemu i stylu, bezładna gra ze strony mistrza Polski i byłego mistrza Rzeszy (...) Pierwsze minuty stoją pod znakiem niezwykłego podniecenia widowni i drużyn. Mija jednak szybko gdyż okazuje się, że drużyny stać jedynie na chaotyczną kopaninę (...). Ruch po przerwie tylko sześć razy przedostał się pod pole karne Fortuny."

Można zastanawiać czy chodziło o mecz czy o coś innego. W każdym razie konflikt sięgnie apogeum dopiero w następnym roku.

Myślicie, że rywal Ruchu był w słabej formie?

Polska Zachodnia: "Drużynę Fortuny cechowała nadzwyczajna szybkość, doskonała orientacja i wielkie zrozumienie gry zespołowej. Pewnym zgrzytem było niepotrzebne uciekanie się do gry ostrej, momentami nawet brutalnej, ofiarą której padł w 85 minucie Wilimowski, którego w stanie nieprzytomnym zniesiono z boiska. (...) Mocno zdenerwowani, często faulujący, w końcu wygwizduje ich nawet publiczność!"

A Ruch?

"Fenomenalnej grze Tatusia między słupkami Ruch zawdzięcza sukces. W pomocy wyśmienicie zagrał Dziwisz, który zupełnie zaszachował Kobierskiego i nie dopuścił reprezentacyjnego napastnika III Rzeszy do głosu. W napadzie pierwsze skrzypce grał Wodarz. Wykorzystał wspaniale szansę i postawił w cień Kobierskiego."

22 kwietnia 1935, godz. 15.30

Ruch Chorzów - Fortuna Düsseldorf 5:1 (3:1)

Bramki: 1:0 Wilimowski (15.), 1:1 Wigold (17.), 2:1 Wodarz (26.), 3:1 Peterek (42., z karnego), 4:1 Peterek (75., z karnego), 5:1 Giemsa (80., z wolnego)

PS Ta klęska nie była czymś najbardziej przykrym co spotkało Paula Janesa ze strony ludzi Ruchu. W latach 40. przyjechał na jedno ze zgrupowań kadry w mundurze marynarza. Żartowniś Ernest Wilimowski (wówczas też grał w reprezentacji Niemiec) kiedy tylko zdarzyła się okazja, wepchnął go do... basenu. Nagle konsternacja: Janes nie umiał pływać więc zaczął wzywać pomocy! Wilimowski dostał za ten wybryk od selekcjonera Seppa Herbergera reprymendę...

Popuszczam wodze wyobraźni. Może to właśnie Janes przyciął Wilimowskiego w 85 minucie, kiedy ten padł nieprzytomny ("Ezi" został wtedy wzięty w kleszcze, ale kto go wziął - nie znalazłem)? Żartuję, obaj byli chyba w niezłej komitywie:)

PS1 Strzelec jedynego gola dla Fortuny w meczu z Ruchem w 1944 roku zginął na froncie wschodnim.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

niedziela, 08 lutego 2015
Taki był futbol przed pierwszą wojną światową

Symptomatyczne, że wszyscy interesujemy się najwspanialszą dyscypliną świata, ale o jej pierwszym półwieczu istnienia nie bylibyśmy w stanie wiele powiedzieć. Nawet kiedy sięgamy do czasów dla nas odległych to już futbolowe międzywojnie jest czymś absolutnie nieprzekraczalnym.

Warto jednak zwrócić, że piłka nożna istniała - mało tego; miała się dobrze - w prawie całej Europie już przed wybuchem I wojny światowej. Kiedyś bardzo interesowałem się jak to wyglądało na Górnym Śląsku, dziesięć lat temu napisałem nawet artykuł naukowy na ten temat*.

Zagorzali fani są w stanie wymienić najlepszych piłkarzy trzeciej, czwartej czy piątej dekady XX wieku. Ale jak wygląda to choćby z pierwszą albo drugą dekadą?

Górny Śląsk trudno porównywać do Argentyny, Czech czy Węgier (nie mówiąc o Anglii) gdzie futbol dostał przyśpieszenia wiele lat wcześniej. Nawet na Islandii wszystko działo się wcześniej niż u nas - w Reykjaviku piłkę w 1895 roku zaczął propagować szkocki drukarz (taki prawdziwy, nie chodzi o sędziego) James Ferguson.

Piłkarze sprzed stu lat mieli na Górnym Śląsku problemy dla ich obecnych następców trudne do wyobrażenia. Otóż przyczyną opóźniającą u nas rozwój futbolu (choć właściwie ni tylko u nas) była dezaprobata... władz szkolnych. Uważano, że sportowcy w niecodziennych strojach z odkrytymi nogami są przyczyną zgorszenia. Młodzież szkolna miała zakaz uczestnictwa w rozgrywkach, a przecież wiadomo, że to ona była bardziej motorem napędowym zjawiska niż stateczni ojcowie. Symptomatyczny jest przypadek Emila Nogliego, ponoć jednego z najlepszych piłkarzy Diany Kattowitz, mistrza Górnego Śląska w 1912 roku. Nogli, na co dzień prymus, został zawieszony w prawach ucznia a dyrektor nie chciał go dopuścić do matury. Dopiero pod wpływem nauczycieli gimnazjum, potajemnie... miłośników tej dyscypliny zmienił zdanie. Nogli jest dla mnie symboliczną gwiazdą drugiej dekady XX wieku na Górnym Śląsku:)

Ale to nie wszystko. W tym czasie istniał jeszcze jeden bardzo poważny czynnik hamujący rozwój piłki. Bardzo trudno było mu fiknąć. I chyba trudniej oszukać niż szkołę.

"Matki (pierwszych katowickich piłkarzy, przyp.pacz) narzekały, że chłopcy kopaniem piłki niszczą buty i zgadzały się z księdzem proboszczem, że piłka nożna jest grą raczej nieprzyzwoitą, jako że krótkie podenki i białe kolana wywoływały rumieńce wstydu u dziewcząt. A poza tym opuszczali nieszpory!"

Romantyczne czasy prawda? Te rumieńce musiały być naprawdę urocze!:)

U nas jeszcze był romantyzm, ale gdzie indziej już raczej futbolowy przemysł. Fajnie objaśnia to książka, której nagłe i niezapowiadane pojawienie się na rynku jest dużą frajdą, choć pewnie nie będzie taka dla wszystkich, bo nie wiem czy wyszło więcej niż trzysta egzemplarzy.

Otóż Miejska Biblioteka Publiczna w Piekarach (sic!) zdecydowała się wydać książkę o piłce nożnej dotyczącą tematyki, o której właściwie nikt w Polsce wcześnie kompleksowo nie pisał (a przynajmniej ja o tym nie wiem). Adam Fryc, mieszkaniec Piekar, absolwent historii na Uniwersytecie Śląskim i nauczyciel angielskiego zajął się tematem, o którym 99 kibiców na stu nie wie zapewne nic.

Fryc na trzystu stronach analizuje zagadnienie dogłębnie. Opierając się głównie na źródłach i opracowaniach angielskojęzycznych opisuje narodziny i ekspansję futbolu, ewolucję przepisów, systemów i stylów gry oraz metod treningu, infrastrukturę – pierwsze stadiony, pierwsze eksperymenty ze sztucznym oświetleniem, pierwsze tragedie na stadionach (jak się okazuje nie jest to wymysł czasów współczesnych). Opisuje pierwsze mecze, pierwsze wielkie gwiazdy i pierwsze wielkie drużyny.

O najlepszych piłkarzach pionierskiego okresu pewnie pamięta dziś już niewielu ludzi warto więc ich wymienić. Oczywiście prym wiodą wyspiarze:

- Szkoci** William MacKinnon, Alexander McMahon i James Quinn;

- Anglicy Stephen Bloomer (najwybitniejszy zawodnik z tego kraju przed II wojną światową), William Foulke (słynny grubas na bramce - tego jednego możecie kojarzyć, zwłaszcza jeśli czytaliście "Bramkarza czyli outsidera" Jonathana Wilsona, wydanego u nas w zeszłym roku), Robert Crompton, Vivian Woodward, Samuel Hardy

- Walijczyk William Meredith. Z Walijczyków wymienimy Rusha, Hughesa i Giggsa, ale - jak się okazuje - żaden z nich nie miał jednak pozycji Mereditha, uważanego za najlepszego piłkarza świata początku XX wieku. Z drugiej strony ten chyżonogi prawoskrzydłowy, gwiazda Manchesteru City to jeden z pierwszych poważnych piłkarzy ukarany za próbę przekupstwa (trzy lata dyskwalifikacji, ostatecznie wrócił po niespełna dwóch...)

Oprócz wyspiarzy warto wspomnieć o wybitnych grajkach już z kontynentu. Wymienia ich Adam Fryc:

- Czechu Janie Kosku (rekordziście Czech na 100 metrów w 1905 roku, zdobywcy 666 goli dla Slavii Praga);

- Czechu Vaclavie Pilacie (gwieździe Sparty Praga, jednym z twórców słynnej "czeskiej uliczki" - podania między obrońcami do wybiegającego na pozycję napastnika);

- Duńczyku Sophusie Nielsenie (wicemistrzu olimpijskiem w 1908 i 1912 roku, na tym pierwszym turnieju wbił najpierw jedną bramkę Francji B, a potem w półfinale dorzucił jeszcze... dziesięć Francji A);

- Niemcu Gottfriedzie Fuchsie (królu strzelców igrzysk w 1912 roku, dziesięć goli wbił wtedy Rosji. Jako że był żydowskiego pochodzenia, w 1937 roku udało mu się opuścić Niemcy);

- Węgrze Imre Schlosserze (od 1909 do 1914 królu strzelców węgierskiej ekstraklasy, dorzucił jeszcze jeden taki tytuł w 1917. W kadrze narodowej grał aż 21 lat, wbił dla niej aż 59 goli. Powinni go kojarzyć kibice Wisły Kraków, w latach dwudziestych trenował bowiem "Białą Gwiazdę");

- Włochu Renzo de Vecchim (wybitnym lewym obrońcy, trzykrotnym mistrzu Włoch z Genoą, debiutującym we włoskiej kadrze w 1910 roku w wieku 16 lat, człowieku o słabych warunkach fizycznych nadrabiającym braki nadzwyczajną umiejętnością przewidywania i brylantową techniką - typowy Włoch, nie?)

- Basku Rafaelu Moreno Aranzadim o ksywce „Pichichi” (świetnym napastniku Athleticu Bilbao grającym zawsze w białej czapeczce - od jego ksywki nazwano nagrodę wręczaną do dziś najlepszemu strzelcowi hiszpańskiej ekstraklasy).

Kojarzycie ich? Nie? Autor wszystkim tym piłkarzom, protoplastom Cristiano Ronaldo, Manuela Neuera czy Andrei Pirlo poświęca wiele miejsca. Podobnie jak najlepszym drużynom tamtych czasów (zalicza do nich m.in. Wanderers F.C. z Londynu, Queens Park Glasgow i całą plejadę istniejących do dziś klubów z Wysp a także Slavię Pragę, Viennę Cricket  and Football Club, Genoę, Haagsche Voetbal Vereniging, Athletic Bilbao, VfB Lipsk czy Ferencvaros Budapeszt).

Interesujący jest ostatni rozdział zajmujący się futbolem w społecznej rzeczywistości XIX i XX w: futbolem jako rozrywką, profesją, źródłem dochodu, jako czynnikiem wychowawczym, futbolem a kwestią narodową, robotniczą, relacjami z chrześcijaństwem, futbolem kobiet (już taki był!), futbolem jako czynnikiem społecznej integracji, a także... stadionowym chuligaństwem (w Anglii naparzali się już w 1886 roku a we Włoszech w 1898. Z kolei na Węgrzech w 1911 roku po meczu między reprezentacją Budapesztu a Blackburn Rovers piłkarze gości zostali obrzuceni kamieniami. Węgrzy nie byli aniołkami; w gminie Ersebethsalva sześciu piłkarzy odniosło ciężkie rany z czego dwóch - śmiertelne).

Wszystko to bardzo interesujące. Na podstawie tej pracy Adam Fryc obronił doktorat na katowickiej AWF.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

* mój artykuł pod tytułem "Początki piłki nożnej w Katowicach" ukazał się w zeszytach metodyczno-naukowych "Z dziejów polskiej i niemieckiej kultury fizycznej na Górnym Sląsku z XIX i XX wieku" wydanych przez katowicką AWF w 2005 roku.

** wyobraźcie sobie, że Szkoci już w 1890 roku wydali książkę "Wspomnienia i szkice o szkockim futbolu". U nas wtedy jeszcze nie było niczego do wspominania:)

piątek, 23 stycznia 2015
Jak Górnoślązak skasował (wice)mistrza świata

Historia futbolu z naszego regionu jest niezwykła co wielokrotnie było do udowodnienia. Ważne, że jest coraz więcej chętnych żeby ją odkrywać. Wbrew pozorom ciągle naprawdę jest co.

Jednym z tych, którzy posuną naszą wiedzę nie o dziesięć schodków, ale o dziesięć pięter jest Mariusz Kowoll z Gliwic. Zdążyłem poznać jego pasję, skrupulatność, nieustępliwość i systematyczność. Moje rozeznanie pozwala mi ocenić z całkowitą pewnością: nie było i nie ma w Polsce lepszego specjalisty od historii górnośląskiej piłki w latach II wojny światowej. Mariusz od kilku lat szlifuje, cyzeluje, doprecyzowuje własną historię rozgrywek na Górnym Śląsku w latach 1939-1945. Myślicie, że kituję? Uwierzcie mi - oniemiejecie kiedy przeczytacie jego książkę. Wydawnictwo, które będzie miało szczęście wydać to niezwykłe przedsięwzięcie długo zapamięta ten moment.

Szczęściarze mieli okazję  wysłuchać wykładu Kowolla na temat Górnoślązaków w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej do 1945 roku w zabrzańskiej Galerii Café Silesia.

Tematyka mocno rozległa więc skupię się tylko na jednym malutkim wątku a właściwie postaci, którą na nowo odkrywa Kowoll.

Kilka lat temu pisałem już o Richardzie Maliku. Stał się postacią numer jeden w Beuthen 09 już na początku złotych lat 30. Richard "Hattek" Malik (rocznik 1909), wcześniej gracz znakomitej klubowej drużyny juniorów, był pierwszym Górnoślązakiem i jedynym zawodnikiem z Bytomia, który znalazł się w wykazie oficjalnych spotkań reprezentacji Niemiec. Ten motorniczy kopalnianej lokomotywy z zawodu, był wieloletnim kapitanem. Zaczynał karierę jako lewy łącznik, ale dość szybko znalazł swoje miejsce w środku drugiej linii.

Jerzy Krasówka, nieżyjący już powojenny as Szombierek, zdążył być jeszcze zawodnikiem Beuthen 09. Wiele lata temu opowiadał: - Z 22 Schomberg przyszedłem do Beuthen 09 jako 17-latek, uczyłem się już wtedy w technikum w centrum Bytomia. Pamiętam, że na boisku dosłownie wszystko zależało od Malika, otrzymywałem od niego wspaniałe podania. Często wystarczyło przyłożyć nogę i bramkarz rywali musiał kapitulować...

Malik był znakomitym dyrygentem zespołu, to właśnie jemu bytomianie zawdzięczali ówczesny tzw. wiedeński styl. Był on oparty na wspaniałej technice, na misternych podaniach, na wyrafinowanej grze kombinacyjnej. Wówczas na Śląsku prawie nikt tak nie grał, przeważał u nas futbol atletyczny, siłowy. Malik należał do wyjątków...

"Hattek" debiutował w reprezentacji Niemiec w przegranym 1:2 meczu z Węgrami w Budapeszcie, strzelił zresztą tę jedyną bramkę (październik 1932). Nawet polskie gazety podkreślały, że był w tamtym meczu "główną sprężyną w napadzie". Trzy miesiące później zagrał jeszcze z Włochami w Bolonii, Niemcy przegrały 1:3. Malik jeszcze przez kilka lat należał do najlepszych niemieckich pomocników, ale trener Otto Nerz bardziej wolał chyba Ludwiga Goldbrunnera z Bayernu Monachium. Richard Malik zginął w styczniu 1945 roku na froncie wschodnim...

Dodajmy, że przez kilka sezonów pewne miejsce w drużynie Beuthen 09 miał Paul Malik, starszy o pięć lat brat Richarda. "Paulek" występował jako obrońca bądź pomocnik. Jego wielkim atutem była kondycja, zdobywał tytuły mistrza Śląska w biegach długich. Jego koronnymi dystansami były 3 km i 5 km.

Właściwie wiele więcej o Maliku nie mógłbym już dodać. W przeciwieństwie do Mariusza Kowolla. Oto zapomniane fakty, które dotychczas ustalił:

a) zacznijmy od końca - sprawa śmierci. Dotąd wiedzieliśmy, że piłkarz zginął  20 stycznia 1945 roku na froncie wschodnim jako żołnierz Wehrmachtu. Mariusz dopowiada ważne szczegóły: pojawia się druga, alternatywna data śmierci 17 stycznia oraz informacja, że Malik miał zginąć we własnym czołgu podczas walk o [zapewne] wschodni brzeg Wisły;

b) w klubie Beuthener 09 SuSV Malik występował od dziecka (prawdopodobnie rozpoczął treningi jako dziewięciolatek). Bardzo szybko zaczął grać w lidze i jako 20-latek trafił do reprezentacji regionu (wówczas Südostdeutschland). Grał jeszcze w sezonie 1943/44.

c) Mariusz zauważa, że poważniej zwrócono na Malika uwagę w roku 1931: podczas międzynarodowego tournee bytomskiej drużyny jeden z zagranicznych trenerów wypowiedział się o nim, jako o graczy z potencjałem międzynarodowym; Beuthen 09 przegrał wówczas z reprezentacją Węgier tylko 2:3.

d) wspominałem o starszym bracie Paulku i jego zamiłowaniu do długich dystansów. Tymczasem Mariusz dopowiada, że "Hattek" był mistrzem Górnego Śląska na 400 m, 800 m i 1500 m.

e) wiadomo, że w 1932 roku odbył się mecz nieoficjalnej reprezentacji Niemiec ze słynnym Evertonem Liverpool i że wystąpił w nim Ślązak - Kurt Hanke, pomocnik Preussen Hindenburg. Mariusz ustalił, że w tym samym meczu miał zagrać właśnie Richard Malik, ale w ostatniej chwili został zastąpiony przez Joppicha z Łużyc (SV Hoyerswerda). Żałujemy!

f) ostatecznie Malik - jak wiadomo - zadebiutował w reprezentacji Niemiec w spotkaniu z Węgrami, który odbył się w Budapeszcie 3 października 1932 roku (mecz oglądał uważający się za narodowego socjalistę węgierski premier Gyula Gömbös de Jákfa, który rozpoczął urzędowanie zaledwie parę dni wcześniej).

Gospodarze wygrali 2:1, a jedynego gola zdobył właśnie Malik. Zdecydowała o tym sprytna zamiana miejsc z lewoskrzydłowym Hoffmanem, który przeszedł na środek. Węgrzy się nie połapali i człowiek z Górnego Śląska przysolił w róg. Malik na tamten mecz był powołany właśnie jako środkowy napastnik. Warto pamiętać, że wezwanie do kadry wzbudziło wiele kontrowersji w Niemczech. Tamtejsze gazety nie dowierzały, że dość anonimowy grajek z Górnego Śląska jest godzien grać w pierwszym składzie reprezentacji, na dodatek w tak prestiżowym spotkaniu. Tymczasem trener Otto Nerz był bardzo zadowolony z postawy zespołu. Niemcy zaprezentowali się lepiej od Madziarów i powinni byli odnieść zwycięstwo.

g) debiutem Górnoślązaka w reprezentacji Niemiec w dodatku okraszonym bramką zachwycił się cały Bytom. Dr Adolf Knacrick, oberbürgermeister [czyli nadburmistrz] Bytomia wysłał gratulacje dla strzelca i całej drużyny na ręce Niemieckiego Związku Piłki Nożnej. Mariusz ustalił jego treść:

„Za chwalebny występ Richarda Malika w drużynie narodowej przesyłam gorące „Szczęść Boże!” [Glück auf!] w kolejnych pojedynkach. Wszystkim zebranym serdeczne pozdrowienia. Do zobaczenia na kolejnych wielkich pojedynkach w Bytomiu.
Nadburmistrz Dr. Knakrick, Bytom” (za „OV”).

h) Mariusz znalazł także informację, że Malik o wrażeniach z pobytu na zgrupowaniu przedmeczowym, pobytu w Budapeszcie, o samym spotkaniu i oczywiście o zdobytym golu opowiadał w radio Schlesischen Rundfunk we wtorek 1 listopada w godzinach 18.20 - 19.20.

i) Mecz wywołał na niemieckim Górnym Śląsku olbrzymie poruszenie. Także dlatego, że wcześniej oburzano się trochę na protekcjonalne traktowanie Malika przez prasę z głębi Niemiec, niektórzy tamtejsi dziennikarze nawet nie wiedzieli, że jest z Bytomia przypisując go jako gracza ekipy Breslau 08 (oj, po odejściu Mili przydałby się dziś Śląskowi taki piłkarz jak Richard Malik)! Niektóre gazety próbowały znaleźć uzasadnienie dla tego dziwacznego z ich punktu widzenia (No jak to? Górnoślązak w kadrze?!) powołania: otóż Niemcy mieli wówczas cierpieć na deficyt środkowych napastników, pełnowartościowych, wybitnych, wyjątkowych; i cóż z tego, że próbowany do tej pory był Ernst Kuzorra (podobnie jak Malik mający korzenie na terenach obecnej Polski), skoro nawet on, w klubie Schalke 04, podobnie jak Malik w Bytomiu, gra na pozycji łącznika, nie środkowego napastnika? „Richard Malik ma we własnych rękach – a raczej w nogach – uzasadnienie swojego powołania i udowodnienia, że nie koniecznie trzeba pochodzić z Południa lub Zachodu Niemiec, by być zdolnym piłkarzem”. Śląska satysfakcja była wielka, bo do tamtej pory całe południowo-wschodnie Niemcy postrzegano w niemieckim piłkarstwie jako kopciuszka. Powołanie Malika mogło być zwiastunem zmian.

j) Mariusz wysznupał info, że po najważniejszym meczu w dotychczasowej karierze zabrano Malika (prawdopodobnie starsi piłkarze) do knajpy z dancingiem gdzie zabawa trwała do świtu. Załamywano ręce; troszczono się o młodego sportowca żeby nie zszedł na złą drogę, żeby zwyciężyły szlachetne właściwości edukacyjne sportu.

k) jak wiadomo 1 stycznia 1933 roku Richard Malik zagrał jeszcze jeden mecz w reprezentacji Niemiec - z równie wymagającym rywalem czyli z Włochami. Przed tym meczem niektórzy śląscy dziennikarze odlecieli: sugerowali, że Malik na sto sytuacji bramkowych wykorzystywał 90:) Niemcy przegrali 1:3, ale Malik na pewno nie musiał się wstydzić. Zagrał jako lewy łącznik, pozwalał sobie na sztuczki w polu karnym rywala. Włosi jednak jak to Włosi - wiedzieli jak zareagować. Malik doznał kontuzji w zderzeniu ze środkowym pomocnikiem i miało to wpływ na jego postawę. Sam jednak też nogi nie odstawiał. Wyobraźcie sobie, że przeraził cały stadion kiedy w starciu zranił słynnego Luisa Montiego. Monti to była megapostać światowego futbolu okresu międzywojnia: niezwykle twardo grający Argentyńczyk, który w 1930 na pierwszym mistrzostwach świata wywalczył z macierzystą drużyną narodową wicemistrzostwo. Jako że miał włoskie korzenie ściągnięto go zaraz potem jako oriundo do Italii (pełną listę oriundi znajdziecie - TUTAJ). No i właśnie po starciu z Malikiem musiano odwieść Montiego do szpitala. Trąbiono, że noga złamana, ale Mariusz sprawdził, że miesiąc później Monti zagrał w meczu z Belgią więc wieści o trzaskających kościach musiały być przesadzone:) A w następnym, 1934 roku, Monti - jako Włoch - zdobędzie mistrzostwo świata;

l) Mariusz wyłapuje ciekawy polski wątek także w tej historii. Otóż po meczu Malika, jako jednego z trzech najlepszych graczy niemieckich (razem z Sigmundem Haringerem i rezerwowym bramkarzem Buchlohem) wskazał Gustav „Guggi” Wieser, obecny na meczu były znakomity napastnik austriacki, ówcześnie właśnie szkoleniowiec Beuthen 09 (na mecz pojechał z Malikiem). Pamiętajmy, że jeszcze tego samego roku Wieser przejmie Legię Warszawa, później trenować będzie m.in. Ruch Chorzów, a w czasie wojny opiekować się będzie Germanią Königshütte...

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Można by tak długo. Mariusz na swój wykład przygotował tego typu opowieści o dwunastu piłkarzach!  Uwierzcie mi - jego problemem jest już tylko kłopot bogactwa a co za tym idzie jedynie prasowanie tych niezwykłych historii, choć akurat ja byłbym za tym żeby jego książka liczyła choćby z pięć tysięcy stron. To zapewne nie byłby żaden problem:) Tym bardziej, że Mariusz ciągle wynajduje kolejne zapomniane i nieznane fakty.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 31 października 2014
Oto jak komuna profanowała śląski futbol

Czasy mrocznego stalinizmu w Polsce w kontekście wpływu na sport wydają się kuriozalne. Aż trudno czasem uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.

Dziś możemy się śmiać. Ale wtedy nikomu nie było do śmiechu. Rządziły strach i służalczość, na porządku dziennym było podlizywanie się - ludziom władzy ale i ludziom, którzy mogli znać ludzi władzy.

65 lat temu, w ostatnich dniach października 1949 roku odbyła się w Katowicach Wojewódzka Narada Aktywu Sportowego PZPR (zauważcie - była tak ważna, że pisało się ją z dużej litery). Po Naradzie jednogłośnie przyjęto specjalną rezolucję. Można rzec - dekalog komunistycznego sportu w regionie, bo składała się z dziesięciu punktów. Aż dziesięć punktów więc można się zdziwić, że sportu w tych dziesięciu punktach było jednak tak mało...

Zresztą sami oceńcie:

REZOLUCJA

"(...) Sportowcy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego rekrutujący się w swej przeważającej większości z klasy robotniczej posiadający w swych szeregach rekordzistów przodowników i racjonalizatorów pracy od dawna walczyli o nową socjalistyczną treść kultury fizycznej i sportu. Wystarczy przypomnieć manifestacyjny udział sportowców Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego  w uroczystościach w rocznicę Rewolucji Październikowej w roku ubiegłym, dziesiątki tysięcy demonstrujących w dniu 1 maja na rzecz pokoju itp. Sportowcy Śląska i Zagłębia pierwsi zainicjowali akcję realizacji hasła sojuszu robotniczo-chłopskiego na odcinku kultury fizycznej.

Kluby sportowe województwa śląskiego pierwsze wypowiedziały zdecydowaną walkę elementom wrogim sportowi Polski Ludowej ze Śląskim Okręgowym Związkiem Piłki Nożnej i pierwsze przeprowadziły demokratyzację związków, zrzeszeń i klubów (...).

Postanawiamy:

1.

podnieść poziom ideologiczny w związkach, kołach i klubach. Oprzeć sport na ścisłym kontakcie z czynnikami partyjnymi ZMP [Związku Młodzieży Polskiej - komunistycznej młodzieżówki działającej do 1957 a wzorowanej na radzieckim Komsomole, przyp. pacz], Związków Zawodowych, radami sportowymi ZSCh [Związku Samopomocy Chłopskiej, przyp.pacz] i administracją państwową.

Sportowcy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego będą świadomymi budowniczymi nowego ustroju Polski Ludowej, przodownikami i racjonalizatorami;

2.

W walce o umasowienie sportu wzmacniamy czujność klasową i zaostrzymy walkę klasową przeciwko sanacyjnym pozostałościom. Wyłonimy nowych, ideowych działaczy sportowych, będziemy bezlitośnie walczyć z wszelkimi przejawami oportunizmu i próbami zahamowania uchwały Bura Politycznego KC PZPR. Zwiększymy swoją aktywność w pracach kół, klubów, zrzeszeń i związków. Szczególną uwagę zwrócimy na systematyczną walkę z chuligaństwem i awanturami na boiskach, alkoholizmem i innymi przejawami demoralizacji;

3.

Na zebraniach kół terenowych PZPR i ZMP, kopalń, hut i zakładów pracy będziemy na porządku dziennym stawiać sprawy sportu i kultury fizycznej;

4.

Zorganizujemy wspólnie ze Związkami Zawodowymi na wszystkich zakładach pracy koła sportowe o wysokim poziomie ideowym i moralnym;

5.

Wspólnie ZSCh, ZMP i Zw. Pracowników i Robotników Rolnych zorganizujemy we wszystkich wsiach naszego województwa Ludowe Zespoły Sportowe. Silniejsze organizacje, kluby i koła miast będą pomagały w organizowaniu życia sportowego na wsi. Szeroko rozwiniemy ruch łączności miasta ze wsią na odcinku kultury fizycznej (...)

6.

Wychowanie fizyczne i sport służyć mają podniesieniu stanu zdrowotnego mas pracujących, miast i wsi Śląska. Otoczymy sport należytą opieką lekarską i rozszerzymy sieć i działalność lekarskich poradni sportowych;

7.

Klubom i kołom zapewnimy korzystanie z urządzeń i obiektów sportowych. Będziemy starali się o racjonalne wykorzystanie istniejących na terenie Śląska inwestycji sportowych. Dołożymy starań i wysiłków aby sportowcy województwa śląskiego otrzymali w najkrótszym czasie Halę Ludową w Katowicach [Spodek powstanie 23 lata później, przyp.red.];

8.

Organizować będziemy wielkie imprezy, które propagować będą kulturę fizyczną wśród młodzieży;

9.

Otoczymy specjalną opieką sport szkolny i akademicki;

10.

na szerokiej bazie sportu masowego dążyć będziemy do podniesieniu poziomu sportu wyczynowego. W oparciu o doświadczenia, wzory i braterską pomoc sportowców ZSRR będziemy dążyć do wydźwignięcia sportu Polski Ludowej na nowe, nieosiągalne dotąd wyżyny (...)

Pod przewodnictwem Komitetu Centralnego i tow. Bieruta wypełnimy wszystkie zadania jakie postawiła przed nami uchwała Biura Politycznego Komitetu Centralnego.

Niech żyje Związek Radziecki!

Niech żyje Jego Wielki Wódz i Wypróbowany Przyjaciel Narodu Polskiego Tow. Józef STALIN!

Niech żyje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza!

Niech żyje tow. Bolesław Bierut - największy przyjaciel sportu polskiego!" 

                             *  *  * 

To się działo naprawdę. Zmuszano piłkarzy do wygłaszania różnych bzdurnych przemówień i deklaracji. Wkrótce przewalona zostanie struktura organizacyjna, zmienią się nazwy klubów. Oczywiście najważniejsze były plany. Mój ulubiony to ten, który podjęli członkowie klubu Górnik Mysłowice rok później (7 listopada 1950 roku) z okazji 33. rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Zobowiązali się oni "na ochotnika" m.in. do:

- wydobycia 350 ton węgla poza godzinami pracy;

- przepracowania czterech godzin przy budowie miejscowego stadionu "celem przyspieszenia budowy"

- uczestniczenia w szkoleniu ideologicznym dwa razy w miesiącu.

Wyobrażacie sobie zobowiązać do takich działań piłkarzy śląskich drużyn przechodzących dziś kryzys?

PS Chcę Wam polecić niezwykłą książkę. Wyjątkowo nie jest o sporcie (a właściwie jest, ale... tylko malutkimi fragmentami) jednak naprawdę warto ją mieć, nie tylko przeczytać. Jestem zachwycony!  

Książka ma 1104 strony. Na każdy dzień roku Włodzimierz Kalicki, którego cyklem "zdarzyło się" zaczytywałem się, przygotował jeden niezwykły quasireportaż z przeszłości (quasi - bo przecież jako reporter nie mógł być świadkiem wydarzeń sprzed stu, trzystu albo dwóch tysięcy lat).

Dla mnie to doskonała książka do... pracy z synem. Czadoblożek skręca mi w przedmioty ścisłe więc trochę przesterowuję kurs.

Podwyższyłem mu kieszonkowe, ale w zamian musi codziennie przeczytać co się w przeszłości zdarzyło akurat tego dnia, którego to czyta. A potem parę minut dyskutujemy o tym co przeczytał. Wczoraj rozmawialiśmy o wpływie mediów na ludzi i niezwykłym słuchowisku radiowym "Wojna światów", które 30 października 1938 roku wystraszyło całe Stany Zjednoczone. Dla mnie najbardziej ciekawy był fakt, że pośrednio za histerią stał... Adolf Hitler, choć przecież wojna miała wybuchnąć dopiero rok później.

Dziś wieczorem z kolei pogadamy o śmierci Indiry Gandhi (31 października 1984). Chcę żeby junior zastanowił się dlaczego wśród ochroniarzy pani premier byli Sikhowie mimo że niewiele wcześniej armia indyjska dokonała masakry w Złotej Świątyni, świętym miejscu Sikhów. A jutro będzie zupełnie o czymś innym. Itd, itd...

Dopiero zaczęliśmy, a już cieszę się na te rozmowy. Cały rok przed nami! Kto ma dzieci - polecam, Czadoblożek nawet nie wie, że się uczy:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 23 października 2014
Jedenastka na rękach kibiców

Już w sobotę największy hit weekendu czyli Wielkie Derby Bytomia. W tym wieku dopiero pierwsze takie do tego odbędą się na czwartym poziomie rozgrywek. Czasy ciężkie więc proponuję żeby sobie przypomnieć o chlubnych początkach tej rywalizacji. 65 lat temu obie drużyny pierwszy raz spotkały się w ligowych derbach i było to w ekstraklasie!

W 1949 roku w dwunastozespołowej lidze znalazły się zarówno Polonia jak i Szombierki określane wtedy często jako Górnik.  W pierwszych historycznych derbach górą był ten drugi klub. „Górnicy bytomscy stają się powoli pupilkiem miejscowej publiczności. Podczas gdy do niedawna kibiców tej jedenastki  poza załogą kopalni Szombierki można było policzyć na palcach obu rąk to teraz widzieliśmy na stadionie miejskim w Bytomiu dotychczasowych zagorzałych zwolenników Polonii, którzy dopingowali jedenastkę górniczą” - pisał katowicki "Sport" o historycznym meczu.

Goście wygrali 2:1, a największą gwiazdą był Jerzy Willibald Krasówka, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej debiutował w reprezentacji Polski podczas meczu z Rumunią w Bukareszcie. „Krasówka jest w bardzo dobrej formie, jest kierownikiem ofensywy górników.” O wyniku w dużej mierze zdecydował fakt, że na chwilę w Polonii musiało dojść do zmiany bramkarza. Dobrze spisującego się Sztola na pięć minut zastąpił między słupkami Kuczapski. „Był właściwym sprawcą utraty przez Polonię obu punktów, fatalnie puszczając nietrudny do obrony strzał Burdy”.

Ciekawostką jest fakt, że ten mecz prowadził ceniony wtedy sędzia Julian Brzuchowski, który w historii śląskiej piłki zapisał się także w inny sposób. To on był bowiem - jako architekt - twórcą projektu Stadionu Śląskiego, który powstał kilka lat później.

23 maja 1949

Polonia Bytom - Szombierki Bytom 1:2 (1:0)

Bramki: 1:0 Szmydt (10.), 1:1 Gaweł (72.), 1:2 Burda (77.)

Widzów: 12 000.

W rewanżu mecz był już jednostronny. Warto zauważyć, że w tym czasie ta bytomska rywalizacja była określana derbami... Śląska Opolskiego. „Polonia Bytom ratując się przed spadkiem z ligi gra obecnie w takim stylu na jaki nie stać w tej chwili żaden zespół z czołówki. Jedenastka Polonii zademonstrowała grę dawno nie oglądaną na naszych boiskach. Twardy ambitny przeciwnik. mający na rozkładzie najlepsze kluby ligi nie miał nic do powiedzenia w tym meczu. Falowych ataków Polonii, szybkich skrzydeł, sprytnego Trampisza na prawym łączniku nie byli w stanie zastopować ani obrońcy ani pomocnicy”.

Wyobraźcie sobie, że po końcowym gwizdku „rozentuzjazmowani kibice Polonii unieśli całą jedenastkę na rękach do autobusu”.

13 września 1949

Szombierki Bytom - Polonia Bytom 0:3 (0:1)

Bramki: 0:1 Trampisz (25.), 0:2 Wieczorek (34.), 0:3 Wiśniewski (57.)

Widzów: 10 000.

Polonii ostatecznie to zwycięstwo nic nie dało, spadła wtedy z ekstraklasy. Szombierki też były blisko, w dodatku kibice mieli powody do stresu. Otóż 17 sierpnia 1949 roku zarząd opolskiego OZPN zawiesił klub za długi (chodziło o 20200 zł).  W połowie października Szombierki uregulowały zobowiązania i kara została odwieszona. Ktoś jednak zauważył, że w okresie zawieszenia Szombierki wygrały w lidze z Gwardią (czyli Wisłą) i Lechią. Wniesiono więc protest do władz PZPN (nie ustaliłem kto go wniósł) o zweryfikowanie tych meczów jako walkowerów dla przegranych rywali Szombierek. Gdyby protest został uznany Szombierki straciłyby cztery zdobyte punkty i to one - zamiast Polonii - spadłyby wtedy z ekstraklasy. Ostatecznie jednak protest nie został uwzględniony.

PS [...]

PS1 Widzieliście co zrobił właśnie Erik Lamela?! Rewelacyjna rabona. Tak strzelają TYLKO Argentyńczycy!

piątek, 10 października 2014
Sport polski a zemsta na hitlerowcach

Coś co mogłoby się nam dziś wydawać niedorzeczne kiedyś było uznawane za całkowicie normalne. Oczywiście odnosi się to także do piłki nożnej. Skąd sportowi publicyści z lat międzywojnia mieliby wiedzieć tyle co my?

Jutro wielki mecz Polska – Niemcy, warto więc przypomnieć okoliczności rozegrania pierwszego spotkania na szczeblu pierwszych reprezentacji. W latach 20. do takiego meczu nie doszło, regularnie grały za to Niemiecki Śląsk i Polski Śląsk.

Po dojściu Hitlera do władzy Rzesza miała ochotę na piłkarskie starcie z Polską, słyszało się o próbach doprowadzenia do takiego meczu w Gdańsku. Był to chyba jednak tylko balon próbny, żeby wysondować stanowisko PZPN. Warszawska centrala nie zabrała głosu w tej sprawie powściągliwie czekając na oficjalne stanowisko berlińskiego odpowiednika.

W czwartek 2 listopada 1933 roku niemiecka federacja przysłała do PZPN oficjalną propozycję rozegrania meczu międzypaństwowego w Berlinie jeszcze w tym samym roku oraz rewanżu w Polsce jesienią 1934 roku.

Propozycja odbiła się w Polsce dość szerokim echem. Dyskutowano czy warto podejmować ten kontakt, czy jest nam to w ogóle potrzebne. Pamiętajmy, że państwo niemieckie od niespełna roku funkcjonowało pod rządami Adolfa Hitlera już jako III Rzesza. Rozpoczęły się prześladowania m.in. Żydów o czym doskonale w Polsce wiedziano (trudno było nie wiedzieć o głośnym w 1933 roku bojkocie żydowskich sklepów, banków, przychodni czy kancelarii albo nie słyszeć o ustawie dotyczącej przywrócenia zawodowej służby publicznej, która zabraniała Żydom zajmowania stanowisk rządowych)...

Tymczasem w listopadzie 1933 roku w zajmującym się sportem Tygodniku Ilustrowanym „Raz, Dwa, Trzy", zdanie na temat gry z Niemcami wyraził ceniony publicysta Jan Erdman, przedwojenny dziennikarz związany z „Przeglądem Sportowym".

Erdman pisze tak:

Nawiązujemy kontakt sportowy z mocarnym sąsiadem. Jest to w historii naszego sportu dokonanie epokowe. Takie nasze stanowisko nie przeszkadza nam absolutnie rozumieć i odczuwać pozycji Żydów i socjalistów. Wszelkie protesty z tamtej strony trzeba przyjmować jako coś naturalnego i normalnego. Obie te grupy dostały cięgi tak bolesne, że nie mogą o nich zapomnieć w ciągu kilku miesięcy. Współczujemy, ale nie mamy powodów dla których za te polityczne walki miałby się mścić na hitlerowcach sport polski".

Erdman zgadzał się, że polscy piłkarze nie muszą przed meczem stosować nazistowskiego salutu Heil Hitler (w zamian proponował „sportowcy wszystkich krajów łączcie się"*). Nie mógł oczywiście przypuszczać, że zaledwie sześć lat później hitlerowcy oficjalnie zakażą uprawiania w Polsce piłki nożnej...

Polska strona ostatecznie przyjęła propozycję. Mecz w Berlinie biało-czerwoni przegrali 0:1 po golu straconym w... – jak sądzicie? Macie rację, dokładnie tak –...w przedostatniej minucie. Spotkanie oglądał m.in. minister propagandy Joseph Goebbels, który powitał piłkarzy w... przerwie.

O tym jak były to czasy odmienne od naszych niech świadczy fakt, że w ten sam dzień kiedy odbył się mecz (3 grudnia 1933 roku) w berlińskich restauracjach – jako że była to jednocześnie pierwsza niedziela miesiąca – wolno było podawać tylko jednodaniowe obiady**. W Niemczach Hitler spożywał publicznie jednodaniowe obiady, by zachęcić do oszczędności. Wyobrażacie sobie jak zareagowałoby społeczeństwo gdyby w dzisiejszych czasach wprowadziła Niemcom taki nakaz Angela Merkel albo Polakom – Ewa Kopacz?;)

Wróćmy do genezy pierwszego kontaktu obu państw na szczeblu międzypaństwowym, bo to interesujące ze śląskiego punktu widzenia. Do takiego meczu doszłoby zapewne znacznie później gdyby nie... Katowice. Otóż właśnie w Katowicach w 1928 roku podczas uroczystego przyjęcia dr Peter Joseph Bauwens, słynny niemiecki sędzia międzynarodowy, pierwszy raz zahaczył w tej kwestii ówczesnego prezesa PZPN gen. Bończę-Uzdowskiego. Było to możliwe, bo Bauwens sędziował wówczas w Katowicach towarzyski mecz międzypaństwowy ze Szwecją. Wyobraźcie sobie, że zdaniem Bauwensa mecz Polaków z Niemcami nie mógł odbyć się wcześniej, bo wówczas nasi sąsiedzi grali cztery towarzyskie mecze rocznie i mieli wszystkie terminy zajęte.

                                 * * *
Od pierwszego meczu minęło ponad 80 lat. Dziś ludzie patrzą na mecz Polska – Niemcy na trzy sposoby:

a) plemienny, czyli dokopmy Niemcom za wrzesień '39, Auschwitz, okupację i powstanie warszawskie;

b) historyczno-sportowy – wygrajmy, bo przecież jeszcze nigdy z nimi nie wygraliśmy. N-I-G-D-Y; moim zdaniem to największy kompleks w historii współczesnej piłki nożnej na całym świecie bez podziału na kategorie;

c) czysto sportowy – wygrajmy, bo to zbliży nas do finałów Mistrzostw Europy.

Pierwszy sposób może spowodować syndrom wiecznego toczenia piany z ust. Drugi sposób może spowodować uschnięcie z tęsknoty za nieznanym. Trzeci dla naszego zdrowia jest zdecydowanie najlepszy...

PS [Omega na urlopie]

PS1 Czadoblog zakupił bilet na mecz i wybiera się z kolegami do Warszawy. Słyszał, że Stadion Narodowy jest bardzo ładny i że naprawdę nadaje się nie tylko do przeprowadzania na nim zawodów pływackich. Przekonamy się.

*ostatecznie po wyjściu na środek Polacy odwrócili się w obie strony boiska i zakrzyknęli za każdym razem „cześć, cześć, cześć"!

**ciekawe czy dotyczyło to także polskich piłkarzy?;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum