środa, 17 sierpnia 2016
Pele to super gość

Uwielbiam spotykać się ze śląskimi piłkarzami, którzy robili kariery w XX wieku. Wielu z nich miało niezwykłe przeżycia - zarówno za bajtla, potem w szczytach kariery, i wreszcie zagranicą gdzie kończyli przygodę z piłką. Ich wspomnienia często zaskakują...

Dotąd myślałem, że śląskimi futbolistami, którzy najwięcej mogliby powiedzieć o słynnym Pele byli Edward Szymkowiak, Eugeniusz Faber, Jan Liberda albo Eugeniusz Lerch. To dlatego, że w 1960 roku grali w reprezentacji Górnego Śląska przeciwko Santosowi w słynnym meczu na Stadionie Śląskim. Albo Stanisław Oślizło, Włodzimierz Lubański czy Zygmunt Anczok. Oni z kolei dlatego, że w 1966 roku grali w reprezentacji Polski przeciwko Brazylii na Maracanie.

O Pele sprawozdawca katowickiego "Sportu" pisał: "Trzeba przyznać, że jest to fenomenalny zawodnik. Barczysty, doskonale zbudowany Murzyn dysponuje olśniewającym zestawem tricków, techniką wyśrubowaną do szczytu perfekcji, kondycją, szybkością i bombą nie z tej murawy".

Okazuje się jednak, że pewien śląski piłkarz zna Pelego z zupełnie innego okresu - na początku drugiej połowy lat 70. grali razem w zawodowej North American Soccer League.

Zresztą zawodnik i którym wspominam ma niezwykle ciekawy życiorys - zanim w 1974 roku trafił do Ameryki, w której mieszka zresztą do dziś przez dekadę był piłkarzem Ruchu Chorzów, zdobył z nim mistrzostwo Polski.

Dziś może to wydawać się nieprawdopodobne, ale mój rozmówca jest żywym przykładem na to, że można było wychować się w Chorzowie, a w dzieciństwie wcale nie być kibicem Ruchu. Dlaczego? W tamtych czasach był bowiem jeszcze inny klub w pobliżu, który działał na wyobraźnię mieszkańców Chorzowa. Mój rozmówca wyjaśnia to w obszernym wywiadzie, którego mi udzielił. Rozmowę możecie przeczytać - TUTAJ.

poniedziałek, 04 lipca 2016
Kolos

Zastanawiam się czy kiedykolwiek jakikolwiek śląski obrońca znaczył aż tyle dla reprezentacji Polski jak teraz Kamil Glik.
Wiadomo, że tacy piłkarze jak Stanisław Oślizło czy Jerzy Gorgoń to niezwykłe legendy, ale trudno w szerokiej perspektywie ocenić tego rodzaju pytanie. Z oczywistych względów: kiedyś nie prowadziło się tak dokładnych statystyk jak dziś.

Tymczasem statystyka Glika dotycząca Euro jest miażdżąca. Okazuje się, że podczas francuskich finałów Glik wręcz rozniósł klasyfikację dotyczącą skutecznych interwencji. Zanotował ich podczas mistrzostw aż 51, na razie najwięcej ze wszystkich uczestników turnieju. Kolejni w tym zestawieniu Ragnar Sigurðsson i Chris Smalling ustępują Polakowi aż o 11.

Do tego Glik notuje najbardziej prestiżową przygodę klubową wśród śląskich obrońców. Od czasów Waldemara Słomianego, który był pierwszym polskim piłkarzem w Bundeslidze po słynnej ucieczce z Górnika Zabrze latem 1966 roku do Niemiec Zachodnich (wzięło go wtedy Schalke Gelsenkirchen), nie było obrońcy, który grałby w tak dobrych ligach. Nawet taka gwiazda jak Gorgoń trafiła zaledwie do ligi szwajcarskiej.
Glik właśnie przenosi się z ligi włoskiej (Torino) do francuskiej (Monaco). Zostać kapitanem w wyrafinowanej taktycznie drużynie Serie A i zyskać uwielbianie tifosich, na tyle by śpiewali o tobie piosenki - to naprawdę nie byle co.

To idealny moment żeby poznać historię tego piłkarza, która oczywiście nie jest usłana różami. Napisał ją śląski dziennikarz Michał Zichlarz, który dobrze poznał Glika zanim ten został profesjonalnym piłkarzem (ja z kolei poznałem Zichlarza zanim ten został dziennikarzem).

Kto wie co jeszcze Glik osiągnie, ale trudno będzie zrozumieć jego karierę bez wszystkich zawirowań, które przeszedł, a które w zajmujący sposób przedstawia Michał. Glik jako dziecko przetrwał chorobę, która zabija większość na nią zapadających, jako nastolatek przetrwał dyskwalifikację nałożoną przez Śląski Związek Piłki Nożnej (dostał rok zakazu gry w piłkę mimo, że na posiedzenie przyszedł jako... świadek, potem karę zmniejszono). Jako ukształtowany piłkarz przełknął gorycz po pierwszym zagranicznym transferze - w Palermo na treningi podwoził go sam Javier Pastore, ale trener nie dał mu się wykazać. Nie dostał tam szansy ani razu.

Nie wrócił jednak z podkulonym ogonem. Wytrwał i ostatecznie się przebił. Dziś jest najdroższym polskim obrońcą w historii. Co jeszcze może osiągnąć?

poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Za to szanuję Legię Warszawa

Muszę przyznać, że ostatni mecz Legii tak mnie znudził, że przełączyłem po kilkunastu minutach, ale jednak i tak bardzo cieszę się, że włączyłem transmisję. Warto było - choćby dlatego żeby zobaczyć w jaki sposób w Warszawie honoruje się Wielkie Persony.

Sposób w jaki uhonorowano w ostatnich dniach Lucjana Brychczego w Legii zasługuje na ogromny szacunek i budzi mój autentyczny podziw (klub m.in. nadał jego imię trybunie przy Kanale Piaseczyńskim).

Legia rzeczywiście jest wielkim klubem, bo tylko wielkie kluby potrafią w tak godny sposób dbać o pamięć i wysławiać własne legendy. Nigdy nie widziałem gry Lucjana Brychczego, ale od wielu ludzi, którzy wiedzą co mówią, a którzy do tego z nim grali, słyszałem słowa pełne jedynie podziwu i szacunku.

Nie ukrywam: żałuję oczywiście, że Lucjan Brychczy nie wrócił po zakończeniu służby wojskowej na Górny Śląsk, bo miałby pewne miejsce w każdym z naszych wielkich klubów. Pokochał jednak stolicę, a stolica pokochała jego i z tego uczucia wyrosło coś naprawdę wspaniałego. Wystarczyło zresztą tylko spojrzeć na Pana Brychczego jak walczy ze wzruszeniem kiedy przed ostatnim meczem stał na środku boiska i odbierał owację na stojąco od 30 tysięcy ludzi.

Chapeau bas!

PS Oczywiście nie znam się na historii Legii Warszawa i nawet nie udaję, że mogłoby być inaczej. Dlatego z zainteresowaniem czekam na wszelkie tworzone przez specjalistów i znawców wydawnictwa, które ukażą się z okazji tzw. stulecia tego klubu. Jestem bowiem bardzo ciekaw jak zostanie umocowana ciągłość historyczna między drużyną legionową założoną na prowincji w 1916 roku a Wojskowym Klubem Sportowym powstałym w 1920 roku w Kasynie Oficerskim Zamku Królewskiego w Warszawie. Z zainteresowaniem zapoznam się z wszystkimi dokumentami świadczącymi o tej ciągłości. Ogromnie na to liczę, bo z tego co słyszę będą powołania się na dokumenty dotąd jeszcze nie wykorzystywane. Czy właśnie z tego okresu? Oczywiście z okazji stulecia składam Legii serdeczne życzenia pomyślności bez względu na to kiedy to stulecie ostatecznie przypada.

PS1 Na koniec jeszcze parę słów o innych dyscyplinach sportu. Zarówno hokej jak i siatkówka są bardzo widowiskowe, ale wiem, że w Polsce hokej ma nad siatkówką jedną zasadniczą przewagę. Otóż przepisy Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie (IIHF) zabraniają prowadzenia dopingu przez tzw. "wodzirejów", co ma niestety miejsce choćby podczas imprez siatkarskich. W kontekście zbliżających się mistrzostw świata, które odbędą się wkrótce w Katowicach to przypomnienie wywołuje u mnie westchnienie ulgi.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski w piłce nożnej powinna wrócić na Stadion Śląski.

czwartek, 10 marca 2016
Moja dziesiątka afrykańska

Uwielbiam Afrykę. Zwiedziłem tam siedem krajów. Ten kontynent uczy pokory. Nigdzie indziej nie nabrałem przekonania, że - tak, to górnolotnie brzmi - życie ludzkie łatwiej zdmuchnąć niż świeczkę. To paskudne uczucie, przekonałem się o tym na własnej skórze (w Tanzanii gorączka bez powodu podskoczyła mi w pięć minut o pięć stopni, leżałem potem bez życia kilka dni; w Zimbabwe lew leżał dwa metry od auta, którym kierowałem - szyba w przednich drzwiach była otwarta i okazało się, że korbka, która ją zakręca jest zepsuta...). Ale co tam - ludzie są spontaniczni i otwarci jak nigdzie indziej a przyroda i widoki zapierają dech.

Mam kolegę, który Afryką zachwyca się jeszcze bardziej niż ja, widział znacznie więcej ode mnie, śledzi uważniej co tam się dzieje, rozmawiał z wieloma gwiazdami afrykańskiej piłki. Michał Zichlarz napisał już nawet dwie książki o Afryce (choć tylko jedna traktuje o tematyce futbolowej). Michał prowadzi bloga "Afryka gola" i właśnie ogłosił plebiscyt w którym z przyjemnością biorę udział. 

Tak się składa, że 30 marca minie 25 lat od momentu kiedy pierwszy piłkarz z Afryki zagrał w polskiej ekstraklasie. Bardzo podniecałem się występem Noela Sikhosany, piłkarza z Zambii, który trafił do Wisły Kraków. Wprawdzie nic z tego nie wyszło, ale potem na nasze boiska trafiło wielu świetnych futbolistów z tego kontynentu.

"Afryka gola" wybiera najlepszego afrykańskiego piłkarza w Polsce ostatniego ćwierćwiecza. Przedstawiam moją dziesiątkę.

10. Costa Nhaimonesu (Zimbabwe - Zagłębie Lubin: 2008-2013)

Bardzo solidny obrońca, który cierpliwie przez cały rok czekał aż się nim w Polsce zainteresuje ktoś poważny kopiąc piłkę w KS Wisła. Żałowałem, że w końcu zainteresował się nim ktoś spoza Górnego Śląska. W Lubinie grał przez pięć lat, a potem potwierdził klasę w Sparcie Praga zdobywając miejsce w składzie (i mistrzostwo Czech) co nie udało się choćby Marco Paixão.

9. Takesure Chinyama (Zimbabwe - Dyskobolia Grodzisk Wlkp., Legia Warszawa: 2007-2011)

Poza Polską nigdzie się nie wybił, ale w historii naszego futbolu ma trwałe miejsce. To przecież jedyny czarnoskóry futbolista, który został (współ)królem strzelców polskiej ligi. Przypadek Chinyamy pokazuje, że nie warto za wcześnie wpadać w panikę. W Grodzisku nie chcieli go zatrzymać, bo ponoć stwierdzono u niego wadę serca. W Legii z kolei po konsultacjach z lekarzami orzeczono, że to pomyłka. 

8. Kenneth Zeigbo (Nigeria - Legia Warszawa: 1997-98)

Pamiętam wrażenie jakie na mnie sprawił kiedy zaliczał wejście smoka w polskiej lidze. Bardzo utalentowany facet. Wydawał mi się napastnikiem kompletnym. Potem nie potwierdził tych opinii, ale jestem sentymentalny a plebiscyty są przecież idealne do wyrażania sentymentów:)

7. Norman Mapeza (Zimbabwe - Sokół Pniewy: 1993-94)

Był u nas tylko rok, ale widziałem go na żywo i byłem pod wrażeniem jego gry. Miał strasznie długie nogi, z których potrafił zrobić właściwy użytek. Chwila nieuwagi rywala i już przejmował albo wybijał piłkę. Był jak gaz - niewidoczny a paraliżował. Paraliżował na tyle, że zrobiło to wrażenie na działaczach Galatasarayu Stambuł. 

6. Saïdi Ntibazonkiza (Burundi - Cracovia: 2010-2014)

Kiedy zdecydował się opuścić Kraków poczułem pustkę. Uwielbiam takich chyżonogich papierowych skrzydłowych. Fajnie, że w czasach gdy na boisku liczą się mięśnie, siła, wzrost, agresja ciągle jest miejsce dla bystrych ludzi, którzy mają 170 cm.

5. Dickson Choto (Zimbabwe - Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin, Legia Warszawa: 2001-2013)

Najdłużej grał u nas w piłkę na poważnym poziomie. Widziałem go w akcji zanim jeszcze ktokolwiek znał go w Polsce. Było to w 2000 roku na trawniku szkoły średniej im.księcia Edwarda w Harare. Oglądałem trening olimpijskiej reprezentacji Zimbabwe. Trener woła do siebie roześmianych zawodników. W grupie wyróżniał się wielki dryblas. Świetnie zbudowany nastolatek rzucał się w oczy, także tym, że znakomicie potrafił podać piłkę na większe odległości. Choto w Polsce potwierdził umiejętności, choć miał pewną wadę, która raczej zdarza się napastnikom niż obrońcom. Był... "szklany" czyli dość często łapał urazy. W efekcie nigdy - przez tyle lat - nie zagrał wszystkich meczów w sezonie. Zdecydowanie najcięższy w tym gronie. Zdarzało się, że przekraczał sto kilogramów. Nie chcielibyście się z nim zderzyć.

4. Prejuce Nakoulma (Burkina Faso - Granica Lubycza Królewska, Hetman Zamość, Stal Stalowa Wola, Górnik Łęczna, Widzew Łódź, Górnik Zabrze: 2006-2014)

Modelowy przykład jak talent może sprawić, że z nołnejma pokopującego skórę w Lubyczy Królewskiej piłkarz przedzierzga się w najlepszego napastnika ligi i uczestnika mistrzostw kontynentu. Gdyby nie gra w Polsce na pewno nie zostałby wicemistrzem Afryki. Wiele jego akcji w Zabrzu było światowej klasy. Pomysłowość, technika, radość z gry - takich piłkarzy lubię. Przypuszczam, że mógłby zrobić większą karierę gdyby nie był taki zamknięty. Zamknięty do przesady.

3. Moussa Yahaya (Niger - Sokół Tychy, Hutnik Kraków, GKS Katowice, Legia Warszawa, Rega-Merida Trzebiatów, Mazur Karczew: 1996, 2000-2004, 2006)

Jedyny z tym gronie z rytualnymi bliznami na twarzy. Uwielbiałem tego gościa, jego uśmiech i chłopięcą niefrasobliwość. Poznałem go kiedy grał w Tychach, ale najlepiej pamiętam kiedy pierwszy raz przyszedł do GieKSy. Pierwszego gola na Bukowej strzelił w 90. minucie meczu z Legią, który dał zwycięstwo 1:0...

Mówiło się, że polubił mocne trunki, rozleniwił się, ale ja zawsze zapamiętam go jako świetnego piłkarza, który harował na boisku.

2. Kalu Uche (Nigeria, Wisła Kraków: 2001-2004, 2005)

W najlepszej formie był najlepszym piłkarzem najlepszej Wisły. Zachwycał mnie wielokrotnie. Ze zdumieniem dowiadywałem się, że jego początki w Polsce były bardzo trudne. Działacze Wisły sprowadzili go przy okazji pobytu w Hiszpanii na meczu Barcelony. Menedżer polecił im wtedy zawodnika, który "marnował się w rezerwach Espanyolu". Próby wprowadzenia Uche do pierwszej drużyny Wisły podejmowane przez Franciszka Smudę nie powiodły się. Gdy Bogusław Cupiał pytał Smudę, dlaczego Nigeryjczyk nie gra, trener odpowiedział: - On się nawet do rezerw nie nadaje. - To oddawaj 25 proc. kwoty transferowej, skoro się podpisałeś - skwitował prezes Cupiał, który wymagał, aby szkoleniowcy domagający się pozyskania Kalu podpisali się pod wnioskiem. Do Uche trafił za to Henryk Kasperczak. Włoscy obrońcy Parmy i Lazio podwajali, a nawet potrajali krycie Nigeryjczyka, bo nie potrafili sobie z nim poradzić. Szkoda, że Uche szybko uznał, że jest stworzony do wyższych celów niż gra w polskiej lidze. 

1. Emmanuel Olisadebe (Nigeria, Polonia Warszawa: 1997-2000)

Niezwykła historia, która już pewnie się nie powtórzy: jedyny w tym gronie reprezentant Polski. Wspominam go dobrze; szkoda, że nie został w Ruchu Chorzów, dla którego zresztą strzelał gole. W 1997 roku bawiliśmy się przy Teatrze Wyspiańskiego. Możecie przeczytać o tym TUTAJ. Piękne czasy...

Plebiscyt ogłoszony przez "Afryka gola" potrwa do końca kwietnia. Szczegóły znajdziecie na blogu Michała Zichlarza. Serdecznie polecam.

PS Zrobiłem 4500 km w siedem dni. W związku z projektem Y jeździłem ze spotkania na spotkanie. Niemcy, Szwajcaria, Luksemburg, Belgia. Naprawdę było warto:)

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

czwartek, 18 grudnia 2014
Gangsta rap

Przypominam, że ciągle trwa konkurs, w którym nagrodą jest autobiografia Mike'a Tysona. Szczegóły - TUTAJ. Mam do rozdysponowania trzy egzemplarze, a właściwie już... dwa.

Postępuję może niepedagogicznie, ale już teraz, przed zakończeniem konkursu, jedną z nagród przyznaję Czytelnikowi o nicku Samotny Amator. W konkursie chodzi o wyrażenie opinii: za co lubi się albo nie lubi Tysona. Samotny Amator postanowił wyrazić się niekoniecznie w prozie. Nie jest to wprawdzie subtelny styl Juliusza Słowackiego, ale to przecież całkowicie nieistotne. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że autor skanduje te słowa w jakimś garażowym konkursie przed kumplami z osiedla a wszyscy rytmicznie kiwają się do taktu. Extra!:)

Wprawdzie w poniższym utworze nie ma nic o biedzie, gangach, rasizmie i problemach z policją, ale przecież to oczywiste, że utwór o Tysonie musimy zaliczyć do gatunku gangsta rap;)

Samotny Amator w komentarzach pod wpisem tak więc oto zarapował. Jeeeedziemy:

Za co lubię Tysona, 

Takich powodów jest od groma, 
Pochylę się tylko nad kilkoma. 

Za charakterystyczny tatuaż na twarzy, 
Nie każdy by się zdecydował dla tej skazy, 
Ale Mike jest wariat i się odważył. 

Za atletyczną sylwetkę podczas kariery, 
Wyraz profesjonalizmu i dobrego wyglądu maniery, 
Uosobieniem współczesnego gladiatora był bez ściemy. 

Za moc nokautu aż ring się trzęsie, 
Mimo niewielkiego wzrostu uderzenie miał silne piekielnie, 
Zamiatał rywalami po deskach aż mina rzednie. 

Za ten jego nikczemny uśmiech, 
Wrażenie sprawia niczym komediowy oblech, 
Jednak ma to swój zawadiacki wdzięk. 

Za te wojny ringowe, 
Oraz wybryki pozasportowe, 
Ten facet to postać nietuzinkowa, każdy to powie. 

Reklamował napoje, był w filmie i we wrestlingu, 
Mike Tyson to Bestia marketingu. 
Takie są powody mojej sympatii do tego typa, 

Bo to postać w historię sportu mocno wryta. 

PS Omega wystawiła przed siebie wskazówki i porusza nimi rytmicznie w górę i w dół. Yooooo - yooooo...

PS1 Święto w Chorzowie. W centrum, na ul. Wolności, najważniejszej ulicy w mieście i tamtejszym deptaku odsłonięto dziś ławeczkę Gerarda Cieślika. Teraz każdy może sobie z nim usiąść. Cieszę się, tym bardziej, że to pomysł mojego kolegi z redakcji Piotra Zawadzkiego.

PS2 Nie możecie się już doczekać meczów na Stadionie Śląskim? Widać już światełko w tunelu. Dach ma być gotowy pod koniec 2015 roku a cały stadion pod koniec 2016. Pomalutku, powolutku trzeba się będzie zastanowić jakiego przeciwnika zaprosić na start. Co byście powiedzieli na reprezentację Argentyny?:)

PS3 PZPN nie jest już tak beznadziejny i archaiczny jak kiedyś. Za dawnych betonowych czasów za ustawienie 31 meczów i kupiony awans byłaby degradacja. Tymczasem od 2009 roku i uchwały abolicyjnej jest po bożemu. Dlatego dziś za taki numer GKS Bełchatów dostał pół miliona zł kary. Przyszło nowe. Nowe lepsze. Świetlane. Wszyscy mogą odetchnąć z ulgą. Dobrze jednak się stało, że PZPN-em rządzi Zbigniew Boniek. Przecież nie jest w jego gestii zmienić uchwałę abolicyjną, nigdy nie słyszałem żeby był za status quo ante. Teraz ta nasza piłka jest taka nowoczesna, postindrustrialna i metroseksualna...

Do tego klub może się jeszcze odwołać od tej decyzji. Oczywiście: zmniejszcie im karę do 10 tysięcy!

Pora umierać.

poniedziałek, 10 marca 2014
"M"ajlepsi

Coś niezwykłego jest w śląskim powietrzu: nie tylko tutejszy futbol wybił się ponad przeciętność, ale i ludzie przekazujący jego wspaniałość nie muszą się niczego wstydzić. Katowice dochrapały się przecież własnej gazety sportowej, własnej encyklopedii piłkarskiej, własnych legend telewizyjnych. Ale tym razem nie o tym, nie o tym...

Gdybyście mieli wymienić tylko jedno miasto w Polsce kojarzone ze sportowym radiem - to musiałyby być Katowice. Oczywiście istnieje wiele dobrych radiowych redakcji sportowych, ale to właśnie u nas - na Górnym Śląsku - powstała najstarsza cykliczna audycja sportowa w polskiej radiofonii. Audycja na której także ja się wychowałem...

"Z mikrofonem po boiskach" świętuje 60-lecie. W 1954 roku ówcześni miejscowi radiowcy ze słynnym Witoldem Dobrowolskim na czele (leży dziś na cmentarzu w Zagórzu - tym samym na którym spoczywa Edward Gierek) zdecydowali się stworzyć coś niezwykłego w ówczesnego punktu widzenia i całkiem zwyczajnego z dzisiejszego. Otóż Dobrowolski wymyślił, że reporterzy rozjadą się po śląskich stadionach, a on będzie ze studia wypuszczał ich relacje na antenę. Dziś być może trudno wyobrazić sobie, że można robić to inaczej, ale wtedy to był rewolucyjny wręcz pomysł! Historyczna audycja odbyła się w pierwszą niedzielę stycznia 1954 roku. A potem już poszło...

Oczywiście sport istniał w Radiu Katowice wcześniej, już w latach trzydziestych pierwszy sportowy reporter i sprawozdawca Leon Tetzlaff stał za pierwszymi "stałymi komunikatami sportowymi". Echem odbiła się transmisja radiowa z meczu Śląsk Świętochłowice - Naprzód Lipiny o wejście do ligi, który odbył się 17 grudnia 1934 roku (ludzie zachwyceni nowością dzwonili z gratulacjami).

Kiedy powstawało "Przy muzyce o sporcie" Katowice nazywały się Stalinogród, a oficjalna nazwa Radia brzmiała "rozgłośnia Polskiego Radia w Stalinogrodzie". Spikerzy mieli oczywiście obowiązek zapowiadania: "Tu Polskie Radio Stalinogród". Radio przeprowadziło bezpośrednią transmisję z otwarcia Stadionu Śląskiego i pierwszego meczu w 1956 roku. Autorem pierwszej, historycznej relacji z tamtego wydarzenia był Roman Paszkowski. Dziś ma 94 lata i będzie.... gościem na specjalnym benefisie, który w najbliższą sobotę organizuje Radio Katowice. Na uroczystości pojawi się mnóstwo sław nie tylko futbolowych. Mają przyjechać medaliści igrzysk i mistrzostw świata - żużlowcy (Wyglenda, Szczakiel, Waloszek), kolarze (Hanusik, Gawliczek, Krzeszowiec), lekkoatleci (Langer), zapaśnicy (Wolny), strzelcy (Zapędzki). Będzie co wspominać. Wspominki wspominkami, ale przecież ta audycja to nie tylko przeszłość, ale i przyszłość.

Ciekawe, że benefis będzie można zobaczyć w Internecie. Radio Katowice pierwszy raz w historii "zrobi telewizję" czyli przeprowadzi... profesjonalną transmisję na pięć kamer!

PS Dziś punkt kulminacyjny zabawy mundialowej. Oto jedenastka, którą wystawia literka "M". Najsilniejsza z dotychczasowych, więc nic dziwnego, że o wszystkim muszą decydować... Argentyńczycy:)

Oto drużyna złożona w większości z byłych, ale także - co podkreślamy z mocą przyszłych mistrzów świata! Budzi respekt, co?:)

bramkarz

Maier - GER - 1970(3) - 1974(M) - 1978

obrońcy

Mascherano - ARG - 2006 - 2010 - 2014(M)

Moore - ENG- 1962 - 1966(M) - 1970

Maldini - ITA - 1990(3) - 1994(2) - 1998 - 2002

pomocnicy

Monti - ARG/ITA - 1930(2) - 1934(M)

Matthaus - GER - 1982(2) - 1986(2) - 1990(M) - 1994 - 1998

Masopust - CZE - 1958 - 1962(2)

MARADONA (kapitan) - ARG - 1982 - 1986(M) - 1990(2) - 1994

napastnicy

Meazza - ITA - 1934(M) - 1938(M)

G.Mueller - GER - 1970(3) - 1974(M)

Messi - ARG - 2006 - 2010 - 2014(M)

trener:

Menotti - ARG - 1978(M) - 1982

Brałem pod uwagę także: Madjera, Magatha, Mahdavikię, Maicona, Majewskiego, Makanaky'ego, Makelele, Małofiejewa, Marzoliniego, Masa, Maspolego, Maszczyka, Matysika, Matthewsa, Mauro, Mazurkiewicza, Mazzolę, Medforda, Metzeldera, Migueza, Millę, Młynarczyka, Morlocka, Muellera (tego z Brazylii), Muslerę.

Wśród trenerów bardzo wiele gwiazd. Brałem pod uwagę: Meisla, Metsu, Michela, Michelsa, Milutinovicia, Moreirę.

PS1 Bardzo dobre wieści z Jaworzna. W niedzielę odbyło się drugie robocze spotkanie grupy inicjatorów reaktywacji działalności Victorii Jaworzno. 23 marca ma zostać podjęta próba powołania do życia nowego stowarzyszenia. Miałoby ono działać pod nazwą "Victoria" i byłoby kontynuatorem tradycji sportowych najstarszego klubu sportowego z tego miasta.

Projekt statutu a także dokładne informacje o miejscu i godzinie spotkania założycielskiego zostaną podane zainteresowanym.

Kontakt: Victoria1918Jaworzno@gmail.com

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

czwartek, 30 maja 2013
Ebi

Wydawało się, że w województwie śląskim ten człowiek najbardziej zostanie zapamiętany z wydarzeń, które miały miejsce 11 października 2006 roku i 17 listopada 2007 roku. Mogliśmy go wtedy podziwiać na Stadionie Śląskim.

Jestem jednak przekonany, że od dziś dla wielu ludzi znacznie ważniejszy od dwóch bramek z Portugalią i dwóch bramek z Belgią będzie ten brzydki gol zdobyty dla Jagiellonii Białystok w ostatniej minucie meczu w Bełchatowie.

Tak naprawdę dużo ważniejsza niż dla Jagi jest ta bramka dla:

- po pierwsze: Ruchu Chorzów (niebiescy meldują wykonanie zadania i mogą się już położyć);

- po drugie: Podbeskidzia Bielsko-Biała (dzięki temu bielszczanie w ostatnim meczu będą zależeć tylko od siebie. Będą mieli szansę zameldowania zadania, no i będą mieli szansę się położyć).

PS Ogromne gratulacje dla Piasta, trenera Marcina Brosza i jego drużyny. Liga Europejska w Gliwicach! To wielki wyczyn!

PS1 A poza tym Omega wreszcie może odetchnąć.

PS2 A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

poniedziałek, 07 stycznia 2013
A gdyby tak Piech za Milika?

W ramach karnawałowego szaleństwa postanowiłem pogdybać co by było gdyby jednego Arkadiusza zastąpił drugi. Gdyby Arkadiusza Milika zastąpił Arkadiusz Piech...

Odrzucam na chwilę niecodzienną otoczkę, odrzucam pierścień niechęci chorzowsko-zabrzańskiej, choć oczywiście z góry nie mogę założyć, że to wyjście jest niemożliwe - w końcu nie takie transfery z Ruchu do Górnika się zdarzały...

Wiadomo, że wyjścia są trzy: albo Piech odejdzie z Ruchu teraz za pieniądze albo odejdzie za pół roku za darmo albo... zostanie. Ruch zapewnia, że nie puści piłkarza do innego polskiego klubu, ale sam zawodnik wcale nie wyklucza takiej możliwości.

Nie chcę złościć kibiców Ruchu ani rozpalać kibiców Górnika (swoją drogą ciekawe czy byliby zadowoleni z takiego transferu). W tym wpisie zastanawiam się jedynie czy Piech podołałby zadaniu zastąpienia Milika. Chodzi mi jedynie o to czy wpasowałby się w taktykę zespołu grającego o mistrzostwo.

Górnik przymierza się już do innego napastnika (którego Adam Nawałka bardzo dobrze zna, ale od razu to ustalmy - nie ten rozmiar kapelusza), ale czy nie opłacałoby mu się ściągnąć Piecha?

Zauważcie, że napastnik Ruchu wpasowałby się w system 4-5-1, bo zna go jeszcze z czasów Waldemara Fornalika (który potem co prawda przeszedł na 4-4-2, ale pewnych rzeczy przecież się nie zapomina). Potrafi grać jako jedyny wysunięty napastnik, potrafi grać tyłem do bramki, potrafi grać pod presją, a i o mistrzostwo w zeszłym roku też przecież walczył. Co do skuteczności - zachwycamy się snajperskimi wyczynami Milika, ale należy pamiętać, że całym 2012 roku obecny zawodnik Bayeru strzelił w ekstraklasie o jedną bramkę mniej niż snajper Ruchu. Starszy Arkadiusz zdobył w ekstraklasie w tym okresie 13 goli, a młodszy Arkadiusz - 12.

Myślicie, że Piech - przy całej nierealności tego transferu - byłby w stanie zastąpić w Górniku Milika?

Myślicie, że Ruch nie skusiłby się na pieniądze (pochodzące z transferu Milika zresztą) gdyby Górnik chciał wydać odpowiednią ich ilość?

Zdaniem Czadobloga fajnie byłoby gdyby Piech został na Cichej. Ruch jest w dość trudnej sytuacji, a Piech na pewno by pomógł, jego bramki w rundzie wiosennej miałyby dla Chorzowa realną wartość. Ale gdyby jednak miał odejść - to tylko do Zabrza. Tak, wiem, że pieniądze za Milika mają przede wszystkim zasypać w Górniku budżetową dziurę, ale może warto wydać trochę więcej na taki transfer?

W każdym razie gdyby już Piech miał odchodzić - wolałbym go widzieć w Górniku niż na przykład w Śląsku Wrocław. A właśnie ta opcja wydaje mi się bardziej prawdopodobna niż zabrzańska. Po pierwsze dlatego, że gra tam jego kumpel Rafał Grodzicki, po drugie dlatego, że stamtąd bliżej mu do rodzinnych stron, a po trzecie dlatego, że miałby tam partnera, który mógłby mu dorzucać idealne piłki (mam na myśli Sebastiana Milę). Tylko czy Śląsk stać na Arkadiusza Piecha?

PS Omega nie chciałaby takiego rozwiązania. Ale wiadomo, że Omega nie może inaczej.

PS1 Ruch tymczasem zastanawia się nad pozyskaniem najlepszego w 2011 roku zawodnika ligi farerskiej. Chłopak miał nawet propozycję gry w reprezentacji Wysp Owczych, ale nie skorzystał. Poleca go Grzegorz Kapica, a moim zdaniem to bardzo dobra rekomendacja. Dlatego nie wyśmiewałbym się z tego transferowego kierunku.

środa, 21 listopada 2012
Gdyby Messi wychował się u nas

Ugć - ugć - ugć...

Osiągnięcia tego człowieka są niewiarygodne. A najbardziej niewiarygodne jest to, że przecież ciągle się rozwija i - choć trudno w to uwierzyć - kolejne lata mogą być jeszcze lepsze. Zauważcie, że wśród najlepszych piłkarzy świata Argentyńczyk jest wyjątkowy także pod tym względem, że właściwie omijają go poważne urazy.

Zastanawialiście się co by było gdyby Messi wychował się u nas? Mnie zastanawia nad czym byłoby najciekawiej się zastanawiać i z jakiego punktu widzenia.

Chyba najciekawsze byłoby zastanawianie się z pozycji klubu wychowującego piłkarza. Załóżmy, że z jakichś sentymentalnych powodów Jorge Messi dzwoni o pomoc dla syna nie do Barcelony, ale do... Zabrza albo Chorzowa. Junior cierpi na karłowatość przysadkową, a miesięczne koszty kuracji wynoszą 900 dolarów. Niby niezbyt dużo, zarówno dla Ruchu i Górnika to suma do przełknięcia, ale pamiętajmy, że chodzi o 11-letniego bajtla. Oglądają go jednak zarówno Grzegorz Kapica jak i Mieczysław Agafon i od razu przekonują swoich: ''brać'' (zresztą z tego co wiem dziś ogląda się już takich bajtli także u nas na Górnym Śląsku). Ruch albo Górnik (w tym momencie to nieważne) opłacają wszelkie koszty, a Messi z ojcem przylatują do Polski.

Mały Messi jako osoba niezwykle lojalna jest wdzięczny za pomoc a przy okazji zakochuje się w pięknym acz specyficznym śląskim krajobrazie i nie chce się już stąd ruszać. Odpada presja wywoływana przez hałaśliwych zwolenników jak najszybszego wysyłania zdolnych zawodników na Zachód: Messi nie jest Polakiem, więc od strony reprezentacyjnej nikt z tego wypychania nic by nie miał. 

Zakładam, że u nas ten diament rozbłyskuje z równą mocą co w Barcelonie. Wychowanie go na Górnym Śląsku w żaden sposób chłopaka nie ogranicza. Messi nie musi wcale wyjeżdżać stąd na Zachód żeby lepiej grać. Mam teorię, że diamenty największe z największych w równym stopniu radzą sobie bez żadnych problemów w każdych warunkach. Ilu było takich piłkarzy w Polsce? Wszędzie moim zdaniem poradziliby sobie Ezi, Cieślik, Pohl i Lubański (Deynę z przykrością muszę odrzucić, bo jednak w Manchesterze City nie poszło mu jak chciał). Messi też oczywiście zalicza się do tego grona.

I właśnie w tym momencie rodzi się najciekawszy dylemat. Utarło się, że jeśli tylko pojawi się jakaś w miarę godziwa propozycja należy piłkarza jak najszybciej sprzedać. Pomyślcie jednak, że macie w klubie chłopaka, który w ostatnim sezonie zdobył w lidze sto goli (każda hiszpańska ligowa bramka jest równa dwom polskim, myślę, że takim założeniem nie krzywdzę polskiej ligi:). Przychodzi do was ktoś, dajmy na to, z VfB Stuttgart i oferuje na przykład 10 milionów euro. Już, od razu, bez żadnych zwłok i rat. Zachłysnęlibyście się?

To suma kosmiczna, za taką kasę nikt z polskiej ligi jeszcze nie odszedł i pewnie długo nie odejdzie. Ale Messi - pamiętajmy, że w Górnym Śląsku jest zakochany - wcale nie za wszelką cenę chce odchodzić. Jego magia działa na lokalną społeczność w niezwykły sposób, mecze z dwudziestotysięczną frekwencją zdarzają się tylko z najsłabszymi rywalami. A przecież może być jeszcze lepiej, facet ma dopiero 24 lata...

Co robić?

Sprzedać za 10 milionów i ustawić klub czy czekać aż stawka jeszcze podskoczy? A jeśli złamie nogę i powtórzy się historia Marka Citki i Blackburn Rovers? Z drugiej strony Messi ostatni raz w polskiej lidze był kontuzjowany w 1979...., yyy, w 1997..., yyyy, nieważne. Nie był.

Sprzedalibyście czy nie?

PS Omega żałuje, że nigdy Messiego nie zobaczy.

niedziela, 04 listopada 2012
Instynkt

Instynkt zawodzi Czadobloga. Z reguły jest świadkiem niecodziennych zdarzeń piłkarskich na Górnym Śląsku, a tym razem nic nie podpowiedziało mu żeby zawitał na Bukową na spotkanie GKS-u z Grudziądzem. Ten mecz będzie długo pamiętany, bo zdarzyło się coś co z reguły zdarza się tylko w telewizji. Gol bramkarza! Ostatnio tylko Edek Ambrosiewicz był w stanie dokonać tej sztuki. Coś jest w śląskim powietrzu, bo tym razem gola po szaleńczym wypadzie zdobył dla gości w ostatniej minucie Michał Wróbel. Przez całą karierę temu rodzonemu w Gliwicach chłopakowi, który próbował zaistnieć w Górniku Zabrze coś stało na przeszkodzie. Może nie miał szczęścia, może brakło umiejętności, faktem jest, że dość długo wierzyła w niego Wisła Kraków. Czekała trzy i pół roku, ale się nie doczekała - Wróbel nie zaliczył nawet jednego ligowego meczu.

Wczoraj to potężne chłopisko dokonało jednak wyczynu historycznego. Gabaryty też pewnie miały znaczenie. A że wyczyn przejdzie do historii bardziej grudziądzkiego niż śląskiego futbolu - to już zupełnie inna historia.

PS Czadoblog obiecuje, że odda instynkt do zegarmistrza.

PS1 O bramkarzach, którzy strzelali gole przeczytacie - TUTAJ. 

PS2 Omega ma nawet jednego, któremu można zaufać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum