sobota, 14 października 2017
Szczęka mi opadła

Byłem dziś na meczu Piasta Gliwice. 

W 45. minucie przy stanie 1:0 dla gospodarzy na strzał z dystansu zdecydował się Mariusz Cetnarski, pomocnik Sandecji. Piłka odbiła się od poprzeczki i spadła w okolicach linii bramkowej. Arbiter zdecydował się na wideoferyfikację. VAR sprawił, że sędzia wskazał na środek. Miał rację, bo piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową.

Decyzja arbitra wywołała wściekłe protesty najbardziej zagorzałej części gliwickiej publiczności. "PZPN, PZPN, jebać, jebać PZPN" - ryknęła część kiboli siedząca za bramką.

W tym momencie spiker zdecydował się zwrócić im uwagę w sposób, który dotąd chyba nie miał jeszcze miejsca.

- Mamy więc za sobą stosunek z 98-letnią babcią [PZPN powstał w 1919 roku, przyp.aut.] i czas na sportowy doping - rzucił do mikrofonu, a mnie szczęka opadła. Nigdy dotąd czegoś takiego nie słyszałem!

                                                ***

Piast po dramatycznym meczu i golu zdobytym w doliczonym czasie ostatecznie zremisował, przełamał tym samym fatalną passę (poprzednie punkty zdobył 26 sierpnia w Białymstoku) i w momencie zakończenia meczu wydostał się ze strefy spadkowej (kolejka jest jeszcze niepełna).

Mnie w tym spotkaniu najbardziej zaimponował Aleksandar Sedlar, który grał przed duetem stoperów. Moim zdaniem był bezbłędny, w dodatku zrobił coś czego nikt od niego nie wymaga czyli strzelił gola (zrobił to jak bajtle na placu - przyjął sobie na kolanko i spokojnie uderzył). To facet, który prezentuje bardzo nieprzyjemny styl. Kiedy już sfauluje, rywala zawsze boli (dziś przekonali się o tym Wojciech Trochim i Adrian Danek). Wymogi współczesnego futbolu są jednak takie, że ktoś o tego rodzaju sposobie gry musi być w drużynie. Tym bardziej, że Sedlar potrafi grać w piłkę. Ma czysty odbiór, potrafi użyć wślizgu, potrafi dograć, ma nawet skuteczną krótką kiwkę. Na polskie warunki ligowe kawał piłkarza. Uważam, że w duecie z Patrykiem Dziczkiem wiele jeszcze dadzą Piastowi jako defensywni środkowi pomocnicy.

PS Wiem, że problem, który mnie nurtuje jest z gatunku marginalnych, ale zastanawia mnie dlaczego spiker użył słowa "babcia". Przecież słowo "PZPN" jest rodzaju męskiego!

niedziela, 01 października 2017
Szacunek dla Piasta. Pogarda dla jego kiboli

Byłem dziś w Zabrzu na jedynych obecnie ekstraklasowych derbach Górnego Śląska. Działo się.

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem gry Piasta Gliwice. Przyjeżdżał na stadion rozpędzonego lidera jako drużyna z ogona tabeli i trzeba bez ogródek przyznać, że dał radę. Spokojnie obroniłaby się teza, że przegrał niezasłużenie, bo stracił jedynego gola po karnym, którego nie powinno być. Widać, że Waldemar Fornalik i jego sztab uważnie przeanalizował sposób gry Górnika i potrafił wyciągnąć wnioski. Piast przez większość meczu bardzo umiejętnie neutralizował gospodarzy. Na tyle, że zabrzanie nie tyle nie potrafili wykorzystać sytuacji co w ogóle ich stwarzyć! 

Słyszałem opinie, że Górnik zagrał słaby mecz, ale nie mogę się z nimi zgodzić. Moim zdaniem przede wszystkim to gliwiczanie zagrali świetny! Konsekwentnie realizowali wytyczne z szatni. Bardzo podobali mi się dziś Hebert i Aleksandar Sedlar (ten ostatni to paskudnie złośliwy zakapior, ale przecież każda drużyna takich potrzebuje).

Niemniej brawa dla Górnika, bo jeszcze raz powtórzę: silne drużyny poznaje się po tym, że wygrywają nawet jeśli im nie idzie.

Jednak jak dobre wrażenie stworzył w Zabrzu Piast tak fatalne - jego kibole. Nieuszanowanie minuty ciszy to jedynie chamstwo, ale rzucanie petardami na sektory gdzie poniżej siedzieli  normalni, niczego nie spodziewający się kibice Górnika (były tam również dzieci) to już zwykły bandytyzm. A bandziorów trzeba traktować jak bandziorów - z całą należną surowością.

Dlatego gratulując Waldemarowi Fornalikowi drużyny z którą, spodziewam się, jeszcze wiele osiągnie jednocześnie współczuję, że musi znosić tałatajstwo robiące Piastowi złą robotę. 

PS Dziękuję Ekstraklasie jako patronowi "Opowieści o złotych latach". Widzieć na bandach ledowych podczas ligowego meczu własne nazwisko jako autora książki o Górniku to zaskakujące - przyznaję - przeżycie. 

sobota, 03 grudnia 2016
Zupa

Nieprzyjemne czasy: człowiek musi wstydzić się za to, że jest dziennikarzem.

Byłem dziś na meczu Piasta Gliwice z Koroną Kielce. Po spotkaniu poszedłem posłuchać co mają do powiedzenia trenerzy obu drużyn.

Jeśli ktoś nie wie: zwyczaj jest taki, że najpierw trener opowiada o wrażeniach z meczu, a potem pytania zadają mu dziennikarze. Kiedy trener Korony zakończył wypowiedź, prowadzący poprosił o więc zadawanie pytań. Pytań nie było, co w przypadku kolegów ze Śląska mnie nie zdziwiło, z reguły trenerów przyjezdnych dopytują przecież dziennikarze przyjezdni.

Maciej Bartoszek zanim wyszedł rozejrzał się jednak po sali. - Trudno zadawać pytania skoro micha pełna - zauważył z przekąsem. Zorientowałem się wtedy, że na sali są nieznani mi "dziennikarze", którzy słuchają Bartoszka jednocześnie wcinając zupę, konkretnie grochówkę z kawałami mięsiwa. Właściwie nie jedzą a raczej - przepraszam za wyrażenie - wpierd...ją. Tak, że im się uszy trzęsą! Przynieśli sobie zupę z sąsiedniego pomieszczenia.

Żeby było jasne: w jedzeniu zupy nie ma oczywiście niczego złego. Wyrazy wdzięczności należą się organizatorom, bo przecież taka zupa w taki ziąb może uratować życie.

Chodzi jednak o coś zupełnie innego: o wzajemny szacunek. Poprzez szanowanie innych szanujemy samych siebie. Naprawdę nie rozumiem jak można żreć grochówkę na konferencji prasowej siedząc na wprost jej gościa, słuchając jednocześnie co ma do powiedzenia, dosłownie trzy metry od niego?

Choć może się czepiam? Może nie powinienem narzekać? Przecież ci faceci mogli zacząć zadawać pytania z pełnymi ustami prychając spomiędzy zębów bobem i kawałkami mięsa, mogli je zadawać między jednym siorbnięciem a drugim...

A najlepsze jest to, że kiedy Bartoszek powiedział zdanie o misce, koleś wręcz pokraśniał z zadowolenia. Nieczęsto można przecież zostać bohaterem konferencji prasowej po meczu polskiej ekstraklasy...

Mierzi mnie to zdziczenie obyczajów. Obawiam się, że niedługo niektórzy mogą zacząć zadawać pytania na konferencjach drapiąc się po genitaliach, wydłubując brud spod paznokci lub miód z małżowiny. Solidarność zawodowa z kimś takim?!

Nie, dziękuję.

PS Moją relację z meczu Piasta można przeczytać TUTAJ.

PS1 Miałem okazję porozmawiać z najszybszą Polką. Szczegóły - TUTAJ.

piątek, 11 listopada 2016
Prezes klubu nie musi się znać na futbolu

Kiedyś byłoby to nie do wyobrażenia. Nadchodzi era, że nie do wyobrażenia będzie by mogło być inaczej.

Podoba mi się, że Marek Kwiatek, nowy prezes Piasta Gliwice nie udaje. Od razu na wstępie przyznaje, że nie zna się na futbolu. Takie postawienie sprawy jest uczciwe od samego początku. Nie wstydzi się tego, ale przecież... nie musi. Bo prezes klubu nie musi znać się na piłce nożnej. Fajnie jeśli ją lubi, jeśli się nią interesuje. Ale paradoksalnie, nie jest to wcale warunkiem koniecznym żeby taką posadę objąć! A przynajmniej nie powinno być

Oczywiście dobrze byłoby gdyby prezes wiedział, że facet, który akurat mówi mu na schodach "dzień dobry" gra w jego klubie na lewej pomocy. Ale przecież temu facetowi i tak bardziej niż na „dzień dobry”, zależy żeby miał dobre warunki do pracy i wypłacane na czas pieniądze. Wtedy będzie prezesa szanował bardziej niż gdy ten chwaliłby jego celne diagonalne przerzuty na przeciwległe skrzydło.

Z prezesem Kwiatkiem rozmawiałem jak wyobraża sobie swoją pracę, co uważa za najważniejszy cel. Podkreśla, że jego rola sprowadza się przede wszystkim do zapewnienia jak najlepszych warunków funkcjonowania klubu. Nie ma zamiaru decydować o polityce personalnej dotyczącej drużyny, o transferach. On zna się na pieniądzach (ma doświadczenie z branży developerskiej i zbrojeniowej).

Ale żeby ten układ hulał jak należy, żeby prezes mógł skupić się na tym, do czego został powołany czyli na biznesie, musi w Piaście pojawić się dyrektor sportowy. Prezes Kwiatek zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Wydaje mu się (a mnie przy okazji też), że to kluczowa, chyba najbardziej paląca kwestia. W Piaście będą musieli przecież pospawać sprawnego golema, z trzech niepracujących ze sobą dotąd ludzi: prezesa, dyrektora sportowego i trenera. Ten sprawnie działający triumwirat może zapewnić klubowi piękne dni. Jeśli jednak się zatnie, wszystko może runąć jak domek z kart.

Dyrektor będzie łącznikiem całości, będzie paliwem w silniku tego golema. Wydaje się więc, że wybór odpowiedniej osoby to dla Piasta fundamentalna sprawa. To musi być ktoś, kogo zaakceptuje mający silny charakter Radoslav Latal, ale jednocześnie ktoś, kto nie da czeskiemu trenerowi wejść sobie na głowę. To też musi być ktoś z silną osobowością.

Wtedy wszystko zadziała.

czwartek, 01 września 2016
Latal. To wcale nie pierwszy tak szybki powrót

Radoslav Latal wrócił do Piasta Gliwice po zaledwie 47 dniach. Kibice Piasta z nadzieją oczekują tego co będzie dalej.

Po konferencji na której przedstawiono starego-nowego trenera koledzy dziennikarze mówili, że nie przypominają sobie takiej sytuacji. Czadoblog jest już sędziwy więc jedną podobną sobie przypomina. Historia wydarzyło się zresztą całkiem niedaleko od Gliwic.

6 listopada 2000 roku trenerem GKS-u Katowice przestał być Bogusław Kaczmarek. Po powrocie do ekstraklasy Marian Dziurowicz spodziewał się, że w rundzie jesiennej zespół zdobędzie 20 punktów. Kiedy jednak okazało się, że nie ma szans na wypełnienie limitu doskonale działająca, nigdy nie zacinająca się dziurowiczowska gilotyna z furkotem spełniła powinność: w dwóch ostatnich spotkaniach rundy jesiennej drużynę poprowadził wcześniejszy kierownik drużyny Lechosław Olsza.

Różnica w położeniu Kaczmarka i Latala była jednak zasadnicza:  działacze GKS-u, zgodnie z obowiązującymi przepisami PZPN, kontraktu z Kaczmarkiem zerwać jednak nie mogli i według obowiązującej umowy miał na Bukowej zapewnioną pracę do czerwca. Był więc w klubie a jakby go nie było...

6 stycznia 2001 roku Kaczmarek wrócił jednak na stanowisko pierwszego trenera GKS Katowice. - Od tego momentu proszę mnie już nie kojarzyć z klubem - zadeklarował wtedy zdumionym dziennikarzom Marian Dziurowicz. Dobrze to pamiętam. Powrót Kaczmarka na stanowisko pierwszego trenera przeforsował młodszy syn Dziurowicza - Piotr, który zaledwie kilka tygodni wcześniej został prezesem sportowej spółki akcyjnej GKS. Dziurowicz junior podkreślał, że od dawna był do Kaczmarka przekonany, ale jako że liczył się z opinią ojca także i jego musiał przekonać. Udało mu się.

- Piotr jest na tyle doświadczony, że może od teraz pracować na własne konto. Ja dziękuję wszystkim za współpracę. Już zrobiłem, co do mnie należało: GKS wrócił do ekstraklasy, wygrałem wybory na prezesa Śląskiego OZPN i... wystarczy. Proszę nie kojarzyć mnie już z GKS-em Katowice - oświadczył wtedy Marian Dziurowicz senior. Jego ostatnią formalną decyzją była zgoda na powrót do pierwszego zespołu Bogusława Kaczmarka. Trener wrócił na stanowisko po 61 dniach.

Jak potem poszło Kaczmarkowi? Nieźle. Popracował już do końca sezonu czyli do czerwca 2001 roku. Wyciągnął drużynę na ósme miejsce w tabeli, potrafiła m.in. złoić na wyjeździe Legię (pamiętacie Moussę Yahayę? To był kolo...). A przecież był to dla GieKSy trudny czas, często brakowało prądu, gazu i ciepłej wody czyli coś co w dzisiejszym Piaście w ogóle nie mieściłoby się w głowie...

Myślę jednak, że gdyby na koniec obecnego sezonu Piast zajął pod wodzą Latala ósme miejsce - takie jak kiedyś GieKSa Kaczmarka -  nikt by się w Gliwicach nie obraził. Pewnie byliby jednak niezadowoleni: przy debilnej reformie oznaczałoby to bowiem rewelacyjną grę w dalszej części rundy jesiennej i w efekcie awans do pierwszej ósemki oraz formę dość mizerną albo nawet bardzo mizerną w rundzie wiosennej, bo nie udałoby się już zaatakować lepszej pozycji.

Latem 2001 roku Kaczmarek jednak nie wytrzymał. Nie dostawał pensji od siedmiu miesięcy i wspólnie z asystentem Markiem Kostrzewą podjął decyzję, że już koniec tego dobrego. - Nie jesteśmy od tego, aby łagodzić konflikty, zażegnywać bunty. Chcemy zająć się jedynie pracą szkoleniową, z piłkarzami - tłumaczył.

Można być pewnym, że drugie odejście Latala z Piasta będzie z zupełnie innego powodu niż odejście Kaczmarka z GKS-u.

PS A u rywala zza miedzy prezydent Zabrza chce się spotkać z kibicami.

PS1 A może przypominacie sobie inne tak szybkie trenerskie powroty?

niedziela, 07 sierpnia 2016
Piast mógł w tej Warszawie wygrać

Z tyłu idealnie i ze szczęściem. Z przodu niemrawo i dość bojaźliwie. Piast Gliwice zagrał dziś na wyjeździe z Legią przede wszystkim pragmatycznie: futbol to nie wybory miss, grunt to osiągnięcie celu a kibicom nie muszą po plecach przechodzić dreszcze wywołane wrażeniami artystycznymi. Udało się.

Szczerze pisząc Piast mógł na Legii nawet wygrać, ale nie ma co marudzić. Remis na wyjeździe to nie jest zły wynik, w końcu Legia to mistrz Polski.

Trener Jiri Necek ciągle zmienia Piasta i wydaje się, że rzeczywiście ustawia go pod konkretnego rywala. Taktycznie gliwiczanie ustawili się pod Legię bez zarzutu. Zaczynam rozumieć wdarcie się na stałe do podstawowego składu Piasta obrońcy Piasta Aleksandra Sedlara. Dla mnie to ciche okrycie tego meczu. Oprócz cech oczywistych dla każdego defensora o określonym ligowym poziomie Serb ma także niezwykłe wyczucie dystansu i w efekcie cenną umiejętność blokowania szczególnie groźnych zagrań rywala. Sposób w jaki zablokował piłkę w 20. minucie przy strzale Michała Kucharczyka, albo w 26. minucie przy strzale Aleksandrowa a także w kilku innych sytuacjach zasługują na duże słowa uznania. W trakcie meczu miał najwięcej odzyskanych piłekze wszystkich zawodników w tym meczu - 31 (żaden inny piłkarz Legii i Piasta nie doszedł do bariery 30 interwencji).

W parze z Hebertem, który również zagrał w Warszawie fantastycznie mogą stworzyć wręcz granitowy duet. Brazylijczykowi nie sposób wręcz przeszkodzić kiedy walczy o piłkę. Jest szybki i zdecydowany, ale to wiemy przecież od dawna.

A jeśli na bramce stoi Jakub Szmatuła, którego właśnie nawiedziła forma z zeszłego sezonu można być naprawdę spokojnym o tyły Piasta. Szmatuła momentami bronił jak natchniony, być może dlatego, że zawarł osobistą znajomość z futbolówką: w trakcie meczu po udanych interwencjach całował ją przynajmniej trzykrotnie. 

Cały gliwicki blok defensywny miał okazję się wykazać, bo Legia wcale się nie oszczędzała i ze wszystkich sił próbowała wygrać. Gospodarze grali ofensywnie, walecznie, starali się i dużo im się udawało. Wielu piłkarzy Legii ma wysokie umiejętności, tym razem mógł zaimponować rezerwowy skrzydłowy Steeven Langil, które centry potrafią siać spustoszenie i w przyszłości prawdopodobnie niejedna zakończy się golem.

Statystyki meczowe przemawiają za Legią; częściej posiadała piłkę, częściej i celniej strzelała, miała więcej podań, ale paradoksalnie - Piast mógł zgarnąć komplet punktów. Nie atakował zbyt często, ale i tak stworzył sytuacje wręcz idealne do zdobycia gola.

Można założyć, że gdyby Piast miał w składzie będącego w formie środkowego napastnika, takiego jakim w zeszłym sezonie był Martin Nespor mógł na Łazienkowskiej wygrać choćby 2:0. W 5 minucie po fantastycznym podaniu z głębi pola sam na sam z Arkadiuszem Malarzem znalazł się pełniący z konieczności funkcję środkowego napastnika Bartosz Szeliga, ale "podpalił się" i uderzył obok bramki. W jeszcze lepszej, wręcz idealnej sytuacji w 47 minucie znalazł się rezerwowy Marcin Pietrowski, ale również uderzył niecelnie i widać było, że jeszcze długo nie zapomni zmarnowanej szansy.

piątek, 15 lipca 2016
Jaka piękna katastrofa

Zawsze żal kiedy drużyna, której życzy się dobrze - przegrywa. Kiedy dzieje się to w meczu z lepszymi można przeżyć. Gorzej kiedy dostaje się straszne baty od zespołu co najwyżej przeciętnego a już na pewno niespecjalnie utalentowanego.

Idealnym przykładem był mecz Piasta z IFK Göteborg. To bardzo przykre: by powstrzymać najlepsze zespoły polskiej ligi wystarczy dziś jedynie siła, wybieganie, dyscyplina taktyczna, agresywność (choć kolega z numerem 6 czyli Sebastian Eriksson przeginał) oraz kilka przećwiczonych schematów. 

Od początku było widać, że na takiego rywala jak IFK trzeba mieć pomysł. Spróbować grać jak oni - bez sensu, nie wiem czy ich najmniejszy zawodnik miał mniej niż 185 cm wzrostu. Piast próbował więc grać technicznie, metodą dużej ilości podań, które miały umożliwić przedarcie się środkiem. Niestety wyglądało to nieporadnie. Żaden z gliwiczan nie był w stanie wykonać choćby 1/8 akcji Hala Robsona-Kalu z meczu z Belgią podczas Euro.

Należy jednak pamiętać, że Piast przystępował do meczu ze Szwedami bez dwóch zębów trzonowych. W ostatnich latach gliwiczanie przyzwyczaili się, że mogli liczyć zarówno na playmakera w starym stylu, który potrafił regulować tempo oraz skutecznie a przy tym w zależności od potrzeb konwencjonalnie lub niekonwencjonalnie rozegrać (Vassiljev, Vacek) jak i na napastnika, który ledwie muskał piłkę - ale tak żeby wpadła (Wilczek, Nespor).

Mecz ze Szwedami dobitnie uzmysłowił, że źródełko wyschło i kolejnych ludzi mogących wypełnić lukę na tych pozycjach nie ma. Rozegranie szwankowało, gliwiczanie próbowali rozdzielić je między kilku piłkarzy, ale efekty były mizerne. Jeszcze gorzej było z pomysłem na skuteczne wykończenie. W tej chwili nie ma w Piaście piłkarza, który robiłby różnicę.

Frustracji dał wyraz po meczu trener Radoslav Latal, który powiedział coś co na pewno nie spodobało się działaczom Piasta. Tego rodzaju wypowiedzi rzeczywiście powodują zaognienie wewnątrzklubowych relacji interpersonalnych co najczęściej zawsze kończy się tak samo.

- Pewne osoby w klubie muszą sobie uzmysłowić, że przed takimi meczami nie można osłabiać drużyny. Klub musi wyciągnąć wnioski, bo jeśli nie wyciągnie może być bardzo ciężko - powiedział Latal.

Wygląda na to, że jesień w Piaście może nie być przesadnie spokojna. 

niedziela, 15 maja 2016
Piaście, dziękujemy. To było naprawdę piękne

Jak to się dzieje, że w jednym miejscu gromadzi się konkretna grupa ludzi i potrafi sprawić coś tak niezwykłego, że będzie się o tym pamiętać przez lata?

To była wspaniała bajka, Piaście. Bić się o mistrzostwo do ostatniej kolejki - Gliwice mogą być dumne.

Radoslavowi Latalowi jestem wdzięczny za to, że potrafił wycisnąć ile się dało. Za to, że potrafił z talentem ułożyć melanż polsko-czesko-słowacko-słoweński. Za to dostrzegał w konkretnych piłkarzach coś czego inni nie byli w stanie dostrzec (idealny przykład to Marcin Pietrowski).

Jakubowi Szmatule jestem wdzięczny za jego cierpliwość. Za to, że wierzył w siebie i nie wątpił, że jest dobrym bramkarzem. Gdyby tak nie było rzuciłby przecież to przesiadywanie na ławce w diabły. Dzięki uporowi, w wieku 35 lat trafił mu się sezon, w którym rozegrał więcej meczów w ekstraklasie niż we wszystkich poprzednich sezonach łącznie. 

Hebertowi Silvie Santosowi jestem wdzięczny za to, że stał się najstraszniejszym pająkiem w ekstraklasie. Gdybym stał samotnie z piłką na środku boiska a Hebert podjeżdżałby dopiero pod stadion i tak obawiałbym się, że wyciągnie mi piłkę wślizgiem wkładając je przez drzwi wejściowe. Każdemu napastnikowi powinien włączać się dzwonek alarmowy gdy Hebert zbliżyłby się na odległość 20 metrów. On jest przecież jak krewetka modliszkowa.

Kamilowi Vackowi jestem wdzięczny za to, że dzięki niemu stara dobra szkoła dreptających rozgrywających ciągle w polskiej lidze nie zanika. Vacek to bowiem piłkarz dreptający, co mnie ujmuje, bo dreptanie na murawie zawsze mnie ujmowało. Tym bardziej, że nie jest to dreptanie dla dreptania, ale dla realnych korzyści. Vacek to jest pan piłkarz - dzięki niemu chyba nikt przesadnie nie tęsknił w Gliwicach za znakomitym Estończykiem Vassiljevem. Vacek jest bowiem jeszcze lepszy;

Martinowi Nesporowi jestem wdzięczny za to, że termin "harówka" wyniósł wśród napastników na zupełnie nowy poziom. Pomyślałem, że gdybym miał być nie pismakiem tylko zawodnikiem w stylu Nespora to po trzydziestu minutach wysiłku położyłbym się na murawie, zamknął oczy i umarł. Zauważcie jaki ten piłkarz jest na placu pracowity. Dla mnie Vacek gra, a Nespor haruje. Stworzenie dobrej drużyny piłkarskiej nie jest dziś chyba możliwe bez takich facetów w składzie.

Każdemu z zawodników Piasta jestem wdzięczny za coś innego. Ostatnie miesiące były wspaniałą bajką więc bardzo dziękuję za możliwość jej przeżycia. Zauważcie: na stadion Piasta przychodzi się dziś po to co najprostsze i jednocześnie najcenniejsze - zobaczyć dobry, emocjonujący mecz. Wiecie ile klubów chciałoby móc regularnie gwarantować publiczności AŻ TYLE?!

PS Na razie nie ma co burzyć miłej atmosfery, ale wkrótce - albo nawet już - trzeba będzie zadać pytanie: czy w następnym sezonie w związku z Piastem będziemy musieli się obudzić czy raczej będziemy mogli śnić dalej.

PS1 Dla Legii wyrazy uznania za zdobycie mistrzostwa.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski

niedziela, 01 maja 2016
Piast mistrzem Polski? To naprawdę realne

Kiedy już we wrześniu zeszłego roku pisałem, że Piast może zostać w tym sezonie mistrzem Polski niektórzy znawcy tylko się śmiali. Jeszcze niedawno uważali, że mistrzostwo Piasta byłoby ogromną sensacją (właściwie sensacją byłoby według nich każde inne rozstrzygnięcie poza tytułem dla Legii). Teraz fachowcy delikatnie zmieniają front, a sformułowanie "ogromna sensacja" niepostrzeżenie ulotniło się z ich słownika. Czy jeśli Piast zdobędzie mistrzostwo staną się wobec gliwickiej drużyny sympatycznie przymilni?

Prawda jest taka, że jeśli chodzi o mistrzostwo Polski ciągle nic nie wiadomo. Przed najważniejszymi rozstrzygnięciami sezonu nic nie jest przesądzone. Szanse Piasta i Legii są moim zdaniem równe, obie drużyny są mocne i wiele może się wydarzyć. Wydaje mi się jednak, że w Warszawie ciągle Piasta trochę się nie docenia, nawet teraz. Oczywiście nie w klubie, ale na mieście. Przypuszczam, że w stołecznej podświadomości jest to tak silne, że nawet jeśli gliwiczanie wygrają na Łazienkowskiej to na pewno nie okaże się to wynikiem siły Piasta tylko słabości Legii. Zauważcie: nigdy nie jest tak, że w Polsce Legia przegrywa dlatego, że przeciwnik jest lepszy, tylko dlatego, że słabo zagrała. Legia NIGDY nie przegrywa po świetnej grze rywala tylko po beznadziejnej własnej... Ale przecież to nie jest problem Piasta, prawda?

Sądzę, że w następny weekend możemy być świadkami znakomitego spotkania. Jeśli Piast będzie lepszy - niech wygra Piast. Jeśli Legia będzie lepsza - niech wygra Legia.

Proszę tylko o jedno: niech rozegra się to w sportowej atmosferze, bez kręcenia lodów, bez oglądania się na jakieś jubileusze czy inne  duperele. Po prostu: niech wygra lepszy i zostanie mistrzem Polski. Z góry dziękuję za takie postawienie sprawy.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

sobota, 12 marca 2016
Dwie wieżyczki

Kiedy drużyna jest dobrze przygotowana fizycznie niestraszne jej rozmiękłe boisko. A kiedy obie drużyny nie mogą na ten ważny element narzekać - zdarza się dobry albo nawet bardzo dobry mecz.

Właśnie taki obejrzałem dziś w Gliwicach. Spotkanie Piasta z Podbeskidziem było dobrą reklamą naszej ligi. Oba zespoły nie tylko chciały grać w piłkę, ale przede wszystkim oba w nią naprawdę grały. Bardzo szybkie tempo, wiele zmyślnych akcji, dużo dryblingów, dośrodkowań, strzałów i parad bramkarskich. A do tego dramaturgia, gole i rozstrzygnięcie w samej końcówce. Czego chcieć więcej?

Gospodarze mieli dobry pomysł na ten mecz. Na rozmiękłym boisku ciężko się biega. Ale nieco lżej kucykom niż perszeronom. Podbeskidzie na środku obrony wystawiło dwie wieże - Jozefa Piacka i Pawła Baranowskiego, co długo wydawało się dobrym pomysłem, bo obaj wygrali wiele pojedynków główkowych, ale ostatecznie na tym podłożu lepiej ruszały się dwie wieżyczki. Kamil Vacek i Gerard Badia, byli jak Indianie chodzący w karplach po śniegu. Obaj zagrali wręcz fantastycznie, ten duet może mieć decydujący wpływ na to co będzie działo się w tzw. "debilnej dogrywce" czyli dodatkowych kuriozalnych siedmiu kolejkach. Dwie wieżyczki przechytrzyły dwie wieże choć trzeba pamiętać o wielkim wkładzie w końcowy sukces Martina Nespora, który naharował się nie jak kucyk, nie jak perszeron, ale jak wół.

Trener Radoslav Latal odżył, widać, że zeszło z niego ciśnienie; martwił się czy zawodnicy podołają fizycznie po ciężkim tygodniu, ale tylko jeden zawodnik przyszedł do niego przed meczem i przyznał, że się słabo czuje. Josip Barisić miał zagrać od początku. Jednak po zgłoszeniu niedyspozycji wszedł po przerwie i - jak to ostatnio bywa - strzelił gola.

Gdyby każdy napastnik zgłaszający rano niedyspozycję wieczorem rozgrywał takie zawody - świat byłby lepszy.

Zauważcie: jeśli Cracovia ogra u siebie Legię, co jest przecież mocno prawdopodobne, a przynajmniej nie przegra - to Piast wraca na pozycję lidera. I to Piast już niezmęczony, przypominający tego Piasta z jesieni, a nie ciężko człapiący jak z początku tego roku. Wygląda na to, że złapali formę.

Dla przypomnienia - mój wywiad z Gerardem Badią, ewidentnie najlepszym zawodnikiem tego meczu - znajdziecie TUTAJ.

A Podbeskidzie? Gdyby miało spaść prezentując taką formę oznaczałoby, że polska ekstraklasa zbliża się do czołówki europejskiej. A jako, że raczej się nie zbliża - Podbeskidzie z taką grą ciągle ma szansę na ósemkę.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum