piątek, 01 września 2017
Ta drużyna może być naprawdę wielka

Nie wiem dlaczego, ale klęska reprezentacji Polski w Danii spływa po mnie jak po kaczce. Zdarza się. Nie wierzę by poważni kibice mogli uwierzyć, że zespołowi Adama Nawałki się to nie zdarzy.

W różny sposób ocenia się poziom drużyny. Być może jednym z nich jest moment, w którym zbiera bolesne baty.

Każdy kiedyś zbiera baty - chodzi o to żeby straty były jak najmniejsze, a nauczka jak największa. Być może to właśnie przydarza się reprze. Osobiście uważam, że baty przydarzyły się Polsce w idealnym momencie.

Po pierwsze: lepiej przegrać w taki sposób dokładnie w tym momencie eliminacji, a nie w 1/8 finału mistrzostw świata.

Po drugie: lepiej przegrać raz 0:4 niż cztery razy 0:1.

Po trzecie: ten nokaut jest właściwie bezbolesny. Ciągle Polska jest liderem grupy. Od niej wszystko zależy.

Ta drużyna ciągle może być jeszcze wielka. Dlatego wszelkie żale, płacze i narzekania przyjmuję do wiadomości, ale mam je gdzieś. Najważniejsze żeby wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski. Na narzekanie przyjdzie czas kiedy Polska w którymś momencie odpadnie. Głowy do góry. Ciągle jesteśmy w lepszej pozycji niż Duńczycy.

Zdrowie!

niedziela, 11 czerwca 2017
Co dalej z reprezentacją Polski

Siła naprawdę mocnej polskiej reprezentacji moim zdaniem nigdy nie opierała się na jakości jej największych gwiazd. To co pokazuje w tych eliminacjach Robert Lewandowski jest niezwykłe, ale zaraz nasuwa się wątpliwość - "a co jeśli coś mu się przytrafi albo zakończy karierę". Czy bez niego reprezentacja Polski byłaby dziś jak Jacques Anquetil tak daleko przed peletonem?

Nie mam oczywiście zamiaru umniejszać zasług innych piłkarzy obecnej kadry, wszyscy spisują się znakomicie. Ale we wczorajszym meczu z Rumunią dostrzegłem coś co znacznie zwiększa mój optymizm przed mistrzostwami świata w Rosji.

Podczas ostatnich mistrzostw Europy biało-czerwoni walczyli wspaniale. Wydaje się, że z tamtej drużyny udało się wycisnąć maksimum. Najpiękniejsze jednak jest to, że to może być tylko drugi albo trzeci obóz przez atakiem szczytowym, że prawdopodobnie to nie było apogeum możliwości kadry Adama Nawałki (choć oczywiście nie można tego przesądzać).

Do rzeczy: we wczorajszym meczu najbardziej wcale nie podobał mi się Robert Lewandowski. Bardziej urzeczony byłem grą Piotra Zielińskiego. Jego bystrością, techniką użytkową, swobodą w poruszaniu, szybkością reakcji, nagłymi zmianami tempa i kierunków rozgrywania akcji.

To powinien być playmaker kadry na lata (dziś modne jest budowanie drużyn bez playmakerów, ale zwolennikami tej koncepcji są zazwyczaj ci, którzy nie mogą na kogoś takiego liczyć:). Wydaje mi się, że właśnie współpraca ciągle rozwijającego się Zielińskiego z Lewandowskim powinna być elementem, który mógłby wznieść reprezentację na jeszcze wyższy poziom.

W związku z tym rodzi się kilka ciekawych pytań. Przy założeniu, że Zieliński ma pewne miejsce w składzie (pamiętacie, że dla reprezentacji odkrył go jako nastolatka jeszcze Waldemar Fornalik) można zastanawiać się czy za nim powinno grać dwóch defensywnych pomocników (jak wczoraj) czy tylko jeden. Bo jeśli dwóch to gdzie znaleźć miejsce dla wracającego do pełnej dyspozycji Arkadiusza Milika?

Zawsze miło mieć takie dylematy. Przez ostatnie dekady te dylematy przypominały raczej problem człowieka dysponującego zbyt krótką kołdrą. Gdzie ustawić i jak wykorzystać tego najbardziej wartościowego piłkarza żeby ukryć braki.

Polska piłka rzeczywiście jest coraz silniejsza. Miło przypomnieć sobie czasy z dzieciństwa.

środa, 12 października 2016
Dziękuję i proszę o więcej

Dziękuję reprezentacji za zwycięstwo z Armenią i za przedłużenie realnych szans na awans do mistrzostw świata. Jeśli w tych eliminacjach każdy następny mecz Polaków miałby tak przebiegać i tak się kończyć to ja pokornie poproszę z pocałowaniem ręki.

Moim zdaniem niektórym w głowach się poprzewracało. Po Euro uwierzono, że zwycięstwa i odpowiedni styl to powinność i obowiązek.

To bzdura. Dziś w futbolu wszystko trzeba wydrapać. Dlatego nie narzekam i nie mam zamiaru narzekać. Zbyt dobrze pamiętam lata 90 i zawiedzione nadzieje w cyklach 88-90, 90-92, 93-94, 94-96, 96-98, 98-00. Przestałem wierzyć, że kiedyś jeszcze Polska gdziekolwiek awansuje. Wiem, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale każdemu narzekającemu przydałby się skok w przeszłość i poczucie kibicowskiej beznadziei.

Zawsze może być gorzej. Mecz z Armenią nie był udany, ale co z tego? Wygrać mecz o punkty w takim stylu to ogromna sztuka. SZTUKA. Dotychczas polskiej piłce była obca, dlatego doceńmy co mamy.

PS Pogadałem z Wojciechem Cyganem o GKS-ie Katowice. Spokojny, wyważony głos. Zapraszam.

niedziela, 04 września 2016
Rozśmieszają mnie szmaciarze

Rzeczywiście jest coś niezwykłego w tej piłce nożnej, że obok normalnych ludzi przyciąga także szmaciarzy.

Szmaciarze wyróżniają się tym, że łatwo wpadają ze skrajności w skrajność, łatwo potrafią namierzyć cel, a potem go obsobaczyć i zmieszać z błotem - nawet w sytuacji kiedy tak naprawdę  jeszcze nic strasznego się nie stało.

Owszem, reprezentacja Polski nie zagrała dziś w Kazachstanie nadzwyczajnie, owszem Arkadiusz Milik mógł spisać się lepiej - w sytuacjach, które miał rzeczywiście mógł być skuteczniejszy i w efekcie przesądzić o zwycięstwie reprezentacji Polski. Tym razem nie udało się Polsce, tym razem nie udało się Milikowi. Trudno.

Jednak to dopiero początek eliminacji. Oczywiście szkoda tych punktów, ale tak jak warto zachować umiar w czołobitnym dziękowaniu za miejsce poza podium wielkiej imprezy, tak warto zachować umiar w toczeniu piany po gorszym wyniku na wyjeździe z drużyną uznawaną przez nas za słabszą. Nie wiadomo dlaczego szmaciarze wynoszą kadrę na poziom Argentyny czy Francji, nie wiadomo dlaczego według szmaciarzy nie wypada na wyjeździe zremisować z Kazachstanem. Czyż nie każdemu może się zdarzyć słabszy mecz? Czy Polska straciła szanse na awans?

Pozwólcie, jeszcze parę słów do szmaciarzy. Nieszmaciarzy proszę o zaprzestanie lektury w tym miejscu.

Czołem, szmaciarze;

Po pierwsze: Po Euro rozśmieszały mnie wasze komentarze głoszące, że na boiskach w Rosji z pewnością będzie lepiej. Zapomnieliście, że żeby na nich zagrać trzeba na tyle dobrze spisać się w eliminacjach by awansować, co? To NIGDY nie jest spacerek.

Po drugie: Wiem, że waszym zdaniem mieliśmy Kazachstan pożreć żywcem. Rzeczywistość zrobiła z was głupków więc z charakterystyczną dla szmaciarzy gwałtownością szukacie teraz kozłów ofiarnych. Wiadomo kiedy wchodzi się w czeluść internetowych komentarzy  lub w czeluść knajpy na dzielni trzeba przygotować się na smarowanie gnojem. Jednak chamstwo wybełtane w jakiejś takiej wybuchającej nienawiści i nieuzasadnionej pogardzie ma czasem taką dawkę, że trzeba wręcz umyć zęby. Natężenie drwiny i szyderstw w waszym mniemaniu ma świadczyć o waszej inteligencji? Wolno wam tak sądzić w wolnym kraju. Mnie wolno sądzić inaczej.

Po trzecie: zupełnie nieświadomie robicie dobrą robotę. Wasze pierdzenia i dyszenia powodują, że skóra piłkarza twardnieje, także dzięki wam staje się mocniejszy psychicznie. to nie jest takie oczywiste. Podejrzewam, że gdyby takiego Kazimierza Deynę przenieść znienacka w obecne czasy po jakimś jego nieudanym meczu w reprezentacji nieprzygotowany do skali obecnego hejtu mógłby się załamać. Podejrzewam, że Milik wie jakie pomyje mogą wylać szmaciarze, ale zna własne możliwości i ma poczucie wartości. Dlatego dalej będzie robił swoje;

Po czwarte: kiedy słyszę, że Arkadiusz Milik powinien po takim meczu jak dzisiejszy stracić miejsce w podstawowej jedenastce kadry to ogarnia mnie pusty śmiech. Doceniam talent Łukasza Teodorczyka albo Kamila Wilczka, ale tworzenie jakichś głupkowatych memów, skreślanie z obłędem w oczach i pianą na ustach takiego zawodnika jak Milik powoduje, że jesteście jeszcze bardziej szmaciarscy;

Po piąte: przygotujcie oczywiście garnce miodu. Przechodzenie ze skrajności w skrajność jest dla was typowe. Przypuszczam, że niedługo w zachwycie po jakimś kolejnym meczu eliminacyjnym będziecie z nich polewać Milika, z uwielbieniem patrząc mu w oczy i z wdzięcznością wzdychać za to co robi, a swoim dzieciom będziecie dawać na imię Arek. Bo na polskie warunki to znakomity piłkarz, który ciągle się rozwija. Jak sądzicie, szmaciarze, ilu polskich piłkarzy w wieku 22 lat zdążyło dla reprezentacji Polski strzelić 11 bramek? Może Wilimowski czy Lubański, ale to byli geniusze.

Żegnam ozięble i obyśmy się, szmaciarze, nie spotkali.

PS Jeszcze jedno: wiadomo, że nerwy mogą puszczać także na boisku, każdy jest człowiekiem. Uprzejmie prosiłbym jednak Kamila Glika żeby nie puszczały mu akurat w taki sposób. To było tak zawstydzające, że aż dech mogło zaprzeć.

poniedziałek, 12 października 2015
Od miłości do nienawiści jeden krok

To było świetne. Polacy wytrzymali fizycznie, nie dali się stłamsić, byli lepsi.

Rozumiem pozasportowe aspekty tej euforii, po raz ostatni awans pierwszej reprezentacji Polski przytrafił się przecież prawie piłkarskie pokolenie temu - w 2007 roku. Wreszcie udało się namacalnie udowodnić, że Polacy jako nacja potrafią grać w piłkę.

Co w tym awansie podoba mi się najbardziej? 

Powolna zmiana mentalności. Najbardziej podoba mi się, że przestajemy oglądać się na innych i patrzymy na siebie. Nawet nie chodzi o boisko, bo uważam, że piłkarze i sztab zawsze powinni wiedzieć o innych jak najwięcej. Chodzi mi o co innego - choćby o to, że przy niesprawiedliwie podyktowanym karnym dla Irlandczyków (faul Pazdana był przecież przed linią szesnastki) nie było jakiegoś narzekania i płaczu - zarówno przez piłkarzy jak i komentatorów. Takie rzeczy się zdarzały, zdarzają i będą zdarzać. Chodzi o to żeby przeżywanie buchającego poczucia niesprawiedliwości nie zadławiło drużyny w trakcie ciągle trwającego meczu. Wygląda na to, że zespół Nawałki (a kibice wraz z nim) za siebie się nie oglądają. O to chodzi. Moim zdaniem to cechuje solidne a także dobre drużyny;  

Co w tym awansie podoba mi się najmniej?

Najbardziej nie podoba mi się, że część społeczeństwa w zachłyśnięciu chwilą uważa, że stało się coś nadzwyczajnego. Spokojnie. Polska jedynie awansowała do mistrzostw Europy w chwili gdy zasady awansu są najłatwiejsze od momentu powstania tej imprezy. 

Czy jesteśmy futbolowymi kozakami dopiero się okaże podczas finałów. O tym, że trener Adam Nawałka rzeczywiście wykonał fantastyczną robotę będzie można powiedzieć dopiero kiedy Polska wyjdzie z grupy. Nie chcę umniejszać obecnego sukcesu, cieszę się nim jak wszyscy, ale to była powinność i właściwie nic więcej.

W zachłyśnięciu się mas nieprzyjemna jest powtarzająca się zasada, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. Jeśli reprezentacja Polski w słabym stylu we Francji odpadnie z grupy w dobrze znanym nam stylu: pierwszy mecz otwarcia (na przykład z Anglią), drugi mecz o wszystko (na przykład z Albanią), trzeci mecz o honor (na przykład z Austrią) to Nawałka i jego wybrańcy zostaną pożarci na przystawkę przez tych samych ludzi, którzy teraz wynoszą ich pod niebiosa. Usłyszymy zapewne dobrze znane: "Lepiej było nie awansować żeby teraz nie przeżywać takiego wstydu". Nastroje mas są bowiem jak rozchybotana łódka.

Taka jest kolej rzeczy. Jerzy Engel i Paweł Janas po wywalczeniu awansu do mistrzostw świata też byli bogami. A potem najchętniej wleczono by ich na haku. Jedyny sposób żeby teraz było inaczej to utrzymać serię zwycięstw w meczach o stawkę. Wtedy tak naprawdę będziemy mieć pewność czy jest z czego faktycznie być dumnym. 

PS Zachwyciła mnie siła strzału głową Roberta Lewandowskiego przy drugiej bramce. Kto z nas kopnął by tak mocno nogą?

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić również na Stadion Śląski.

sobota, 10 października 2015
Tym razem nieprawomyślnie i niepoprawnie. Trudno...

Przed meczem Polski z Irlandią chcę zwrócić uwagę na pewien fakt. Stawka jest wysoka i naiwnością jest zostawiać sprawę przypadkowi.

Szanuję Irlandczyków, ale - przykro mi - nie wierzę w ich czyste intencje. Uważam, że identyczny brak wiary przydałby się sztabowi reprezentacji Polski. A znalezienie antidotum na problem, który chcę przedstawić jest już wręcz jego obowiązkiem.

Chodzi o to, że celem nadrzędnym jest awans do Euro. Wszystko inne prędzej czy później jest - niestety - do zapomnienia. Doskonale widać to było podczas ostatniego meczu Polski ze Szkocją.

O co chodzi? O Roberta Lewandowskiego. Z nim reprezentacja Polski jest groźna dla każdego. Bez niego niestety nie - jest co najwyżej przeciętną reprezentacją europejską, która lepsze mecze będzie przeplatać gorszymi, ale większych wystrzałów nie należy się spodziewać. Trudno obrażać się na rzeczywistość.

Musi się o tym pamiętać. Dlatego uważam,że właśnie ten piłkarz powinien podlegać szczególnej ochronie. Unaoczniła mi to sytuacja z meczu ze Szkotami. W trakcie spotkania był przecież taki jeden moment, że bandyta (inne słowo nie wchodzi w grę) ze szkockiej ekipy brutalnie sfaulował Lewandowskiego i dokładnie w tym samym starciu próbował jeszcze nadepnąć leżącego na ziemi polskiego zawodnika. Było to działanie tak bezczelnie intencjonalne, że mi aż dech zaparło. Nie zauważyliście tego?! A sędzia nawet na gwizdnął...

W kontekście stawki ewidentnie należy więc brać pod uwagę wersję, że twardzi Irlandczycy będą chcieli wyeliminować Lewandowskiego w każdy możliwy sposób - jeśli będzie potrzeba lub sposobność - także nieczysty. Naiwnością jest sądzić inaczej. Polska musi być przygotowana na taką ewentualność. Także na to, że sędzia brutalnego zagrania nie zauważy, zlekceważy lub mu to umknie - tak jak umknęło pożal się Boże węgierskiemu arbitrowi w meczu ze Szkocją.

Lewandowski jest w tej chwili futbolowym zjawiskiem. Dlatego musi mieć na boisku bodyguarda. Nie nawołuję do gry brutalnej, absolutnie, broń Boże. Ale nie wolno pozwolić na to żeby najlepszy polski piłkarz był bezkarnie faulowany. Faulowany z intencją wyeliminowania z gry.

Dlatego uważam, że na każdy brutalny faul na Polaku kadra powinna szybko reagować - oczywiście o ile nie zareaguje sędzia. Sprawca intencjonalnego chamskiego zagrania musi zdawać sobie  sprawę co to dla niego nieuchronnie oznacza. Na własnej skórze. Musi poczuć ból. Bodyguard powinien załatwić to równie brutalnie przy nadarzającej się okazji. Złamana noga? Cóż - było próbować łamać nogę? Nie chodzi tylko o teraźniejszość. Chodzi także o bezpieczną przyszłość Lewandowskiego w reprezentacji.

Że co? Że to nie fair play? Nie rozśmieszajcie mnie. Sędzia puści grę, przeciwnikowi będzie oczywiście przykro, będzie przepraszał i się sumitował. A że wygra, bo zabraknie bramki zdobytej przez Lewandowskiego? Cóż, taka jest piłka nożna.

Kraj napadnięty broni się przemocą. Drużyna napadnięta też powinna bronić się jak może. Bo kiedy odpadnie czekając na sprawiedliwość najpewniej zostanie z niczym, może jedynie z łatką frajerów. 

Warto o tym pamiętać.

PS Żenuje mnie dmuchanie balonika jakoby 11 października był wyjątkowo szczęśliwym dniem dla polskiej reprezentacji. To wybiórcze podejście do sprawy. Owszem, były zwycięstwa, ale czy już nikt nie pamięta klęski 1:4 ze Słowacją w Bratysławie kadry Apostela w 1995 roku w eME (czerwień dla Koseckiego i Świerczewskiego) oraz klęski 0:3 z Gruzją w Tbilisi kadry Wójcika w 1997 roku w eMŚ (oczywiście porażki w towarzyskich meczach z Belgią w 1931 roku i Rumunia w 1978 roku są bez znaczenia)?

PS1 Byłem dziś na meczu GKS-u Katowice ze Stomilem Olsztyn. Przykro się patrzy kiedy wysiłek zaprzepaszcza się tak głupimi, wręcz karygodnymi indywidualnymi błędami.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

poniedziałek, 30 marca 2015
Nowe myślenie o reprezentacji [Z DUBLINA]

Bylem na spotkaniu Eire z Polska. Mecz bardzo mi sie podobal. Piekny stadion i swietna atmosfera, byc moze byl to nawet najglosniejszy mecz na jakim bylem w zyciu. Doping wlasciwie perfekcyjny, ogromna w tym zasluga kibicow reprezentacji Polski.

Uwazam, ze reprezentacja wykonala w Dublinie kawal dobrej roboty. W inteligentny sposob przez wieksza czesc gry kontrolowala spotkanie. Wcale nie uwazam, ze to byl szczegolnie brzydki mecz. Polska podjela fizyczna walke z gospodarzami co nie bylo latwe. Jedyny minus to chyba taki, ze na jakis kwadrans przed koncem wygladalo jakby Polacy zaczeli szybko tracic sily i w efekcie cierpiala na tym dyscyplina taktyczna, ktora we wczesniejszych fragmentach meczu wrecz mi imponowala (przy tej rabance kazdy by stracil sily, ale Irlandczycy zbyt latwo zaczeli przedostawac sie pod nasze pole karne). W przypadku Polski czesto jest tak, ze na boisku pilkarskim albo ma duzo szczescia albo ma duzo pecha. Mecz w Dublinie polaczyl oba te stany, bo przeciez nawet jesli gra Polakow mi sie podobala to musze milczec kiedy slysze, ze moglo sie skonczyc chocby 1:3 i nikt - lacznie ze mna - by nie pisnal.

Zachowanie sedziego kiedy gospodarze zdobyli gola uwazam za oburzajace. Bardzo dobrze ustawiajacy sie przez caly mecz Lukasz Fabianski byl ewidentnie faulowany i nie powinno byc rzutu roznego. Ale wiecie co? Mam to gdzies. Nie wiem co to byl za sedzia. Nawet nie chce wiedziec, bo chce myslec o reprezentacji Polski w zupelnie nowy sposob. Wreszcie nadszedl na to czas.

Chce o kadrze zaczac myslec jako o silnej i interesujacej druzynie. Takiej od ktorej ogladania nie bola pachy i nie cierpna palce u stop. Uwazam, ze obecny zespol jest perspektywiczny i moze przyniesc jeszcze wiele satysfakcji. Oczywiscie sa detale albo decyzje, ktore mi sie nie podobaja, ale tak jest chyba z kazdym kibicem, ktory uwaznie przypatruje sie druzynie narodowej.

Silny zespol - powtarzam, że za taki chcialbym wreszcie uwazac Polske - i jego kibice nie powinni plakac gdy sa krzywdzeni w momencie kiedy ciagle wiele - a wlasciwie wszystko - jest do zyskania. Olejmy to. Niech bialo-czerwoni wygraja w rewanzu 3:0 (stac ich) i niech awansuja na turniej do Francji (stac ich). Nie warto skupiac sie na arbitrach i zwalac na nich niepowodzenia w momentach kiedy ich bezmyslne, debilne, stronnicze czy tez nieprofesjonalne decyzje i tak nie zatapiaja naszych nadziei.

PS W Dublinie bylo mnostwo polskich kibicow. Wlasciwie caly przekroj spoleczny. Byly ladne dziewczyny, stateczni mezczyzni, dzieci i lyse miesniaki. Paleta zachowan tez przerozna, co tu duzo mowic. Ale nie jest tak, ze chama zawsze musisz od razu walic pala zeby zrozumial niestosowne zachowanie. Kosztowalismy grzecznie guinessa w jednym ze starych dublinskich pubow (takiego, ktory ciagnie historie od XVIII wieku) - mozna bylo tam nie tylko cos dobrego wypic, ale i dobrze zjesc. Nagle z wrzaskiem wparowala do lokalu grupa podchmielonych sympatykow (jeden mial nawet wasy). Okazalo sie, ze sa milosnikami Pet Shop Boys. Na melodie wlasnie tej niezapomnianej grupy zaczeli wrzeszczec o bialo-czerwonych z taka sila, ze oryginalna stara boazeria lokalu nie dala rady i zaczela matowiec. Pozostali goscie patrzyli na nich z autentycznym zdumieniem, ale nie przypuszczam, ze do sympatykow mogla dojsc oczywista prawda: ludzie nie mieli pojecia kim oni sa i dlaczego tak wrzeszcza.

Do krzykaczy wystartowala malutka, energiczna Azjatka z zacietym wyrazem twarzy. Wygladala na kierowniczke sali. Powiedziala cos kategorycznie i ku mojemu zdumieniu sympatycy zamilkli. Jeden z nich wyszedl przed szereg i glosno krzyknal: - "We apologize!" Zaraz potem wszyscy opuscili lokal. Czadoblozek twierdzi, ze akcja Chinki kiboli po prostu rozbawila. "Taka mala a jaka odwazna." Ja jednak wierze w ludzi i chcialbym ufac, ze ich jednak zawstydzila.

PS1 A poza tym Omega powinna wrocic.

PS2 Jeszcze raz dzieki, Rysiu.

wtorek, 14 października 2014
Niemożliwe nie istnieje

Padły remisy.

Największe emocje budzi teraz nie mecz w Warszawie a... mecz w Gelsenkirchen. Remis Niemców z Irlandczykami sprawia bowiem, że w polskiej grupie stało się dość ciasno.

Ludzie zaczynają kalkulować. Wielu kibiców polskiej reprezentacji żałuje, że... Irlandczykom w ogóle udało się zremisować z mistrzami świata na wyjeździe. Wszystko dlatego, że nikt nie wierzy by Niemcy mogłyby nie wyjść z naszej grupy. Niemcy mogą oczywiście przeżywać trudności, ale przecież nigdy dotąd nie zdarzyło się żeby zawalili eliminacje. 

Dlatego uważa się, że wszelkie ewentualne punkty zdobywane przez wyspiarzy to dla polskiej reprezentacji oznacza jedynie złe wieści. W myśl tego założenia Niemcy powinny zabierać punkty wszystkim, a Polacy, którzy jako jedyni z nimi jak dotąd wygrali - tylko na tym skorzystają.

No bo jak: Niemcy mieliby tej grupy nie wygrać?

No bo jak: Niemcy musiałyby o awans walczyć w barażach??!!

No bo jak: Niemcy mogłyby nawet zaprzepaścić udział w barażach???!!!

Cóż, ostatnie dni udowodniły, że zawsze jest ten pierwszy raz, że  niemożliwe nie istnieje*.

Uważam, że polska reprezentacja nie powinna się na mistrzów świata oglądać. Moim zdaniem powinno się zakładać, że Niemcy to rywal jak każdy inny. A w przyszłym roku pomyśleć jak wygrać tam na wyjeździe.

Dlatego uważam więc, że punkt Irlandii w Gelsenkirchen jest dla biało-czerwonych korzystny.

PS A tak poza tym mecz ze Szkocją zapamiętam z trzech powodów.

Pierwszy: przez Arkadiusza Milika. Ten gol był fantastyczny, do tego w bardzo ważnym momencie. Co ten dwudziestolatek jeszcze zdziała?

Drugi: przez "sędziego" Alberto Mallenco. Niezauważenie na początku meczu próby urwania nogi Lewandowskiego przez Gordona Greera dyskwalifikuje tego człowieka jako arbitra. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że Lewandowski nie może liczyć na nic lepszego również w meczu z Irlandczykami. Taki styl...

Trzeci: z kombinowania Adama Nawałki. Kombinowania - znaczy reagowania na niesprzyjające okoliczności. Po meczu jesteśmy mądrzy, ale ustawienie drużyny dokładnie w ten sam sposób jak na Niemcy, z wymianą pojedynczych ogniw o tej samej charakterystyce - miało sens. Wydawało się, że trzeba przeciwstawić się rąbance. Rzeczywiście rąbanka była, ale tym razem - powtarzam: jesteśmy mądrzy po szkodzie - nie warto było czekać. Z Niemcami trwanie za podwójną a nawet potrójną gardą miało głęboki sens. Adam Nawałka jest zwolennikiem cierpliwości więc przypuszczał, że ze Szkocją też zdarzy się moment na odskoczenie.

W trakcie meczu okazało się, że jest potrzeba lepszej jakości w rozegraniu piłki. Jest potrzeba posiadania piłkarza, który nie tylko będzie rozbijał, ale jest w stanie niekonwencjonalnie i zaskakująco podać.

Adam Nawałka to dostrzegł i wpuścił Sebastiana Milę. To wejście mimo faktu, że to z Niemcami Mila strzelił gola było moim zdaniem ważniejsze niż w poprzednim meczu. Nie ma wątpliwości, że ten moment odmienił losy meczu. Mila był świetny. I choć akurat nie Mila brał udział w akcji dającej wyrównanie to za właśnie kombinowanie należą się selekcjonerowi słowa dużego uznania.

Paradoksalnie ten mecz powinien wzmocnić... Filipa Starzyńskiego. Oczywiście, dziś jego pozycję zajmuje Sebastian Mila i to fakt bezdyskusyjny. Mnie chodzi jednak o to, że Starzyński powinien uzmysłowić sobie ważną sprawę: chodzi o to, że obecność piłkarza o jego charakterystyce i sposobie gry ma jednak w tej kadrze sens. A przecież do tego eliminacyjnego dwumeczu nie wydawało się to wcale takie oczywiste. 

*oczywiście bez przesady z tym niemożliwym: w najbliższym meczu Niemców z Gibraltarem będzie dwucyfrówka.

niedziela, 12 października 2014
N-I-E-W-I-A-R-Y-G-O-D-N-E

Właśnie wróciłem z Warszawy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co zobaczyłem.

I.

Jaki ten futbol dziwny... Nie udało się wygrać z Niemcami polskiej reprezentacji mającej w składzie w latach 30. Ernesta Wilimowskiego, w latach 50. i 60. Ernesta Pohla., w latach 80. Włodzimierza Lubańskiego, a udało się kadrze z Arkadiuszem Milikiem. Chłopak z Tychów ma zaledwie 20 lat, a w piękny sposób zapisał się w najważniejszym jak dotąd meczu reprezentacji Polski w XXI wieku. Czy zrobi taką karierę jak jego wielcy poprzednicy ze Śląska?

Niemcy jawili mi się dotąd jako fantastycznie, w najdrobniejszych szczegółach zaprojektowane cybernetyczne monstrum futbolowe, które za każdym razem kiedy los ma na to ochotę bez emocji odziera ze złudzeń szarpiącą się w konwulsjach reprezentację Polski. Oczywiście piszę o meczach o stawkę. Dotychczas w meczach o coś konkretnego biało-czerwoni strzelili Niemcom tylko jednego gola. Zresztą w tym samym miejscu co teraz, choć okoliczności przyrody - czyli stadion - był "nieco" inny (43 lata temu udało się to Robertowi Gadosze, Polska i tak wtedy przegrała).

Dlatego trudno było sobie wyobrazić lepszy moment na przełamanie najbardziej niepomyślnej passy w historii futbolu. Nie ma już ani jednej drużyny ze światowej czołówki z którą biało-czerwoni przynajmniej raz nie wygrali, nie wspominając o zwycięstwie w meczu o stawkę. W dodatku tym razem udało się pokonać Niemców jako aktualnych mistrzów świata...

Wydawało mi się, że nic nie jest w stanie wyprowadzić Niemców z równowagi. Wydawało się, że Polaków zawsze ogrywają beznamiętnie, bez zbędnych uczuć i bez pasji, bo z pasją można grać z równym sobie. Tym razem zobaczyliśmy innych Niemców. Okazało się, że to nie cyborgi, lecz ludzie, których może coś dotknąć. Widać to było nie tylko w końcówce meczu kiedy jeden z piłkarzy gości wdał się w szarpaninę ale i po ostatnim gwizdku kiedy prawie żaden z nich nie podszedł do sektora gości żeby podziękować im za doping. Zabolało ich. Tak po ludzku ich zabolało. Zauważenie tego faktu przez polskich piłkarzy może mieć ogromnie znaczenie także w przyszłości. Człowieka znacznie łatwiej dotknąć niż cyborga, znacznie łatwiej go pokonać.

II.

Po losowaniu większość kibiców w Polsce życzyła Niemcom jak największych zdobyczy punktowych, poza grami z biało-czerwonymi oczywiście. Chodziło o to żeby mistrzowie świata zabrali jak najwięcej punktów innym drużynom, bo pierwsze miejsce i tak będzie zarezerwowane dla nich. Teraz nieoczekiwanie pojawia się pokusa żeby kibicować innym w starciu z Niemcami, bo - co jeszcze przed chwilą wydawało się nierealne - Polska mogłaby wygrać wyścig o pierwsze miejsce w grupie. To oczywiście hurraoptymizm, któremu będzie można odciąć przedrostek "hurra-" jeśli ekipa Nawałki wygra jeszcze dwa tegoroczne spotkania eliminacyjne. To jest możliwe, ale nie warto dopisywać sobie tych punktów już przed tymi meczami.

Już słyszę opinie, że ten zwycięski mecz przejmie rolę mitycznego meczu na Wembley sprzed ponad 40 lat, że wreszcie coś innego z dziedziny futbolu zajmie główne miejsce w naszych hipokampach;) Akurat z tym zgodzić się nie mogę. 

Wtedy mecz na Wembley był początkiem czegoś niezwykłego, czegoś co skończyło się na samym szczycie. Mecz w Warszawie też może być początkiem czegoś niezwykłego, ale wcale nie musi. Wówczas Wembley dawało awans do mistrzostw świata po 36 latach. Teraz mecz w Warszawie nawet nie daje awansu do mistrzostw Europy po ośmiu latach przerwy (cztery lata temu Polska nie walczyła o awans). Dlatego poczekajmy jeszcze z detronizacją Wembley.

III.

Mecz jest cenny nie tylko dlatego, że delikatnie narusza ten mit, lecz przede wszystkim dlatego, że mebluje tę drużynę akuratny sposób. Chodzi o to, że klasowy zespół musi mieć kręgosłup na którym musi się oprzeć. Okazało się dobitnie, że trzy z czterech supełków tworzących linię są zawiązane i nie ma potrzeby ich rozwiązywać i zmieniać. 

Po pierwsze - Wojciech Szczęsny bronił fantastycznie i gdyby nie on mecz byłby przegrany. Jest świetny zarówno na linii jak i na przedpolu. Po drugie - Kamil Glik dzięki codziennej grze we Włoszech zrozumiał na czy polega rola stopera i ta wiedza przy jego możliwościach jest nie do przecenienia. Zrozumienie zawiłości taktycznych na jego pozycji jest kluczowe i chyba właśnie to pozwala mu przeistaczać się w stopera europejskiej klasy. Po trzecie - Robert Lewandowski potwierdził - w sposób może tym razem nieprzesadnie spektakularny - że jest jednym z najlepszych napastników świata. Lewandowski w starciu z mistrzami w żadnej konkretnej sytuacji ani razu nie stracił głowy. Nie stresował się kiedy miał rywala obok siebie (co zdarzało się jego kolegom), mało tego - potrafił go w takiej sytuacji ośmieszyć przy okazji na przykład wykonując znakomite podanie (jak to do Sebastiana Mili) albo wręcz celowo (zakładając siatkę w końcowych minutach).

Żeby szczęście było pełne potrzeba jeszcze czwartego supełka. Kogoś w pomocy. Nie chodzi nawet o defensywnego pomocnika, wiadomo, że tę rolę znakomicie przez lata może pełnić Grzegorz Krychowiak. Chodzi o klasycznego playmakera, który potrafi regulować tempo i znakomicie podać. Niemcy mieli w swoich szeregach dwóch kapitalnie wywiązujących się z tej roli zawodników: Kroosa i Goetze, który szczególnie mi zaimponował. Okazuje się, że bez playmakera można wygrać, ale gdyby polska kadra dysponowała kimś takim na reprezentacyjnym poziomie o ile zwiększałby się wachlarz jej możliwości? Niektórzy widzą w tej roli Sebastiana Milę, ale dla mnie nawet gol zdobyty w meczu z mistrzami świata to zdecydowanie za mało.

IV. 

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o Stadionie Narodowym. Nigdy na nim wcześniej nie byłem więc muszę napisać co uważam. Otóż jestem zachwycony. Dziś w Polsce nie ma lepszego miejsca do rozgrywania meczów reprezentacji Polski w piłce nożnej. To cacko, które robi wrażenie pod względem architektonicznym, ale i arena, która daje fantastyczną moc gdy jest wypełniona kibicami. Warszawa może być dumna z tego miejsca. Ujął mnie także tak nieznaczący z futbolowego punktu widzenia fakt, że stadion świetnie widać z Placu Zamkowego... 

Oczywiście zawsze można się do czegoś przyczepić. Ogólnie publiczność na Stadionie Narodowym zachowywała się wspaniale, ale nie podobały mi się dwa momenty.

Pierwszy, niezmienny od lat - klaskanie podczas hymnu. Musielibyście widzieć te rozanielone twarze, których właściciele wyklaskują hymn gości sądząc oczywiście, że to szczyt savoir-vivre'u. Wiadomo, że piłka przyciąga także ludzi prostych i nie ma w tym nic złego. Warto jednak żeby jakiś przemawiający do ich serc albo umysłów autorytet wytłumaczył, że to zaścianek z gatunku tych najbardziej zawstydzających.

Drugi to nowe zjawisko. Odkąd  nowoczesne stadiony dysponują świetną bazą gastronomiczną ("świetną" w sensie bliskości od trybun i łatwości sięgnięcia) pojawiła się nowa plaga. Plaga polega na tym, że w przerwie ludzie gromadnie idą napełnić kałduny. Nie ma w tym oczywiście nic złego, razi mnie jednak, że żarcie zabierają ze sobą na trybuny. Nie chodzi nawet o to, że oglądają pochłaniając, choć pochłanianie oglądając to nie moja bajka. Chodzi o to, że z tymi wszystkimi hamburgerami i innymi parówkami przeciskają się na swoje miejsca już po gwizdku wznawiającym grę i potem trzeba robić im miejsce, wstawać, dekoncentrować się i z nie swojej winy tracić wiele z jakości widowiska. Jedyna rada na pożeraczy hamburgerów jest taka, że z równo z gwizdkiem rozpoczynającym drugą połowę powinny zatrzaskiwać się wejścia prowadzące bezpośrednio na sektory. Spóźnieni pożeracze nie powinni być wpuszczani. Dokładnie tak jak spóźnieni kinomani nie powinni być wpuszczani do sali kinowej kiedy rozpoczął się już film.

To oczywiście marzenie ściętej głowy, bo wtedy byłby mniejszy zysk a co zarabiającego obchodzi, że pożeracz hamburgerów przeszkadza innym kibicom?

PS Wydawać by się mogło, że niemiecki futbol nie ma Polsce nic do zawdzięczenia. Otóż ma.

Jak donosi mój niemiecki kolega dziennikarz Thomas Dudek właśnie ukazuje się tam autobiografia Wernera Hanscha, jednego z najbardziej znanych komentatorów piłkarskich w Niemczech. "Die Stimme des Ruhrgebiets ("Głos Zagłębia Ruhry") jak się go tam nazywa jest żywą legendą. Okazuje się, że Hansch ma polskie pochodzenie. Pochodzi z polskiej mniejszości w Zagłębiu Ruhry a po wojnie jego ojciec, który był komunistą, wyjechał z nim do Polski. Tam Werner Hansch nawet zapomniał niemieckiego! Ale potem wszystko się zmieniło...

Przy biografii współpracował Uli Hesse, którego świetna książka "Tor! Historia niemieckiego futbolu" ukazała się w tym roku na polskim rynku nakładem wyd. Kopalnia. A szczegóły dotyczące biografii Hanscha - TUTAJ.

niedziela, 07 września 2014
Tauzen

W futbolu świetne jest to, że nigdy nie zostajemy na lodzie: zawsze jeśli coś się kończy to coś w zamian się zaczyna. Zapominamy już więc o świetnym brazylijskim mundialu: dziś sympatyczne i bezstresowe rozpoczęcie eliminacji mistrzostw Europy.

Osobiście uważam, że jeśli biało-czerwowni wygrają z Gibraltarem niżej niż 3:0 to będzie wstyd, ale w ogóle nie zamierzam się nad tym rozwodzić, bo to po prostu praktycznie niemożliwe. Uważam, że z tym rywalem byłaby w stanie poradzić sobie reprezentacja Tauzena. Co prawda w Gibraltarze żyje o sześć tysięcy więcej mieszkańców niż na katowickim osiedlu Tysiąclecia (29 tysięcy - 23 tysiące), ale wiem co piszę: na Tauzenie często wynajmują przecież mieszkania piłkarze grający w pobliskich klubach (z Tauzena są dwa rzuty beretem na Bukową i Cichą i jeden rzut beretem na Stadion Śląski).

Dlatego wynik 3:0 to założenie mocno pesymistyczne, osobiście wierzę w... 5:0.

Ucieszył mnie Zbigniew Boniek. Sprawę postawił jednoznacznie, jak mężczyzna. W wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" powiedział:

"Do Francji chcemy jechać i prawdopodobnie pojedziemy. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co robi kadra. Stworzyliśmy jej najlepsze możliwe warunki. Trenera Nawałkę wybrałem ja i jestem przekonany, że postąpiłem dobrze."

Najistotniejsze dla mnie jest drugie zdanie: "biorę pełną odpowiedzialność". Dla mnie oznacza to ewidentnie honorowe podejście do sprawy i rezygnację z prezesury w razie nieosiągnięcia celu. No bo co innego mogą oznaczać takie słowa?

Oczywiście poniewczasie może okazać się, że ja rozumiem to tak, że jak pan Boniek mówi to robi a pan Boniek rozumie tak, że jak mówi to mówi, ale moim zdaniem nie ma sensu tego na razie roztrząsać. Polska przecież na pewno awansuje do najbliższych mistrzostw Europy. Gdyby mnie ktoś spytał czy wolę żeby Polska była w gronie ośmiu najlepszych drużyn Europy a Boniek nadal był prezesem czy raczej żeby Polska nie awansowała do Euro 2016, a Boniek zrezygnował to nawet chwili bym się nie zastanawiał. Dla mnie Zbigniew Boniek mógłby być dożywotnim prezesem PZPN - byleby tylko w czasie jego kadencji Polska regularnie wychodziła z grup na wielkich turniejach. Powtarzam: to JEDYNE kryterium jakie powinno obowiązywać przy ocenie prezesa futbolowego związku.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 A jakie są Wasze typy na Gibraltar? Czy jest choć jedna osoba, która twierdzi, że Polska dziś nie wygra?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum