sobota, 25 marca 2017
Najważniejsze dziś derby

Byłem dziś na WDŚ - Wielkich Derbach Świętochłowic. Dziś nie rozgrywano żadnych ważniejszych derbów w Polsce. Wiele znacznie większych miast nie może poszczycić się taką rywalizacją. Dwa wspaniałe kluby z niecodzienną historią: Śląsk Świętochłowice i Naprzód Lipiny ostro rywalizowały ze sobą w lidze już w latach 20. Wiosną 1921 roku w klasie A nie udało im się jeszcze zagrać, bo wybuchło III Powstanie Śląskie, ale potem między nimi działo się mnóstwo, najciekawiej oczywiście przed wojną...

Śląskowi dwukrotnie udało się wtedy awansować aż do ekstraklasy. W Lipinach do legendy przeszedł mecz kiedy oba zespoły walczyły o awans a słynny Erwin Michalski nie strzelił Świętochłowicom karnego w tak ważnym momencie. "Rozbieg... strzał... i piłka poszybowała wysoko, daleko, na sąsiadujący z boiskiem... cmentarz. Do dziś w Lipinach opowiadają, że Michalski pogrzebał jedną z największych szans awansu" - pisał "Sport" w 1960 roku.

W 1934 roku na mecze Śląska z Naprzodem przyszło 7 tysięcy kibiców. Reszty chętnych nie wpuszczono, bo nie było miejsc. Czasem dochodziło do meczów wręcz niezwykłych - choćby w 1938 kiedy Śląsk wygrał z Naprzodem 8:4 i wyprzedził go ostatecznie w tabeli ligi śląskiej (lipinianie zajęli drugie miejsce)...

Dzisiejszy mecz odbył się na Skałce, bardziej kojarzonej oczywiście z żużlem. Faworytem był - z oczywistych względów - Śląsk. Gospodarze w okręgówce walczą o awans, przed tym meczem mieli punkt straty do lidera - Odry Miasteczko Śląskie. Naprzód walczył o honor - zajmuje w tabeli ostatnie miejsce i nie będzie mu łatwo się utrzymać, bo miał siedem punktów straty do zespołu zajmującego... przedostatnie miejsce w tabeli.

Wstęp na dzisiejszy mecz był darmowy, można było bez problemów wjechać sobie samochodem na stadion i zaparkować przy trybunie. Na spotkanie przyszło około pół tysiąca kibiców. Nie było między nimi nienawiści znanej z lig wyższych. Obok mnie szalała pani, która nie ukrywała mięty do gości i nikt nie miał z tym problemu.

Przed meczem najbardziej podobało mi się... podejście do ławek rezerwowych. Otóż na Skałce - ze względu na bieżnię służącą żużlowcom - nie ma ich w miejscu gdzie jesteśmy przyzwyczajeni je oglądać. Pięć minut przed meczem rezerwowi zawodnicy przesunęli je tak żeby mogły być wykorzystane na specjalnych platformach pod trybuną główną. Podejrzewam, że takiego widoku na murawę nie mają rezerwowi na żadnym stadionie w Polsce!

Na boisku nie było widać różnicy w tabeli. W pierwszej połowie ambitnie grające Lipiny miały kilka świetnych okazji na bramkę, ale nic z tego nie wyszło. W drugiej - gospodarze wbili dwa gole i było po meczu. Ta wygrana dała Śląskowi pozycję lidera, bo Miasteczko Śląskie nieoczekiwanie przegrało dziś u siebie z Łazowianką.

Nie zmienia to faktu, że obu klubom życzę by rozgrywały kiedyś derby co najmniej tak wysoko jak przed wojną. Na przykład walcząc o ekstraklasę.

19:24, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 czerwca 2015
Szok! Czas Ludowych Klubów Sportowych

W województwie śląskim największą siłą zawsze były kluby górnicze. Jak wiadomo górnictwo ma dziś ciężko dlatego do głosu dochodzą u nas inne piony. Nigdy jednak nie spodziewałbym się, że realną siłą futbolową staną się... Ludowe Kluby Sportowe.

To dzieje się na naszych oczach.

W II lidze okrzepł już (znaczy utrzymał się właśnie jako beniaminek) Ludowy Klub Sportowy "Nadwiślan" Góra - gmina Miedźna, powiat pszczyński, 2800 mieszkańców.

W III lidze miejsce w środku stawki zapewnił sobie Ludowy Klub Sportowy Czaniec - gmina Porąbka, powiat bielski, 5700 mieszkańców.

Dziś byłem naocznym świadkiem jak do tejże III ligi awansował w Radzionkowie Ludowy Klub Sportowy Bełk - gmina Czerwionka-Leszczyny, powiat rybnicki, 3300 mieszkańców. Gratulacje!

Pełen entuzjazmu wiceprezes Bełku powiedział mi po meczu, że ich budżet wynosił 260 tysięcy zł. Teraz - jako że będą rozsławiać gminę w całym regionie, będą prosić burmistrza Czerwionki-Leszczyn o większe pieniądze.

Jeśli jednak myślicie, że kibice ludowych klubów kibicują po ludowemu to jesteście w błędzie.

Grupa fanów gości oszalała ze szczęścia. Przyjechało ich około 110, obliczyłem więc szybko, że do Radzionkowa przyjechał co trzydziesty mieszkaniec Bełku. Rozochoceni kibice gości rozwiesili nawet sektorówkę (sic!) z napisem „od wioski do miasta po mistrzostwo i basta”.

Jednak wygląda na to, że Bełk utożsamia się nie tylko z Bełkiem. „My jesteśmy chłopcy z Bełku/cała Polska o nas wie/u nas zawsze jest kultura/chociaż mówią o nas źle”. Zarówno ta rymowanka jak i kilka innych wyraźnie moim zdaniem świadczyły za kim Bełk kibicuje w ekstraklasie - to zaśpiewy znane przecież ze stadionu Górnika Zabrze i znikąd indziej.

Szkoda, że w pewnym momencie wdarła się w ten sielski obrazek fałszywa nuta, aż się wzdrygnąłem. Wszystko bardzo mi się podobało do momentu kiedy kibice Bełku nie zaczęli nagle śpiewać "awans już mamy, za ch... go nie oddamy". Nawet Bełk?! Po co to? Skandowane bluzgi będą mnie mierzić zawsze. Naprawdę żałuje, że bydlackie maniery pojawiają się już nawet wśród kibiców Ludowych Klubów Sportowych.

O okolicznościach awansu Bełku i dzisiejszym meczu w Radzionkowie - napisałem TUTAJ.

PS Jeśli któryś z tych LKS-ów będzie chciał wdrapać się jeszcze wyżej - zapewne przestanie być LKS-em. Świadczy o tym przykład Termaliki Bruk-betu Nieciecza. Beniaminek ekstraklasy do 2009 roku był przecież LKS-em...

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

22:24, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (7) »
środa, 10 czerwca 2015
Sami swoi

Jako dziecko bardzo często jeździłem z rodzicami do Rybnika. Już od Orzesza zaczynał się Górny Śląsk inny od tego który znałem. Nie kamienice, familoki i bloki a wolno stojące obejścia, niezwykle schludne. Najlepiej pamiętam... kwiaty doniczkowe wystawione na parapetach. Robiły wrażenie.

Kiedy byłem już trochę starszy jako człowiek interesujący się futbolem zacząłem przyglądać się jak się wiedzie w tym względzie Rybnickiemu Okręgowi Węglowemu. Można uznać, że tamtejsze kluby zawsze stały trochę na straconej pozycji. Rywalizacja z głównym sąsiadem czyli górnośląską aglomeracją to wyjątkowo trudne zadanie.

Dlatego zdumiewające jak dzielnie dawali sobie więc w ROW-ie radę. Już w ekstraklasie w 1948 roku Rymer Niedobczyce potrafił zlać Wisłę Kraków 7:2 (to był jedyny ligowy mecz "Białej Gwiazdy" tamtego sezonu w którym nie zagrał przyjaciel Gerarda Cieślika "Messu" Gracz. Niedobczyce fantastycznie to wykorzystały).

Trzy lata później Górnik Radlin zdobył wicemistrzostwo Polski. Mogło być znacznie lepiej, bo władza umyśliła, że to będzie sztandarowy klub resortowy, symbol górnictwa. Każdy zdolny ze Śląska miał dostać przydział do radlińskiego klubu no i górniczy etat. Ale zbuntowała się... miejscowa ludność! "Nie chcemy u nas przybłędów. Niech grają sami swoi". Tym sposobem skorzystało na tym... Zabrze, tam nikt nie narzekał, że drużynę tworzy się nie tylko z mieszkańców tego miasta. Ba, symbolem Górnika stał się bodaj najwybitniejszy piłkarz rodem z ROW-u: Stanisław Oślizło (wychowanek Kolejarza Wodzisław czyli Odry). A Radlin spadł z ligi.

W latach 60. w ekstraklasie grała Unia Racibórz*, ale miała ciężko. Piłkarze z Raciborza czuli się w ludowej Polsce trochę sekowani. Dziwnie patrzono na drużynę, w której grali zawodnicy o imionach: Ginter, Manfred, Helmut, Konrad, Joachim, Rainhold, Zygfryd, Bernard, Lothar, Wilhelm czy Kurt... Największym sukcesem Unii było 8. miejsce w ekstraklasie w sezonie 1963/64. Bramki strzelali wtedy supersnajperzy - Manfred Urbas i Ginter Lazar (wcześniej królowie strzelców drugiej ligi - coś jak dziś Grzegorz Goncerz:).

Potem nadeszła era ROW-u Rybnik. Piłkarze tego klubu w latach 1969-77 zaliczyli siedem sezonów w ekstraklasie. W 1975 do finału Pucharu Polski awansowała nawet ... rezerwowa jedenastka ROW-u, ale przegrała w nim ze Stalą Rzeszów. 

Imponowało mi, że każdy z tamtych klubów miał mniejsze i większe ambicje. W latach 90. pięć minut miały "Rydy" czyli Naprzód Rydułtowy, swego czasu mocny klub zaplecza ekstraklasy (jako jeden z pierwszych montował krzesełka zamiast ławek) oraz Górnik Pszów (byłem naocznym świadkiem jak na własnym stadioniku w 1993 roku złoił w Pucharze Polski Lecha Poznań).

Wspomnianemu wcześniej Radlinowi mocno kibicował urodzony tam Ireneusz Serwotka. Kiedyś opowiadał mi jak marzył o karierze piłkarza, ale kiedy miał 16 lat lekarze wykryli u niego arytmię serca. - Szkoda, bo dobrze się ponoć zapowiadałem - żałował. W ataku III-ligowego wówczas Górnika zdążył rozegrać kilka meczów. To on stworzył kolejną potęgę z Rybnickiego Okręgu Węglowego - Odrę Wodzisław. Odra weszła do ekstraklasy i dokonała czegoś niezwykłego - utrzymała się w niej (z większymi i mniejszymi sukcesami) prawie piętnaście lat (do 2010 roku).

Po upadku Odry wydawało się, że na szerokie wody wypłynie rybnicki Energetyk (niesłusznie zwany ROW-em). Teraz jednak w katastrofalny sposób nie zdołał awansować do I ligi, choć przecież długo wydawało się, że ma to jak w banku. Słychać plotki, że ten brak awansu może wywołać w Rybniku trzęsienie ziemie, że miasto ostatecznie zostawi futbol na rzecz żużla.

Mam nadzieję, że nie, ale jeśli tak by się stało - czeka na bezkrólewie. Jak znam życie - krótkie. Kto mógłby zostać nowym hegemonem ROW-u?

PS Niektórzy moi koledzy sprzeciwiają się, że Unię Racibórz zaliczam do ROW-u. W sumie nawet nie wiem czy czują tam jakiś związek emocjonalny z tym pojęciem.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

10:05, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (7) »
wtorek, 05 maja 2015
Sen o potędze

Czasami człowiek na nic nie ma czasu dlatego musi kraść go po nocach. Stosik książek do przeczytania przy lampce nocnej przerodził się już w stos i nic na to nie mogę poradzić.

Czasami człowiek wieczorem bierze jednak książkę do ręki a potem... nie ogląda się na nic. Z rozmysłem doczytuje ostatnią stronę kiedy już koguty pieją. Potem najwyżej trochę poziewa w ciągu dnia i tyle. Trudno.

Nie zdarza mi się często żeby książka mnie tak wciągnęła, ale tym razem się zdarzyło. Otóż wziąłem do ręki "Wisłę Kraków. Sen o potędze" Mateusza Migi i... już nie wypuściłem.

Muszę się Wam przyznać, że bardzo lubię Kraków. Jeśli wziąć pod uwagę duże miasta w Polsce poza Górnym Śląskiem - tam właśnie czuję się najlepiej. Lubię tamtejszą atmosferę, zabytki, knajpy i stadiony (uwielbiam wracać choćby na obecny obiekt Cracovii). Przypadkowo się złożyło, że właśnie w Krakowie 26 lipca 1980 roku zobaczyłem pierwszy raz w życiu mecz piłkarski na własne oczy (Wisła przegrała wtedy towarzyskie spotkanie z Budućnostią Titograd 2:3, na mecz zabrał mnie ojciec koleżanki moich rodziców). Potem Wisłę oglądałem wielokrotnie - zarówno w Krakowie jak i na Śląsku, ale... nie tylko. Na przykład w 2008 roku na Camp Nou widziałem mecz wiślaków z Barceloną - właśnie wtedy dostałem największego ataku spazmatycznego śmiechu w dziejach Czadobloga. Było już chyba 0:2 albo 0:3 kiedy grupa przyjezdnych fanów z Polski zaczęła śpiewać z trybun "jazda z k..., Wisełka, jazda z k...". Nigdy nie czułem na trybunach absurdu sytuacji mocniej niż właśnie wtedy (pamiętam jeszcze wściekłość, że nie mogłem zostać w Barcelonie kilku dni dłużej, bo niedługo potem gospodarze grali towarzyski mecz z Boca Juniors).

Wisła, choć dostała wtedy niezłe wciry, na pewno była i jest drużyną zasługującą na fajną książkę. Właśnie tego rodzaju jaką napisał Miga. Zgadzam się: "Biała Gwiazda" to zdecydowanie najlepsza polska drużyna XXI wieku - właśnie dzięki niej jedyny raz uwierzyłem, że klubowy futbol z Polski może coś za mojego życia znaczyć w Europie (sposób w jaki rozwałkowała choćby Schalke był niezwykły).

Kiedy w sierpniu 1997 roku oglądałem na Bukowej jak GKS Wojciechowskiego i Ledwonia rozjeżdża Wisłę Kraków 4:0 nie uwierzyłbym, że lada moment może być odwrotnie (cztery lata później, we wrześniu 2001 roku Wisła wygra na Bukowej po pięciu bramkach Macieja Żurawskiego). Wszystko rodziło się i rosło w piorunującym tempie dzięki biznesmenowi Bogusławowi Cupiałowi. Okres jego rządów jest idealną i naturalną klamrą spinającą opowieść w zgrabną całość.

Nikt tak naprawdę nie wie dokładnie od kiedy Cupiał kocha Wisłę. To pozwala zastanawiać się czy nie dało się go przejąć wcześniej i skierować na inne tory... Jest przecież absolwentem Technikum Kolejowego w Sosnowcu. Właśnie w mieście nad Brynicą otworzył w latach 80. sklep z odzieżą. Później zajął się produkcją wyrobów metalowych, głównie drutu, gwoździ i siatki ogrodzeniowej. Tak rodziła się potęga produkującej kable Tele-Foniki - sponsora krakowskiego klubu. Gdy w 1998 roku Cupiał zainwestował w Wisłę, działacze Zagłębia aż zgrzytali zębami. Do tego samego technikum co Cupiał, przecież chodził również Krzysztof Tochel, wieloletni trener Zagłębia...

Nie zmienia to oczywiście faktu, że Cupiałowi udało się w Krakowie stworzyć najbardziej wyrazistą polską drużynę ostatnich lat, a Mateuszowi Midze udało napisać książkę, którą świetnie się czyta - nawet człowiekowi, który na co dzień nie żyje przecież "Białą Gwiazdą". Widać kawał naprawdę dobrej reporterskiej roboty. Opisu wielu bramek tam nie znajdziecie (zresztą nie są konieczne, bo ciekawym pomysłem jest rozrysowanie kilku najbardziej pamiętnych bramek w trójobrazkowych historyjkach). Miga daje nam panoramiczną opowieść budowaną na różne sposoby. Nie może oczywiście zabraknąć smakowitych anegdotek.

Choćby takiej, że uzależniony od szybkich motocykli Maciej Żurawski żeby mieć pewność, że nikt go w Krakowie nie rozpozna już w podziemnym garażu przebierał się w pełny strój łącznie z kaskiem. Albo takiej, że Kamil Kosowski jeszcze śpiąc zgodził się na transfer z Górnika Zabrze do Wisły. Zdecydowała o tym krótka rozmowa.

Stanisław Płoskoń, ówczesny prezes Górnika: - Idziesz do Wisły?

Kosowski, zaspany: - Ale jak? O co chodzi? Prezesie, jest ósma rano!

Płoskoń: - K...! Albo idziesz do Wisły albo nigdzie!

Kosowski: - Dobra, dobra, pójdę do Wisły (rozłącza się, zasypia, a  potem idzie do Wisły).

Idzie i... wsiąka w Kraków, a raczej - jak pisze Miga - "nasiąka nim jak gąbka". W Krakowie jest bowiem gdzie się bawić więc w 2004 roku Kosowski przyznawał odważnie w jednym z wywiadów: "rzadko zdarzało się, bym trzeźwy wracał do domu".

Zresztą - gdybyście nie wiedzieli - niektórzy piłkarze wielkiej Wisły czasami dla bezpieczeństwa przenosili się wówczas z imprezami na Górny Śląsk. Sam w tamtym okresie widziałem ich kilkakrotnie w jednym z lokali przy ul. Matejki zaraz obok Domu Powstańca w Katowicach:)

Po przeczytaniu książki nachodzi człowieka pytanie - czy Wisła Cupiała kiedykolwiek będzie w stanie nawiązać do tamtych sukcesów? A jeśli tak - czy będzie to jeszcze za Cupiała? Czy kiedykolwiek uda jej się przełamać przekleństwo i osiągnąć wymarzoną Ligę Mistrzów? Perspektywy nie są nadzwyczajne. Także dlatego, że rywale na krajowym podwórku są już znacznie silniejsi niż dziesięć lat temu. Ba, obecnie chyba za silni dla Wisły.

Polecam.

Mateusz Miga "Wisła Kraków. Sen o potędze"

Kraków 2015, wyd. SQN

ss.410

PS A poza tym Omega powinna wrócić. Jeśli ktoś nie pamięta to na stadionie Wisły była ona znacznie wcześniej niż na stadionie Ruchu.

czwartek, 09 kwietnia 2015
Półfinalista PP naprawiał u mnie telewizor

Za chwilę w Poznaniu rewanżowy mecz Błękitnych Stargard w półfinale Pucharu Polski. Z tej okazji chcę przypomnieć historię z mojego ukochanego Załęża. Była tam drużyna, która nie wychylała się z niziutkich lig, ale raz wzleciała niezwykle wysoko - właśnie do półfinału Pucharu Polski. Aż żałuję, że nigdy tego nie widziałem. Niestety: urodziłem się za późno.

Z bogatej historii Baildonu Katowice przypomnę tylko jedną datę: 19 listopada 1967 roku. To dzień chwały, o którym niektórzy pamiętają na Załężu do dziś. W 1/16 finału Pucharu Polski występujący w katowickiej A-klasie piłkarze "Beldony" zagrali z obrońcą trofeum - wielką Wisłą Kraków. Na malutki stadionik obok domu kultury przyszło aż 3200 kibiców. Część z nich oglądała ten mecz z pobliskich drzew, balkonów i dachów.

No i Wisła "utonęła na błotnistym boisku przy ul. Gliwickiej" - jak pisała prasa (było naprawdę błotniste, wiem coś o tym). Gole dla "Beldony", która wygrała 2:1, zdobyli Andrzej Labuzga i Jan Włodarczyk. - Przez cały mecz broniliśmy się na własnej połowie. Udało nam się przeprowadzić dwa kontrataki, po których zdobyliśmy zwycięskie gole. Po meczu byliśmy tak zmęczeni, że w szatni kwadrans dochodziliśmy do siebie, nic nie mówiąc - opowiadał mi kilkanaście lat temu bramkarz tamtej drużyny Edward Krymer. Pan Krymer cierpliwie naprawiał moim rodzicom telewizor kiedy ten się psuł (to był "Ametyst" na czterech długich nóżkach, co za cacko, pamiętam, że programy przełączało się specjalną wajchą:). Pan Krymer pracował oczywiście w hucie Baildon, zresztą jak prawie wszyscy w dzielnicy - również moi kochani rodzice.

Oto skład Baildonu z tamtego historycznego meczu: Krymer - Błaszczyk, Krzemiński, Poloczek, Zając, Kuczera, Szryt, Stobrawa, Tomala (Słaboń), Labuzga, Włodarczyk.

Hutnicy w tamtej edycji PP odpadli dopiero w półfinale, przegrywając z Ruchem w Chorzowie 1:7, choć nawet prowadzili po sensacyjnym strzale Antoniego Szryta. Mecz miał pierwotnie odbyć się na Załężu, ale naciski prezesa Ruchu Ryszarda Trzcionki (ówczesnego wiceministra hutnictwa) spowodowały, że przeniesiono go do Chorzowa. Piłkarzom Baildonu działacze Ruchu obiecali za zgodę na przeniesienie meczu 250 zł, a pół huty oglądało ten mecz dzięki darmowym biletom. Wielkiego sprzeciwu nie było, bo prawie całe Załęże kibicowało wtedy Ruchowi (dziś wschodnia i środkowa część jest generalnie za GKS-em, zachodnia - generalnie za Ruchem).

W latach 60. i 70. drużyna Baildonu pałętała się między A-klasą i ligą terenową, aby na początku lat 80. spaść do klasy B. Drużyna seniorów została rozwiązana w 1988 r. Powód był dość prozaiczny. Piłkarze w szatni mieli piece gazowe, które podgrzewały wodę do kąpieli. Liczniki znajdowały się w domu kultury. Kiedy przejął go prywatny właściciel, nie chciał już płacić za gaz. Dziś to nawet domu kultury w Załężu nie ma. Na jego miejscu (i na miejscu boiska) stoi multikino (które też zdążyłem polubić)...

Dobrze przynajmniej, że do dziś istnieje zaraz obok Moje Skrzyżowanie...

PS Omega widziała tamto 7:1.

wtorek, 26 sierpnia 2014
"Do ko-pal-ni! Do ko-pal-ni!" Nie ma sprawy

"Do ko-pal-ni! Do ko-pal-ni!" - tak z reguły skandują na stadionach śląscy kibice kiedy są niezadowoleni z gry własnych piłkarzy. Tymczasem na szczeblu centralnym pewien przypadek sprawia, że ten zaśpiew całkowicie traci rację bytu.

Beniaminkiem II ligi jest Ludowy Klub Sportowy Nadwiślan Góra. Ta nazwa - jak na górnośląski klub - dla niektórych może trochę dziwnie brzmieć, ale przecież na historycznym Górnym Śląsku również znajdują się miejscowości nie dość, że malutkie to jeszcze położone nad Wisłą. To nie tylko przywilej Krakowa albo Warszawy. Stadionik Nadwiślana jest położony zaledwie kilkaset metrów do rzeki. Może nawet jest bliżej Wisły niż stadiony Cracovii, Wisły albo Legii?:)

Musicie wiedzieć, że w tymże Nadwiślanie kopie piłkę facet, którego historia zmienia optykę. Tomasz Matysek to dla mnie niezwykła postać. Górnik. Ale taki prawdziwy, który codziennie wstaje o 5 rano żeby pójść na szychtę. Matysek ma 26 lat, pochodzi z Lędzin i robi na grubie (dokładnie w KWK Ziemowit). Trenuje dopiero po robocie, co w zeszłym sezonie nie przeszkodziło mu być najlepszym strzelcem drużyny. Facet zdobył aż 23 gole (22 w lidze + 1 w barażach) i wydatnie pomógł Nadwiślanowi w awansie będącym przecież największym sukcesem w historii tego klubu. 

I teraz najlepsze: kiedy wszyscy piłkarze klubu z Góry podpisywali zawodowe kontrakty Matysek... się wyłamał! Twardo stąpa po ziemi: piłkarzem się bywa, górnikiem się jest. W efekcie to facet ciągle bez zawodowego kontraktu!

Pozytywna historia przy której nasuwają się pytania.

Po pierwsze - w której właściwie lidze powinno podpisywać się zawodowe kontrakty? Czy w ogóle przepisy powinny mieć na to jakikolwiek wpływ?

Po drugie - czy górnika powinno się ubezpieczać od urazów odniesionych na boisku? Czy piłkarza powinno się ubezpieczać od urazów odniesionych w kopalni? Czy przepisy w ogóle powinny to regulować?

Po trzecie - czy gdyby talent Matyska wystrzelił jeszcze wyżej to czy na wyższym poziomie można by go zmusić do dokonania wyboru? Czy tylko pieniądze powinny być tym co mogłoby go przekonać do zarzucenia profesji górnika?

Tak czy inaczej - niech Tomaszowi Matyskowi (czy ktoś wie co łączy go z Johannem Cruyffem?) i jego Nadwiślanowi wiedzie się jak najlepiej. Na razie w II lidze piłkarze z Góry jeszcze nie wygrali, ale pamiętajcie - z powodu remontu boiska jeszcze nie zdołali w ogóle zagrać u siebie. Trzy mecze rozegrali jako gospodarz na boisku rywali. Pierwszy historyczny drugoligowy mecz w Górze odbędzie się już niedługo: 31 sierpnia. Niezwykłe, że rywalem będzie klub również... położony nad Wisłą, również mający Wisłę w nazwie! Nie sądzę jednak żeby piłkarze z Puław wsiedli na statek i popłynęli w górę rzeki.

To będzie niezwykły mecz. Chciałbym tam być! 

PS Zdaję sobie sprawę, że przeciętnemu kibicowi Nadwiślan Góra może w ogóle nie kojarzyć się z Górnym Śląskiem. Przeciętny kibic z głębi Polski może pomyśleć, że:

- po pierwsze: na GŚ są przecież same miasta;

- po drugie: miejscowość Góra nie może leżeć na GŚ, co najwyżej może to być miejscowość o nazwie Hałda.

- po trzecie: Wisła nie płynie przecież w okolicach Śląska, raczej Odra;

To błędne wyobrażenie, bo:

- po pierwsze: owszem w województwie śląskim jest więcej miast na prawach powiatu niż samych powiatów, ale jeśli chcecie natrafić również na sielski wiejski krajobraz - to właśnie tutaj. Aż 40 procent województwa to użytki rolne, właśnie u nas jest najwięcej w Polsce małych kilkuhektarowych gospodarstw. A Góra to najludniejsza wioska w gminie Miedźna, w powiecie pszczyńskim. Ogółem niespełna 3000 mieszkańców. 

- po drugie: wbrew pozorom nasz region wcale nie składa się z zapadlisk po węglu:) Najwyższy punkt GŚ to położona na wysokości 1220 m.n.p.m. Barania Góra więc gdzie do niej położonej zaledwie na wysokości 245 m.n.p.m. Górze tej od Nadwiślana?

- po trzecie: to właśnie na zachodnim stoku Baraniej Góry zaczyna się Wisła - ta sama co potem płynie przez Kraków i Warszawę:). Nie dość, że wypływa w województwie śląskim to jeszcze jest później rzeką graniczną dla regionu - leży nad nią kilka miast i miejscowości rdzennie górnośląskich: Czechowice-Dziedzice, Goczałkowice, Bieruń.  

PS1 Jeśli chcecie się czegoś więcej dowiedzieć o Nadwiślanie Góra zerknijcie do fajnego specjalnego alfabetu, który przygotował Michał Pawlak. Pierwsza część - TUTAJ, a druga część - TUTAJ.

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

piątek, 29 listopada 2013
Chciał zaorać boisko. Powstrzymali go

Na Górnym Śląsku jest gigantyczna ilość klubów, które warto przybliżyć szerszej publiczności, ale nie zawsze jest na to czas i miejsce.

Czadoblog postanowił znaleźć czas i miejsce.

Dziś chcę Wam krótko opowiedzieć o Gwarku Tarnowskie Góry.

Klub ma powody do dumy. Właśnie dziś obchodził 60-lecie. Uroczysta akademia (TUTAJ obejrzycie zdjęcia) była pięknym przykładem jak wspaniałe mogą być losy drużyn wcale nie z pierwszych stron gazet.

Byłem już raz na meczu Gwarka, akurat spotkanie na którym wtedy się pojawiłem pamiętają w Tarnowskich Górach do dziś, podczas akademii puścili filmik z tamtego meczu.

Dziś Gwarek gra IV lidze i kibicom spoza Górnego Śląska nie jest znany. A szkoda, bo jego historia jest bardzo interesująca.

Ale najpierw, zanim o futbolu, trochę o przeszłości. Musicie pamiętać, że w tym przypadku nazwa "Gwarek" nie jest od węgla ale od srebra. W XVI wieku chłop o nazwisku Rybka orząc ziemię trafił na bryłę srebrnego kruszcu. Wiadomość ta szybko się rozeszła i niebawem w okolicy rozpoczęło się masowe poszukiwanie srebra. Dowiedziałem się tego kiedy prawie dwadzieścia lat temu pojechałem do Tarnowskich Gór na sesję historyczną.

Odkrycie Rybki zapoczątkowało prawdziwy boom. Przyjeżdżali samotni mężczyźni z całej Polski, każdy mógł się osiedlić. Pojawiło się też wielu gwarków z południowych Niemiec. Efekt? Wyobraźcie sobie, że w ciągu pierwszych 100 lat eksploatacji (1526-1636) działało tam - oczywiście niejednocześnie - 20 tysięcy szybów. 20 tysięcy!!! W okresie najwyższego rozkwitu produkowano rocznie do 3000 ton ołowiu, z którego odciągano dodatkowo prawie tonę srebra. W związku z tym myślę, że gdyby futbol istniał w XVI wieku, to Gwarek Tarnowskie Góry byłby mistrzem przynajmniej raz na dziesięciolecie i regularnie grałby w europejskich pucharach:)

Kibolstwa by nie jednak było, bo miasto wiedziało jak sobie radzić z niepożądanym elementem. Zakazywano mieszczanom nocowania u siebie włóczęgów dłużej niż trzy dni. Mordercy i obcy żebracy nie mieli do miasta wstępu. Żebracy tarnogórscy musieli nosić ołowiane blaszki. Kto takiej nie posiadał, w ciągu 3 dni albo musiał podjąć pracę albo opuścić miasto na co najmniej pół roku. Na kiboli też znaleziono by odpowiedni sposób:)

Ale musicie wiedzieć, że choć w XVI wieku Tarnowskich Górach nie było jeszcze futbolu chuligaństwo już istniało. W 1721 dwóch gości oskarżyło dwóch innych gości, że "w przeszłą niedzielę wieczorem w piwnicy (czyli w karczmie - przyp. pacz) siedzieli, a dwaj obżałowani (czyli oskarżeni - przyp. pacz) nazwali ich huncwotami, kpami i gnojkami, a następnie pobili, poczym z karczmy uciekli".

Jednak wtedy kibolstwo naprawdę nie miałoby racji bytu - nie fiknęłoby nawet po wojnie trzydziestoletniej kiedy rozpoczął się powolny upadek miasta (nie oszczędzały go pożary, zarazy, było nawet trzęsienie ziemi, no i zaczęło brakować pieniędzy). Nie fiknęłoby mimo, że zaczęło brakowało na przykład funduszy na kata. Dla obrotnych tarnogórskich rajców nie był to problem. Zdarzało się, że na egzekucje wypożyczano go z Pszczyny... 

Przestań Czado pić i wróć do futbolu! Dzisiejszy jubilat powstał w 1953 roku, ale tarnogórski futbol jest oczywiście starszy. Do dziś pamiętają tam mecze Śląska Tarnowskie Góry z 1939 roku, który zdobył puchar wojewody po meczach z Ruchem Chorzów. Gola strzelił wtedy tarnogórzanom sam Ernest Wilimowski, ale to Śląsk okazał się lepszy w tamtym dwumeczu...

Miodem na serce miejscowych kibiców jest fakt, że Gwarek powstał jako Koło Sportowe Zrzeszenia Sportowego "Górnik" (działające przy Tarnogórskiej Fabryce Urządzeń Górniczych "TAGOR"). Miodem, bo zdecydowana większość fanów Gwarka kibicuje jednocześnie Górnikowi Zabrze.

Ciekawe, że najsłynniejszym wychowankiem Gwarka jest piłkarz prawie ze Śląskiem nie kojarzony. Marian Kosiński odszedł jeszcze jako nastolatek i stał się jedną z legend... Stali Mielec. W latach 1969-80 rozegrał w niej na stoperze aż 263 mecze w ekstraklasie (pod tym względem w Stali ustępuje tylko Grzegorzowi Lato), grał m.in. przeciw Realowi Madryt w Pucharze Mistrzów w 1976 roku.

Podczas takich akademiach wzrusza mnie wzruszenie ludzi, którzy działając w piłce na co dzień nie są na świeczniku, ale to dla nich nie jest istotne. Najistotniejszy jest bowiem ich klub, któremu poświęcają całe życie. Dziś poznałem 87-letniego Erwina Kitela, najstarszego tarnogórskiego piłkarza, współzałożyciela klubu. Z całą salą biłem brawo innemu seniorowi Piotrowi Musiałkowi, wiernemu na zawsze Gwarkowi. Aż popłynęły mu łzy, gdy dostawał pamiątkową koszulkę z numerem 1.

Podziwiałem wystawę zdjęć i pamiątek przygotowaną przez Tomka Mocka. Świat jest mały. Kiedy kilkanaście lat temu jedliśmy razem (biało)ruskie pierogi pod pomnikiem Lenina w Mińsku, nie wiedziałem, że facet ma tak ciekawe zbiory:)

W ostatnich latach Gwarkowi udało się zmienić infrastrukturę, stadion wygląda coraz lepiej. Nie zawsze tak było, czasem problemy przerastały ludzkie wyobrażenie. Kiedyś nie było bieżącej wody i musiało wystarczyć koryto. A w latach 60, zdarzyło się, że zlecono fachowcowi żeby zwałował murawę. Niestety, facet zrozumiał, że ma ją... zaorać (może chciał szukać srebra?). Tylko dzięki refleksowi działaczy zdążył zrobić na boisku tylko dwie bruzdy.

Trudy są po to żeby je pokonywać. Szefowie tarnogórscy wyglądają na cierpliwych. Prezes Marek Porada (na co dzień  prawnik) został prezesem w 2001 roku tylko dlatego, że... nikt nie chciał nim wtedy zostać. Nie mógł odmówić: przyszedł do tego klubu grać w piłkę jako nastolatek, dziesięć lat wcześniej, w 1991 roku.

Miejscowi kibice marzą o III lidze. Marzenia wymarzone konsekwentnie mają to do siebie, że się spełniają:)

PS A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.  

PS1 Tarnowskie Góry generalnie kibicują nie tylko Gwarkowi ale i Górnikowi Zabrze więc ważna uwaga także dla kibiców z tego miasta. Przygotowujemy dla Was bezpłatny newsletter dotyczący Górnika. Możecie się zapisywać!

Planujemy również newslettery dotyczące innych klubów (następny w kolejności będzie Ruch Chorzów), ale nie jesteśmy w stanie otworzyć ich jednocześnie, nasze moce przerobowe na to nie pozwalają. Dlatego fanów innych klubów prosimy o cierpliwość.

niedziela, 11 sierpnia 2013
Derby z kawałkiem sernika

Jeszcze nigdy w życiu nie byłem na derbach Mysłowic. No to się przejechałem. Po ośmiu latach przerwy LKS Unia Kosztowy zagrała u siebie w lidze z Górnikiem 09 Mysłowice.

To był wyjątkowy dzień dla klubu z południowej dzielnicy miasta. Po pierwsze dlatego, że wygrała derby w okręgówce aż 4:0 i teraz rządzi w Mysłowicach (nie sama wprawdzie, bo Górnik Wesoła w tym samym czasie wygrał w III lidze na Szombierkach Bytom). Hat-tricka w Kosztowach zaliczył Robert Wlazło, najbardziej dotąd znany z tego, że strzelił honorowego gola GKS-owi Katowice w IV lidze w sezonie 2005/06 dla wspomnianego Górnika Wesoła (było wtedy 1:5). A czwartą bramkę dorzucił Bojan Bruź, który kilka lat temu przechodził testy w Wiśle Kraków. Podobno je nawet przeszedł, ale z tajemniczych przyczyn zawodnikiem "Białej Gwiazdy" ostatecznie nie został.

Po drugie dlatego, że pierwszy mecz sezonu był znakomitą okazją dla uroczystego otworzenia nowego budynku klubowego. Teraz składa się on z czterech kontenerów o  - co muszę przyznać - wyjątkowo udanie zaprojektowanym dizajnie (architekt był zresztą obecny na meczu, podobnie jak i proboszcz miejscowej parafii). Całość sfinansowało miasto z pieniędzy ze sprzedaży obiektu, który znajdował się z tyłu boiska (nowy budynek klubowy znajduje się wzdłuż linii bocznej), ale już całe wyposażenie pojawiło się na koszt prezesa powstałej Unii. Nowiutkie szatnie prawie jak w Realu! Tak się składa, że prezes klubu jest jednocześnie właścicielem miejscowej hurtowni farmaceutycznej więc stać go. Zasada w Unii jest taka, że klub płaci piłkarzom niedużo, ale zawsze na czas. - Roczny budżet wynosi  około 200 tysięcy zł - poinformował mnie Grzegorz Piechota, wiceprezes Unii. Cały kompleks sportowy w Kosztowach wygląda teraz imponująco i przytulnie zarazem (obok głównej płyty jest boisko ze sztuczną nawierzchnią).

Bardzo lubię takie wycieczki. Niezmiennie uzmysławiają mi wagę futbolu dla scalania lokalnej tożsamości. Tu prawie wszyscy się znają. Trybuny wypełnione (był nadkomplet, wszystkie cztery rzędy 36 krzesełek zajęte) oprócz tego VIP-y ugoszczone pod namiocikiem i dużo ludzi na trawiastym wale, między innymi młyn Górnika 09 (a właściwie młynek czyli kilku chłopaków wymachujących z niebieskimi flagami i krzyczących "zero dziewięć, zero dziewięć Ko-ci-na"). Młynek gości nie był pilnowany przez policję.* Mysłowickie kluby zawarły modelowy pakt o nieagresji (a właściwie współpracy). Wedle umowy podpisanej w 2008 roku wszystkie transfery dokonujące się między mysłowickimi klubami dokonują się bezgotówkowo! Kluby szanują się na tyle, że choć Górnik 09 spóźnił się na derby kwadrans akademicki nikt z tego powodu nie robił w Kosztowach problemów.

Ale najbardziej ujął mnie fakt, że chłopcy od podawania piłek w przerwie meczu podbiegli do stanowiska VIP-ów, wzięli sobie z talerza po kawałku sernika i nikt im z tego powodu nie czynił zarzutów typu: "Jak to?! Serniczek panom prezesom zabieracie? Sio!" Czy nie tak powinien wyglądać futbolowy sielski "Przystanek Alaska"?

PS Podziękowania dla Marka Karkowskiego. Bez niego ten wpis nie powstałby.

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić. A poza tym uważam, że czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS2 Bardzo podobał mi się pierwszy gol dla Górnika w Łodzi. Ten, który przed wyjazdem do Mysłowic zdążyłem zobaczyć, ten, którego zdobył Prejuce Nakoulma. Lubię slam dunki w krótki róg.

*to godne uwagi, bo słyszałem, że Mysłowice są kibicowsko bardzo podzielone. Jeśli chodzi o szczebel centralny - część kibicuje za Ruchem, część za GKS-em, jest nawet część za Górnikiem.

A za kim kibicuje Twoja mysłowicka dzielnica?

PS3 Filmik z mysłowickich derbów zobaczycie - TUTAJ.

21:00, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (7) »
środa, 07 sierpnia 2013
Dlaczego warto kibicować dziś Molde

Kibicowanie z gruntu jest pojęciem dotyczącym uczuć i jeżeli będziemy rozpatrywać tytułowy problem związany z dzisiejszym meczem pod tym kątem, teza Czadobloga nie będzie miała oczywiście sensu. A jeśli dolejemy do niej patriotycznego sosu - właściwie należałoby mnie zlinczować.

Dlatego muszę na wstępie zauważyć, że problem rozpatruję tylko i wyłącznie z racjonalnego punktu widzenia człowieka, któremu wyniki Legii Warszawa są obojętne. Jeszcze na początku lat 90. kibicowałbym jej w obecnej sytuacji z całą sympatią na jaką mnie stać i naprawdę szczerze życzyłbym jej awansu do dalszej rundy.

W międzyczasie sytuacja bardzo się jednak zmieniła. Napisałem już dwa akapity a Wy wciąż nie wiecie o co mi chodzi. A kiedy nie wiadomo o co chodzi - chodzi o szmal.

Ewolucja europejskich rozgrywek spowodowała, że w ostatnich latach można zarobić w niej duże albo nawet ogromne pieniądze. Wszyscy to wiedzą, ale przypomnę: na kwoty nie do pogardzenia będzie można się załapać za samo dostanie się do fazy grupowej Champions League i nie trzeba będzie zrobić nawet punktu żeby na polskie warunki "się obłowić".

Dla drużyn z bogatych lig udział nic nie znaczy nie tylko w sensie sportowym ale i finansowym. Jednak dla drużyn z lig biednych, takich jak w Polsce, może wręcz wpłynąć na historię rozgrywek. Zastrzyk pieniędzy dla klubu, który awansuje może być - w naszym rozumieniu tego słowa - gigantyczny. 

Co to powoduje? Rosnącą przepaść. Z tymi pieniędzmi Legii będzie łatwiej w naszych warunkach powtórzyć sukces, a w razie powtórzenia sukcesu kolejne powtórzenie może być jeszcze prostsze i stanie się regułą. Regułą od której będą oczywiście wyjątki, to nieuniknione, to sport, ale to będą zdarzenia incydentalne. Wreszcie Legia stanie się tak silna, że zacznie wychodzić z grupy. Będzie dysponować coraz większymi kwotami, a my na Górnym Śląsku (i nie tylko tutaj) będziemy po... drugiej stronie przepaści. To jest ten skok o którym kiedyś pisałem, to jest właśnie uciekający pociąg, który zatrzyma się na chwilę i gdzie miało być miejsce dla jednego klubu z Górnego Śląska (w napadach pesymizmu, który ogarnia mnie coraz częściej - twierdzę, że żadnego).

Nie wiem skąd teoria, że jeden polski zespół w Champions League może pociągnąć za sobą inne i wpłynąć na rozwój polskiego futbolu. Uważam, że w obecnej sytuacji udział Legii w ChL to nie jest żaden interes dla polskiego futbolu to interes przede wszystkim dla Legii Warszawa. W jakim kontekście? Chodzi mi to o to, że niepostrzeżenie mogą zmienić się priorytety, o to, że wszyscy w znoju i trudzie będą pracować na chwałę Legii, o to że jej krajowego przywództwa nikt nie będzie kwestionował. Marzeniem przyszłych pokoleń nie będzie awans do Ligi Mistrzów z zespołem górnośląskim (małopolskim, wielkopolskim, pomorskim, podlaskim, niech każdy wpisze sobie co uważa) bo to będzie marzenie całkowicie nierealne, ale przejście do Legii, najlepszego polskiego klubu, z którym w tej lidze będzie się grało. Gra w Legii będzie szczytem marzeń, także dla synka z Górnego Śląska.

Największy sukces Legia osiągnie kiedy w całym kraju będzie się uważać, że najlepsi piłkarze z każdego regionu powinni ją zasilać, bo to przecież reprezentant całego narodu w Lidze Mistrzów czyli "tam gdzie nas nie było prawie dwadzieścia lat". Osiągnie sukces kiedy taki będzie nasz naturalny zbiorowy stan umysłu.

Mnie ten stan zupełnie nie interesuje. Właśnie w takim kontekście warto kibicować dziś Molde.

PS Żebyście dobrze zrozumieli o co mi chodzi. Czadoblog nie jest szalonym nienawistnikiem. Gdyby UEFA nie płaciła nic życzyłbym dziś Legii wszystkiego najlepszego.

PS1 Okazuje się, że przyjazd Legii na Górny Śląsk może za sobą nieść pewne minusy. W sobotę mistrz Polski akurat przyjeżdża na Cichą. Jako że to właśnie Legia - piwa na stadionie nie będzie! W taką hicę...

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić. A poza tym uważam, że czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

sobota, 20 kwietnia 2013
Legolandia

Bardzo lubię odwiedzać południowe rubieże Górnego Śląska. Wielokrotnie zdążyłem się przekonać, że ludzie tam po pierwsze - gościnni, po drugie - robotni.

To jedno z najlepszych miejsc powracania do psychicznej równowagi. Kiedy obserwujesz tamtejsze spokojne i bardzo poukładane życie znów chce ci się wszystkiego.

Byłem dziś w Pawłowicach Śląskich, bo powód był niecodzienny. Tamtejszy Pniówek grał mecz na absolutnym szczycie trzeciej ligi z Przyszłością Rogów - zespołem spod czeskiej granicy. Na czwartym poziomie rozgrywek liczą się przede wszystkim te dwie drużyny. 

Kiedy byłem mały bardzo popularne w Polsce były klocki Lego, zawsze prosiłem rodziców żeby mi je kupowali. Musicie wiedzieć, że legolandia istnieje też w rzeczywistości. To wiele małych miejscowości na południu Górnego Śląska. Obejścia są tam schludne, kolorowe i zadbane. Same klocuszki... I te kwiaty doniczkowe, choć akurat teraz jest za wcześnie żeby się nimi zachwycać... 

Idealnym przykładem są Pawłowice. Powiedzcie sami - czy stadionik Pniówka nie wygląda jak wzniesiony z klocków Lego?  Tam nawet wysiusiać się można w lepszych warunkach niż w ekstraklasie, wiem co mówię...

Mecz na szczycie zgromadził liczną publikę. Bilety kosztowały 10 zł. Spotkanie oglądało się świetnie, zająłem miejsce w pierwszym rzędzie i gdybym się postarał mógłbym dotknąć bocznego arbitra. Ze zdumieniem przekonałem się jednak, że niektórzy podczas meczu przemieniają się w ekipę mocno szowinistyczną. I nie chodzi wcale o tzw. "zwykłych kibiców", ale o wielmożów zajmujących miejsca dla tzw. VIP-ów.

Pierwszy raz widziałem żeby podczas meczu piłkarskiego tzw. "zwykli kibice" zachowywali się lepiej od VIP-ów. Siedziałem tuż obok więc mogłem lokalnych możnowładców dokładnie zlustrować. Oczywiście każdy z tych dżentelmenów znał się na futbolu znacznie lepiej niż piłkarze i trenerzy. Szczególnie jeden facet głośno i natarczywie pouczał zawodników jak mają grać, jak się ustawiać i dogadywał w wyjątkowo irytujący sposób.

Na przykład: "Popiel, twardo, a nie jak panienka chodzisz przy nich!".

Albo: "Zyziu chodzi po tym boisku jakby walcem jeździł!" (ale kiedy już Tomasz Zyzak, bo to o niego chodzi, pięknym strzałem zdobył w II połowie jedynego gola z miejsc VIP-owskich rozlegało się już tylko "Zyziu kochamy cię").  

Kiedy faulował (albo i nie) piłkarz gości od VIP-ów było słychać: "skandal, k..., czerwona kartka dla brutala".

Kiedy faulował piłkarz gospodarzy: "Nic nie było. Tamten ma po prostu za słabe pęciny".

Sędzia też nie miał łatwo: "Panie sędzio! Nic nam pan nie pomoże?"

Raz tylko się panowie uciszali.

- Ręka! Sędzia, ślepy jesteś?! Ręka! 

- Ej, ale to nasz miał rękę..."

- ... 

"Sędzia czas!" - było słychać już w 88. minucie. 

Poziom meczu był taki sobie, oczywiście nikt nogi nie odstawiał, iskry leciały (bramkarz gospodarzy doznał kontuzji już w 15. minucie i musiał zejść z boiska). Jedno mnie oczarowało: kiedy Zyzak strzelił zwycięskiego gola hałas był taki, że przypomniały mi się derby Londynu. Trybunka w Pawłowicach była przez chwilę jak West Stand na Upton Park kiedy West Ham strzelił Tottenhamowi. Bez przesady. Super, że można tak głośno cieszyć się z gola na czwartym poziomie ligi polskiej.

Po tym meczu Pniówek Pawłowice awansował na pozycję lidera. Wyprzedził dzisiejszych rywali. Ma teraz punkt więcej od Przyszłości, w dodatku jeden mecz rozegrany mniej.

Jeśli Pniówek awansuje chyba tylko jedno powinno się zmienić, żeby wstydu w II lidze nie było. Klub ma piękny stadionik, oddanych kibiców, ładne szaliki w żółto-zielono-czarnych barwach i niezły zespół. Niech tylko VIP-y postrzymają się od głośnych uwag, a Pawłowice będą mogły być naprawdę dumne.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum