niedziela, 18 stycznia 2015
Jedyny taki

Niepostrzeżenie i po cichutku skończył właśnie 60 lat. Niezwykła postać. Na pewno jedna z najbardziej niezwykłych o jakich miałem szczęście napisać. Osiągnął coś czego nie osiągnął żaden inny Polak. Myślę jednak, że jest nieszczęśliwy i niespełniony. Kiedy piętnaście lat temu robiłem o nim materiał czuł się niespełniony. A na pewno niedoceniony. Nie sądzę, żeby aż do dziś coś się w tej materii zmieniło. Niestety, także trochę z jego winy.

Nie wierzę, że od opublikowania tamtego tekstu (ukazał się w czerwcu 2000 roku) minęło już prawie 15 lat! Czas biegnie bardzo szybko... W każdym razie mój tekst jest nadal aktualny. Doklejam go poniżej - ku przestrodze. Bo nawet kiedy złapiesz Pana Boga za nogi i staniesz się mistrzem, nie możesz tych nóg puścić... Happy endu nie ma, ale historia jest niezwykła. Wręcz filmowa. Polecam:


Takich bokserów można by zliczyć na palcach jednej ręki

Henryk Średnicki pisze list do prezydenta RP. - Chcę spytać, dlaczego mistrzostwo świata mniej jest warte niż brązowy medal olimpijski? Przecież Mazurek Dąbrowskiego grany mistrzowi olimpijskiemu i mistrzowi świata jest taki sam - przekonuje sam siebie

Michał Szczepan, nieżyjący już były trener reprezentacji, wymieniał go wśród najbardziej utalentowanych pięściarzy w historii polskiego boksu. - Takich jak Średnicki można by zliczyć na palcach jednej ręki - uważał.

W drugiej połowie lat 70. na Kubie ściskał mu dłoń Fidel Castro. Z Ułan Bator wrócił z futrem z lisów, które dostał od oczarowanych nim Mongołów. W Ugandzie bił się na stadionie w obecności kilkunastu tysięcy rozwrzeszczanych Afrykańczyków. Przed igrzyskami w Moskwie Duńczycy chcieli, żeby Średnicki przeszedł na zawodowstwo. Oferowali mnóstwo pieniędzy. Na zachętę dostał koszulkę z wyhaftowanym własnym nazwiskiem. Zrezygnował.

Dziś jedyny polski mistrz świata w boksie ma 840 zł górniczej emerytury. Dorabia na ćwierć etatu jako trener w Myszkowie. Dostaje za to 300 zł, z czego 200 wydaje na pociągi. Po opłaceniu świadczeń zostaje mu na życie 200 zł.

Pod koniec listopada Aleksander Kwaśniewski podpisał nowelizację ustawy o kulturze fizycznej. Każdy medalista olimpijski ma prawo do sportowej emerytury równej średniej krajowej. Dziś to około 1,6 tys. zł brutto.  Henryk Średnicki przygryza wąsy. Był na dwóch igrzyskach, ale medalu nie zdobył. Według ustawy nic mu się więc nie należy. Dlatego postanowił napisać do prezydenta.

Nachalne kawki

Zagórze, blokowisko na obrzeżach Sosnowca. Ciemne klatki, graffiti na brudnych ścianach. Gramy w lotki i rozmawiamy w osiedlowym barze bez nazwy, niedaleko bloku, gdzie mieszka Średnicki. - Panie Heniu, panie Heniu! - podchodzi do nas facet z rękami jak bochny chleba i karkiem jak Tyson. - Mam prośbę, mam prośbę - odstawia kufel z piwem i nieśmiało łapie Średnickiego za łokieć.

- Odejdź pan, jestem zadumany w sobie. Teraz rozmawiam z dziennikarzem.

- Dziennikarz? - zainteresował się mną "Tyson". - To może napisze pan o byłym zapaśniku? - marszczy się zachęcająco.

Zniecierpliwiony Średnicki: - Proszę pana, a czy zdobył pan mistrzostwo świata?

- Nie.

- No to nie chcę być niegrzeczny, ale w Polsce takich zapaśników, którzy nie zdobyli mistrzostwa świata, jest wielu, a mistrz świata w boksie jest tylko jeden.

- Dobrze już, panie Heniu - ustępuje były zapaśnik - Mam jeszcze tylko jedną prośbę.

- No?

- Czy moglibyśmy spróbować się na ręce?

Średnicki patrzy zdegustowany. - Chodźmy stąd - mówi do mnie. - W domu spokojnie porozmawiamy.

Wszyscy trenerzy i bokserscy działacze, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że największym przekleństwem Średnickiego zawsze byli nachalni kibice. - Z mistrzem świata chciał się napić każdy górnik. Heniek nie potrafił odmówić. A potem każdy chciał się z takim małym zmierzyć - mówi działacz Górnika Sosnowiec, klubu, w którym Średnicki kończył karierę.

Przez swój niepozorny wygląd pięściarz zawsze miał kłopoty: - Ludzie nie chcieli wierzyć, że taki mały może być dobrym bokserem, a kiedy zdobyłem mistrzostwo świata, nie mieściło im się w głowach, że mam tylko 158 cm wzrostu. Wołali na mnie "krasnoludek". Wielu chciało mnie wypróbować. Musiałem bić się w różnych miejscach. Ale wszyscy padali jak kawki! - uderza pięścią w tors. - Ja w ulicznej bójce nigdy nie klęknąłem. Jestem typem choleryka, który łatwo się zapala, a potem niemal natychmiast zapomina o wszystkim - przyznaje Średnicki. - W ringu Heniek był wzorem sportowca. Zawsze bardzo grzeczny, komend arbitra wysłuchiwał na baczność - mówi Edmund Ligocki, wieloletni sędzia, dziś prezes Śląskiego Okręgowego Związku Bokserskiego.

Mistrz zbliża się jednak do pięćdziesiątki. Coraz trudniej jest mu się bronić przed podpitymi młodszymi cwaniakami, którzy chwalą się potem kolegom, że zaczepili mistrza świata.

Ty, synku, siedź

Ojciec przyszłego mistrza, Eugeniusz, w młodości próbował boksować w Siemianowiczance. Był górnikiem, ale rzucił kopalnię i założył hodowlę świń. Po latach niektórzy pięściarze, zazdrośni o sukcesy, nazywali Średnickiego "świniopasem". - To żaden wstyd - prycha były mistrz świata. Mówi, że jego przodkowie mieli szlacheckie pochodzenie: - Nasz rodowy herb to Średnica - podkreśla z dumą.

W dniu 15. urodzin Średnicki wlał pięciu chłopakom, którzy zaatakowali jego starszego o cztery lata brata. Ojciec stwierdził, że Heniek na ulicy bić się nie będzie, i zapisał go do Górnika Siemianowice.

Zanim zaczął boksować, dźwigał ciężary. W Górniku Siemianowice trenowali olimpijczycy Zbigniew Kaczmarek i Grzegorz Cziura. Także Średnickiemu wróżono w ciężarach wielką przyszłość: - W wieku 14 lat, ważąc 44 kg, robiłem przysiady ze 140-kilogramową sztangą. Uwierzy pan?

Z kariery sztangisty nic jednak nie wyszło. Po wypadku rowerowym Średnicki do dziś nie potrafi zgiąć do końca ręki w łokciu.

Pierwszy boksu uczył go Marian Stojek, na co dzień elektryk Huty Bankowej w Dąbrowie Górniczej, który chlubi się tym, że nigdy nie przegrał przez nokaut ze Zbigniewem Pietrzykowskim.

Średnicki od razu wpadł mu w oko. - Zapamiętałem Heńka, bo był strasznie napakowany. Od razu wiedziałem, że ten chłopak coś osiągnie. Był bardzo pracowity - mówi Stojek.

Średnicki już jako nastolatek miał umięśnioną sylwetkę. - Koledzy w reprezentacji nazywali go "szafą", bo górną część ciała miał jak bokser co najmniej wagi półśredniej - opowiadał trener Michał Szczepan, który od połowy lat 50. był asystentem "Papy" Stamma, a potem sam prowadził kadrę.

Kiedy na jednym z treningów Średnicki znokautował 80-kilogramowego kolegę, w klubie nikt nie chciał z nim sparować. - Jego serie sierpów robiły wrażenie na każdym. Na spartakiadzie młodzieży regularnie walczył z chłopakami startującymi w wyższych kategoriach - wspomina Stojek.

Po trzech miesiącach treningów Średnicki zdobył brązowy medal młodzieżowych mistrzostw Polski. W 1972 roku dostał się do kadry juniorów. - Pamiętam selekcję na obozie w Cetniewie. Odrzucili mnie, chciałem wyjść z sali. Wtedy pan Feliks Stamm powiedział tylko jedno zdanie: "Ty, synku, siedź". To wystarczyło - opowiada bokser.

Szedł jak burza

W 1974 roku Średnicki zdobył pierwszy tytuł mistrza Polski. Miał 19 lat. Rok później powtórzył sukces we Wrocławiu. - Henryk Średnicki to dla mnie najlepszy zawodnik mistrzostw. Może zrobić międzynarodową karierę - chwalił młodziutkiego pięściarza "Papa" Stamm.

W 1975 roku, na mistrzostwach Europy w Katowicach, młodziutki bokser medalu jeszcze nie zdobył. Pokonał go sławny Węgier Gyorgy Gedo, wcześniej dwukrotny mistrz Europy i mistrz olimpijski z Monachium.

Rok później Średnicki wystartował na igrzyskach w Montrealu. Kiedy pokonał głównego faworyta Amerykanina Curtisa, fachowcy przewidywali, że zdobędzie medal. Jego następnym przeciwnikiem był Koreańczyk Uk Li Byong. Kilka dni wcześniej podczas sparingów, wedle słów trenera Szczepana, Średnicki "obijał go jak psa". Tymczasem w prawdziwej walce sędziowie punktowali 3:2 dla Koreańczyka. Dziś pięściarz krzywi się na wspomnienie tego pojedynku. - Nie przypuszczałem, że jeden punkt pozbawi mnie sportowej emerytury - wyjaśnia. Koreańczyk zdobył srebrny medal.

Dopiero w 1977 roku Średnicki osiągnął pierwszy międzynarodowy sukces. Na mistrzostwach Europy w Halle nie dał szans rywalom w wadze papierowej. - Heniek szedł jak burza do samego finału - wspominał Michał Szczepan. W walce o złoto Średnicki pokonał Bułgara Georgi Georgiewa.

Rok później był na szczycie. Maj 1978: na mistrzostwach świata w Belgradzie pierwszy złoty medal dla Polaka. Jak dotąd jedyny. Średnicki pokonał Vaclava Hornaka z Czechosłowacji, potem Węgra Sandora Orbana. W półfinale trafił na wielkiego faworyta Aleksandra Michajłowa z ZSRR, który wcześniej znokautował dwóch przeciwników. - Trochę się go bałem. W pierwszej rundzie tak mi przyłożył, że aż klęknąłem. Potem zmobilizowałem się i było już dużo lepiej - opowiada Średnicki. - Heniek zawsze był typowym zawodnikiem turniejowym. Rozgrzewał się z walki na walkę, z rundy na rundę - twierdził trener Szczepan.

Po zwycięstwie nad Michajłowem w finale czekał na Średnickiego Kubańczyk Hector Ramirez. "Polak jak zwykle atakował od początku w korpus rywala, a sam zgrabnymi unikami i side-stepami uciekał przed groźnym uderzeniem Ramireza" - relacjonował sprawozdawca. Za tytuł Średnicki dostał 1,6 tys. jugosłowiańskich dinarów, za które kupił żonie buty, i 8 tys. zł, czyli więcej niż dwie średnie krajowe pensje.

Złoty medal Średnickiego wywołał szał zwłaszcza w Jastrzębiu - stutysięcznym, górniczym mieście przy czeskiej granicy. W Górniczym Klubie Sportowym Średnicki zarabiał 7 tys. zł. Klub załatwił mu dożywianie, mieszkanie i kolorowy telewizor. - Dbaliśmy o niego. Heniek rozsławił nasze miasto w całej Polsce - wspominał zmarły kilka dni temu Kazimierz Rochalski, który w tamtych czasach był jednym z trenerów GKS.

Kiedy Średnicki został mistrzem świata, na lotnisku Okęcie czekało siedmiu taksówkarzy z Jastrzębia. Mistrz miał dylemat: co zrobić, żeby żadnego nie urazić? - Jednemu dałem medal, drugiemu koszulkę, trzeciemu jeszcze coś innego. Każdy musiał przecież czuć, że wiezie cząstkę mistrza - wspomina. Po powrocie z mistrzostw świata klubowi działacze byli dla Średnickiego bardziej hojni niż Polski Związek Bokserski. Czekał na niego talon na fiata 125p.

Krystyna Średnicka właśnie jechała autobusem, kiedy przez radio usłyszała, że mąż został mistrzem świata. Oszołomiona chciała zaczerpnąć świeżego powietrza, więc poprosiła kierowcę, żeby się zatrzymał. Ten odmówił, bo przystanek był kilkaset metrów dalej. - Wtedy pół autobusu krzyknęło: "Otwieraj, człowieku, to przecież żona mistrza świata!". Przestraszony kierowca otworzył natychmiast - wzrusza się bokser.

Krystyna Średnicka to ładna brunetka o zmęczonej twarzy. Przycupnęła na kanapie i cicho przysłuchuje się naszej rozmowie. - Gdyby nie ona, to nigdy nie zdobyłbym mistrzostwa świata - mówi z czułością pięściarz.

Pani Średnicka dba o dom. Liczne puchary są zawsze wypucowane. Przez 20 lat prowadziła też kronikę sukcesów męża. Wklejała do niej zdjęcia i gazetowe wycinki. Kilka lat temu Średnicki komuś pożyczył kronikę. Już jej nie zobaczył.

Średnickiemu przeszkadzało, kiedy słyszał, że bokserzy są "ciency w rozumie". Postanowił wykształcenie uzupełnić. Jeszcze w Jastrzębiu zaczął chodzić do ogólniaka, ale nie najlepiej układały mu się stosunki z nauczycielami. - Kiedyś dyrektorka zwróciła mu uwagę. Średnicki odparł jej: "Ja to jeszcze mogę być dyrektorem szkoły, a pani mistrzem świata już nie" - wspomina prezes Edmund Ligocki. Maturę Średnicki zdał, kiedy przeprowadził się do Sosnowca. Potem ukończył jeszcze dwuletnie studium rehabilitacyjne na warszawskiej AWF.

Ostatni wielki sukces Średnicki osiągnął w 1979 roku. Na mistrzostwach Europy w Kolonii w walce o złoty medal pokonał Rumuna Daniela Radu. Na igrzyskach olimpijskich w Moskwie przegrał w ćwierćfinale z zawodnikiem gospodarzy Miroszniczenką 2:3.

Reżim konsumpcyjny

O tym, jak zrzucał zbędne kilogramy, krążą dziś legendy. - Heniek miał znakomity apetyt, więc potem strasznie męczył się z wagą - mówi Edmund Ligocki.

Średnicki: - Przed ME w Halle dziesięć dni nic nie jadłem, żeby zbić wagę. Zrzuciłem wtedy dziewięć i pół kilograma. To był mój rekord.

Zgodził się na tak duży wysiłek, żeby w wadze muszej zrobić miejsce dla Leszka Błażyńskiego. Sam wystartował w papierowej. Obaj zdobyli złote medale.

Michał Szczepan: - Średnicki był ogromnym talentem, ale bez przerwy musiał być mocno trzymany w ryzach. Dlaczego? Heniek miał skłonności do rozluźniania się w najbardziej nieodpowiednich momentach i gwałtownie przybierał na wadze.

Na szczęście trener Szczepan miał posłuch u Średnickiego. Na jego polecenie mistrz bez szemrania potrafił na obozie w Zakopanem biegać w deszczu 20 kilometrów. Zawsze zbijał wagę w naturalny sposób - ostry trening i wielogodzinne moczenie się w wannie napełnionej wodą z solą. Na lekarzy zawsze patrzył nieufnie. - Wolałem nie łykać nieznanych mi tabletek. Na olimpiadzie w Montrealu oddałem jakieś pastylki naszym ciężarowcom - opowiada.

Przed mistrzostwami świata w Belgradzie w 1978 roku Średnicki jak zwykle miał kilkukilogramową nadwagę. Po przyjeździe do Jugosławii trener Szczepan kazał masażyście Stanisławowi Zalewskiemu pilnować pięściarza na każdym kroku. - Kiedy Średnickiego w nocy skręcał głód, Stasiu musiał grać z nim w karty, żeby Heniek choć na chwilę przestał myśleć o jedzeniu. Pilnował go nawet, żeby nie próbował pić wody z kranu - śmiał się Szczepan. Opłaciło się.

Czasem Średnicki nie wytrzymywał tego reżimu. Kiedyś podczas zgrupowania w Zakopanem pięściarz w tajemnicy postanowił zwiedzić miejscowe knajpy. Po północy Średnicki z butami w ręku, w samych skarpetkach, skradał się do swojego pokoju. Nagle ciszę nocną zakłócił głośny hałas. Koledzy z kadry postanowili spłatać mu figla i przed drzwiami swojego pokoju Średnicki wszedł w wiadra oraz parę rondli. Wszystko się wydało, pięściarz miał kłopoty.

Garnki sprzedam

Pod koniec kariery przeniósł się do Sosnowca. Załoga kopalni Czerwone Zagłębie dobrowolnie opodatkowała się na pierwszoligową drużynę pięściarską. Średnicki ostatni tytuł mistrza Polski wywalczył w 1982 roku. Potem coraz trudniej było mu utrzymać formę, przegrywał ligowe walki.

Zaglądał do kieliszka. Zdarzało się, że o piątej nad ranem prosto z imprezy szedł na przystanek. Stamtąd naczelny inżynier kopalni zabierał go na poranny trening.

W 1988 roku Średnicki zdecydował, że wystarczy. Po skończeniu kariery nosił elementy obudów w kopalni Czerwone Zagłębie. Wytrzymał przez trzy miesiące - okazało się, że ma astmę. Zaczął tyć.

Szybko zabrakło mu pieniędzy. Żona nigdy nie pracowała, a na utrzymaniu były jeszcze dwie córki. W 1993 obcięto mu rentę do półtora miliona złotych. Zdesperowany pięściarz zaczął pomagać sąsiadowi w handlu garnkami na bazarach w Dąbrowie Górniczej i Olkuszu. Dorabiał jako barman w sosnowieckich knajpach. Dostał jednorazową zapomogę z fundacji Gloria Victis. Ale kiedy poszedł po pomoc do działaczy, usłyszał: "Ty medale zdobywałeś dla komuny, a nie dla nas". - Czy to w porządku? - uśmiecha się smutno. I dlatego pisze list do prezydenta.

HENRYK ŚREDNICKI

Urodził się 17 stycznia 1955 roku w Siemianowicach. Oficjalnie stoczył 377 walk (nieoficjalnie około 500) w wadze papierowej, muszej, koguciej i piórkowej. Odniósł 339 zwycięstw (w tym ponad 200 przed czasem), 8 pojedynków zremisował, 30 przegrał. Był mistrzem świata (1978), mistrzem Europy (1977, 79), mistrzem Polski (1974, 75, 76, 78, 79, 82).

PS Myślicie, że list do prezydenta przyniósł efekt?

PS1 W tekście nie pociągnąłem wątku ulicznych bijatyk z udziałem mistrza. Podkreślę jeszcze raz: musicie wiedzieć, że to nie było tak, że on chciał się naparzać, ale kiedy się zaczęło - nie odpuścił. Nigdy nie dał sobie wejść na głowę. Poza jednym przypadkiem. W tekście wspominam o tym, że Średnicki z Ułan Bator wrócił z futrem z lisów, które dostał od oczarowanych nim Mongołów. Kiedy wysiadł na Śląsku z pociągu został przyuważony przez kilku chuliganów. Chcieli zabrać małemu futro i przy okazji popisać się przed partnerkami. Wyśmiał ich więc się na własne nieszczęście na niego rzucili. Potem kiedy już leżeli nieprzytomni, rzuciły się na niego z kolei ich kobiety. Jedna wskoczyła mu od tyłu na barana i zaczęła go drapać i okładać. Co Średnicki miał zrobić? Jak wołać o milicję z rozhisteryzowaną wrzeszczącą babą na głowie, walącą pięściami na oślep i chcącą wydrapać oczy? Co Wy byście zrobili? Wyjście było jedno.

Też została leżeć.

A mistrz odszedł z futrem.

PS2 Nikt nigdy w Polsce nie powtórzył tego sukcesu do dziś. Nikt nigdy nie został już pięściarskim mistrzem świata amatorów.

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić.

16:31, pavelczado , Boks
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Motherfucker [KONKURS +18]

Jeśli interesujecie się sportem to wiecie, że nikt nie miał takiego fuksa jak ludzie, którzy byli nastolatkami w latach 80. Żadna inna generacja nie miała szczęścia ekscytować się wyczynami aż trzech największych herosów światowego sportu wszech czasów w tym samym okresie.

Pisałem już kiedyś, że kiedy byłem bajtlem poza miejscowymi bohaterami liczyło się w moim środowisku jedynie trzech sportowców. Alfabetycznie: Michael Jordan, Diego Maradona i Mike Tyson. Gdyby ci giganci się nie urodzili, świat byłby rzeczywiście gorszy (a na pewno nie tak ciekawy). Tym razem jednak ani słowa o pierwszym ani o drugim, a jedynie o trzecim.

Mike Tyson zawsze budził we mnie wielkie emocje. Im bardziej ktoś na niego najeżdżał, tym bardziej mu kibicowałem. Dla mnie to najlepszy pięściarz wszech czasów, jego styl jest nie do podrobienia.

Nakładem wydawnictwa SQN wyszła właśnie jego autobiografia. To jedna z najlepszych tego typu książek jakie czytałem.  Paradoksalnie wcale nie jest o sporcie. Moim zdaniem jest przede wszystkim o cenie braku przygotowania do życia.

To zdecydowanie pozycja tylko dla dorosłych czytelników. Po pierwsze: język - twardy, bezlitosny i rzeczywiście wulgarny. W przypadku Tysona brzmi jednak autentycznie, kloaczne sformułowania są bowiem częścią jego jestestwa.

"Byłem Chlodwigiem I, byłem Karolem Wielkim, byłem wrednym sukinsynem. Jeden z moich ochroniarzy zaczął myśleć, że ma na imię Skurwiel, bo ciągle słyszał tylko: "Załatw mi to skurwielu", "Jedziemy, skurwielu" i tak dalej." (s.221)

W oryginale Tyson używa ciągle słowa "motherfucker" (upewniłem się u tłumacza), choć w powyższym fragmencie zdumiało mnie nie tyle bezceremonialne i ciągłe korzystanie z "motherfuckera" co fakt, że pięściarz odwołuje się do Chlodwiga... Podejrzewam, że około 95 procent ludzi, którzy przeczytają jego książkę nie będzie miało pojęcia o kogo chodzi, bo nigdy o Merowingach nawet nie słyszeli:)

Poczucie humoru i autoironia głównego bohatera w niektórych partiach tekstu mogą zdumiewać. Niektórzy uważają, że Tyson prezentuje wręcz "tarantinowskie" spojrzenie na rzeczywistość. Akurat podczytując biografię zerkałem jednocześnie na "Od zmierzchu do świtu" więc mogę trochę się zgodzić z tym twierdzeniem:)

To książka tylko dla dorosłych także dlatego, że nie każdy będzie w stanie zrozumieć sposób przedstawienia w tej książce przemocy czy seksu. Tyson opowiada jak było, a niektórzy nastoletni czytelnicy mogliby odebrać treść nie tak jak powinni - sposób na życie Tysona mógłby im zwyczajnie przypaść do gustu. Ci najgłupsi mogliby próbować tak się zachowywać w realu - po to żeby naśladować idola. A to zawsze kończy się katastrofą - bez względu ile będziesz miał pieniędzy...

Tyson świetnie oddał swój związek z trenerem i wychowawcą Cusem d'Amato. Można wysnuć jednoznaczny wniosek - gdyby nie los, który postawił tego człowieka na drodze nastolatka nigdy byśmy o Mike'u nie usłyszeli. "Cus D'Amato zawsze powtarzał mi, że boks nie jest życiem, ale sposobem na życie" (s.339).

Mnie po przeczytaniu tej książki nurtuje jedna wątpliwość. Chciałbym wierzyć, że Tyson byłby równie dobry gdyby urodził się gdziekolwiek indziej. Że gdyby pochodził z Załęża (zachodniej dzielnicy Katowic) a nie z Bronsville (wschodniej dzielnicy Brooklynu) - byłby równie dobrym pięściarzem.

Niestety - nie mam tej pewności...

Dobra, dość ględzenia! Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania aż trzy egzemplarze. To wyjątkowo starannie wydana książka, w twardej, efektownej oprawie i dobrymi zdjęciami (mnie najbardziej zdumiewa fotka Żelaznego Mike'a jako 13-latka. Myślę, że gdybym spotkał go wtedy na ulicy - mógłbym się przestraszyć...). Warto ją mieć - w mojej kolekcji to będzie najlepsza książka o sportowcu, który nie jest piłkarzem.

Jeśli chcecie dostać książkę proszę o napisanie w komentarzach własnej opinii: "za co lubię Mike'a Tysona" lub "za co nie lubię Mike'a Tysona". Najciekawsze trzy odpowiedzi pod tym wpisem zostaną uhonorowane książkami. Daję Wam tydzień. W następny poniedziałek podam ksywki zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

Jedyny warunek dla startujących: musicie być pełnoletni.

PS Słowo "motherfucker" jest dość popularne także poza kręgami anglosaskimi. Zdaniem hiszpańskiego dziennikarza właśnie tym mianem Cristiano Ronaldo określa w szatni Realu Leo Messiego. Zdumiewam się za każdym razem kiedy słowo w pierwotnej wersji najbardziej obraźliwe ze wszystkich jakie można sobie wyobrazić - potrafi przedzierzgnąć się w wyraz... uznania.

PS1 A poza tym uważam, że boks powinno wprowadzić się do szkół podstawowych. Doceniam bowiem jego rolę wychowawczą, choć kariera Tysona zdaje się jednak temu przeczyć:)

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

16:46, pavelczado , Boks
Link Komentarze (26) »
wtorek, 29 stycznia 2013
Wprowadźmy boks do szkół

Jak donosi "Rzeczpospolita" minister sportu Joanna Mucha dała do zrozumienia, że sporty, w których Polska nie ma szans na medale ważnych imprez i które nie są uprawiane masowo, mogą od 2014 roku zostać bez państwowej dotacji. Dziś ma się zdecydować które sporty mogą liczyć na przychylność państwa, a które nie.

Jest w tym jakaś myśl, ale wydaje mi się, że nie tylko przeliczalność pieniędzy na medale powinna decydować. Obawiam się, że straci na tym na przykład boks, dyscyplina absolutnie wyjątkowa i moim zdaniem całkowicie niewykorzystana. Żałuję, że boks amatorski w Polsce właściwie nie istnieje. Ktoś kto chce go uprawiać nie ma takich możliwości jak jeszcze w latach 90.

Uważam, że lekceważymy w Polsce wychowawczą rolę pięściarstwa. - Czado, czyś ty zwariował? - poklupie się ktoś po głowie.-  Czy ty słyszysz co piszesz? ''Wychowawcza rola pięściarstwa?!"

Te słowa nie mogą stać koło siebie, bo ludziom postronnym robi się nieswojo. Takim ludziom wydaje się, że to sport dla półgłówków i potencjalnych bandytów, ludzi nieinteligentnych. Istnieje jedynie po to żeby przywalić komuś w papę i tyle.

To kompletna bzdura. Boks uczy systematyczności, rozwagi i wyrzeczeń. Daje pewność siebie. Już słyszę narzekania, że właściwie niszczy człowiekowi mózg. Proszę państwa - ten zarzut jest żenujący o tyle, że KAŻDY sport uprawiany wyczynowo w jakiś sposób człowieka niszczy.

Chciałbym wprowadzić boks do polskich szkół. Przecież nie każdy uprawiający boks na lekcjach zostawałby potem wybitnym pięściarzem, wiązałby z tym swoją przyszłość. Takich ludzi byłby znikomy odsetek. Osobiście chciałbym żeby Czadoblożek uprawiał w szkole pięściarstwo. Jego buzowanie energią byłoby w ten sposób pod odpowiednią kontrolą:) 

Poza tym uprawianie boksu sprawia, że człowiek zastanowi się dziesięć razy zanim podniesie rękę. Myślę także, że chuliganka wśród nastolatków znacznie by spadła.

Bardzo panią proszę, pani minister. Niech pani pamięta o boksie!

PS A poza tym Omega.

08:54, pavelczado , Boks
Link Komentarze (37) »
piątek, 07 października 2011
Uwaga, rozdaję bilety

Mam do rozdania bilety na ciekawie zapowiadające się wydarzenie sportowe. 15 października w moim ukochanym Spodku odbędzie się gala boksu zawodowego. Pojawią się nie byle jacy pięściarze. W walce wieczoru Damian Jonak zawalczy z urodzonym w Kongu amerykańskim bokserem Aleksem Bunemą, ale nazwiska Artura Szpilki czy Andrzeja Wawrzyka też Wam chyba coś mówią, co? Walk będzie więcej, w tym także 3 pojedynki w wersji muay thai.

Czytelnicy Czadobloga, którzy w komentarzach pod wpisem najciekawiej uzasadnią dlaczego 15 października chcą pojawić się w Spodku zostaną nagrodzeni. Na autorów dwóch najciekawszych uzasadnień już czekają dwie podwójne wejściówki (żeby nie było wątpliwości - miejsca koło siebie:-)

Na uzasadnienia czekam do poniedziałku włącznie. We wtorek rano napiszę czyje uzasadnienie podoba mi się najbardziej i kto dostanie ode mnie bilety. Zwycięzców poproszę wtedy o kontakt na pawel.czado@katowice.agora.pl żeby ustalić szczegóły przekazania nagrody.

PS A poza tym Omega powinna wrócić, choć do odmierzania rund bokserskich się nie nadaje;-)

PS1 A tu kolejny przykład, tym razem z sąsiedzkiego podwórka, na to jak bardzo zmienił się sport w ostatnich stu latach. Dziś już nikt nie będzie narzekał, że na piłkarzy nie czeka szklanka gorącego mleka...

11:44, pavelczado , Boks
Link Komentarze (23) »
sobota, 10 września 2011
Adamek wygrywał nie zadając ciosu

W boksie nigdy niczego nie można być pewnym. Można wygrać właściwie przegrywając, można przegrać właściwie wygrywając. Wie o tym dobrze Tomasz Adamek.

Pierwszy raz w życiu widziałem go w akcji w lutym 1998 roku. Był to akurat jego ligowy debiut w Concordii Knurów, dokąd przeszedł z KS Jastrzębie. Co ciekawe oba kluby umówiły się, że Adamek będzie reprezentował Knurów w lidze, a Jastrzębie w startach indywidualnych. W debiucie dla Concordii 22-letni bokser spisał się bardzo dobrze. Widziałem jak przez rsc w III rundzie pokonał przyzwoitego pięściarza Janusza Rotera z Victorii Jaworzno.

Miesiąc później przytrafił się Adamkowi chyba najdziwniejszy turniej i jednocześnie najdziwniej zdobyty medal w karierze. Został zgłoszony wtedy do startu w indywidualnych mistrzostwach Polski (jak zakładała wspomniana umowa w barwach Jastrzębia), które w 1998 roku odbyły się w Zabrzu. Trudno w to uwierzyć, ale do wagi półciężkiej zgłoszono wówczas tylko czterech zawodników (wśród nich Adamka). Wyobrażacie sobie?! Nie chodzi o wagę piórkową czy słomkową, ale półciężką! To świadczyło o ówczesnej sile polskiego boksu....

W ten sposób Adamek został brązowym medalistą mistrzostw Polski nawet... nie wychodząc na ring! Nie mógł bowiem stanąć do walki półfinałowej z powodu nagłego i dokuczliwego zapalenia okostnej. Ale jako że został zgłoszony - został również sklasyfikowany. Medal się należał... Byłem na tamtych mistrzostwach i rozmawiałem z ówczesnym wojewodą śląskim Markiem Kempskim, który akurat objął patronatem turniej. - Bardzo żałuję, że nie zobaczyłem Tomasza Adamka w ringu. Był moim faworytem - powiedział mi wtedy Kempski. Od tego momentu zacząłem zwracać baczną uwagę na tego zawodnika. Oczywiście wtedy nigdy nie uwierzyłbym, że 13 lat później będzie miał szansę zostać zawodowym mistrzem świata wagi ciężkiej federacji WBC. Czyli zostać następcą Joe Fraziera, Muhammada Alego, Larry'ego Holmesa, Mike'a Tysona i Lennoksa Lewisa...

Do opisanej przeze mnie sytuacji mogło pewnie dojść tylko w polskim boksie amatorskim.  A nie był to przypadek odosobniony. Dwa lata później w wadze papierowej można było zostać wicemistrzem Polski nie wygrywając walki i zadać tylko jeden celny cios. Tyle szczęścia miał wówczas Patryk Krak z Walki Makoszowy, który w półfinale wylosował wolny los, bo w tej wadze zgłosiło się jedynie... trzech pięściarzy. Wówczas mężnie obiecałem sobie, że zrzucę paredziesiąt kilo, zgłoszę się do wagi papierowej, zaraz po gongu rzucę na ring ręcznik, a potem będę mógł szpanować przed dziewczynami medalem mistrzostw Polski w boksie:-D:-D:-D Niestety, okazało się, że nie mam żadnych szans doprowadzić się do wagi papierowej:-D:-D:-D

Żarty żartami, ale żeby zdobyć pas WBC we Wrocławiu Tomasz Adamek będzie musiał napracować się „trochę bardziej” niż gdy zdobywał brązowy medal mistrzostw Polski w Zabrzu. Na jego korzyść przemawia fakt, że jest o wiele lepszym, bardziej wszechstronnym, dojrzałym i pewnym siebie pięściarzem. To już dziś, za chwil parę...

Powodzenia!

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Jakby ktoś nie pamiętał: trzy lata wcześniej, w 1995 roku, w polskiej lidze walczyli zarówno Adamek i Kliczko. W województwie śląskim też mogliśmy zobaczyć Ukraińca kiedy przyjeżdzała Gwardia Warszawa, którą reprezentował. Wtedy nikt go w Polsce nie znał, ale przeciwnicy instynktownie domyślali się, że pięściarz o nazwisku Kliczko to nie jest byle kto. Reprezentant Polski Krzysztof Rojek z Victorii Jaworzno panicznie unikał ciosów Kliczki i łapał go wpół, zapewniając przy tym rozrywkę widzom. Sędzia się nie patyczkował tylko bez zbędnych ceregieli zaraz zdyskwalifikował Rojka, więc Kliczko łatwo swoje zarobił. W drugiej walce inny reprezentant Polski, Tomasz Zeprzałka z Concordii Knurów (rówieśnik Adamka) został poddany przez sekundanta.

Utarło się, że w polskiej lidze walczył młodszy z Kliczków, Władymir, ale postanowiłem odszukać w gazetowym archiwum relację z debiutu Kliczki, który przytrafił się akurat w Jaworznie. I jak byk pisze, że ''Krzysztof Rojek unikał ciosów Witalija Kliczki''! O Władymirze nie ma mowy, a nie były to jeszcze czasy żebyśmy my, lokalni dziennikarze sportowi, mogli pomylić braci, bo nawet wówczas pewnie nie wiedzieliśmy, że jest dwóch Kliczków o imionach Witalij i Władymir...

PS do PS1 Dziewięć lat po porażce z Kliczką Tomasz Zeprzałka przeszedł na zawodostwo, ale w przeciwieństwie do rówieśnika i byłego kolegi klubowego idzie mu w nim niedobrze. W maju tego roku przegrał swoją dziesiątą walkę (przy czterech wygranych). Warto jednak pamiętać, że boks to dla Zeprzałki nie wszystko. To artystyczna dusza. W 1997 roku jego czarno-biała fotografia dziewczyny siedzącej na tle łąki i drzewa zdobyła pierwsze miejsce w konkursie w knurowskim "Przeglądzie Lokalnym". Potem otrzymał wyróżnienie od magazynu "Viva" za zdjęcie torów i zachodu słońca. W 2002 roku miał nawet wystawę fotografii w rybnickiej Galerii Sztuki. Był członkiem Jastrzębskiego Klubu Fotograficznego "Niezależni".

UPDATE A Podbeskidzie zgodnie z oczekiwaniami pokazuje się na Łazienkowskiej. Jak się ostatni ligowy mecz wygrywa w maju z Kluczborkiem to spotkanie z Legią jest idealnym momentem na przełamanie:-)

Ciekawe czy w gazetach centralnych przeczytam o tym dlaczego wygrało Podbeskidzie. To pytanie zasadne, bo zapewne będzie jednak głównie o tym (a właściwie tylko o tym) dlaczego przegrała Legia. Zauważcie: kiedy ten zespół dostaje bańki u siebie to dlatego że ''gra słabo'', albo ''bardzo słabo''. Oczywiście nie dlatego, że ''goście grają dobrze'' albo ''bardzo dobrze'':-D:-D:-D

Niektórym dziennikarzom wciąż trudno uwierzyć, że słońce jest jednak w innym miejscu:-D:-D:-D

18:24, pavelczado , Boks
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Kobra z polskimi korzeniami

Przyjechał do mnie Bracik, jest więc o czym pogadać. Okazuje się, że mój młodszy brat bardzo interesuje się boksem, zdecydowanie bardziej niż myślałem:-) Z Czadów jest zdecydowanie najlepszy w te klocki, ale chodzi o co innego: ja zamykam się w ogrodzie przeszłości, w kółko oglądam te same walki Mike Tysona, a Bracik oczywiście zna te wszystkie Rumble in the Jungle czy Thrilla in Manila, ale najbardziej rajcuje go tu i teraz.

Rozmawaliśmy o najbardziej widowiskowo walczących pięściarzach. Bracik polecił mi urodzonego w Nottingham Karla Frocha (rocznik 1977, 27 zwycięstw, 20 przed czasem, 1 porażka). Niespełna trzy lata temu Froch rozbił mojego ulubionego śląskiego boksera Alberta Rybackiego, komandosa z Sarajewa, właściwie kończąc jego zawodową karierę. Froch ma z Polską wiele wspólnego. - Mój dziadek jest z Krakowa, nazywał się Wojciech Froch. Myślę, że moja siła ciosu związana jest z pochodzeniem moich dziadków, którzy przenieśli się na Wyspy w czasie wojny - mówił kurtuazyjnie w jednym z wywiadów. Uwielbiam pięściarzy, którzy za bardzo nie trzymają gardy, bo nie jest im to do szczęścia potrzebne. Froch to taki właśnie kozak:-)

Zobaczcie walkę Kobry z Jermainem Taylorem. 25 kwietnia 2009 w walce o mistrzostwo świata WBC w kategorii super średniej Froch wygrał z amerykańskim Murzynem przez techniczny nokaut w ostatniej rundzie, choć już w trzeciej rundzie był liczony no i przegrywał całą walkę na punkty. Sprawę rozstrzygnął na swoją korzyść czternaście sekund przed końcem. W wielkim finale, w rozstrzygającej końcówce w ogóle nie trzymał gardy! Nie trzymać gardy przeciwko facetowi, który nadwyrężył karierę Bernardowi Hopkinsowi - to już coś:-)

4 czerwca Froch znów skrzyżuje rękawice z nie byle kim, bo z Glennem Johnsonem - facetem, który na ringu walczył z Royem Jonesem Jr (zwycięstwo) Antonio Tarverem (zwycięstwo i porażka), Chadem Dawsonem (dwie porażki). To może być ciekawe:-)

PS A poza tym Omega powinna wrócić. 

21:33, pavelczado , Boks
Link Komentarze (8) »
piątek, 01 kwietnia 2011
Uwielbiam tego faceta

Kiedy byłem bajtlem poza miejscowymi herosami liczyło się w moim środowisku jedynie trzech sportowców: Michael Jordan, Diego Maradona i Mike Tyson. Klasę Jordana uznawałem, choć sport, który uprawiał nigdy nie był mainstreamowy. Diego Maradona do dziś jest dla mnie najważniejszy. Z kolei Mike Tyson zawsze budził we mnie wielkie emocje. Im bardziej ktoś na niego najeżdżał, tym bardziej mu kibicowałem. Dla mnie to najlepszy pięściarz wszech czasów, jego styl jest nie do podrobienia. Popełnił wiele grzechów, ale teraz kibicuję mu żeby znów stał się normalnym człowiekiem.

Żaden z tych herosów nigdy nie był w Polsce. Wygląda na to, że Iron Mike będzie pierwszy. Jeszcze nie wiadomo, gdzie pojawi się konkretnie, ale jest szansa, że trafi na Górny Śląsk.

Błagam, niech to nie będzie prima aprilis. W tym wypadku nie chcę dać się nabrać. Błagam, niech to będzie prawdaaaaaaaaaaaaaa!

PS Omega też jest pod wrażeniem.

11:55, pavelczado , Boks
Link Komentarze (20) »
wtorek, 09 marca 2010
Największa szansa w życiu. Jedyna

W życiu reportera sportowego zdarzają się momenty, kiedy nie spodziewa się, że widzi początki drogi sportowca, który robi, albo przynajmniej ma szansę zrobić nadzwyczajną karierę.

11 lat temu byłem na gali boksu zawodowego w Jastrzębiu. Walką dnia była nieprawdopodobny pojedynek wagi lekkiej o tytuł interkontynentalny federacji IBO między Anglikiem Richardem Evattem i Smithem Odoomem z Ghany. Tamta walka porwała wszystkich, była najlepszym pojedynkiem na pięści jaką widziałem na własne oczy. Zdaniem komentującego walkę dla Wizji TV (pamiętacie taką telewizję?) Przemysława Salety byłaby ozdobą każdego ringu na świecie.

Ale nie z tego powodu wspominam teraz jastrzębską galę. Pisze o niej dlatego, że właśnie wtedy pierwszy raz zobaczyłem kreowanego już wówczas na następcę Gołoty młodziutkiego maturzystę z Warszawy - Alberta Sosnowskiego. Walczył tego dnia tylko jedną rundę. Zapisałem wówczas, że jego przeciwnik, mocno otłuszczony Węgier Viktor Juhasz, okazał się kompletnym fajtłapą. Juhas był z niego żaden, nie zdążył zadać ani jednego groźnego ciosu. W ciągu kilkudziesięciu sekund trzy razy osuwał się na deski. - Wstawaj leniu, wstawaj! Co za tchórz... - wrzeszczeli zdegustowani jastrzębscy kibice, w większości górnicy. - Zademonstrowałem swój niszczący styl walki, ale nie jestem zadowolony. Przeciwnik okazał się mało wymagający, a ja potrzebuję więcej boksowania. Chciałbym zacząć walczyć w ośmio-, a nie sześciorundowych walkach - powiedział mi wtedy Sosnowski, u którego byłem w szatni.

To była czwarta walka Sosnowskiego w życiu. Dziewięć miesięcy później widziałem w Gliwicach jeszcze jego pojedynek numer 12 (tłukł się wtedy nadzwyczaj często) ze starszym o 12 lat Kameruńczykiem Henrym Njume. Ten też był pięściarskim kelnerem. Największym atutem potężnego Afrykańczyka (którego kark jest chyba grubszy niż moje udo) była niezwykła odporność na ciosy. Z 18 walk, które Njume stoczył w życiu, wygrał tylko dwie, ale zauważcie: jednocześnie tylko cztery pojedynki przegrał przez nokaut. Sosnowski bił ile się dało, ale Kameruńczyka moglibyście walić po czaszce cepem, a i tak by się nie przewrócił...

Albert był wtedy tylko rozrośniętym młokosem. Dziś mając na koncie 48 walk jest dojrzałym pięściarzem. W 2001 roku wydawało mi się, że „Dragon” jest skończony zanim w ogóle się rozpędził. Było to po ostrym nokaucie, który zadał mu Kanadyjczyk Arthur Cook w walce o młodzieżowe mistrzostwo świata. Cooka pokonali później m.in. Mariusz Wach i Grzegorz Kiełsa. Długo mówiło się, że Sosnowski nie ma serca do walki, że nic z niego nie będzie. Błąkał się gdzieś po zagranicznych ringach, krzyżując rękawice z jakimiś podrzędnymi bokserami. Zauważcie, że w Polsce ostatni raz walczył osiem lat temu!

A jednak wrócił. Dotąd jego kariera była rozczarowująca, ewentualnie nienadzwyczajna, ale teraz ma jeszcze szansę stać się nadzwyczajną. Rzeczywiście; ”Dragon” dostał jeszcze możliwość pójść w ślady Gołoty, choć przez tyle lat trudno było w to uwierzyć. Sosnowski będzie przecież walczyć - jako drugi Polak po Gołocie - o mistrzostwo świata w wadze ciężkiej! Oczywiście nadal jest mnóstwo ludzi, którzy nie wierzą w jego umiejętności. Ale jeśli dojdzie do walki z Kliczką - będę trzymać kciuki za tego wygadanego chłopaka, którego grzeczność wymieszaną z pewnością siebie zapamiętałem 11 lat temu. Sosnowski stoi przed największą szansą w życiu. Szansą sprawienia polskiej zawodowej sensacji stulecia. To już coś...

PS Swoją drogą nie życzę Sosnowskiemu, żeby spotkał w ringu Tomasza Adamka.

PS1 Polecam świetny tekst Wojtka Todura o hokejowej drużynie z Murcek. Dla wielu kibiców anonimowej, ale na południu Katowic do dziś krążą o niej legendy.

PS2 A poza tym uważam, że Omega i jej młodsza siostra z Bukowej powinny wrócić na należne im miejsce. Na stałe i do końca swoich dni.

16:53, pavelczado , Boks
Link Komentarze (9) »
wtorek, 06 października 2009
Takie życie nie tylko na Śląsku

Ożenić się z miejscową Niemką. Walczyć w Wehrmachcie. Uciec do Armii Andersa. Po wojnie zdobyć dla Polski medal na igrzyskach, mistrzostwach świata albo Europy. Żyć w komunistycznym absurdzie. Wreszcie wyemigrować do Niemiec i tam umrzeć.

Na pierwszy rzut oka taki życiorys mógłby stać się udziałem wielu Górnoślązaków. Ale okazuje się, że nie tylko. Jest jeszcze jeden region, bardzo od Śląska odległy, gdzie życie mogło się ułożyć w taki właśnie sposób.

Mam konkretny przykład. Opowieść o pierwszym polskim powojennym złotym medaliście olimpijskim - znajdziecie tutaj.  

12:29, pavelczado , Boks
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Tomasz Adamek: głowa, potem nogi, a na końcu ręce

Katowice, Spodek, 20 kwietnia, godz.1.00. To najpiękniejsza noc w historii polskiego boksu zawodowego.

Dla mnie z jednego powodu. Dotąd sukcesy w tej branży biało-czerwonym przychodziły dzięki "nadludzkiemu wysiłkowi" albo "przeogromnej woli walki" czy też "heroicznej postawie". Dotąd kwestia zwycięstwa lub klęski w ważnej walce polskiego pięściarza zawodowego była otwarta do ostatnich sekund pojedynku. Kiedy sędzia ringowy tuż przed ogłoszeniem werdyktu łapał rywali za nadgarstki zazwyczaj drżeliśmy o wynik.

W Katowicach Tomasz Adamek wprowadził nową jakość. Tym razem nie były najważniejsze heroizm, ambicja i zajadłość, ale inteligencja i szybkość, konsekwencja i chłodna kalkulacja. Walka Adamka z Bellem przypominała mi nie boks, a raczej... zapasy. Oczywiście w przenośni: wydawało  mi się, jakby Adamek natychmiast po pierwszym gongu złapał rywala za gardło i powoli, coraz mocniej zaciskał rękę. Z powściągliwą, przerażającą satysfakcją obserwował jak z szamoczącego się, wpadającego w coraz większą rozpacz rywala uchodzi życie... A przecież ten bezlitośnie obijany przez Adamka przeciwnik to znany na całym świecie król nokautu! 

Tak walczą tylko najwięksi mistrzowie. Po pokazie w Spodku Polak jest już jednym z nich.

PS. Pięknie wieczór podsumował Jerzy Kulej. Dwukrotnego mistrza olimpijskiego zahaczyłem za kulisami. Stwierdził: "Często powtarzam, że pomysł i technika zawsze wygrają z siłą. Siła przydaje się głównie w kuźni, na kopalni i przy wyrębie drzewa. Dziś w Katowicach w wielkim stylu wróciła polska szkoła boksu. Papa Stamm zawsze nas uczulał, że w pięściarstwie najpierw liczy się głowa, potem nogi, a na końcu ręce. Tomek miał pomysł na tę walkę: lewy prosty i dobra praca nóg. Już na początku "lufa", żeby Bell wiedział, że to nie przelewki. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma nic do powiedzenia - podziękował".

To było chyba najbardziej przykre podziękowanie w jego życiu.

02:58, pavelczado , Boks
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum