poniedziałek, 30 czerwca 2008
Co można robić w wieku 70 lat

Można: 

- wejść na Mt. Everest (Takao Arayama, doradca kadry zarządzającej z Kamakury); 

- posyłać ludzi na stos (Tomas de Torquemada, najwyższy sędzia hiszpańskiej inkwizycji);

- wydać płytę hip-hopową (Bill Cosby, komik);

- pobić, związać i przetrzymywać w ziemiance młodszego o 20 lat sąsiada (Zdzisław S., działkowicz z Warszawy);

- zdobyć mistrzostwo Europy w piłce nożnej (Luis Aragones, trener).

aragones

Szacunek dla Luisa Aragonesa. Za żywotność, pasję i bystry umysł. To nie był dziadzio, który postękując na ławce rezerwowych przecierał okulary i dopytywał się asystenta kto tak źle podał Villi po drugiej stronie boiska. To nie był dziadzio, który miał za zadanie przede wszystkim NIE PRZESZKADZAĆ ekipie świetnych, utalentowanych hiszpańskich chłopaków. To nie był dziadzio, któremu presja sparaliżowała ośrodek decyzyjny w mózgu, na stres nie reagował sennością...

Bezkompromisowe decyzje personalne, ciekawe zestawienie drużyny do maksimum wykorzystujące jej potencjał, nieoglądanie się na krytyków, podpowiadaczy i szyderców - takiego właśnie Aragonesa oglądaliśmy na tych mistrzostwach.

Pewnie jeszcze nikt nie sprawdził, ile milionów emerytów oglądało Euro. Myślę, że tym milionom Aragones dostarczył sporo satysfakcji. Udowodnił napierającym młodszym generacjom, że młodzi, gniewni, przebojowi, wygadani, niekoniecznie są lepsi. I to nie tylko we futbolu; w każdej dziedzinie życia. 

To nie koniec - Aragones nie ma zamiaru przechodzić na trenerską emeryturę. Może będzie trenerem Fenerbahce? 

I słusznie: Michał Anioł dopiero po siedemdziesiątce wziął się za bazylikę Św. Piotra. Giuseppe Verdi dopiero po siedemdziesiątce skomponował Otella. Władysław Jagiełło dopiero po siedemdziesiątce doczekał się syna. 

PS Aragones pobił osiągnięcie Otto Rehhagela, dotąd najstarszego trenera, który prowadził mistrzów Europy o cztery lata.

Luis Aragones - 70 lat (bez miesiąca) w 2008 roku; 

Otto Rehhagel - 66 lat w 2004 roku; 

Rinus Michels - 60 lat w 1988 roku;

Roger Lemerre - 59 lat w 2000 roku;

Helmut Schoen - 57 lat w 1972 roku;

Richard Moeller-Nielsen - 55 lat w 1992 roku;

Vaclav Jeżek - 53 lata w 1976 roku;

Jupp Derwall - 53 lata w 1980 roku;

Michel Hidalgo - 51 lat w 1984 roku;

Berti Vogts - 50 lat w 1996 roku;

Feruccio Valcareggi - 49 lat w 1968 roku;

Gawrił Kaczalin 49 lat w 1960 roku;

Jose Villalonga - 45 lat w 1964 roku.

PS2 Mam już faworyta do ”Złotej Piłki” France Football za rok 2008. Iker Casillas - co Wy na to?

PS3 A po za tym ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona.

15:38, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (18) »
piątek, 27 czerwca 2008
Hiszpanie z niemiecką precyzją

I.

Chciałbym, żeby ktoś kiedyś wyliczył jak często reprezentacja Hiszpanii gra górnymi piłkami. Odniosłem wrażenie, że bardzo rzadko. Kiedy nie muszą, nie podnoszą. To ich dreptanie i wymiana krótkich, płaskich podań, dzięki którym powolutku i niepostrzeżenie zbliżają się do bramki, a potem ostry, nagły sztych w pole karne - jest niepowtarzalne i zachwycające. Jakoś tak przez mgłę kojarzy mi się, że niespełna dwadzieścia lat temu ten styl prezentowała reprezentacja Kolumbii, a człapiący Valderrama klepał wtedy piłeczkę zupełnie jak teraz Iniesta z Xavim. Trudno nazwać ten styl holenderskim futbolem totalnym, trudno zgodzić się z opinią, że Hiszpanie atakują z furią, z rozmachem, z temperamentem. Bo hiszpański temperament zamienił się w niemiecką precyzję i niemiecką powściągliwość. Całe szczęście, że na boisku pozostała hiszpańska elegancja.

II.

Po raz trzeci zdarzyło się, że w półfinale mistrzostw Europy padł wynik 3:0. Za każdym razem w tych meczach uczestniczyli Rosjanie. W 1960 roku jako ZSRR rozbili Czechosłowację, w 1964 roku - Danię. Teraz los odwrócił się o 180 stopni.

III.

Ten mecz skojarzył mi się z reprezentacją Polski. Jakbym zobaczył ją na tym turnieju po raz czwarty.

                                                         % 

PS W niedzielę wielki finał. Dotychczas Hiszpanie od 1935 roku spotkali się z Niemcami 19 razy. Bilans jest korzystny dla Nationalmannschaftu: 8 zwycięstw Niemców, 6 remisów, 5 zwycięstw Hiszpanów, bramki 27:21.

W meczach o stawkę obie drużyny zagrały siedem razy. Tu przewaga Niemców jest miażdżąca. Pierwszy raz wygrali z Hiszpanią podczas mistrzostw świata w 1966 roku. Było 2:1, a decydującego gola zdobyli Niemcy 6 minut przed końcem... Oczywiście wyszli z grupy i ostatecznie zdobyli wicemistrzostwo świata. Hiszpania od razu odpadła.

W 1976 roku oba zespoły spotkały się w ćwierćfinale mistrzostw Europy (wtedy turniej finałowy odbywał się z udziałem tylko czterech drużyn). W Madrycie było 1:1, w rewanżu w Monachium - 2:0 dla Beckenbauera i spółki. Kolejnego prztyczka dali Niemcy Hiszpanom podczas pamiętnych mistrzostw świata w... Hiszpanii, w 1982 roku. W ćwierćfinale pewnie wygrali z gospodarzami 2:1 i zdobyli potem wicemistrzostwo.

Wielki rewanż Hiszpanie wzięli dwa lata później. W fazie grupowej mistrzostw Europy we Francji wygrali po golu Macedy tuż przed końcem meczu i wyeliminowali Niemców. Sami zdobyli wicemistrzostwo. Cztery lata później rewanż Niemców - w fazie grupowej wygrali 2:0, eliminując Hiszpanów. Sami doszli do półfinału.

Ostatni mecz o stawkę odbył się w fazie grupowej mistrzostw świata w 1994 roku. Po remisie 1:1 obydwa zespoły awansowały dalej, obydwa odpadły w ćwierćfinale.

Ostatni mecz Hiszpania - Niemcy odbył się w lutym 2003 roku. W towarzyskiej grze na Majorce wygrali gospodarze 3:1. Gole strzelali piłkarze nieobecni na Euro: Raul-2 i Guti oraz Bobic. Z piłkarzy, którzy wtedy zagrali do tegorocznych mistrzostw Europy dotrwali: Friedrich, Metzelder, Klose i Neuville oraz Casillas, Puyol i Xavi.

PS 2 A poza tym ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona.

00:53, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 czerwca 2008
Kto chce bilety na The Police?

Właśnie spadła mi z nieba wejściówka na dzisiejszy koncert. The Police zagra na Stadionie Śląskim akurat w porze meczu Hiszpania - Rosja. Co jest ważniejsze: impreza muzyczna czy półfinał mistrzostw Europy w piłce nożnej? Zastanawiałem się tylko przez chwilę: futbol to moje życie, a muzyka rozrywkowa w moim życiu siedzi jedynie na trybunach. Sting jeszcze kiedyś gdzieś zagra, a drugiego (a własciwie trzeciego) meczu Hiszpania - Rosja podczas Euro 2008 już przecież nie będzie! Musiałbym być wariatem, żeby dla Stinga i spółki zrezygnowac dla TAKIEGO meczu! A poza tym żona i tak mi opowie.

Nie chcę jednak, żeby bilet się zmarnował, dlatego ogłaszam szybki konkurs. Kto pierwszy udzieli prawidłowej odpowiedz dostanie ode mnie bilet.

Pytanie brzmi:

Co wydarzyło się najwcześniej:

a) Hiszpanie zdobyli mistrzostwo Europy w piłce nożnej;

b) urodził się Sting;

c) ZSRR zdobył mistrzostwo Europy w piłce nożnej.

Prawidłową odpowiedż proszę natychmiast słać na adres: pawel.czado@katowice.agora.pl. Oprócz odpowiedzi proszę przysłać swój numer telefonu. Do tego, który pierwszy przyślę prawidłową odpowiedź natychmiast zadzwonię i błyskawicznie ustalimy miejsce odebrania biletu. Odebranie nastąpi  zresztą niedaleko Stadionu Śląskiego, pewnie i tak przez okno usłyszę jak się spisuje The Police. Byle nie grali za głośno, bo mi mecz zagłuszą.  Jest jeszcze czas; Sting ma wyjść na płytę dopiero o godz 21.

Czytelników Czadobloga spoza Śląska przepraszam, że narobiłem im smaka. 

PS UWAGA, UWAGA!!!!!!!!!!

Przed chwilą wpadła mi w ręce jeszcze jedna wejściówka! Zwycięzca konkursu zgarnie więc obie (nie wątpię, że to będzie zwycięzca, a nie zwyciężczyni;-))))

Do dziewczyny (albo żony) zwycięzcy mam prośbę: nie narzekaj już więcej, że Twój chłop interesuje się futbolem. Bo Ty też z tego możesz czasami coś mieć:-))))

PS 2 A swoją drogą czy musieliście kiedyś rozstrząsać dylemat typu mecz albo koncert/ślub/imieniny/ból zęba? No i co wybraliście? Czy także nie mieliście wątpliwości?:-))))

PS 3 Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia! Po-lo-nia...

19:37, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (4) »
środa, 25 czerwca 2008
Niemcy też tracą w ostatniej minucie

Turecki huragan, świszczący w ostatnich trzech meczach na Euro, każe postawić kluczowe pytanie: czy Niemcy zdołają przeciwstawić się tej nawałnicy w ostatniej minucie meczu? A może zdołają go uciszyć już wcześniej na tyle, że ostatni powiew rozpaczy na nikim nie zrobi już wrażenia?

Niemcy, jak starałem się udowodnić w poprzednim wpisie, są mistrzami gry w końcówce. W powszechnej kibicowskiej świadomości funkcjonują jako ci, którym właściwie nie da się strzelić gola w ostatniej minucie. Tymczasem okazuje się, że takie nieszczeście przytrafiło się im w ciągu stu lat istnienia Nationalmannschaftu aż dziewiętnastokrotnie, w tym aż siedem razy w turnieju finałowym mistrzostw świata albo Europy! Ale Niemcy, jak to Niemcy: potrafili zminimalizować straty - szkody wyrządzane im strzałami rozpaczy najczęściej były nikłe, małe, niewielkie, albo wręcz żadne.

Boleśnie Niemcy zawyli dwa lata temu w półfinale mistrzostw świata w spektakularny sposób ubili ich Włosi (stracić gole w 119. i 120. minucie - nie do zapomnienia: to zdarzyło się Niemcom jeden, jedyny raz).

A przecież warto sobie uzmysłowowić, że kiedy niemiecka reprezentacja stawiała pierwsze kroki, wydawało się, że strata goli w końcówce będą ich...przywarą! W pierwszym meczu w historii, w 1908 roku ze Szwajcarią, stracili gola w 89. minucie (przegrali 3:5). W drugim, który odbył się w Berlinie z Anglią, znów dostali strzał w samej końcówce. Właśnie ten mecz jest pierwszym na liście, którą zamieszczam poniżej. Dziś nikt nawet nie pomyśli, że 90. minuta kiedykolwiek mogła być słabym punktem Nationalmannschaftu...

Ale szansa dla Turków dziś w Bazylei jest, bo Niemcy częściej niż kiedyś tracą w końcówce koncentrację. Przez pierwszych 50 lat istnienia Mannschaftu stracili tylko cztery gole w 90. minucie, przez drugie 50 lat - aż piętnaście, z czego aż pięć w XXI wieku!

Gdy pisałem te słowa sądziłem, że przez gol stracony w ostatniej minucie Niemcy ani razu nie przegrali meczu. Kiedy w 90. minucie padał, spotkanie było już zazwyczaj rozstrzygnięte. Tylko czterokrotnie zdarzyło się, że w ten sposób stracili zwycięstwo: dwa razy w meczach towarzyskich, raz w eliminacjach mistrzostw świata (ale awansowali) i raz w fazie grupowej mistrzostw świata (ale awansowali).

Kiedy ten wpis już powstał, internauta o nicku ”swiatło” (dzięki za czujność) zwrócił mi uwagę, że przecież w 1984 roku po golu Hiszpana Macedy Niemcy odpadli z mistrzostw Europy. Przez lata wydawało mi się, że gol padł w 89. minucie, ale jednak ”swiatło” miał rację - bez dwóch zdań ta bramka padła w 90.minucie. Dlatego uzupełniam zestawienie poniżej, gol Macedy musiał się w nim znaleźć. Przepraszam za błąd. 

                                               %

W tych meczach Niemcy tracili gole w ostatniej minucie:

1. Niemcy - Anglia 1:5 w 1908 roku (mecz towarzyski). Autor gola: Woodward

2. Dania - Niemcy 6:3  w 1930 roku (mecz towarzyski). Autor gola: P. Joergensen

3. Niemcy - Belgia 8:1 w 1933 roku (mecz towarzyski). Autor gola: Lamoot.

4. Niemcy - Holandia 2:2 w 1937 roku (mecz towarzyski). Autor gola: van Spaandonck

5. Irlandia Północna - NRF 3:4 w 1960 roku (eliminacje mistrzostw świata). Autor gola: McAdams

6. Anglia - NRF 4:2 w 1966 roku (finał mistrzostw świata, ostatnia minuta dogrywki). Autor gola: Hurst

7. RFN - Chile 4:1 w 1982 roku (faza grupowa mistrzostw świata). Autor gola: Moscoso

8. RFN - Hiszpania 0:1 w 1984 roku (faza grupowa mistrzostw Europy). Autor gola: Maceda 

9. Szwecja - RFN 2:2 w 1985 roku (eliminacje mistrzostw świata). Autor gola: Magnusson

10. RFN - Kolumbia 1:1 w 1990 roku (faza grupowa mistrzostw świata). Autor gola: Rincon

11. Szwecja - Niemcy 2:3 w 1992 roku (półfinał mistrzostw Europy, minutę wczesniej Niemcy sami strzelili gola). Autor gola: K.Andersson

12. Brazylia - Niemcy 3:1 w 1992 roku (mecz towarzyski). Autor gola: Jorginho

13. Niemcy - Belgia 3:2 w 1994 roku (1/8 finału mistrzostw świata). Autor gola: Albert

14. Niemcy - Albania 3:2 w 1997 roku (eliminacje mistrzostw świata). Autor gola: Kola

15. Węgry - Niemcy 2:5 w 2001 roku (po golu Węgrów Niemcy sami zdobywają jeszcze jedną bramkę ustalając wynik!). Autor gola: Horvath

16. Niemcy - Ukraina 4:1 w 2001 roku (eliminacje mistrzostw świata). Autor gola: Szewczenko

17. Niemcy - Rosja 2:2 w 2005 roku (mecz towarzyski). Autor gola: Kierżakow

18. Niemcy - Australia 4:3 w 2005 roku (Puchar Konfederacji. Jeden raz zdarzyło się, że niemiecka reprezentacja straciła gola w ostatniej minucie dwa mecze z rzędu! Tydzień po spotkaniu z Rosją, doszło do tego we Frankfurcie w grze z Australią). Autor gola: Aloisi

19. Niemcy - Włochy 0:2 w 2006 roku (półfinał mistrzostw świata, ostatnia minuta dogrywki, minutę wcześniej Niemcy stracili pierwszego gola). Autor gola: del Piero. 

PS A po za tym uważam, że Polonia powinna być ekstraklasie zwrócona. Szykuje się nagły zwrot akcji!

18:33, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (12) »
Bohaterowie ostatnich akcji kontra bohaterowie ostatnich akcji

Już nie mogę się doczekać ostatnich pięciu minut meczu Niemcy - Turcja. To będzie mega-show: starzy specjaliści od końcówek z nowymi specjalistami od końcówek. Od 85. do 90. minuty spodziewam się dwóch - trzech goli;-)

Niemcy pracowali na opinię od lat. Tureccy piłkarze oszołomili światową opinię publiczną  dopiero teraz, choć przecież - jak przytomnie zauważa czytelnik Czadobloga jakas1 - oni demontrowali swoje niecodzienne umiejętności w tym względzie już od pewnego czasu. 

Zaciekawiło mnie kto w dotychczasowych pojedynkach bohaterów ostatnich akcji przeprowadził więcej udanych ostatnich akcji. Kto był lepszy w końcówkach spotkań Niemcy - Turcja: znany, uznany, podziwiany Mannschaft czy raczej prężący się do skoku Turcy?

Było tak*:

- w 1951 roku NRF przegrała w Berlinie z Turcją 1:2, a decydujący gol padł w 85. minucie;

- w 1966 roku Turcja przegrała w Ankarze z NRF 0:2, a drugi gol padł w 85. minucie;

- w 1979 roku RFN wygrała w Gelsenkirchen 2:0, a drugi gol padł w 89. minucie.

- w 2005 roku Turcja wygrała w Stambule 2:1. Zwycięskiego gola w 89. minucie strzelił Nuri Sahin, honorową bramkę zdobył minutę później Neuville.

Tak więc Niemcy w tej rywalizacji w końcówkach strzelili trzy gole, a Turcy tylko dwa, ale to jednak ich bramki były o niebo ważniejsze, bo zapewniały zwycięstwo. Gole Niemców właściwie nie miały znaczenia.

Zwolennicy piorunującego tureckiego koktajlu mogą się cieszyć, ale... tylko do tego fragmentu dzisiejszego wpisu. Dla przeciwwagi przygotowałem bowiem jeszcze jedną niecodzienną listę, a właściwie liiiiiiistę. W miarę jak ją sporządzałem, źrenice zaczęły mi się rozszerzać, usta otwierać, na moment przestałem nawet z wrażenia oddychać...

Oto wyciąg meczów międzypaństwowych z udziałem reprezentacji Niemiec, w których gole zdobyte w ostatnich pięciu minutach dały jej remis albo zwycięstwo. Tym razem nie liczę oczywiście  niemieckich goli w końcówkach meczów, kiedy wynik był już rozstrzygnięty na korzyść lub niekorzyść Mannschaftu, bo by mi się wpis przelał na sąsiedni blog.  

Teraz jestem pewien: Niemcy mają umowę z siłami nadprzyrodzonymi. Jako przystawkę do głównego dania proponuję najpierw remisy:

1914: 4:4 z Holandią po golu w 90. minucie.

1939: 4:4 z Protektoratem Czech i Moraw po golu w 85. minucie.

1958: 2:2 z Austrią po golu w 89. minucie.

1968: 1:1 z Francją po golu w 87. minucie.

1969: 1:1 z Walią po golu w 90. minucie.

1985: 2:2 z CSRS po golu w 87. minucie.

1986: 1:1 z Urugwajem po golu w 85. minucie (faza grupowa MŚ).

1987: 1:1 z Brazylią po golu w 90. minucie.

1992: 1:1 ze Wspólnotą Niepodległych Państw po golu w 90. minucie.

1993: 3:3 z Brazylią po golu w 90. minucie.

1998: 1:1 z Rumunią po golu w 88. minucie.

2000: 1:1 ze Szwecją po golu w 85. minucie.

                                        % 

A teraz smakujcie danie główne. Ja... Ja... Das ist fantastisch! Niestety nie dla Polski.

1910: 3:2 ze Szwajcarią po golu w 85. minucie.

1933: 1:0 z Polską po golu w 90. minucie.

1954: 3:2 z Węgrami po golu w 85 minucie (finał MŚ!).

1968: 1:0 z Cyprem po golu w 90. minucie (gol Gerda Muellera).

1969: 1:0 z Austrią po golu w 89. minucie (gol Gerda Muellera).

1972: 3:1 z Anglią po golach w 85. i 88. minucie (gole Gerda Muellera).

1976: 4:2 z Jugosławią po golach w 115. i 118. minucie (półfinał ME!).

1978: 2:1 z Anglią po golu w 86. minucie.

1980: 2:1 z Belgią po golu w 89. minucie (finał ME!). 

1982: 2:1 z CSRS po golu w 88. minucie.

1984: 2:1 z ZSRR po golu w 89. minucie.

1986: 1:0 z Marokiem po golu w 88. minucie (1/8 finału MŚ).

1989: 2:1 z Bułgarią po golu w 87. minucie.

1990: 2:1 z Holandią po golu w 85. minucie (1/4 finału MŚ, stracili jeszcze w 89, ale to już nie miało znaczenia).

1992: 3:2 ze Szwecją po golu w 89. minucie (półfinał ME, stracili jeszcze gola w 90 minucie, ale to już nie miało znaczenia).

1992: 2:1 z Danią po golu w 88. minucie (rewanż za przegrany finał ME).

1996: 2:1 z Czechami po golu w 96. minucie (finał ME!, to był ”złoty gol. który zakończył mecz).

1997: 1:0 z Izraelem po golu w 85. minucie (wątek śląski: strzelił go Dariusz Wosz).

1997: 4:3 z Albanią po golu w 90. minucie.

1998: 2:1 z Meksykiem po golu w 86. minucie (faza grupowa MŚ).

1999: 1:0 z Norwegią po golu w 90. minucie.

2000: 3:2 z Czechami po golu w 90. minucie.

2001: 2:1 z Albanią po golu w 88. minucie (wątek śląski: strzelił go Miroslav Klose).

2002: 1:0 z Paragwajem po golu w 88. minucie (1/8 finału MŚ).

2003: 2:0 z Wyspami Owczymi po golach w 89. i 90. minucie! (wątek śląski: tego pierwszego strzelił Klose).

2004: 2:1 z Chorwacją po golu w 89. minucie.

2005: 4:3 z Australią po golu w 88. minucie (wątek śląski: strzelił go Lukas Podolski; Niemcy stracili jeszcze gola w 90. minucie, ale to już nie miało znaczenia).

2006: 1:0 z Polską po golu w 90. minucie (faza grupowa MŚ).

PS Po sporządzeniu tej listy usta mam cały czas otwarte, a ręce mi drżą. Z trudem, bo z trudem, ale zdołam jednak wklepać na koniec tego wpisu istotne zdanie. Otóż uważam, że ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona!

*wspominam tylko te mecze Niemcy - Turcja, w których padły gole w ostatnich pięciu minutach 

03:01, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (7) »
piątek, 20 czerwca 2008
Turecki rekord świata

Pasywa 

Przez 29 minut przegrywali z Portugalią. 

Przez 26 minut przegrywali ze Szwajcarią. 

Przez 53 minuty przegrywali z Czechami.

Przez 3 minuty przegrywali z Chorwacją.

Łącznie: przegrywali w tym turnieju 111 minut.

Aktywa 

Przez 0 minut wygrywali z Portugalią.

Przez parę sekund wygrywali ze Szwajcarią.

Przez parę sekund wygrywali z Czechami.

Przez 0 minut wygrywali z Chorwacją.

Łącznie: wygrywali w tym turnieju może minutę. I co z tego?

Teraz tylko jednego jestem pewien: 25 czerwca około godziny 22.30. na ulice Berlina, Hamburga, Frankfurtu wyleje się rozszalały tłum, żeby świętować zwycięstwo ukochanej drużyny. Ciekaw jestem tylko, który tłum będzie głośniejszy.

PS Polonia walczy. 

23:54, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (13) »
Anglia przestaje się wstydzić

Po listopadowej klęsce z Chorwatami angielscy kibice pozajmowali chyba wszystkie mysie dziury od Plymouth po Newcastle. To nieszczęsne 2:3 na Wembley było jednym z najwiekszych upokorzeń w dłuuuuugiej historii angielskiej reprezentacji. Po przegranych eliminacjach trener Steve McClaren dostał od federacji siarczystego kopa. Pewnie wszyscy za kanałem myśleli, że wyścigu do Euro wyprzedziły ich drużyny co najwyżej przeciętne.

Dziś mysie dziury powoli zaczynają pustoszeć. Chorwaci i Rosjanie pokazali, co pokazali, a Anglicy zaczynają sobie przypominać, że w eliminacjach do ME nigdy nie zdarzyło się, żeby odpadli ze słabeuszami. Za każdym razem pogromca Anglików robił furorę podczas turnieju finałowego (tylko Francja w 1964 roku nie, bo sama tam nie dotarła, był wówczas inny system kwalifikacji) .

W 1972 roku Niemcy, którzy ich wyeliminowali, zdobyli mistrzostwo Europy.

W 1976 roku Czechosłowacy, którzy ich wyeliminowali, zdobyli mistrzostwo Europy.

W 1984 roku Duńczycy, którzy ich wyeliminowali, zrobili wielką furorę, zostali "czarnym koniem" i osiągnęli półfinał. 

Czy więc zdanie "w 2008 roku Rosjanie i Chorwaci, którzy ich wyeliminowali, spotkali się w finale" ma szansę się urodzić? Nieśmiało i przekornie zwracam uwagę, że to (dość/całkiem/jeszcze) realne.

Swoją drogą, gdybym był Stevenem McClarenem, czułbym się mocno pokrzywdzony. Dlatego po wysiorbaniu paru browców dla dodania sobie odwagi, załomotałbym do siedziby The Football Association i w progu zwrócił uwagę, że Alf Ramsey, Don Revie i Bobby Robson, choć tak samo jak ja nie awansowali do mistrzostw Europy, wcale nie zostali wtedy ukarani dymisją. " Dlaczego akurat ja zostałem  wywalony?!" - wywrzeszczałbym i trzasnął drzwiami. A potem... schowałbym się na powrót do mysiej dziury.

PS2 Takie czasy, że wszystkie futbolowe trakty ostatecznie prowadzą do Anglii. Jestem bardzo ciekawy co Felipe Scolari powie Michaelowi Ballackowi podczas ich pierwszego spotkania na Stamford Bridge. Pogratuluje? Zbeszta? Przytuli? Pogrozi? Uściśnie? Splunie? Przeprowadzi pogadankę wychowawczą? Poprosi o powtórkę? "Jeszcze i jeszcze"?

PS3 A po za tym uważam, że ekstraklasa powinna być Polonii zwrócona. W Bytomiu ciągle walczą.

UPDATE. Ups, szósty akapit w połowie nieaktualny... Nie znaczy to oczywiście, że Anglia może się zacząć wstydzić od nowa;-)

01:56, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (14) »
sobota, 14 czerwca 2008
Francja nie grała gorzej od Holendrów

To był najlepszy mecz na Euro. Fantastyczny pod każdym względem. Oczywiście jestem pod wrażeniem występu reprezentacji Holandii. Ale tytuł notki to nie prowokacja: Francja  przegrała, lecz zarówno w pomyśle na grę, jak i w jego realizacji, nie ustępowała rywalom. Zauważmy; było przecież kilka momentów, kiedy ekipa Domenecha mogła odwrócić losy meczu i być może nawet wygrać w ładnym stylu. O tym, że nie dała jednak rady, zdecydowały indywidualne błędy zdarzające się tam, gdzie mało kto się ich spodziewał - we francuskiej, betonowej zazwyczaj, obronie. Zaznaczę - błędy wymuszone nadzwyczajną w ten wieczór klasą Holendrów.

Jedno jest pewne - mecz był świetny przede wszystkim dlatego, że nie był jednostronny. Choć ostateczny rezultat o tym nie świadczy, doszło do spotkania równorzędnych zespołów. A wyczyn pomarańczowych jest rzeczywiście niecodzienny: jak podpowiada kolega (dzięki Grzesiu), ostatni raz Francuzi stracili cztery gole w meczu międzypaństowym z... Polską w 1982 roku!

Po kolei.

Wyjściowym składem van Basten mnie nie zaskoczył. Trudno, żeby zaskoczył, bo po co zmieniać jak wszystko (czyli system 4-5-1) funkcjonuje bez zarzutu . Holendrzy wyszli więc tak:

van Nistelrooy

Sneijder,  van der Vaart,  Kuyt

Engelaar,  de Jong

van Bronckhorst,  Mathijsen,  Ooijer,  Boulahrouz

van der Sar

Zaskoczył mnie za to pozytywnie Domenech. Myślałem, że się uprze i w porównaniu do meczu z Rumunią nic w składzie nie zmieni, a tu proszę - jaka niespodzianka! Przyznam, że zapatrywałem się na te zmiany sceptycznie. Lubię kiedy Francuzi grają 4-4-2, ale rzeczywiście z Rumunią ten system nie zdał egzaminu. W efekcie Domenech ustawił swoje szwadrony dokładnie tak, jak rozplanował je van Basten czyli zrezygnował z 4-4-2 na rzecz 4-5-1. W wyjściowej jedenastce pojawiło się trzech nowych ludzi w w porównaniu do gry z Rumunią, : Henry za Anelkę, Govou za Benzemę, Evra za Abidala.

Henry 

Malouda, Ribery, Govou

Toulalan, Makelele

Evra, Gallas, Thuram, Sagnol

Coupet 

Niby ustawienie obu drużyn podobne, ale jednak różniące się w  szczegółach. Francuscy skrzydłowi byli nimi tylko na papierze, zarówno Malouda jak i Govou często uciekali do środka, robiąc miejsce niezwykle ofensywnie zorientowanym Evrze i Sagnolowi. U van Bastena skrzydłowi to byli naprawdę skrzydłowi, choć Sneijder w I połowie grał gdzie chciał.

Ale najważniejeszy był środek środka pola. U Holendrów stanowił go trójkąt pomocników z ostrzem - czyli van der Vaartem - skierowanym ku rywalowi. Domenech odpowiedział chytrze takim samym trójkątem, a tym najważniejszym elementem, przeponą regulującą rytm i tłoczącą energię do ataku, był fantastyczny, niezmordowany Ribery.

I połowa. Zabrzmi to dziwnie, ale z gry było więcej dla Francuzów. Fakty: stworzyli więcej niż rywale groźnych sytuacji podbramkowych (34 min.- Govou, 35 min.- Ribery, 37 min. - Ribery, 43.min. Henry), a przegrywali po jednym, dziecinnym błędzie Maloudy w kryciu przy rzucie rożnym. Zauważcie: oprócz gola Kuyta Holendrzy - mimo bardzo efektownej gry w polu (te kilka klepko-klepek mnie zabiło) - w pierwszych 45. minutach właściwie nie wypracowali sobie żadnej innej stuprocentowej okazji. O dziwo stworzył ją za nich niezawodny zazwyczaj duet Gallas - Thuram; w efekcie Kuyt uderzył nad poprzeczką (21. minuta). Oczywiście dostrzegam fakt, że wicemistrzowie świata przez jakiś kwadrans nie umieli dojść do siebie.

W przerwie van Basten dokonał zmiany, żeby włożyć kij w szprychy rozpędzającej się francuskiej machiny. Odwrócił trójkąt w środku, przy okazji dokładając na skrzydło Robbena - uznał, że Holandia w chwili kryzysu powinna bardziej atakować niż bronić (chciałbym żeby tak kiedyś u nas...)

W efekcie holenderska wersja pomocy z pierwszej połowy:

Sneijder, van der Vaart, Kuyt

Engelaar, de Jong

w drugiej zmieniła się w:

Robben, Sneijder, van der Vaart, Kuyt

de Jong 

II połowa. Początkowo korekta van Bastena nic Holendrom nie dała. Wręcz przeciwnie: właśnie zaczynał się najlepszy moment gry Francuzów. Niezmordowany Ribery grał tak, że dech zapierało, były momenty, że Holendrzy nie istnieli. Zapowiadało się, że Francuzi szybko wyrównają, a zaraz potem wyjdą na prowadzenie, ale nie sprzyjało im szczęście (niewykorzystana idealna okazja "sam na sam" Henry'ego w 54 minucie, jeszcze niedawno strzeliłby to z zamkniętymi oczami), a wcześniej także sędzia (ręka Ooijera w polu karnym w 50 minucie, bez reakcji arbitra).

Kiedy wydawało się, że gol dla Francuzów zaraz jednak padnie, nastąpił pierwszy przełomowy moment meczu. Van Basten zareagował natychmiast po wspomnianym fatalnym pudle Henry'ego. Wpuścił na boisko chyżonogiego świeżaka (innych na holenderskich ławkach rezerwowych nie mają:-), nie zmieniając jednocześnie ustawienia: van Persie pojawił się na prawym skrzydłe za Kuyta. To był strzał w dziesiątkę! Pięć minut później znakomitą kontrę Holendrów (fenomenalne zagranie van Nistelrooya, co on tam robił?) wykończył właśnie van Persie (indywidualny błąd Evry, któremu v.P. uciekł). Jest 59 minuta.

Domenech złości się, niecierpliwi się i w efekcie - moim zdaniem - popełnia błąd. Decyduje się na zmianę. To drugi - zaraz po pierwszym - przełomowy moment meczu: zejście Maloudy i wejście Gomisa to jednocześnie zmiana systemu z 4-5-1 na 4-4-2 i z ustawienia:

Henry

Malouda, Ribery, Govou

Toulalan, Makelele

na: 

Henry, Gomis 

Ribery, Govou

Toulalan, Makelele

Co prawda dziesięć minut po wejściu Gomisa pada wreszcie kontaktowy gol dla ekipy Domenecha, poprzedzony centrą przepoczwarzającego się w pomocnika Sagnola, w renówce jednak już chrzęści. Wałek rozrządu nie wytrzymuje eksplozji radości i strzela prawie natychmiast potem, w najmniej odpowiednim dla Francuzów momencie. 72 minuta, trzeci przełomowy moment meczu: zabójcza riposta Holendrów. Robben w symboliczny sposób odsyła na emeryturę Liliana Thurama. To był majstersztyk.

Po dwóch minutach czwarty przełomowy moment meczu, a właściwie jego koniec. Domenech w desperacji rzuca do boju ostatnie pozostające mu w odwodzie chorągwie czyli... Anelkę. Francuski trener decyduje się na krok rozpaczliwy, wcześniej nie było chyba okazji nawet przećwiczyć gry w tak niecodziennym ustawieniu! Pełna improwizacja: Anelka zastępuje Govou i w szaleńczym zrywie Francja przechodzi momentami w kawaleryjskie 2-5-3, bo tylne flanki też przesuwają się mocno do przodu! Wychodzi z tego coś takiego:

Henry, Gomis, Anelka

Evra, Toulalan, Ribery, Makelele, Sagnol

Gallas, Thuram

Coupet

Holender, czasami zdawało mi się nawet, że Evra z Sagnolem, grają na skrzydłach w jednej formacji z napastnikami! Jeśli to nie były zwidy, to wychodziłby z tego piękny, klasyczny system bardzo zasłużony w dziejach futbolu. Nikt z nas nie widział go dotąd na własne oczy, a przecież w systemie 2-3-5 Urugwaj zdobył mistrzostwo świata w 1930 roku!

Żarty, żartami, ale we współczesnym futbolu improwizacja w ustawieniu w ważnym momencie rzadko zdaje egzamin. Kwadrans przed końcem van Basten pewnie już wiedział, że wygrał. Na błysk szaleństwa francuskiego trenera zareagował spokojnie. Po pięciu minutach od wejścia Anelki ostatnią zmianą znów odwraca trójkąt w środku i po przegrupowaniu szyków końcówkę Holendrzy grają tak:

van Nistelrooy

Robben (van Persie), Sneijder, van Persie (Robben)

van Bronkhorst, de Jong

Bouma, Mathijsen, Ooijer, Boulahrouz 

van der Sar 

Ta zmiana to doskonały przykład na to, że pojęcie "futbol totalny" w Holandii jest ciągle żywe. Lewy obrońca van Bronckhorst bez problemu wciela się w drugiego defensywnego pomocnika, a ekipa van Bastena kończy w takim ustawieniu w jakim zaczęła.

W 79. minucie, czyli po wejściu na plac Boumy, holenderski szkoleniowiec może właściwie iść do szatni: równorzędny mecz się kończy, a zaczyna strzelanie do kaczek. Kwestią czasu jest, kiedy lubujący się w kontratakach pomarańczowi zdołają jeszcze jakąś ustrzelić. Ubijają jedną (Sneijder w doliczonym czasie), a mogli przecież więcej.

Tym razem Holendrzy nie musieli otwierać śluz, żeby wygrać. Pełny triumf. Francuzom pozostało już tylko zbieranie zwłok z pobojowiska.

Lubię alternatywne wersje historii czyli tzw. gdybanie. Jaki przebieg miałby więc ten mecz gdyby:

- Francuzi wykorzystali którąś z wyśmienitych okazji stworzonych między 34. i 37. minutą? To nie był fuks, one były stwarzane taśmowo.

- Sędzia dał Francuzom karnego w II połowie przy stanie 0:1?

- Domenech pozwolił nadal działać systemowi 4-5-1 i poczekał z wpuszczeniem Gomisa?

- Francuzi po zdobyciu kontaktowej bramki się nie zdekoncentrowali?

Pytania bez odpowiedzi. No chyba, że trójkolorowi wyjdą z grupy i jeszcze raz trafią na Holendrów. Chciałbym.

Kończąc; spotkanie HOL - FRA przypominało mi... zacięty mecz siatkarski zakończony jednostronnym wynikiem. Tak jakby Holendrzy wygrali go 3:0, ale wszystkich setach dopiero na przewagi 27:25, 24:26 (no, może w tym ostatnim secie trochę wyżej, bo w końcówce Francuzi się całkiem rozsypali). Na futbolowym boisku wynik 4:1 był dla mnie w kontekście przebiegu gry za wysoki i mylący.

PS Bardzo chciałbym zobaczyć na tych mistrzostwach mecz Holandia - Portugalia albo Holandia - Hiszpania. Ciekawi mnie strasznie czy południowcy wiedząc z jak niebezpieczną drużyną mają do czynienia, zrobiliby jakieś korekty w sposobie gry? Czy może graliby swoje, nie zważając na możliwości rywala? 

PS2 Nie mogę się doczekać na mecz Włochy - Francja. Niesamowite, że od niego być może już nic nie będzie zależeć.

PS2. A poza tym uważam, że ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona.

07:37, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (14) »
czwartek, 12 czerwca 2008
Okres ząbkowania już za nami

Spis treści tego wpisu 

Pierwszy raz na Praterstadionie ....1 linijka

Ostatni raz na Praterstadionie....43 linijka

Dlaczego Polacy wygrają z Austrią? (z mojego  ulubionego cyklu ” argumenty idiotyczne”) ....52 linijka

A co jeśli Polacy jednak przegrają z Austrią?....97 linijka

Postscriptum dotyczące Polonii Bytom....116 linijka

Pierwszy raz na Praterstadionie

Maj roku 1935. Polacy dostają lanie 2:5. Selekcjoner Józef Kałuża przyczyn porażki szukał w ”nieodpowiedniej taktyce ataku, który zamiast prowadzić po rozmokłym terenie grę skrzydłami, forsował tylko trójkę i to spowodowało osłabienie po przerwie” (wypowiedź dla ”Przeglądu Sportowego”). Dziś nam ta szczególna przypadłość formacji ofensywnej nie grozi: w wyjściowym składzie Polaków będzie pewnie pięciokrotnie mniej napastników niż 73 lata temu!

Reprezentantom Polski paskudne kontuzje przed meczem z Austrią przytrafiały się już przed wojną. Kilka dni przed pierwszym meczem na Praterstadionie paskudnego urazu doznało cudowne dziecko futbolu - 18-letni Ernest Wilimowski. Gwiazdorowi Ruchu podczas meczu w Bielsku omal nie zgruchotali lewego kolana obrońcy reprezentacji tego miasta podczas gry - jak to się wtedy mówiło - ”propagandowej” (czyli towarzyskiej). W szpitalu hutniczym w Hajdukach Wielkich operację przeprowadził świetny lekarz z Bytomia dr Frenkel, który zupełnie przypadkowo przebywał po drugiej stronie granicy.

Wilimowski w reprezentacji Polski z różnych powodów zagra ponownie dopiero 17 miesięcy później, w meczu z Danią (październik 1936 roku). W tamtym meczu z Bielskiem urazu doznał także inny reprezentacyjny gracz Ruchu, Edmund Giemsa. Niby zdążył się wykurować, ale Kałuża nie zaryzykował i zostawił go w Wiedniu na ławce.

Mimo klęski polscy dziennikarze byli wtedy zadowoleni. Rywal był znacznie silniejszy niż teraz, przecież rok wcześniej na mistrzostwach świata zajął czwarte miejsce. Czy wyobrażacie sobie, żeby po dzisiejszej porażce z Austrią w jakiejkolwiek jutrzejszej polskiej gazecie ukazał się taki akapit: ”Piłkarze polscy pokazali, że istnieje już u nas pewna kultura i tradycja futbolowa, a mimo niedomagań, wychodzimy już z okresu ząbkowania”. Na mnie nie liczcie. Ja, do cholery, nie napisałbym tak na pewno, mowy nie ma!;-))))

Ostatni raz na Praterstadionie

Październik roku 2004. Byłem wtedy w Wiedniu z tatą, bratem i teściem. To był mecz numer 556, który widziałem w życiu na własne oczy. Najbardziej podobała mi się dachówka katedry św.Stefana i gol Frankowskiego w ostatniej minucie przesądzający sprawę. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby siedem tysięcy ludzi w jednym miejscu śpiewało ”Auf Wiedersehen”. W Wiedniu usłyszałem.

Dlaczego Polacy wygrają z Austrią? (z mojego  ulubionego cyklu ”argumenty idiotyczne”)

a) bo są bardziej wypoczęci niż kiedyś. W 1935 roku piłkarze jechali z Warszawy do Wiednia nocnym pociągiem. Panikę oficjeli wzbudzili zawodnicy śląscy, którzy wsiadali na dworcu w Katowicach. Pojawili się, kiedy pociąg stał już na peronie. Wpadki organizacyjne zdarzały się PZPN-owi także w latach 30.: Ślązacy w ogóle nie wiedzieli, że czekają na nich wygodne miejsca w specjalnie wynajętym wagonie II klasy. Kupili bilety w kasie i siedzieli z innymi pasażerami aż do granicy.

Po przyjeździe kierownictwo ekipy zapakowało chłopaków do łóżek mimo że było już południe. Pewnie zaburzyło im to rytm. Dziś rytm będzie pewnie w porządku, choć słyszałem, że nasi chłopcy w Austrii jedzą kolację prawie w porze rozpoczęcia drugiego meczu. Żeby tylko nie zaczęło ich ssać w najmniej odpowiednim momencie...   

b) bo w meczach o stawkę Polacy zawsze z Austriakami wygrywali. Obie reprezentacje grały siedmiokrotnie (pięć razy towarzysko i dwa razy w eliminacjach MŚ. Te dwa najważniejsze, zresztą niedawno, wygraliśmy);

c) bo 12 czerwca to nie jest szczęśliwa data dla reprezentacji Austrii. Na razie tylko raz grała w  tym dniu mecz międzypaństwowy i przegrała: w 1976 roku z Węgrami 0:2 w Budapeszcie.

d) bo 12 czerwca to jest szczęśliwa data dla reprezentacji Polski. Na razie tylko raz grała w tym dniu mecz międzypaństowy i wygrała: w 1977 roku z Boliwią 2:1 w La Paz.

e) bo gramy 12.06.2008. 12+0+6=18, 2+0+0+8=10. 18+10=1810. 1810 to przecież prawie 1809, a w 1809 roku wojska austriackie dostały od zaprzyjaźnionego z nami Napoleona strasznego łupnia pod Wagram;

f) bo trzeba wykorzystać niecodzienną szansę przejścia do historii. Może historii niezbyt istotnej, ale zawsze;-) Polacy mogą sprawić, że współgospodarz Euro  pożegna się z imprezą już po sześciu dniach od jej rozpoczęcia i dołączy do współgospodarza Euro, który musiał się pożegnać z imprezą po pięciu dniach od jej rozpoczęcia! (mam nadzieję, że ta choroba nie przejdzie na następne mistrzostwa Europy).   

A co jeśli Polacy jednak przegrają z Austrią?

Być może... nic! Myślcie pozytywnie;-) Otrzyjcie łzy i przeanalizujcie  sytuację. Może i tak wyjdziemy z grupy? Wystarczy, że Niemcy pokonają dziś Chorwację, w ostatniej kolejce Austrię, a my wysoko zlejemy Chorwatów:-)))). Co prawda w historii mistrzostw Europy sytuacja gdy drużyna wychodzi z grupy z jednym zwycięstwem i dwoma porażkami nigdy nie miała miejsca, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.

Przykład dały mistrzostwa świata. Jeden jedyny raz doszło do takiej sytuacji w 1950 roku. W grupie B Hiszpania wygrała z Anglikami, Amerykanami i Chilijczykami. Anglia wygrała z Chile 2:0, Chile wygrało ze Stanami 5:2, a Stany wygrały z Anglią 1:0. Ostatecznie drugie miejsce w grupie z jednym zwycięstwem i dwoma porażkami zajęła Anglia.

Miała jednak pecha: problem w tym, że wtedy do następnej rundy przechodził tylko zwycięzca.

PS A poza tym uważam, że ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona.

15:48, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (2) »
środa, 11 czerwca 2008
Mam dość Trzech Koron!

Seitaridis do Kyrgiakosa, ten do Antzasa, ten do Dellasa, ten do Torosidisa, ten do Dellasa, ten do Antzasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Seitaridisa, ten  do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do... A wszystko dwadzieścia metrów przed linią środkową, wzdłuż linii pola karnego. I tak w kółko... Brrrrrr!

Bardzo dziękuję kochana reprezentacjo Szwecji - za to, że zakończyłaś marzenia ekipy Rehhagela o obronie tytułu. Nieprawdopodobna kariera greckiej drużyny narodowej w ostatnich latach to dla mnie najbardziej zdumiewająca zagadka futbolu XXI wieku. Na swój sposób urzekająca (lubimy kiedy kopciuszek staje się królewną), ale dla mnie przede wszystkim zniechęcająca, bo antystyl prezentowany przez reprezentację Grecji całkowicie popsuł mi poprzednie Euro. Choć przyznam: imponowało mi, że Rehhagel doskonale dopasował koncepcję do potencjału tamtego zespołu. W Portugalii stało się coś niebywałego: nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby obiektywnie dużo słabszy zespół pokonał stawkę silniejszych rywali i wdrapał się na sam szczyt. Przecież gdyby z uczestników Euro 2004 utworzyć 16-zespołową ligę i rozegrać cały sezon z trzydziestoma kolejkami, to Grecja broniłaby się pewnie przed spadkiem!

Byłem bardzo ciekaw greckiej drużyny po czterech latach. Sami buńczucznie zapowiadali, że są lepsi niż na poprzednich mistrzostwach (nie wierzę, że w to wierzyli, a tym bardziej wierzą). Od starego lisa Rehhagela oczekiwałem może nie całkowitego zerwania z ustawieniem na boisku kilku szeregów hoplitów - zaprawionych w boju, oczekujących na atak przeciwnika, ale przynajmniej wprowadzenia jakiejś świeżej taktycznej mutacji, jakiejś niecodziennej, zaskakującej wariacji ze ździebłkiem miejsca na rozegranie akcji ofensywnej z finezją w tle (nie wierzę, że słowo "finezja" naprawdę umieściłem w tym wpisie!).

Tymczasem zaledwie po dwóch kwadransach meczu byłem Grekami rozczarowany - całkowicie, definitywnie, nieodwołalnie. Rozczarowany nie tyle faktem, że znów nastawili się na przeszkadzanie, bo tego się spodziewałem. Przede wszystkim zabił mnie ich "urozmaicony" wachlarz ofensywnych kombinacji. Zabił mnie tak mocno, że położyłem się na kanapie i zamknąłem oczy.

Mogłem je zamknąć, bo i tak wi(e)działem co jest:

Seitaridis w poprzek do Kyrgiakosa, ten w poprzek do Antzasa, ten w poprzek do Dellasa, ten w poprzek do Torosidisa, ten w poprzek do Dellasa, ten w poprzek do Antzasa, ten w poprzek do Kyrgiakosa, ten w poprzek do Seitaridisa, ten w poprzek do Kyrgiakosa, ten w poprzek do Dallasa, ten w poprzek do Kyrgiakosa, ten w poprzek do Dallasa, a ten (kiedy gwizdy przekroczyły milion decybeli) decyduje się na dalekie baaaaaaaaaaaaach w przód, do biegnącego z gracją rączego jelenia Charisteasa. Piłka odbija mu się od golenia? Nic to! Odbieramy ją Szwedom i jeszcze raz: Seitaridis do Kyrgiakosa, ten do Antzasa, ten do Dellasa, ten do Torosidisa, ten do Dellasa, ten do Antzasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Seitaridisa, ten dalekie baaaaaaaaaaaaach w przód, do Charisteasa. Róg, róg! Panowie, chodźcie pod szwedzką bramkę, róg! Może się uda!

Na szczęście się nie udało. Ale bramka w stylu greckim padła - tyle, że strzelił ją Szwed. Nie ulega wątpliwości, że Peter Hansson zdobył najbardziej ślamazarnego gola w historii mistrzostw Europy. Okoliczności tej sytuacji bawią mnie bardziej niż spodenki Wasilewskiego;-)

Jeszcze jedno: w trakcie telewizyjnej transmisji bez przerwy słyszałem z ust sprawozdawcy o "drużynie Trzech Koron".  Ja wiem, że trzy korony to narodowy symbol Szwecji, ale mam już dość! Przydomek "Tre Kronor" dotyczy wprawdzie szwedzkiej drużyny narodowej, ale tylko w...hokeju! Bo piłkarska reprezentacja to "Blågult"  czyli "niebiesko-żółci".

PS Zdanie po Hiszpanii: prawda, że stary, dobry system 4-4-2 może być ładniejszy, bardziej skuteczny, mocniej zwycięski niż to przemodne 4-5-1?

PS2 A poza tym uważam, że ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona.

PS3 Jest już późno. Macie problemy ze zaśnięciem? Ja nie mam: znalazłem niezawodny sposób. Przykładam właśnie policzek do poduszki i w myślach wytrwale powtarzam: Seitaridis do Kyrgiakosa, ten do Antzasa, ten do Dellasa, ten do Torosidisa, ten do Dellasa, ten do Antzasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Seitaridisa, ten  do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do Seitaridisa, ten do Kyrgiakosa, ten do Antzasa, ten do Dellasa, ten do Torosidisa, ten do Dellasa, ten do Antzasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Seitaridisa, ten  do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do...

01:46, pavelczado , Euro 2008
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum