niedziela, 14 lutego 2016
O objawach miłości. Przykład z 1948 roku

Dziś idealny dzień na deliberowanie o objawach miłości. Oczywiście nie chodzi mi o jakąś tam miłość między mężczyzną i kobietą czy też inne tego typu historie lecz o poważne uczucie względem drużyny piłkarskiej.

Każdy zapoznany wie, że kochać w tym względzie można do utraty tchu. W dodatku chyba tylko futbol stwarza okazje do wyjątkowo oryginalnego obwieszczenia światu jak bardzo się kocha.

Tym razem mam dla Was przykład z 1948 roku. Szombierki Bytom pierwszy raz w dziejach grały wtedy o awans do ekstraklasy.

O wejście do ligi walczyło wtedy 20 drużyn, podzielonych na pięć grup. Do finału wchodzili tylko ich mistrzowie. Szombierki rywalizowały o to jedno miejsce z inną śląską drużyną - Baildonem Katowice a także z Pomorzaninem Toruń i Legią Krosno. Najgroźniejszym rywalem była ekipa z Torunia, która wygrała w Bytomiu więc o wszystkim przesądził mecz wyjazdowy. Na parę minut przed końcem meczu Szombierki zdobyły zwycięską bramkę po... strzale samobójczym! Największy as bytomskiej drużyny Jerzy Krasówka (dziś ktoś o jego umiejętnościach byłby w polskiej lidze piłkarskim megacelebrytą) przyznawał, że gol padł na skutek... nierówności boiska: piłka odbiła się bowiem od kępy trawy i ku rozpaczy miejscowej publiczności wpadła do bramki!

Rozochoceni piłkarze Szombierek na klęczkach całowali potem pełni entuzjazmu tę kępę. To jednak nie koniec: ten nierówny fragment murawy bytomianie oddarli, zapakowali w walizkę i zabrali w drogę powrotną do Bytomia!

Jest mi bardzo przykro, ale nie udało mi się ustalić co działo się później z tym niezwykłym dowodem miłości. Może rośnie gdzieś jeszcze w zielonej dzielnicy?

PS Szombierki awansowały do pięciozespołowej grupy finałowej, a tam znowu spisały się znakomicie. Dały się wyprzedzić tylko Lechii Gdańsk i z drugiego miejsca uzyskały historyczny awans do ekstraklasy, w której pierwszy raz zagrały w 1949 roku.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

PS2 Przepraszam, że odzywam się rzadko, ale bardzo zaangażowałem się w projekt Y.

sobota, 30 maja 2015
Piękno sportu. Szombierki pomagają Polonii

Trudno w całej Polsce znaleźć wzajemną niechęć większą niż między kibicami Szombierek i Polonii. Czasami przekładało się to na zdarzenia wręcz kuriozalne i niewyobrażalne. Jak choćby w 1998 roku kiedy na moment połączono ogień z wodą, piłkarze obu drużyn stworzyli jedną drużynę, a po jednym z przegranych meczów grający wcześniej w Szombierkach Krystian Kandziora (obecnie teść Adama Dancha z Górnika Zabrze) schodząc do szatni oberwał parasolką od sfrustrowanego fana Polonii (widziałem to na własne oczy).

Tymczasem właśnie dziś zwyciężył sport. Szombierki we wspaniały sposób... pomogły Polonii. Oba zespoły grają w III lidze. Szombierki, mimo bardzo złej sytuacji finansowej spisują się bardzo dobrze. Polonia marzy o awansie, ale po niedawnej porażce w Opolu z głównym kontrkandydatem do pierwszego miejsca w tabeli nastroje w Bytomiu jakby siadły.

Tymczasem dziś Polonia dość łatwo wygrała ze Skrą w Częstochowie, a Szombierki grały u siebie właśnie z Odrą. Ten drugi mecz rozpoczął się z piętnastominutowym opóźnieniem, ale nie było w tym żadnego spisku - potwierdzam, że na Górnym Śląsku pogoda jest dziś burzliwa i momentami żaby spadają z nieba. "Zieloni" pokonali gości 1:0 (złotą bramkę strzelił Marcin Rosiński). Im nic to nie daje - nie mają potrzeby patrzeć do przodu (24 punkty straty do lidera) ani do tyłu (18 punktów przewagi nad strefą spadkową). Mimo to zademonstrowali na czym polega piękno sportu - grali dla siebie, wygrali z liderem a przy okazji pomogli lokalnemu rywalowi. Dzięki temu wynikowi Polonia wskoczyła na pierwsze miejsce i na dwie kolejki przed końcem ma dwa punkty przewagi nad Odrą.

Jeśli okaże się, że właśnie dzisiejszy mecz Szombierek przyczyni się do zajęcia przez Polonię pierwszego miejsca jej kibice powinni wywiesić dziękczynny transparent. 

Wiem, że to marzenia ściętej głowy, ale ścinane głowy również marzą.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. 

czwartek, 30 kwietnia 2015
Wierność

Moim zdaniem ten termin we futbolu jest zdecydowanie nadużywany. Bo co to znaczy wierność, w jaki sposób ma być rozumiana i kogo lub czego właściwie ma dotyczyć?

Działaczy i trenerów z grona ludzi objętych wiernością od razu wykluczam. Oczywiście mam na myśli wierność korzystania z innych ludzi a nie wierność zasadom lub koncepcjom. W ich przypadku ten konkretny rodzaj przesadnej wierności może być wręcz działaniem na szkodę klubu, jeśli wiecie co chcę powiedzieć.  Z kolei wierność kibicowska i rozumienie tego terminu w określony sposób to temat na zupełnie odrębne opowiadanie.

Pojęcie wierności piłkarza klubowi również warte jest przedyskutowania. Wiadomo, że piłkarze wierni jednemu klubowi przez całą karierę są powszechnie cenieni. Warto jednak pamiętać, że moim zdaniem najczęściej od nich to w ogóle nie zależy. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach - kiedy na futbolu się poważnie zarabia.

John Terry zarzeka się, że zostanie wierny Chelsea aż do końca. Przecież jednak to związek oparty  - oczywiście w myśl pewnego założenia - na zdradzie. Zdradzie West Hamu.

Jan Cuelemans został bohaterem Brugii kiedy odmówił transferu do Milanu, został w niej aż do końca. Ale co o tym sądzi Lierse?

A Messi - zapytacie? Przepraszam: a o wierności wobec jakiego klubu w jego przypadku mówimy? Newell's Old Boys?

Oczywiście  - zdarzają się przykłady (i jest ich nawet całkiem sporo), że zawodnicy pozostają wierni jednej drużynie całą karierę. Nie dzieje się tak jednak bez przyczyny. Najczęściej jest to możliwe w trzech przypadkach (czwarty na szczęście należy raczej do przeszłości):

a) macierzysty klub jest tak dobry i bogaty, że żadna inna oferta piłkarza nie satysfakcjonuje;

b) piłkarz jest tak szczęśliwy w miejscu w którym żyje, że nie chce niczego zmieniać w życiu;

c) piłkarz jest tak słaby, że żadna inna oferta nie przychodzi;

d) piłkarz miał pecha, bo żył w czasach kiedy jest własnością klubu, podpis jest właściwie dożywotni, a działacze mogą go za fikanie i chęć zmiany barw bez problemu zdyskwalifikować (znam wiele takich historii).

Obecnie w ekstraklasowych klubach naszego regionu nie ma przypadku bezwzględnej wierności (nie liczę oczywiście młodych obiecujących piłkarzy w okolicach dwudziestki, którzy dopiero wchodzą do zespołu).

W Górniku najdłużej jest Adam Danch, który przyszedł w 2007 roku z Gwarka Zabrze. Górnik to jego trzeci klub;

W Ruchu najdłużej jest Piotr Stawarczyk, który przyszedł w 2009 z  Widzewa Łódź. Ruch to jego czwarty klub;

W Piaście bilans Tomaszowi Podgórskiemu psuje runda wiosenna sezonu 2009/10 w Zawiszy Bydgoszcz. Ale i tak (razem z Jakubem Szmatułą) ma w Gliwicach najdłuższy staż;

W Podbeskidziu najdłużej jest Piotr Malinowski, który przyszedł w 2009 roku z Górnika Zabrze. Podbeskidzie to jego czwarty klub.

Niemniej jeśli zdarzają się przypadki futbolowej wierności - zawsze warto je odnotować. Zwłaszcza te mniej znane.

Dlatego akurat dziś jest dobry moment na ten wpis. Pewnemu zawodnikowi właśnie 30 kwietnia 2015 roku mija dziesiąta rocznica gry w słynnym śląskim klubie.

Debiutował nie mając jeszcze nawet 17 lat w ówczesnej czwartej lidze. Potem jego klub spadł z hukiem szczebel niżej (chłopak musiał uczestniczyć w meczach kończących się wynikiem 0:9, 0:8 albo 0:7) a po rundzie jesiennej przez brak pieniędzy  w ogóle wycofał się z rozgrywek ligi okręgowej. Piłkarz to przetrzymał - kiedy klub zaczął się odbudowywać w B-klasie jako jedyny z poprzedniej drużyny zaczął w nim grać na nowo. Dzięki temu zaliczył cztery awanse i dziś występuje w III lidze.

Wczoraj strzelił w tych rozgrywkach kolejnego gola. Nie ma jeszcze 27 lat a w swoim klubie zagrał ponad 270 razy.

Więcej możecie o nim przeczytać TUTAJ. Mam tylko nadzieję, że wkrótce nie będzie musiał znowu rozpoczynać od B-klasy...

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

wtorek, 21 października 2014
Wielkie Derby Bytomia. Raczej ich nie zobaczycie

Jest w śląskim futbolu kilka wielkich ligowych rywalizacji, którym los stanął na drodze. Przed laty rozpalały do białości, teraz już nawet nie pamiętamy ostatnich meczów, bo dawni wielcy rywale od dawna grają w różnych ligach...

Pamiętacie jeszcze mecze Ruch - GieKSa albo Zagłębie - GieKSa? Największym chyba jednak hitem, który znikł na długie lata z futbolowej mapy Polski jest ligowa rywalizacja Polonii z Szombierkami. Dwaj mistrzowie kraju z jednego miasta! Pierwszy z takich ligowych meczów odbył się w roku 1949 na poziomie ekstraklasy*. Ostatni - w roku 1997 już na drugim poziomie rozgrywek. Od tego czasu - cisza....

Ale wreszcie koniec z tą ciszą! Już w najbliższą sobotę coś co Czadoblogi lubią najbardziej: po siedemnastu latach przerwy wreszcie zabłysną Wielkie Derby Bytomia! 

Ligowy mecz odbędzie się na stadionie Szombierek. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że spotkanie zobaczą tylko szczęśliwcy. Co prawda Szombierki od początku nie chciały organizować imprezy masowej i spotkanie zobaczyłoby 999 kibiców, ale miejscowa policja zdecydowała, że to mecz podwyższonego ryzyka. Oznacza to, że na stadion przy ul. Frycza-Modrzewskiego wejdzie zaledwie 199 szczęśliwców. Oczywiście nie w smak to zarówno jednemu jak i drugiemu klubowi (Szombierki by zarobiły, Polonia miałaby doping), ale nic nie da się zrobić.

Kibice Polonii zapowiadają, że i tak przyjdą pod stadion. Składają do Urzędu Miasta wniosek o pozwolenia na zgromadzenie publiczne żeby pooglądać mecz zza płotu (według prawa to takie zgromadzenie, które "zorganizowane jest na otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób". Musi to być zgrupowanie "co najmniej 15 osób, zwołane w celu wspólnych obrad lub w celu wspólnego wyrażenia stanowiska"). Rozmawiałem dziś o tym wniosku z Damianem Bartylą, prezydentem Bytomia. Wiadomo, że jest zaangażowanym kibicem Polonii, byłym prezesem tego klubu, ale wyraźnie mi podkreślił, że to nie ma nic do rzeczy. Poprosi o analizę prawną w tej sprawie i wyda decyzję w oparciu o obowiązujące przepisy. 

Policja ma własne racje, własne powody i można je zrozumieć. Rozmiar wzajemnej niechęci między sympatykami klubów mógłby wstrząsnąć osobami postronnymi i niezorientowanymi. Osobiście byłbym jednak za imprezą na tysiąc osób i dopuszczeniem kibiców Polonii do udziału w tym widowisku. 

Nie wiem czy istnieje przepis, który zabroni zorganizowania zgromadzenia publicznego kibicom Polonii. Jeśli nie ma - to chyba lepiej żeby byli na trybunach pod kontrolą niż gdyby mieli brykać pod stadionem. Dobrym przykładem są choćby zdarzenia z 2012 roku w związku z derbami Ruch Radzionków - Polonia Bytom.

Po ówczesnej decyzji policji mecz z trybun mogło obejrzeć właśnie 199 osób (impreza niemasowa o podwyższonym ryzyku), a fani Polonii w ogóle nie mogli się pojawić na stadionie. Wiązało się to z faktem, że obiekt Ruchu przy ul. Narutowicza nie spełnia wszystkich warunków bezpieczeństwa. Efekt? Około 600-osobowa grupa sympatyków Polonii zgromadziła się za ogrodzeniem boiska. Tuż po zakończeniu meczu, kiedy zawodnicy Polonii przeskoczyli przez wewnętrzne ogrodzenie i pobiegli w stronę kibiców, część osób z tej grupy zaczęła rzucać butelkami i kamieniami w stronę pracowników ochrony oraz policjantów. W ruch poszły pałki, strzelby gładkolufowe, miotacze wody...

Myślę, że gdyby kibice Polonii weszli na stadion Szombierek i zrobili zadymę na trybunach byliby najgłupszymi szalikowcami świata, bo to świadczyłoby, że nie doceniają co się dla nich robi. Nie uwierzyłby im już nikt i nikt nie chciałby się z nimi układać.

Więcej o tym meczu - TUTAJ. Rozmawiam o nim z prezydentem Bytomia, działaczami Szombierek i Polonii, szefową Stowarzyszenia Kibiców Klubu Polonia Bytom a także z rzecznikiem bytomskiej policji.

PS [...]

*trudno w to uwierzyć, ale ostatni derbowy mecz między Polonią a Szombierkami na poziomie ekstraklasy odbył się już w 1980 roku! Potem oba kluby spotykały się już tylko na drugim poziomie rozgrywek. Nic dziwnego, że kibicom coraz trudniej przypomnieć sobie emocje związane z tą konkretną rywalizacją. 

sobota, 27 września 2014
Idealne miejsce do bicia rekordów

Nie ma to jak festyn organizowany przez klub piłkarski. Uwielbiam takie imprezy, bo one toczą się nieśpiesznie, można spotkać różnych znajomych i bardzo miło spędzić z nimi czas. Pogadać, zjeść wuszta i pooglądać spokojnie piłkarskie spotkanie nie słysząc nachalnego wrzasku przez megafony "i wszyscy, wszyscy, w górę serca, Polska wygra mecz".

Dziś wyluzowałem się w Bytomiu na festynie Szombierek. Nie zgadzam się co prawda z pretekstem jego organizacji (czyli z jubileuszem 95-lecia, bo zdaniem Czadobloga Szombierki powstały 26 lat później), ale nie zmienia to oczywiście faktu, że impreza była świetna.

Na wysokości zadania stanęli piłkarze, którzy na dzień dobry pokonali solidnego rywala czyli Grunwald Rudę Śląską aż 4:0. Potem oldboje Szombierek zmierzyli się z oldbojami reprezentacji Śląska. W bramce gospodarzy stał mój niezmienny idol Edek Ambrosiewicz (wkrótce większy tekst z okazji zakończenia przez niego kariery), tymczasem w budynku klubowym spotkałem inną bramkarską legendę "Zielonych". Wiesław Surlit kojarzy się ze wszystkim co w Szombierkach najlepsze choć przecież to człowiek z Łodzi. Grał w Bytomiu przez sześć niezwykłych dla tego klubu lat m.in. w sezonie najbardziej niecodziennym czyli 1979/80. Szombierki zdobyły wtedy mistrzostwo Polski. - Wiele dałem Szombierkom a i Szombierki wiele mi dały. Mimo że jestem z Łodzi to dla mnie jest najważniejszy klub - mówi z powagą.

Jak to się w ogóle stało, że Surlit trafił do Szombierek? Źle wspomina Widzew, z którym wywalczył awans do ekstraklasy, bo potem siedział tam na ławie a za wszelką cenę chciał grać. W 1978 roku Widzew był na obozie przygotowawczym w Kokotku (dzielnica Lublińca, rodzinnego miasta najlepszego lewego obrońcy w polskim i śląskim futbolu). Kiedy łodzianie kończyli obóz, zjawili się tam piłkarze Szombierek, którzy właśnie stracili pierwszego bramkarza (Jan Karwecki odszedł do Wisły Kraków). Skarżyli się łódzkim działaczom, że nie mają kogo postawić między słupkami. Ci od razu pomyśleli o Surlicie, który nawet na obóz z nimi nie pojechał. Działacze Szombierek dostali więc do niego kontakt i dogadali się w ciągu piętnastu minut. Dowiedział się o tym ŁKS i jeden z działaczy prosił nawet syna Surlita żeby wywołał ojca z domu by namówić go żeby zmienił jeszcze plany wyjazdu na Górny Śląsk. Surlit odmówił tłumacząc, że już się dogadał i zdania nie zmieni. Nigdy tego nie żałował.

W Szombierkach dokonał niezwykłej sztuki. Przez pięć lat gry w Bytomiu ustanowił niezwykły rekord - w tym okresie rozegrał w pełnym wymiarze wszystkie (!) mecze ligowe czyli... 13500 minut! Niezły bajer, co?

Wiesław Surlit do dziś wspomina treningi z Hubertem Kostką, najważniejszym szkoleniowcem w historii Szombierek. Wspomina to samo co pamięta także Edek Ambrosiewicz. Kostka brał go pod słupy na których było wówczas zamontowane zadaszenie na Szombierkach, kazał mu się opierać o nie brzuchem, wyciągać ręce do góry wzdłuż słupa i odbijać o ten słup piłkę. Kilkaset razy jedną ręką, kilkaset razy oburącz. To było ćwiczenie na wzmocnienie nadgarstków. - Hubert Kostka był wymagający i wiele mu zawdzięczam. Dziś kiedy oglądam obecnych bramkarzy, dziwię się jakie czasem błędy przy wyjściu do piłki popełniają. Dla Huberta Kostki byłoby przecież nie do pomyślenia przepuścić centrę od linii bramkowej do jedenastego metra. Podobnie zresztą jak strzał w krótki róg. Najchętniej takiego bramkarza powiesiłby za... [niech każdy tu sobie dopisze co mu pasuje, przyp.pacz] - śmiał się Surlit.

Dziś jest już emerytem, ma mnóstwo czasu. Mieszka w Łodzi, ale na mecze Widzewa nie chodzi. Zawsze za to z radością pojawia się za każdym razem gdy zapraszają go Szombierki. Nie przyjeżdża z pustymi rękami. Tym razem przywiózł piękną statuetkę z imienną dedykacją. Ofiarował ją Bogusławowi Cyganowi, który wkrótce skończy 50 lat i dziś symbolicznie żegnał się na boisku z bytomską publicznością.

PS A już za miesiąc Wielkie Derby Bytomia: 25 października Szombierki podejmą u siebie Polonię. Ileż to czasu minęło od ostatniego takiego meczu w lidze? Nie mogę się już doczekać!

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

niedziela, 02 czerwca 2013
Uwielbiam tego faceta

Czasem człowiek czuje drżenie, które podpowiada mu, że jest świadkiem czegoś niezwykłego. Szombierki Bytom podejmowały dziś Zagłębiaka Dąbrowa Górnicza czyli lider gościł wicelidera. Miałem nosa. Wybrałem się na mecz na szczycie IV ligi i na pewno będę pamiętał go baaaardzo długo.

To był niezwykły popis jednego aktora. Marek Kubisz pokazał się dziś z olśniewającej strony. Ten 39-letni piłkarz zdobył cztery gole (!) a jeden piękniejszy od drugiego. Wcale nie uniesienie dyktuje mi konkluzję, że KAŻDA z tych bramek mogłaby być uznana za bramkę kolejki w ekstraklasie. Bez kitu! Kubisz zdobył dziś dwa wspaniałe gole z rzutów wolnych i dwie efektowne bramki z gry. Najdłużej zapamiętam strzał z 1. minuty. Marek z ostrego kąta uderzył obok muru w krótki róg. To był majstersztyk, do którego potrzeba było nie tylko techniki ale i pomyślunku, przytomności umysłu. - Takiego tora to nawet w piyerszej lidze nie zobocza - mówił kibic siedzący za mną. - Nawet w finale Pucharu Niemiec nie padają takie gole - ekscytował się spiker i ja się jego ekscytacji wcale nie dziwię!

Ostatecznie Szombierki wygrały aż 6:1 i mają ogromną przewagę (11 punktów na pięć kolejek przed końcem). Nie będzie wyrazem pychy stwierdzenie, że awans mają w kieszeni.

- Szombierki przede wszystkim ładnie grają piłką, nie ma bezmyślnych podań - kiwał głową z uznaniem Sławomir Świstek, który strzelał gole dla Szombrów jeszcze w ekstraklasie, a którego nie widziałem piętnaście lat. 

W budynku klubowym dopadłem "Gazzę" i zadałem mu tylko jedno pytanie (no i właściwie wymusiłem odpowiedź):

- Tylko nie mów, że kończysz karierę po tym sezonie!

- Nie. O ile zdrowie pozwoli będę grał dalej - śmiał się Marek.

Cieszę się. Doceniam fakt, że tacy piłkarze ciągle są z nami. Bo to jeden z tych zawodników, dla których zawsze warto chodzić na mecze. Wiadomo, że szybkość i kondycja nie takie jak dawniej, ale te jego podania, przyjęcia piłki, uderzenia z powietrza.. Uwielbiam tego faceta! Tak sobie myślę, że gdyby zmienić przepisy - Kubisz mógłby grać do 50 roku życia. Gdyby wprowadzić zmiany powrotne "Gazzę" natychmiast powinien zatrudnić któryś z zespołów ekstraklasy. Marek wbiegałby tylko na rzuty wolne i nawet przed pięćdziesiątką gwarantowałby dziesięć goli w sezonie. W tym sezonie na razie zdobył ich osiemnaście.

Wyrazy podziwu, Marek! Graj jak najdłużej i strzelaj kolejne bramki dla Szombierek. Ciągle potrafisz nas zachwycić.

PS I wszyscyyyy: trzecia liga, trzecia liga Szom-bier-ki!!! 

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS2 Ja, Paweł Czado, oświadczam, że pomyliłem się i przewartościowałem potencjał Górnika w tym sezonie. 

wtorek, 12 lutego 2013
Zielony feniks

Rzadko, bo rzadko ale czasem takie historie się zdarzają.

Szombierki Bytom walczą o awans do III ligi. Po rundzie jesiennej zajmują pierwsze miejsce w grupie i wszystko jest na dobrej drodze.

Pojawił się jednak problem. W niedawnym sparingu Szombierek z Polonią Bytom z boiska musiał zejść pierwszy bramkarz Andrzej Wiśniewski (uraz prawej stopy). W kolejnym sparingu z MLKS Woźniki poważnej kontuzji doznał z kolei rezerwowy bramkarz Paweł Tomeczek i tym sposobem mistrz Polski z 1980 roku został bez bramkarza.

Nie! Ostatnie zdanie nie polega na prawdzie. Nawet gdyby Szombierki zostały bez bramkarza to i tak tego bramkarza mieć przecież będą.

Bo kiedy trwoga - zawsze można liczyć na Edwarda Ambrosiewicza. Był już z pompą żegnany, ale kogo to obchodzi kiedy Szombry w potrzebie?!

Dowiaduję się, że Zielona Pantera znów trenuje. Edward Ambrosiewicz - człowiek, który w latach 1983 - 2011 rozegrał na bramce dla "Zielonych" 351 oficjalnych meczów i strzelił jednego gola. W Szombierkach grał już wówczas kiedy większości jego kolegów z drużyny nie było jeszcze na świecie!

Wiśniewskiemu i Tomeczkowi życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Ale przyznam się - bardzo cieszyłbym się gdyby Zielona Pantera zagrała wiosną w ligowym meczu choć minutę. Bo powtórzę - dla takich chwil warto żyć! Jako piłkarz, ale i jako kibic.

Czy będzie jeszcze jeden rozdział zamkniętej już książki?

Chciałbym.

PS General Motors zostanie sponsorem Piasta Gliwice?! Już raz była przymiarka...

PS1 Zobaczcie jak pnie się do góry stadion Podbeskidzia Bielsko-Biała.

PS2 A poza tym Omega.

wtorek, 08 stycznia 2013
Ściepa

Nie każdy klub może spotkać to co spotkało ostatnio Szombierki Bytom. Na coś takiego trzeba sobie zapracować co najmniej przez kilkadziesiąt lat.

Szombierki z mozołem odbudowują pozycję, którą kiedyś zajmowały, choć - jak wiadomo - był okres kiedy wydawało się, że zawalą się nie tyle sama budowla, ale już nawet same rusztowania. Wierzyciel chciał odzyskać dawne długi po prawomocnych wyrokach sądowych, o których obecna ekipa rządząca generalnie nie miała nawet pojęcia. Dura lex sed lex: dalszy rozwój klubu stanął pod znakiem zapytania. Te stare długi (z lat 2004-05) spowodowały zajęcia komornicze. Negocjacje, które podjął klub sprawiły, że podpisano ugodę i wstrzymano egzekucję. Wiadomo jednak było, że chodzi o to żeby stanąć na nogi, bo zobowiązania i tak trzeba było spłacić. Klub zacisnął pasa, płacił wysokie raty ale przy okazji walczy na tyle, że zdobył mistrzostwo rundy jesiennej IV ligi i znów może awansować!

Wiadomo, że pełna idylla jest tylko w snach i jeśli dzieje się dobrze, to zawsze coś musi podziać się źle. W 2013 roku wierzyciel oczekiwał większych rat i szybszej spłaty długu. Skromniutki budżet klubu mógłby się z tego powodu rozhustać jak malutka łupina na oceanicznej fali.

Ostatecznie cztery osoby zainwestowały własne oszczędności i wykupiły całość długu wraz z odsetkami od wierzyciela! Chodziło o 57 tysięcy zł.

Te cztery osoby to:

- mecenas Rafał Kolano;

- prezes klubu Tomasz Buczyk;

- dyrektor klubu Andrzej Kajzer;

- Damian Grabka, przewodniczący Komisji Rewizyjnej.

Ktoś powie: co?! 57 tysięcy zł? O to te halo?! ludzie!

To ja odpowiadam: uważacie, że dużo jest ludzi, którzy wyłożą PRYWATNĄ kasę tej wielkości żeby ratować klub? Połowę wykupionego długu natychmiast umorzono, reszta została klubowi rozłożona na raty do 2016 roku. Można oddychać.

- To dla nas wielka sprawa. Martwiliśmy się co będzie. Przyszłość stała pod znakiem zapytania. A teraz? Teraz możemy skupić się na grze - cieszy się Marek Kubisz, piłkarz najbardziej znany z obecnej ekipy Szombierek

- Transakcja miała pomóc Szombierkom. Nie kierowała mną chęć odzyskania należności. Dopuszczam możliwość, że należność nie mi zostanie spłacona; w części lub w całości. To nie jest priorytet - podkreśla mecenas Kolano.

Jestem pod wrażeniem.

PS A poza tym Omega.

piątek, 05 października 2012
Napis na murze

Młodszych kibiców chcę uświadomić, że choć żyją w czasach kiedy mogą oglądać znacznie więcej dobrego futbolu niż ja w ich wieku, to jednocześnie oglądają znacznie mniej dobrego futbolu na żywo niż ja w ich wieku.

Na przełomie 80. i 90. w każdej poważnej śląskiej drużynie był ktoś, kto dziś miałby status wielkiej gwiazdy. I co ważne - na pewno nie był to wyrób gwiazdopodobny.

Pamiętam kiedy pierwszy raz byłem na Szombierkach na meczu właśnie w tamtych czasach. Jako nastolatka zafrapował mnie napis farbą na murze jednego z domów. Krótki i treściwy. "Zenon Lissek''. Wtedy piłkarskie napisy na murach nie były tak powszechne i wulgarne jak dziś. Uświadomiłem to sobie: na Szombierkach był bogiem... Pamiętam, że w tamtych czasach gwiazdy onieśmielały bardziej niż dziś. Pamiętam jakim była dla mnie przeżyciem krótka rozmowa z Zenonem Lisskiem przypadkowo spotkanym w sklepie.

Czasem piłkarz staje się klubową ikoną dlatego, że czuje wielkie przywiązanie do barw klubowych. Lissek mógłby idealnie wpasować się w ten klimat (jego pierwszy i ostatni mecz w pierwszej drużynie Szombierek dzieli ćwierć wieku) gdyby nie fakt, że on klubową ikoną stał się ze względu na umiejętności. Niektórzy powiedzą, że gdyby był naprawdę dobry to wybiłby się w Górniku Zabrze albo Hansie Rostock. A mnie to nie dziwi wcale, że wybijał się tylko w Szombierkach.

Bo czasem tak się zdarza, że genius loci kiwa na ciebie palcem i nawet jeśli los przerzuca człowieka w inny rejon świata to przez wspomniane kiwanie on nie potrafi o swoim miejscu na ziemi zapomnieć. Czasem jest tak, że człowiek zwyczajnie gdzie indziej nie potrafi już za bardzo żyć, wierci się tylko niespokojnie. Chyba tak było w przypadku Zenona Lisska...

Ciekaw jestem jak potoczyłyby się jego losy, gdyby urodził się dwadzieścia lat później. Jestem przekonany, że mógłby prowadzić grę nawet reprezentacji Polski. Pod warunkiem, że szombierski genius loci by mu na to pozwolił... Bo - przykro to pisać - ale dwadzieścia lat później Lissek chcąc się wybić musiałby robić karierę w innym miejscu, w innym klubie.

Dlaczego piszę dziś o tym piłkarzu? To proste - dziś kończy dokładnie 50 lat. Na Górnym Śląsku Abraham jest ważny.

Na Abrahama, na Abrahama 

Erich w gyszynku dostou piżama. 

I choć mu pizło już fufcich jary, 

Erich ńy czuje śe wcale stary!

Zenon Lissek jest kolejnym przedstawicielem niezwykłego wysypu talentów z rocznika 1962. To aż niewiarygodne. W tym roku słuszny wiek osiągnęli już Jan Furtok (9 marca), Ryszard Tarasiewicz (27 kwietnia), Jan Urban (14 maja), niedawno Dariusz Wdowczyk (25 września) i Dariusz Dziekanowski (30 września). Wielkie piłkarskie nazwiska, ale i Zenon Lissek strzelił przecież bramkę Juventusowi Turyn.

Wszystkiego najlepszego!

PS Jeszcze jedno: w mojej prywatnej "klasyfikacji imiennej" (może ją kiedyś przedstawię) Zenon Lissek jest najwybitniejszym polskim piłkarzem o tym imieniu. Wiem, że kibice Pogoni Szczecin mogą się ze mną nie zgodzić (Zenon Kasztelan zagrał przecież w reprezentacji), ale z przykrością muszę im odpowiedzieć: nie dbam o to.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 13 września 2012
Dla takich pożegnań warto żyć

Dużo ostatnio o Szombierkach, ale jak warto to trzeba. Byłem dziś na niezwykłej imprezie w Orzegowie, dzielnicy Rudy Śląskiej. Kibice Szombierek postanowili pożegnać Edwarda Ambrosiewicza - człowieka, który w latach 1983 - 2011 rozegrał na bramce dla "Zielonych" 351 oficjalnych meczów i strzelił jednego gola.

Dla takich chwil warto żyć. Edek zasłużył na takie pożegnanie jak mało kto. Byłem poruszony faktem, że nie było w tym ze strony organizatorów żadnej napinki ani jakiejś pozy. Ludzie byli mu autentycznie wdzięczni za to co zrobił dla klubu i chcieli najprościej jak potrafili to wyrazić. Wyszło bardzo naturalnie. Do knajpy przyszli kibice w różnym wieku i z różnym stażem (generalnie zauważyłem trzy pokolenia) W takich momentach dobitnie przekonuję się, że piłka nożna nie jest ważna tylko ze względu na wydarzenia boiskowe. Ten sport ma ogromne znaczenie pozaboiskowe. Dziś właśnie był moment kiedy słowa "tożsamość" i "serdeczność" w żadnym wypadku nie są przesadą. Dziękuję, że zostałem zaproszony. 

W knajpie była zimna płyta, pyszny jabłecznik i parę flaszek (żeby było jasne; działacze i piłkarze, którzy też wpadli, ale trochę później - nie pili, a Czadoblog - owszem). Edek dostał od kibiców wspaniały pamiątkowy szalik z napisem "Edek Ambrosiewicz Zielona Pantera" , a także rękawice bramkarskie, piękne tableau i efektowną statuetkę. Widziałem, że był wzruszony, ale wcale mu się nie dziwię - na jego miejscu też bym był.

A potem pogadaliśmy wszyscy przy jabłeczniku i flaszce. Warto było - Edek nie dość, że ma o czym opowiadać to jeszcze potrafi opowiadać:)

Słuchałem i słuchałem, i aż nie chciałem wychodzić, ale jutro mam, cholera, internetowy dyżur od siódmej rano więc musiałem się zbierać. Przekażę Wam jednak trzy anegdoty.

a) pierwsza anegdotka świadczy, że trudne chwile cementują zespół i udowadnia, że nie wolno lekceważyć teoretycznie słabszych.

W latach 90. przyjechał rozegrać na Szombierkach sparing  Widzew Łódź. Zawodnicy z Bytomia byli zatrudnieni w klubie nie tylko w teorii. Oznaczało to, że porządkowali murawę przed meczem. Autokar gości zaparkował pod budynkiem klubowym. Ówczesny kierownik drużyny RTS-u Tadeusz Gapiński wpadł na boisko i złapał się za głowę. - Czy was wszystkich za karę do drużyny rezerw przesunęli?! Cały pierwszy zespół?!

Pierwszy zespół Szombierek odłożył więc grabie, wdział buty i wygrał z Widzewem 3:1.

b) druga anegdotka świadczy, że bez pracy nie ma kołaczy.

Edek debiutował w Szombierkach w 1983 roku i jak wyliczył - załapał się jeszcze na wspólną grę z 14 zawodnikami, którzy świętowali trzy lata wcześniej mistrzostwo Polski. Ale przede wszystkim załapał się na współpracę z trenerem Hubertem Kostką, który mógł wiele nauczyć ambitnego młodzika, ale pod jednym warunkiem: nie było żadnego opindalania.

Przykład? Kostka brał Ambrosiewicza pod słupy na których było wówczas zamontowane zadaszenie na Szombierkach, kazał mu się opierać o nie brzuchem, wyciągać ręce do góry wzdłuż słupa i odbijać o ten słup piłkę. 500 razy jedną ręką, 500 razy oburącz. To było ćwiczenie na wzmocnienie nadgarstków. Kiedy było już dawno po treningu i zawodnicy z pola dawno po prysznicu wracali już do domu - pod słupem stał samotny człowiek i odbijał piłkę... Odbijał piłkę... Odbijał piłkę...

c) trzecia anegdota świadczy, że lepsze Szombierki w garści niż Legia na dachu;

Zanim Edek trafił do Szombierek w 1983 roku interesowały się nim inne poważne kluby. Między innymi Legia. Podczas meczu kadry juniorów (Ambrosiewicz w młodzieżowej reprezentacji Polski był trzecim bramkarzem, po Józefie Wandziku i Jarosławie Bako) przyglądał mu się sam Kazimierz Górski. Po meczu "Trener Tysiąclecia" klepnął sprawę więc stołeczni działacze dali nawet młodziutkiemu Edkowi zaliczkę na przyszłą grę w CWKS-ie. To było dużo pieniędzy - 12 tysięcy złotych... Ale tam był już przecież Jacek Kazimierski. W międzyczasie nowego bramkarza zaczęły szukać właśnie Szombierki i do bytomskiego klubu polecił Edka o rok młodszy od niego stoper obiecujący Roman Szewczyk (podejrzewam, że paru piłkarzy stojących w murach w latach 90. przeklina go do dziś). Edek uznał, że lepiej mu będzie w Szombierkach, pojechał więc do Warszawy oddać zaliczkę. Początkowo Legia nie chciała tym słyszeć. Odpuściła kiedy Ambrosiewicz doznał kontuzji.

PS Edek ma 48 lat jednak musicie wiedzieć, że pożegnał się z wprawdzie z Szombierkami, ale... nie z futbolem. Ciągle gra w piłkę! Kto chce go zobaczyć w akcji - polecam mecze Dramy Zbrosławice. Na razie ma kontuzję pleców, ale już za chwileczkę, już za momencik znowu stanie w bramce. 

Mam przeczucie, że może nas jeszcze zadziwić.

PS1 Szalików z napisem "Edek Ambrosiewicz Zielona Pantera" jest bodaj tylko siedem. Jeden zdobyłem i bohater uroczystości złożył na nim dla mnie autograf. Jestem jednak po paru lufach więc nie wymagajcie ode mnie żeby teraz wklejał fotkę szalika. Może następnym razem.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. 

 
1 , 2 , 3
Archiwum