sobota, 05 grudnia 2015
Nie trzeba być dobrym piłkarzem żeby grać w lidze

Byłem dziś w Bielsku-Białej na meczu Podbeskidzia z Ruchem Chorzów. Przekonałem się po raz kolejny: trenerskie założenie, że "obchodzi nas jedynie własna drużyna" (miłośnikiem tego credo był choćby Franciszek Smuda) nie zawsze jest dobre. A właściwie zawsze niedobre. Tym razem przekonał mnie o tym trener Robert Podoliński.

Szkoleniowiec wpuścił na boisko zawodnika, który moim zdaniem generalnie słabo (a co najwyżej przeciętnie) gra w piłkę. Chodzi o nigeryjskiego obrońcę Celestine'a Lazarusa. Uważam, że Lazarus ma problemy z wyczuciem dystansu i nie jest bynajmniej błyskotliwym technikiem. Od kiedy Podoliński jest w Podbeskidziu - Afrykańczyk występuje jedynie w III-ligowych rezerwach (wcześniej u Dariusza Kubickiego tylko raz zdołał zagrać w ekstraklasie a i to nie pełny mecz). Ma jednak inne zalety i właśnie one miały wpływ na zaskakującą decyzję Podolińskiego.

Otóż Nigeryjczyk ma fantastyczne warunki fizyczne a co za tym idzie - jest silny i skoczny. Słowem - znakomity atleta. Kiedy trzeba - potrafi być agresywny. Do zadania, które miał dziś wypełnić wcale nie trzeba dobrze grać w piłkę. Otóż Lazarus miał za zadanie zneutralizować środkowego napastnika gości Mariusza Stępińskiego - zdolnego dwudziestolatka, który jest tej jesieni rewelacją, zagrał nawet u Nawałki. Podoliński przyznał zresztą po meczu, że Lazarus znalazł się w podstawowym składzie, bo był w nim i Stępiński. Trener gospodarzy zaplanował, że Nigeryjczyk zmierzy się z ligową gwiazdką pod względem fizycznym. Miał go rozbić, stłamsić, po prostu - zniechęcić do gry. Lazarus - co nie było bez znaczenia - jest pięć centymetrów wyższy i osiem kilogramów cięższy od piłkarza Ruchu. 

Trener Podbeskidzia wiedział, że Waldemar Fornalik na pewno wystawi Stępińskiego, każdy na miejscu trenera Ruchu by nie kombinował i go wystawił. Z kolei szkoleniowiec niebieskich zapewne nie przypuszczał, że Podoliński odkurzy i wystawi Lazarusa, bo przecież skąd?

Nigeryjczyk zrobił co od niego wymagano. Uprzykrzał życie Stępińskiemu jak mógł, pod koniec meczu zmęczony napastnik gości zszedł z boiska. Piłkarz Ruchu, owszem, strzelił gola, ale Lazarus nie mógł temu zapobiec, bo bramka padła z karnego. Podczas meczu Stępiński nie był jednak tak groźny jak we wcześniejszych meczach.

Teraz Podbeskidzie zagra z Pogonią. Myślicie, że Celestine Chukwuebuka Lazarus wyjdzie w podstawowym składzie? Myślicie, że zależy to od przypuszczeń Podolińskiego kto zagra u rywali jako środkowy napastnik?

PS Skoro o karnych mowa - ciekawostka. Podbeskidzie strzeliło gola z karnego podyktowanego za faul na zawodniku, który przyszedł do Bielska-Białej z Ruchu (Kowalski). Ruch strzelił gola z karnego podyktowanego za faul na zawodniku, który przyszedł do Chorzowa z Podbeskidzia (Iwański). Obaj trenerzy solidarnie zgodzili się, że remis jest sprawiedliwy. 

PS1 Niestety - w trakcie meczu dochodziło do bardzo przykrych scen. Aż wybiegłem na zewnątrz budki dla dziennikarzy żeby zobaczyć o co chodzi. Otworzyłem drzwi i zrobiłem dwa kroki. Tornado! Wokół mnie przebiegali krótko ogoleni młodzieńcy. Okazało się, że nikt nie panował nad tym co dzieje się na trybunach... 

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 31 sierpnia 2014
Narodziny Wenus

Zgodnie z oczekiwaniami po siedmiu kolejkach Podbeskidzie ma tyle samo punktów co Legia. Kiedy prognozowałem mocne wejście Macieja Korzyma w Bielsku-Białej i zastanawiałem się czy jest w stanie strzelić piętnaście goli w sezonie (na razie w czterech meczach strzelił ich trzy) niektórzy sugerowali żebym odstawił zioło.

Nie mogę odstawić zioła, ponieważ nigdy w życiu tego nie spróbowałem. Brzydzę się i jestem za całkowitym zakazem używania w Polsce jakichkolwiek narkotyków. Miękkich, twardych, połykanych, wdmuchiwanych, wstrzykiwanych i jakichkolwiek innych.

W historii piłki zdarzało się zapewne, że mecze wygrywali piłkarze będący na haju, na kacu czy na bani. Na pewno jednak żaden z nich nie miałby racji bytu w Podbeskidziu. Myślę, że kapral Leszek Ojrzyński nogi z dupy by takiemu powyrywał. Piłkarz, który w zeszłym sezonie 11 razy wychodził na boisko ekstraklasy (w październiku wchodził na boisko w debiucie Ojrzyńskiego w Podbeskidziu, w grudniu grał połówkę w poprzednim zwycięskim meczu z Legią) a w lipcu spowodował wypadek samochodowy mając 1,5 promila w wydychanym powietrzu i uciekał przed policją - w tym sezonie w ekstraklasie nie zagrał już ani razu. Telepie się w trzecioligowych rezerwach.

Drużyny prowadzone przez Leszka Ojrzyńskiego nie charakteryzują się moim zdaniem wymyślną, wyrafinowaną taktyką. Obrońcy bronią, pomocnicy pomagają z przodu i z tyłu, a napastnicy atakują. Zauważam, że Podbeskidzie świetnie potrafi odebrać piłkę rywalom, przeciąć akcję - wydaje mi się, że trener Ojrzyński może na to zwracać uwagę, może przywiązywać do tego szczególną rolę. Wślizg, wślizg, wślizg!

Okazuje się, że ten sposób gry - jeśli jest konsekwentny - wystarczy na Legię Warszawa. Gospodarze wcale nie zaskoczyli gości stylem. Myślę, że Podbeskidzie bynajmniej nie ma wcale ambicji nikogo zaskakiwać czymkolwiek. Myślę, że ma to gdzieś. Bielskiego futbolowego stylu nie można być może porównać do delikatnych pociągnięć pędzla Sandra Boticellego ślęczącego przy narodzinach Wenus, prędzej do dziarskiego rytmu wydawanego przez bezbłędnie naoliwioną fabryczną maszynę do łupania orzechów. Tylko co z tego?

To świetny przykład: w meczu z Legią w Podbeskidziu zadebiutował Pavol Stano. Ocena jego gry jest dla kondycji polskiego futbolu klubowego szczególnie przygnębiająca. Oto prawie 37-letni piłkarz, który ostatnio nigdzie nie grał, trenował bo chciał, nagle podpisuje kontrakt i kilkadziesiąt godzin później jest wyróżniającym się zawodnikiem w meczu z mistrzem kraju a reprezentacyjni piłkarze ze stolicy nie potrafią sobie z nim poradzić.W Bielsku-Białej to oczywiście powód do satysfakcji, a przy okazji kolejna okazja żeby docenić nos trenera Ojrzyńskiego, który miał pewność, że może na takiego zawodnika postawić i się nie zawiódł. 

PS Rozśmieszyła mnie dyskusja czy pierwszy gol dla Podbeskidzia na pewno był prawidłowy, czy aby na pewno piłka przekroczyła linię bramkową. Dobra - przyjmijmy na moment, że nie przekroczyła (choć przekroczyła), że Kuciak ją wygarnął. Czy ktoś zapomniał, że do pustej bramki dobił ją Patejuk? Gol i tak padł.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

niedziela, 03 sierpnia 2014
Wejścia smoków

Czasem (nie)wiele trzeba żeby odmienić drużynę. Wystarczy debiutujący napastnik i debiutujący bramkarz.

To właśnie przydarzyło się dziś Podbeskidziu w meczu z Ruchem Chorzów. Maciej Korzym sprawił, że zespół zaczął strzelać (pierwszy gol i asysta przy drugim) a Michal Pesković sprawił, że zespół przestał tracić (choćby obrona strzału Szewczyka w sytuacji sam na sam).

Korzym pokazał, że w polskiej ekstraklasie warto na niego stawiać. W dodatku dokonał czegoś niezwykłego jak na standardy własnej kariery. Otóż dotychczas dość długo - jako strzelec goli - aklimatyzował się w nowym środowisku, w nowym klubie.

Ze statystyk wynika, że w Odrze Wodzisław strzelił w ósmym ligowym meczu, w Legii i Bełchatowie - w dziewiątym, a w Koronie - w dwunastym. A teraz trafił właściwie od razu po podpisaniu kontraktu.

Jeśli utrzyma formę wszyscy ci, którzy uznawali ten transfer za bzdurę zaczną już tylko narzekać, że za dużo zarabia, a jeśli nadal będzie strzelał - zamilkną i zaczną się przymilać. Tak urządzony jest świat.

Po takim meczu nie sposób nie poświęcić kilku akapitów Ruchowi. Nie sposób zrozumieć co stało się z niebieskimi po całkiem obiecującej przecież pierwszej połowie. Pierwszy kwadrans drugiej był straszny przez chwilę przypominało to niesławny zeszłoroczny mecz z Jagiellonią.

Dorobek punktowy niebieskich martwi, choć jeszcze nie trwoży, spokojnie. W przypadku Ruchu niepokoi mnie jednak coś innego.

Mam nadzieję, że w związku ze złą sytuacją w ligowej tabeli (w tej chwili ostatnie miejsce) nikomu nie przyjdzie w Chorzowie do głowy odpuścić rywalizację w pucharach. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że start w Europie może przeszkadzać w ustabilizowaniu rozregulowanego kursu krajowego. Bo wiecie co oznacza choćby bramkowy remis w Danii? Oznacza jeszcze co najmniej (podkreślam - co najmniej) dwa trudne mecze, do których przygotowanie będzie zabierało czas i energię...

Proszę - niech Ruch Chorzów zajdzie w tym sezonie najdalej w europejskich pucharach. To ciągle możliwe.

PS Omega wzięła zwolnienie.

PS1 Ciekawe, że Korzym miał też propozycję z Ruchu, ale wybrał Podbeskidzie. Myślicie, że z nim w składzie niebiescy graliby dwójką z przodu?

wtorek, 29 lipca 2014
Sprowadzenie Korzyma może być świetnym ruchem!

W czwartek Podbeskidzie Bielsko-Biała ma oficjalnie zaprezentować nowego napastnika. To Maciej Korzym, który właśnie rozwiązał kontrakt w Koronie Kielce.

Rozśmiesza mnie słyszany tu i ówdzie pomruk oburzenia, że Podbeskidzie będzie mu płacić 40 tysięcy złotych miesięcznie. Rozśmiesza - może dlatego, że nie mam komunistycznego zacięcia i nie uważam, że naszym piłkarzom powinno się płacić po pierwsze - równo a pod drugie - mało.

Moim zdaniem najbardziej naturalną regulacją w tym względzie jest wolny rynek. Skoro ktoś chce tyle dać - znaczy, że piłkarz jest tyle wart.

Po pierwsze pragnę zauważyć, że w takiej Legii są z pewnością zawodnicy, którzy zarabiają więcej niż 40 tysięcy zł miesięcznie. I nikt nie czyni z tego powodu wyrzutów warszawskiemu klubowi. Mylę się? Zarzut, że warszawski klub jest przecież większy i ma więcej pieniędzy mnie jedynie rozwala. Ten argument mógłby prowadzić do rozumowania, że jeśli piłkarz grający w Podbeskidziu jest tyle wart to jedyne co powinien zrobić to na-tych-miast przenieść się do Legii...

Po drugie pragnę zauważyć, że krytykowanie Podbeskidzia za ten transfer jest naprawdę przedwczesne. Tak naprawdę nie wiemy bowiem co da Podbeskidziu Korzym. Nikt tego nie wie. A co jeśli zdobędzie w tym sezonie 15 bramek i wypracuje 10 dalszych? A co jeśli zdobędzie hat-tricka w meczu z Legią? A co jeśli właśnie jego bramki uratują Podbeskidzie przed spadkiem albo dadzą klubowi start w europejskich pucharach? Jak to co - już wyjaśniam. To proste: otóż wszyscy ci, którzy teraz szyderczo krytykują będą zachwalać pod niebiosa niezwykłe przeczucie bielskich działaczy.

Nie mam pojęcia ile będzie wynosić miesięczna pensja Macieja Korzyma i szczerze mówiąc w ogóle mnie to nie obchodzi. Bardziej interesuje mnie to czy będzie w stanie strzelić te 15 bramek, w tym trzy Legii.

Nie obchodzi mnie nawet, że koszty utrzymania Korzyma mogłaby ponosić zewnętrzna firma, która sprzyja Podbeskidziu. Nie obchodzi mnie to o tyle, że przecież działacze bielskiego klubu to dorośli ludzie i wiedzą co czynią. Nauczka ostatnich lat jest bowiem dla wszystkich chyba oczywista: przeinwestowanie we futbolu może prowadzić do śmierci klubu. W Bielsku-Białej też doskonale zdają sobie z tego sprawę.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 25 lipca 2014
Podbeskidzie zostało w Gdańsku skrzywdzone

Co, zwariowałeś? Lechia powinna wygrać czterema albo pięcioma bramkami! - usłyszę zapewne.

Może i tak. Ale żeby wygrać tak efektownie - trzeba te cztery, pięć bramek strzelić. To, że niewiele brakowało - naprawdę nic nie znaczy.

Przypominam: w tym meczu Lechia zdołała zdobyć tylko jedną bramkę. Rzeczywiście kuriozalną, ale widziałem zbyt wiele dobrych meczów Richarda Zajaca żeby się z niego teraz naigrywać. Nie jestem bowiem zwolennikiem stwierdzenia, że "jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz". 

Zauważam coś ważniejszego: tej jednej, jedynej bramki, która padła wcale nie powinno być, bo dosłownie chwilę wcześniej Bartłomiej Konieczny został w polu karnym Lechii bezczelnie sfaulowany przez Rafała Janickiego. Sędzia powinien dać Podbeskidziu rzut karny, którego jednak nie dał. Nie zauważył  - zdarza się.

Zwolennicy zwycięstwa sprawiedliwości w tym meczu zaripostują, że przecież Ariel Borysiuk strzelił gola, którego "nie wiadomo dlaczego" sędzia nie uznał.

Nie wiadomo dlaczego?! Przecież Vranjes stał na linii strzału. Mało tego, musiał nawet przecież podskoczyć nad przelatującą futbolówką. Czy sędzia miał prawo uznać to za przeszkadzanie i czy w efekcie miał prawo bramki nie uznać? Miał i nikt nie powie mi, że nie miał.

Czyli zamiast 1:0 powinno być 0:0 i karny dla bielszczan...

Nie snuję teorii spiskowych, takie krzywdy we futbolu jak ta dzisiejsza zdarzają się i będą zdarzać. To jest piłka. W następnym meczu może być odwrotnie.

To, że coś się zdarza i że następnym razem może być odwrotnie to jednak nie powód żeby o tym nie mówić.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

sobota, 17 maja 2014
Wybitni mogą więcej

Po dzisiejszym meczu Podbeskidzia we Wrocławiu Leszek Ojrzyński dał upust złości wobec Marco Paixao, napastnika Śląska, który miał wcześniej stwierdzić, że "Podbeskidzie nie zasługuje na grę w ekstraklasie. Grają brzydko, wręcz żałośnie, nie zależy im na futbolu. Dodał, że ktokolwiek ogląda ich w telewizji, zaraz zmienia kanał."

Dziwię się złości trenera. Wybitni mogą przecież więcej. Jedyny raz w życiu oglądałem na żywo Marco Paixao w niedawnym meczu Piasta ze Śląskiem w Gliwicach i muszę powiedzieć, że byłem pod ogromnym wrażeniem jego gry. Spryt, przebojowość, boiskowa inteligencja, odejście na kilku metrach, gra ciałem, skuteczność... - takich piłkarzy mógłbym w ostatnich trzydziestu latach polskiej ekstraklasy zliczyć na palcach najwyżej jednej ręki. Moim zdaniem ten facet zostanie królem strzelców Euro 2016. Oczywiście jeśli Cristiano Ronaldo zapomni o samolubstwie i będzie mu zagrywać piłki, sądzę jednak, że będzie, bo żal byłoby nie wykorzystywać napastnika tej klasy.

Chodzi o to żeby go uważnie podglądać, korzystać, że nieoczekiwanie zstąpił do polskiej ekstraklasy, bo wkrótce wyfrunie do jednej z najsilniejszych lig świata. A nie narzekać! Przecież kiedy gra Marco Paixao od razu ogromnie wzrasta ilość włączanych na gwałt telewizorów, nikt kanału nie zmienia! Wielu ludzi - jeśli ma możliwość - woli zobaczyć go na żywo. Dziś we Wrocławiu podziwiało go aż z wypiekami na twarzy i z otwartymi ustami aż sześć i pół tysiąca fanów!

PS Czas na mecze zakończone wynikiem 6:0. Wielkiego wyboru nie ma, ale w tym wypadku jakość jest odwrotnie proporcjonalna do ilości.

V miejsce

Węgry - Indie Holenderskie 6:0, na mistrzostwach świata w 1938 roku, runda eliminacyjna

To jedyny przypadek udziału w finałach terytorium, które nie było niepodległym państwem. Indie Holenderskie uzyskały bowiem niepodległość jako Indonezja po II wojnie światowej (Holandia uznała jej niezależność w 1949 roku). 

Mecz był jednostronny można się więc zająć drugorzędnymi sprawami. Ciekawi mnie skąd bramkarz Tang Mo Heng wziął maskotkę, którą prezentuje na filmiku. Przywiózł z Indonezji czy kupił we Francji. Kogo przedstawia? Maskotka ma związek z piłką nożną?

IV miejsce

RFN - Meksyk 6:0 na mistrzostwach świata w 1978 roku, eliminacyjne rozgrywki grupowe

Wydawało się, że katem Meksykanów byli na mundialach Brazylijczycy, którzy po wojnie trzykrotnie ładowali im do zera (0:4 w 1950, 0:5 w 1954, 0:2 w 1962). Miazgę zrobili im jednak dopiero Niemcy na tak nieudanych dla siebie mistrzostwach w Argentynie. Ja najbardziej zapamiętałem z tamtej ekipy Leonardo Cuellara. To facet z najbardziej zdumiewającą fryzurą na mundialach do czasów Valderramy (nie wiem czy wiecie, ale prywatnie to wujek Marouane Fallainiego);

 

III miejsce

Argentyna - Peru 6:0 na mistrzostwach świata w 1978 roku, eliminacyjne rozgrywki ćwierćfinałowe

To ulubiony mecz zwolenników spiskowej teorii dziejów twierdzących, że Peru podłożyło się argentyńskiej wojskowej juncie, a tym, który miał maczać palce w przekupstwie był osławiony gen. Carlos Alberto Lacoste. Kolejnym argumentem miał być fakt, że  peruwiański bramkarz Ramon Quiroga tak naprawdę był... naturalizowanym Argentyńczykiem (urodził się w Rosario). Chodziło o to żeby strzelić więcej bramek niż Brazylia, która wcześniej wygrała z Peru 3:0. Wystarczyło wygrać 4:0, skończyło się 6:0.

Myślicie, że to prawda z tym podłożeniem? Jeśli tak to która z tych sześciu bramek wydaje Wam się "lewa"? Ja mam kłopoty z wyborem...

II miejsce

ZSRR - Węgry 6:0 na mistrzostwach świata w 1986 roku, rozgrywki grupowe

Nie ma chyba w dziejach meczu, który byłby aż tak symboliczny. Od którego tak bezpowrotnie zawaliłaby się renoma jakiejś reprezentacji. To od tego spotkania zaczęło się całe zło węgierskiej piłki, które trwa do dziś, z którego Madziarzy nie podnieśli się przez 28 lat. Przecież od 1986 roku nie zakwalifikowali się już do żadnej imprezy mistrzowskiej. A nie wiem czy pamiętacie - niektórzy widzieli w nich... czarnego konia mundialu w Meksyku. Wiosną 1986 roku, kilka tygodni przed mundialem pokonali przecież w Budapeszcie 3:0 reprezentację Brazylii (z tego co pamiętam mecz transmitowała polska telewizja). A potem taka zapaść...

I miejsce

Argentyna - Serbia i Czarnogóra 6:0 na mistrzostwach świata w 2006 roku, rozgrywki grupowe

Genialne spotkanie "Albicelestes" z bardzo silnym przeciwnikiem. Pierwsza bramka w finałach Leo Messiego. Ugć - ugć - ugć - ugć...

 

A poza tym czy widzieliście kiedyś gola przed którym drużyna atakująca wymieniła 25 podań? Nie? To właśnie ta akcja natchnęła Guardiolę żeby wprowadzić do Barcelony tiki-takę!;)

PS1 W następnym odcinku wyniki 7:0, 8:0, 9:0.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 24 października 2013
Niepotrzebnie się skapnęli

Przyznam, że tego się nie spodziewałem.

Pędziwiatra Piotra Malinowskiego pierwszy raz zobaczyłem w meczu GKS-u Katowice z Rakowem Częstochowa w połowie minionej dekady. Zaszokował mnie wtedy, jeździł po całym boisku niczym prawy pomocnik Graf, alkoholik. Byłem wówczas przekonany, że György Moldova* widziałby go we własnej jedenastce. Fantastyczno-romantyczny jeździec bez głowy.

Dziś fantastyczno-romantycznych jeźdzców bez głowy nie ceni się, nie uważa, a nawet wyśmiewa. Ci, u których szybkość jest odwrotnie proporcjonalna do skuteczności muszą przełykać gorycz drwin. Malinowski dostrzega już na widnokręgu trzeci krzyżyk, a dotąd zdobył w ekstraklasie tylko jedną bramkę. To na pewno mu nie pomaga.

Leszek Ojrzyński - nowy trener Podbeskidzia, w którym obecnie gra Malinowski, chyba dostrzegł to wszystko i... ze słabości uczynił atut. Gospodarze w meczu z Ruchem Chorzów wyszli z respektem, bardzo ostrożnie, niewiarygodnie wręcz cofnięci, ale nie wiem czy ten respekt nie był udawany. Właśnie dzięki temu sposobowi gry Malinowski miał z przodu mnóstwo miejsca, mógł się z piłką rozpędzić i zagrozić gościom. Kilka razy gnał niczym gnu, prostokąt chorzowskiej bramki był bardzo blisko. Malinowskiemu w rozpędzeniu przeszkadza tłok - gdyby nie przeszkadzał to grałby w Napoli na przeciwległym skrzydle od Callejona a nie w Podbeskidziu:)

Tym razem tłoku na połowie Ruchu nie było i dzięki tej dziwacznej taktyce gospodarzy w pierwszej połowie oglądaliśmy interesujący mecz.

Niestety... W przerwie oba zespoły niepotrzebnie się skapnęły, że dalej nie ma sensu tak grać.

Ruch przestraszył się, że w końcu Malinowski jak ten przysłowiowy łuk wreszcie się przełamie i coś strzeli. W efekcie po przerwie lekko się cofnął.

Podbeskidzie przestraszyło się, że w końcu któryś z prowadzonych bez przeszkód w pierwszej połowie nalotów dywanowych Ruchu przyniesie powodzenie. W efekcie po przerwie lekko się otworzyło.

W efekcie tych efektów wyszedł nam w drugiej połowie wyrównany nuuuuuudny mecz. Bezbramkowy oczywiście. Szkoda więc, że wszyscy się skapnęli.

PS Cieszy świadomość, że nie tylko mnie drażni kiedy spiker na meczu czyta najpierw nazwisko a potem imię zawodnika, zaciskam pieści kiedy ktoś tak przedstawia piłkarzy. Nie jesteśmy na Węgrzech, do cholery:)**

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

* Nieśmiały apel do wydawców, którzy coraz częściej nie boją się inwestować w książki traktujące o sporcie. Czy byłaby szansa, żeby wznowić "Niezwyciężoną jedenastkę i inne opowiadania" genialnego Moldovy? Powodzenie murowane!

** Przypominam nieśmiało, że w XV wieku, za Macieja Korwina trochę byliśmy;)

czwartek, 06 czerwca 2013
Czerwień - błękit - biel - czerwień - żółć - zieleń

Wojciech Borecki jawił mi się przeszłości jako interesujący trener, ale jako działacz jawi mi się już w sposób zupełnie nieinteresujący. Najpierw mocno deklarowane poparcie dla kuriozalnego 37-kolejkowego regulaminu rozgrywek, teraz pomysł fuzji Podbeskidzia z BKS-em...

Fuzja to w piłkarskich realiach wyjątkowo paskudny wynalazek, a w polskich realiach - tym bardziej. Z takiej fuzji nigdy nic dobrego nie wychodzi. Przy okazji przypomnę, że w Polsce z reguły nigdy tak naprawdę nie chodzi o fuzję a raczej o wchłonięcie, ucieczkę od problemów lub przejęcie. A fuzja to przecież połączenie. Połączenie na równych zasadach. Słowo "fuzja" może jednak w polskich warunkach pełnić bezpieczną rolę piorunochronu biorącego na siebie słuszne pretensje ("fuzja" a la Lech/Amica, ''fuzja" a la Groclin/Polonia).

Wygląda na to, że w Bielsku-Białej też nie chodzi o fuzję par excellence. Według słów Wojciecha Boreckiego chodzi przecież o "włączenie seniorskiej sekcji piłkarskiej BKS-u do spółki akcyjnej TS Podbeskidzie". Dlaczego nie zrobić - jego zdaniem - ruchu, który poprawi sytuację finansową i infrastrukturalną futbolu w Bielsku-Białej?

Groźba (bo to groźba par excellence) wydaje się na tyle realna, że BKS jest klubem niezwykle specyficznym. Rzadko zdarza się żeby sekcja piłki nożnej nie była najważniejsza. W BKS-ie nie jest, "oczko w głowie" to przecież sekcja żeńskiej siatkówki, piłkarze są raczej zbędnym balastem. Przypomnę, że kibice piłkarzy BKS-u w 2010 roku podczas meczu siatkarek wywiesili transparent "Dla was tylko siatka się liczy, pragniemy piłki nożnej, żeby Stal nie została z niczym". Czesław Świstak, szef BKS-u, już wcześniej na łamach "Gazety" zapowiadał, że sekcja piłkarska nie ma sponsorów i musi być w cieniu siatkówki.

Jak miałby nazywać się klub z Bielska-Białej po fuzji? Do jakich tradycji miałby się odwoływać? Jakie miałby mieć barwy?

Moim zdaniem nie ma żadnych szans żeby odpowiedzi na te pytania mogły przynieść jakiś kompromis zadowalający kibiców Podbeskidzia i kibiców BKS-u. Tyle, że przynajmniej ze stadionem kłopotów nie ma, bo przypominam: Podbeskidzie gra na obiekcie, który wybudował przed wojną BKS w całości ze swoich pieniędzy (miasto przejęło obiekt dopiero w 2006 roku)!

Wydaje mi się, że tak naprawdę dla Wojciecha Boreckiego nazwa i barwy są zupełnie nieistotne. Jest pragmatykiem par excellence. Jak nazywa się klub, jakie ma barwy i tradycje - nie ma dla niego moim zdaniem większego znaczenia (gdyby miało to nawet przez myśl by mu przecież nie przeszło doklejenie BKS-u do Podbeskidzia). Istotne żeby klub był silny, prężny, dynamiczny z wielkimi perspektywami i działał na chwałę regionu.

Tylko tym cholernym kibicom się to nie podoba.

A może się podoba? Może to cholerny Czadoblog szuka dziury w całym? Nie sądzę. O tym co sądzą o "pomyśle" ludzie z Bielska-Białej przeczytacie TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.

PS A może udoskonalić ten pomysł i pójść dalej? W województwie śląskim jest tygiel drużyn znanych, zasłużonych, mniej znanych i mniej zasłużonych. Łączy je jedno: brak pieniędzy. Może warto więc zrobić jedną porządną drużynę piłkarską reprezentującą województwo śląskie na mapie Polski? Co roku taki klub byłby w pierwszej piątce. Miałby znakomitą sytuację finansową i infrastrukturalną (a ile pieniędzy niepotrzebnie w tej sytuacji wydawanych na infrastrukturę by się zaoszczędziło...).

Panu Boreckiemu by to się zapewne nie podobało. Dlaczego Bielsko-Biała miałoby pracować na chwałę całego województwa w ten sposób?

Moje kontrpytanie brzmi: dlaczego BKS miałby pracować na chwałę całego miasta w ten sposób?

PS1 Myślicie, że nowy wspaniały klub mógłby mieć taki hymn:

Czerwień - błękit - biel/

czerwień - żółć - zieleń/

heeeej/

heeeej!

To oczywiście od barw Podbeskidzia i BKS-u. Wiem, że w barwach Podbeskidzia jest niebieski a nie błękitny lecz miałem wyjścia. Od czerwonego jest czerwień, od białego - biel, a od niebieskiego?! Wygląda na to, że nie istnieje rzeczownik od niebieskiego. A może istnieje? Macie jakiś lepszy pomysł niż błękit?

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

środa, 28 marca 2012
Ruch Autonomii Śląska przesadził

Nawet nie tyle sam Ruch, co jego lokalne koło ''Śląsk Cieszyński''. Koło wysłało bowiem list do prezydenta Bielska-Białej w sprawie zmiany nazwy klubu piłkarskiego, które gra w ekstraklasie. Inicjatorom listu nie podoba się nazwa ''Podbeskidzie'', proponują żeby zmienić ją na BBTS.

Chybiony strzał z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że nie można nic robić na siłę. Właśnie do nazwy ''Podbeskidzie'' przywiązanych jest wielu bielszczan, choć faktem jest, że na Górnym Śląsku nie jest ona przyjmowana z atencją. Dla wielu nazwa ''Podbeskidzie'' jest sztuczna, nieprecyzyjna, błędna i często nadużywana. Mimo wszystko uważam, że skoro duża część mieszkańców Bielska-Białej nie ma nic przeciwko, lubi ją i poważa, ma ona oczywistą rację bytu. Historia tworzy się na naszych oczach. Bielszczanie chcą tak a nie inaczej i kto im zabroni?

Po drugie dlatego, że odwoływanie się obecnego klubu do tradycji BBTS-u, który sięgał jeszcze garściami z tradycji BBSV uważam za nadużycie.

Klub ''Podbeskidzie'' tak naprawdę wywodzi się bowiem z Komorowic, które zostały włączone do Bielska-Białej w 1977 roku. W 1995 roku powstał tam Dzielnicowy Klub Sportowy Komorowice i to jest właśnie główny protoplasta Podbeskidzia. Piłka nożna w Bielsku-Białej ma ciekawą i wspaniałą historię, ale moim zdaniem piękny rozdział BBTS jest definitywnie zamknięty. Uznawanie Podbeskidzia za klub powstały w 1907 roku jest absurdem. Powtórzę: klub ''Podbeskidzie'' tu i teraz tworzy historię.

Koło ''Śląsk Cieszyński'' chciałoby zapewne łączyć Podbeskidzie z BBSV, którego historia jest niezwykle bogata i frapująca. Ale to tak jak ja bym chciał łączyć członków koła z germańskim plemieniem Wandalów, które na parę wieków na terenach dzisiejszej Polski przecież zakotwiczyło;-)

Jeśli członkom koła "Śląsk Cieszyński'' nie pasuje kibicowanie Podbeskidziu, nie pasuje im tożsamość tego klubu, nikt nie każe im się włączać w tworzenie siły tego tworu. Na ich miejscu zawalczyłbym o mocne piłkarstwo w samym Cieszynie.

PS A poza tym Omega.

PS1 Dla kibiców Ruchu Chorzów, Ruchu Radzionków, Zagłębia Sosnowiec i GKS-u Tychy mam złe wieści. Wojciech Todur, który pisał o tych klubach w "Gazecie" i na portalu ŚLĄSK.SPORT.PL będzie odtąd prezesem siatkarek MKS Tauron Dąbrowa Górnicza...

poniedziałek, 21 listopada 2011
Za wąsko

Fajny mecz odbył się w Bielsku-Białej.  

Co mi się podobało:

a) tempo. Zwrot ''czuć oddech rywala na plecach'' z reguły mierzi, ale tym razem jest idealny żeby oddać co się działo. Podbeskidzie piłkarsko jest słabsze od drużyny z Poznania dlatego zastosowało jedyny sposób gry, który mógł przynieść powodzenie. Kiedy ''czuje się oddech rywala na plecach'' trzeba grać szybko. Dziś gospodarze pokazali agresję w dobrym tego słowa znaczeniu;

b) bardzo długo chciałem napisać, że podobała mi się gra Podbeskidzia w obronie. Kto ma w pamięci, że zaledwie niewiele sto dni temu odbył się nieszczęsny mecz w Bełchatowie nie uwierzyłby, że od tego czasu bielszczanie rozegrali już sześć ligowych meczów bez straty bramki. Jednak obiektywnie trzeba przyznać: dziś to właściwie był cud, że Podbeskidzie gola nie straciło;

c) że gospodarze odrobili lekcję i tym razem wejście po przerwie Stilicia i Rudniewa nie zrobiło na nich tak piorunującego wrażenia jak podczas meczu PP;

d) zwody Sebastiana Ziajki. Przed trzydziestką staje się jednym z najbardziej wyrazistych dryblerów naszej ligi.  

Co mi się nie podobało:

a) bardzo lubię Jose Mari Bakero. Lubiłem go jako piłkarza, dobrze mu życzę jako trenerowi. Myślę, że fajnie byłoby gdyby kiedyś trafił za pracą na Górny Śląsk. Lubi zwiedzać, a na Śląsku jest tyle wspaniałości do zobaczenia... Dziś jednak Bakero zrobił przed meczem coś co mi się nie podobało. Wyszedł na murawę i - niektórzy powiedzieliby, że ostentacyjnie - zmierzył krokami szerokość boiska. Bo wydało mu się za wąskie*.

Czy Bask chce czy nie, taki  - nomen omen - krok mógł być odebrany jak gest wielkomiejskiego panicza przyjeżdżającego na futbolową prowincję. Trochę dziwne, bo przecież Bakero w Bielsku-Białej już był i wiedział czego się spodziewać. Czyżby sądził, że sprytni gospodarze zwęzili boisko specjalnie na ten konkretny mecz z jego drużyną?:-)

PS Coś mi się wydaje, że jedynym zawodnikiem, który biega po polskich boiskach z prawidłowym ''v'' na koszulce to Iliev z Wisły. Mylę się? 

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

PS2 Kiedy widzę dziś Benoit Assou-Ekotto (Tottenham właśnie gra z Aston Villą, Adebayor złożył się jak wielki scyzor) przypomina mi się Carlos Valderrama. To musi być jednak odrębna sztuka fryzjerska, dzielą ich przecież tysiące kilometrów:-)

*boisko jest w sam raz:-)

 
1 , 2 , 3
Archiwum