niedziela, 23 października 2016
Obrońca Górnika jak sławny reprezentant Belgii

Warto było dziś przyjść na Bukową. Śląski Klasyk oglądam na własne oczy dokładnie od 30 lat (pierwszy raz na meczu GieKSy z Górnikiem byłem na Stadionie Śląskim w 1986 roku) i ten na pewno nie był najgorszy. Podobało mi się.

Działo się na murawie, działo się na trybunach*. Tutaj chciałem zwrócić uwagę tylko na historię pewnej zmiany podczas tego meczu. Jeszcze tuż przed przerwą obrońcę Adama Wolniewicza zmienił pomocnik Erik Grendel (mój wywiad ze Słowakiem przeczytacie - TUTAJ). Wiadomo, że jak piłkarz schodzi w 44 minucie przyczyną musi być kontuzja. Ale kiedy po meczu usłyszałem pewne szczegóły od razu przypomniał mi się sławny Belg Eric Gerets - tak jak Wolniewicz - prawy obrońca.

Otóż po derbach Wolniewicz miał stwierdzić, że końcowy rezultat 0:0 jest w porządku. Tymczasem skończyło się przecież 1:1. Piłkarza trzeba będzie uważnie obserwować.

Historia Geretsa w meczu z Węgrami podczas mistrzostw świata w 1982 roku jest jakoś podobna, ale i ... odwrotna.

Wtedy, w pierwszej połowie, zamroczony po starciu Belg absolutnie nie chciał zejść z boiska tłumacząc, że jego zespół przegrywa (rzeczywiście przegrywał po strzale Vargi w 27 minucie), a on musi pomóc. Dopiął swego.

W 62 minucie Gerets oświadczył, że może wreszcie zejść, bo jego zespół już remisuje. Problem w tym, że ciągle przegrywał... Okazało się, że Gerets miał wstrząśnienie mózgu. Dobrze przynajmniej, że Belgia - już bez niego - rzeczywiście zremisowała:)

Mam nadzieję, że Adam Wolniewicz wstrząśnienia nie ma i będzie wkrótce gotowy do gry.

*doping był fantastyczny z jednym zastrzeżeniem. Zupełnie nie rozumiem po co stadion obrażał Ruch Chorzów. Zupełny absurd. Podejrzewam, że Ruch ma to między Scyllą i Charybdą. A jeśli ktoś od tych okrzyków przeżywał jednak na Bukowej ekscytujące mrowienie po wewnętrznej stronie ud oraz motylki w brzuchu też powinien udać się na obserwację mózgu.

sobota, 12 lipca 2014
Złe wieści przed ligą: nadchodzi 3-6-1

Byłem dziś na sparingu w Zabrzu: Górnik podejmował GKS Katowice.

Obie drużyny zastosowały ustawienie, którym będą chciały grać w lidze. Tak się złożyło, że jest... identyczne (a w poprzednim sezonie niestosowane): trzech obrońców, sześciu pomocników i jeden napastnik. 

Efekt mnie przygnębił, bo od strony estetycznej było to jedno z najbrzydszych spotkań piłkarskich jakie widziałem w ostatnim czasie.

W pierwszej połowie, kiedy oba zespoły bardzo pilnowały ustawienia - przy tym zagęszczeniu właściwie nie były w stanie zrobić sobie krzywdy. Mam przeświadczenie, że żeby w tym ustawieniu nie tylko nie tracić goli, ale je jeszcze strzelać - trzeba atakując dużo grać z pierwszej piłki i na szybkości. Ale kiedy naprzeciw rywal jest ustawiony identycznie - szanse na to i w efekcie na bramki znacznie maleją. Tak to przynajmniej wyglądało dziś. Wszystkie bramki w Zabrzu padły po błędach, a nie w wyniku zaskakujących akcji lub przewag przyniesionych przez nieszablonową taktykę (Górnik ostatecznie wygrał 2:1 choć do przerwy przegrywał 0:1).

Być może ustawienie 3-6-1 zastosowane przeciw zespołom wybierającym inną taktykę rzeczywiście będzie nie tylko efektywne, ale i efektowne. Dziś jednak doszło do paskudnego klinczu i bynajmniej nie był to klincz na poziomie meczu Argentyny z Holandią. Doceniam oczywiście łatwość w przejściu obu śląskich drużyn z 3-6-1 na 5-4-1, skrajni obrońco-pomocnicy wiedzą co mają robić (czy raczej " jak paraliżować").

Życzyłbym sobie żeby mecze ligowych drużyn stosujące to ustawienie były atrakcyjne wizualnie. Być może to jedynie kwestia czasu i odpowiedniej ilości treningów? Po dzisiejszym doświadczeniu przypuszczam jednak, że jeśli więcej zespołów przekona się do skuteczności tego systemu to może się z tego wykluć najbrzydszy sezon ligowy w historii. 

PS Od razu jednak zaznaczam: gdyby jednak to ustawienie miało przynieść Górnikowi miejsce w pierwszej trójce, a GKS-owi - awans do ekstraklasy od razu mówię - jestem za:) 

PS1 Symptomatyczne, że obaj trenerzy - zarówno Górnika jak i GKS-u byli z nowego ustawienia zadowoleni. Dla Roberta Warzychy ważne jest, że jego zespół potrafił długo utrzymać się przy piłce. Ważne słowa Kazimierza Moskala: marzy żeby GKS potrafił zmienić taktykę w trakcie jednego spotkania.

niedziela, 07 marca 2010
Oby

Właśnie wróciłem z Bukowej.

Wynik znacie, przed meczem trafnie wytypował go siedzący obok mnie Jerzy Mucha (pamiętacie stare, dobre "Tempo"?). Wynik najgorszy z możliwych, ale mnie i tak się podobało.

A co konkretnie:

a) atmosfera. Już dwadzieścia minut przed meczem jadąc w stronę Bukowej człowieka przenikał przeszywający ryk. Kibice obu drużyn, mocno przemieszani, dopingowali zespoły re-we-la-cyj-nie. To był najlepszy sposób, żeby przekonać nieprzekonanych: w Gieksę warto inwestować.

Najbardziej podobało mi się, że kibice zapomnieli o PZPN-ie i ani razu nie użyli powszechnie znanej przyśpiewki z list przebojów. Można kulturalnie, a co!

Fani gospodarzy oddali gościom wiele miejsca, niewiele brakowało, a pod koniec I połowy znalazłbym się pod rozwiniętą wielką sektorówką Górnika. Lekki szok, bo w tamtym miejscu (centralne miejsca naprzeciw Blaszoka) nigdy nie było żadnej sektorówki gospodarzy, a tym bardziej gości.

b) demonstracja Grzegorza Proksy, młodzieżowego mistrza świata w boksie federacji WBC i IBF. Fajnie, że potrafił pokazać komu kibicuje w trudnych chwilach dla tego klubu. Przed meczem rozrzucił wśród kibiców Gieksy swoje rękawice bokserskie.

c) gra Kamila Cholerzyńskiego. Nawałka wystawiał go na defensywnym, Moskal rzucił na prawe skrzydło. Człowiek sobie poradził, kasować robiącego wiatr po tej stronie Roberta Szczota wcale nie było łatwo. Jedyne co Cholerzyńskiemu nie wychodziło to strzały, walił po dachówkach. Ale niech się nie przejmuje - grał z piątką na plecach, a najsłynniejszy gieksiarski numer 5 w ponad trzystu ligowych meczach zdobył dla Katowic jednego, jedynego gola! Wiecie o kogo chodzi? Po meczu zagłosowałem na Cholerzyńskiego jako najlepszego zawodnika meczu. Okazało się, że inni też widzieli to podobnie - trener Moskal mógł więc mu potem zanieść DVD jako nagrodę.

d) obecność na trybunach ludzi, którzy wcale nie musieli tam być. A byli, bo lubią dobrą piłkę. Byli byli prezesi (Jędrych, Worach), byli byli piłkarze (Kaliciak, Sadowski) i był też właściciel...Ruchu Chorzów, ubrany w gustowny szalik, oczywiście koloru niebieskiego. Z Mariuszem Klimkiem ucięliśmy sobie w przerwie pogawędkę o wczorajszym meczu. Szkoda oczywiście Andrzeja Niedzielana, wygląda na to, że może nie zagrać do końca sezonu. Dodam, że właściciel Ruchu był po spotkaniu z Lubinem bardzo zły zwłaszcza na jednego piłkarza własnej drużyny (ale nie pytajcie o kogo chodzi, zatrzymam to dla siebie. Lepiej zobaczcie sobie powtórkę z tego meczu).

Co mi się nie podobało:

a) że nie padł oczywiście żaden gol, a parę naprawdę dobrych okazji było, do cholery. Choćby setka Pitrego w 32 minucie. Dostał świetną piłkę od Szczota z lewej strony i fatalnie przestrzelił. Albo setka Dudzica dwie minuty później. Pazdan najpierw zawalił pozwalając na świetne podanie od Cholerzyńskiego, a potem naprawił - blokując strzał. Mógłbym jeszcze tutaj się rozpisać o innych okazjach, ale po co?

b) że nie działał stary dobry zegar, przy którym pracownik zmieniał wynik ręcznie. Od tylu lat było na Bukowej zawsze tak samo, a nagle teraz naprzeciw, na zamkniętej ze względu na stan techniczny trybunie, zaświeciła się jakaś obrzydliwa tablica świetlna. Widzę, że nie tylko z Omegą są jaja. A kysz...

c) w jednej z kibicowskich śpiewanych dziś piosenek jest wers "stadion pękał w szwach". Tym razem chyba pękał za bardzo.

Co mnie zmartwiło:

a) po meczu żegnałem się z kilkoma ludźmi Gieksy hasłem: "do następnego meczu". Za każdym razem słyszałem ponure westchnienie i krótkie hasło: "oby".

PS Po ostatnim nienadzwyczajnym meczu Odry Czadoblog napisał, że miażdżąca krytyka na pewno nie przyda się zespołowi przed dość trudnym meczem z Legią. A co tam, trzeba było krytykować: z tego co widziałem w telewizorni mecz na Łazienkowskiej był raczej z gatunku dość łatwych. Ludzie Brosza spokojnie mogli posunąć tych z Warszawy trójką. Cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

piątek, 05 marca 2010
Śląski Klasyk na zakręcie

W niedzielę święto: Śląski Klasyk czyli mecz GKS-u Katowice z Górnikiem Zabrze.

To będzie Śląski Klasyk na ostrym zakręcie. Bo na zakręcie są obie drużyny, choć nie są to te same wiraże.

Oba kluby mają kłopoty, ale i tak wydawać by się mogło, że zagra Dawid z Goliatem.

Górnik się wzmacniał (doszedł m.in. trener i piłkarz z Gieksy, a jeśli ktoś odszedł to tylko dlatego, że Górnik tego chciał). GKS się osłabiał (odeszło czterech zawodników z podstawowego składu, jeśli ktoś doszedł, to tylko dlatego, że tego chciał).

Górnik wymienił prezesa, GKS stracił prezesa. Ten z Górnika na dzień dobry powiedział: - Mam nadzieję, że moje kontakty - czasem prywatne, czasem finansowe - uda się przekuć na potrzeby Górnika.

Ten były z Gieksy na do widzenia powiedział: - Moja decyzja o odejściu spowodowana jest chęcią stworzenia nowych możliwości dla dalszego funkcjonowania klubu.

Między oboma klubami jest w tabeli tylko punkt różnicy, ale Górnik marzy o awansie (działacze i kibice nie wyobrażają sobie chyba innego rozwiązania); GKS też marzy - ale żeby przetrwać.

Wszystko wskazywałoby więc na łatwe zwycięstwo Górnika. Jednak rzadko kiedy wszystko dzieje się zgodnie z przewidywaniami. Faworytów będzie zżerać presja, ich rywali będą zżerać zmartwienia innego rodzaju, nazwijmy je "bytowymi". Właśnie dlatego to może być potwornie zacięty mecz - oba zespoły dadzą z siebie pewnie wszystko. Dlatego warto go zobaczyć.

Dobrze przynajmniej, że kibice obu zespołów nie chowają do siebie urazy. Atmosfera na Bukowej na pewno będzie więc świetna, a hałas z trybun być może dojdzie aż do ulicy Młyńskiej...

PS Gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć najpiękniejsze Śląskie Klasyki - zapraszam. W ostatnim ćwierćwieczu Czadoblog widział je wszystkie (z wyjątkiem tego, gdy Furtok i spółka strzelali Górnikowi cztery gole w Zabrzu w 1996 roku).

PS1 Dziesięć spraw dotyczących Śląskiego Klasyka o których chciałbyś się dowiedzieć, ale może boisz się zapytać...

PS2 Uwielbiam stary dobry zegar na Bukowej. Tak samo zresztą jak jego starszą koleżankę - Omegę.

niedziela, 16 sierpnia 2009
Bestia na Śląskim Klasyku

Wróciłem z meczu Górnika Zabrze z GKS-em Katowice.

Co mi się podobało:

a)  oczywiście najbardziej podobała mi się znakomita atmosfera na trybunach. Z dobrych źródeł wiem, że było około 23 tysięcy kibiców. Można było upchać ich tylu dzięki temu, że zlikwidowano strefy buforowe między sektorami kibiców gospodarzy i gości. Już na ulicach pod stadionem i pod kasami fani obu drużyn się wymieszali - żółtokoszulkowi gieksiarze spacerowali po Roosevelta i okolicach jakby byli na Bukowej i nikt nie miał im tego za złe. Dlatego dobrze, że tym razem zdrowy rozsądek wziął górę nad sztywnymi przepisami, choć wziął jednak dość opornie, bo przez moment służby ochroniarskie nie chciały się zgodzić na zlikwidowanie buforów. Na szczęście jakiś dowódca ostatecznie pomyślał więc cała misa stadionu mogła wypełnić się do ostatka, a żółta masa rozlała się szerzej po zakolu. Dzięki temu świetnie wychodziła meksykańska fala, w której oczywiście brali też udział fani gości. Katowiczanie pobili rekord: podejrzewam, że nigdy w historii zabrzańskiego stadionu od momentu jego wybudowania w 1934 roku, na meczu piłkarskim nie było tak potężnej pod względem ilości zorganizowanej grupy kibiców drużyny przyjezdnej (podobno ponad cztery tysiące).

Do pewnego zgrzytu doszło tylko na płaszczyźnie vip-owskiej, ale o tym przeczytacie w relacji z meczu Maćka Blauta.

Przy okazji muszę oddać honory Stowarzyszeniu Kibiców Górnika Zabrze. Pamietacie rok 2006 i kwietniowy mecz choćby z Zagłębiem Lubin, na którym pojawiło się zaledwie 1700 widzów? Zdesperowany klub obniżył potem ceny biletów do 5 złotych i dzięki temu frekwencja na Roosevelta wystrzeliła do góry i tam już została. Dwa tygodnie później na spotkanie z Amicą przyszło 15 tysięcy ludzi. Przyjęło się, że był to genialny pomysł rządzonego wtedy przez Frenkiela klubu, tymczasem - jak się okazuje - stała za tym grupka aktywistów ze stowarzyszenia. Nie wiedziałem o tym. A że się dowiedziałem, więc piszę.

b) „wejście smoka” Alesa Besty. A właściwie „wejście bestii”, bo tak kibice już zaczęli nazywać czeskiego napastnika. Debiut miał wymarzony. Wszedł jako rezerwowy, błyskawicznie zaliczył efektowną asystę i wspaniałego gola. Szczęście jednych, jest nieszczęściem innych. Besta miał zagrać dopiero przez ostatnie pół godziny, ale na początku meczu urazu doznał Robert Szczot, więc wyjście Czecha na plac w 21 minucie stało się potrzebą chwili. Do tej pory mecz był wyrównany, Górnik nie potrafił sobie poradzić z taktyką GKS-u. Besta zmienił obraz gry w piorunującym tempie. Sprytne wyłożenie piłki Strąkowi przed pole karne dwie minuty po wejściu i strzał przy słupku jak smagnięcie biczem osiem minut po wejściu, wprawiło w amok biało-niebiesko-czerwoną część publiki. Gdyby jedenaście minut po wejściu debiutant wykorzystał sytuację sam na sam, byłaby pełnia zabrzańskiego szczęścia. Uderzył sprytnie, ale tym razem się nie udało.

Wygolony na krótko Czech jest typem boiskowego bandyty, zakapiora. Nie da się stłamsić, nie da się zastraszyć. Szybki, agresywny, zdecydowany - nie każdy potrafiłby rozbić głowę Adrianowi Napierale, a po starciu z Czechem, katowicki obrońca musiał grać z zabandażowaną głową już do końca meczu. Beście brakuje na razie kondycji, co nie jest dziwne, bo ostatnio właściwie nie grał. Od tego meczu wiadomo, że w ataku Górnika wreszcie będzie jakaś konkurencja. Dla kibiców Górnika ważna jest także wieść, że urodzony w Ostrawie Besta czuje się Ślązakiem! Tak przynajmniej zadeklarował. Jego aklimatyzacja w Zabrzu powinna przebiec więc bezboleśnie...  

Co mi się nie podobało:

a) jak ułożył się mecz. Po drugim golu z Gieksy całkiem zeszło powietrze, wiadomo było, że drużyna Nawałki nie jest w stanie już nic zdziałać. Można uznać, że od 30 minuty było już tylko czekanie na końcowy gwizdek, emocje wyparowały. Owszem, nikt nie odpuszczał - gdyby połączyć wszystkie wślizgi gości podczas tego meczu w jeden, to mogliby zajechać na tyłku na Bukową. Ale tym razem z tej ofiarności i zaciętości nie wynikło dla GKS-u kompletnie nic. Widać było jak na dłoni różnicę między drużyną, która chce awansować, a drużyną, która chce się utrzymać. 

starcie pod bramką GKS-u

Drugą połowę trzeba było więc tylko odbębnić i tyle. Jedynym jasnym punktem u gości był były gracz Górnika Grzegorz Goncerz, a jego błyskotliwy drybling w 60 minucie, po którym Krzysztof Kaliciak powinien strzelić kontaktowego gola był naprawdę godny podziwu. Ciemnym punktem był za to Gabriel Nowak, który nigdy nie powinien brać się za rozgrywanie. Nigdy!

b) 76 minuta na trybunach. Wynika ona z tego nieszczęsnego trójstronnego toksycznego przyciągania, o którym już tak wiele pisałem. Pisałem i pisałem, więc zdumiony dowiedziałem się właśnie, że przez to ciągłe pisanie przyczyniam się do tego, że to przyciąganie jest jeszcze bardziej toksyczne - jeśli wiecie, co chcę powiedzieć...

Co zauważyłem:

a) właściwie nie co, a kogo. Pewnego dawno przeze mnie niewidzianego menedżera, który w przeszłości załatwił Górnikowi co najmniej dwóch bardzo dobrych zagranicznych piłkarzy. Co wyniknie z jego niepodziewanej obecności na Roosevelta? Zobaczymy. Coś może wyniknąć... 

PS Tworzenie ognistej atmosfery przez wielki tłum jest dość łatwe. Gorzej, kiedy na meczu jesteś jedynym kibicem swojej drużyny. Ale jednak można przynajmniej spróbować, co udowodnił wczoraj samotny fan Górnika Polkowice na stadionie Ruchu Radzionków. Jego bęben było słychać nawet wtedy, gdy wszystko było już dla Polkowic pozamiatane. Gapiłem się na niego i gapiłem. Szacunek!

samotny fan Górnika Polkowice

sobota, 15 sierpnia 2009
Górnik kontra GKS. Top 10

W Zabrzu wielkie święto. Jutro, po czterech latach przerwy, ligowy mecz między Górnikiem Zabrze, a GKS-em Katowice. Pół Górnego Śląska czeka na to spotkanie. Stadion ma być pełny, skupiony nie na zadymach (szalikowcy sobie sprzyjają), a na dopingu, który według zapowiedzi ma być fantastyczny i słyszalny być może nawet na Jasnej Górze..

Przez niespełna pół wieku oba zespoły zagrały przeciw sobie wiele niezapomnianych ligowych spotkań. Pierwszy spotkanie o punkty było jednocześnie pierwszym meczem GKS-u w ekstraklasie (8 sierpnia 1965).

Z tej okazji lista DZIESIĘCIU najbardziej pamiętnych  - według Czadobloga  - ligowych meczów Górnika z GKS-em. Wspomagam się tekstami, który kiedyś pisałem i współpisałem dla "Gazety".

MIEJSCE X:

Wielka smuta - rok 2005

Ostatni jak dotąd mecz GKS-u w ekstraklasie. W ostatniej kolejce katowiczanie pokonali Górnika po golu z karnego, zdobytego już w doliczonym czasie gry.  - Spadamy, ale z honorem - mówił ówczesny trener "Gieksy" Jan Furtok.  Mecz na Bukowej odbył się bez publiczności (to była kara za wcześniejsze ekscesy). Niektórzy piłkarze oddali koszulki garstce kibiców, którzy oglądali większość meczu na dachach kas... A Górnik? Zakończył sezon serią sześciu porażek, ale utrzymał się w lidze...

MIEJSCE IX:

Wielki znak zapytania - rok 2001

Piłkarze Górnika na minutę przed końcem zdobyli gola z problematycznego rzutu karnego. Dzięki tej bramce zdołali zremisować i uniknęli nie tylko degradacji, ale nawet gry w barażach! Jeszcze w 89. min Górnik musiałby walczyć o ekstraklasę z drużyną z Polkowic. Właśnie wtedy sędzia dopatrzył się faulu Marka Kubisza na Łotyszu Andrejsie Prohorenkovsie. Kiedy gol Piotra Gierczaka zapewnił jedenastce Waldemara Fornalika ligowy byt, fani Górnika oszaleli z radości. Po zwycięstwie Pogoni Szczecin w Olsztynie i porażce Ruchu Radzionków w Płocku Górnik zrównał się punktami ze Stomilem i mając lepszy bilans spotkań, pozostał w ekstraklasie! Poproszony o komentarz ówczesny prezes Stanisław Płoskoń nie był zbyt rozmowny. - Ja się na piłce nie znam, a poza tym z dziennikarzami nie rozmawiam - powiedział wtedy.

MIEJSCE VIII:

Wielki klaps - rok 1996

Największa klęska Górnika w historii rywalizacji z Katowicami. Inauguracja rundy wiosennej wypadła dla zabrzan fatalnie. Posprzedawali kilku ważnych piłkarzy, kilku innych pauzowało z powodu kartek i kontuzji, więc w ataku zadebiutował rozgrywający 101. mecz w ekstraklasie... Tomasz Hajto. W tym meczu zagrał także pierwszy cudzoziemiec w historii Górnika Białorusin Władymir Łomako. Już po 360 sekundach grypiłkarz z Mińska wpakował piłkę do własnej bramki. GKS, widząc słabość rywala, nie odpuścił do końca. W 25. minucie bramkarz gospodarzy Mirosław Warzecha za faul wyleciał z boiska, a rzut wolny na gola zamienił sprytnym strzałem 34-letni Jan Furtok. W dziesiątkę Górnik nie był w stanie nic zdziałać. Skończyło się 0:4. Swojego jedynego gola w ekstraklasie strzelił wtedy Mirosław Widuch.

MIEJSCE VII:

Wielka konsternacja - rok 1979

GKS przyjechał do Zabrza z trenerem... Stanisławem Oślizłą. Symbol Górnika pomógł "Gieksie" w wywalczeniu historycznego punktu. Dotychczasowy ligowy bilans katowiczan w Zabrzu był katastrofalny: 6 meczów, 6 porażek, bramki: 2:17. Tym razem GKS miał piorunujący początek; po 20 minutach prowadził 2:0, choć trochę pomogło mu szczęście, bo przy pierwszym golu pomógł im rykoszet - piłka, zanim wpadła do bramki, odbiła się przypadkowo od głowy ostatniego wielkiego piłkarza Górnika tamtych lat Jerzego Gorgonia. Wściekły Gorgoń ruszył do przodu i prawie natychmiast zdobył kontaktową bramkę; zabrzanie zdołali wyrównać jeszcze do przerwy. W II połowie trwał szturm katowickiej bramki, ale doskonały mecz rozegrał bramkarz GKS-u Czesław Mika, który nie dał się już ani razu pokonać. Skończyło się 2:2.

MIEJSCE VI:

Wielki dzień bohatera drugiego planu - rok 1988

Kolejne fantastyczne spotkanie w latach 80. Na Bukowej starły się dwa znajdujące się w świetnej formie zespoły. Jesienią 1988 roku GKS miał, moim zdaniem, najsilniejszy skład w dziejach - jeszcze z Furtokiem, który wkrótce zostanie sprzedany do HSV, i pomocnikiem Andrzejem Rudym, który wkrótce ucieknie za granicę (wtedy się jeszcze uciekało za granicę). Właśnie kupiony kilka miesięcy wcześniej za olbrzymie pieniądze Rudy był najlepszy na boisku, dyrygował zespołem, świetnie dogrywał kolegom piłki. Ale to nie on został bohaterem spotkania, a skromny lewy obrońca Jerzy Kapias, który fantastycznym strzałem z woleja dał w końcówce zwycięstwo gospodarzom 3:2.

MIEJSCE V:

Wielka nauczka - rok 1989

Na własnym stadionie Górnik wielokrotnie karcił katowicką drużynę, czasem dość dotkliwie. Przykładem jest mecz z marca 1989 roku. To był pierwszy mecz, w którym "Gieksa" musiała sobie w Zabrzu radzić już bez Furtoka, robiącego furorę w bundeslidze. Wybrany właśnie na prezesa GKS-u Marian Dziurowicz podkreślał, że jego klub walczy o mistrzostwo i jego piłkarzom nie wolno tego meczu przegrać. Do przerwy katowiczanie rzeczywiście robili na boisku, co chcieli, ale byli nieskuteczni (Kubisztal trafił w spojenie, a Walczak z karnego w... słupek). Jak się strzela bramki, pokazał Górnik: zaczął Jan Urban, który miał patent na GKS i strzelił mu wiele ważnych bramek. Drugiego gola wbił malutki napastnik Waldemar Kamiński, jeden z największych niespełnionych talentów polskiej piłki lat 80. Trzeciego dorzucił po cudownej akcji Ryszard Cyroń. GKS już się nie podniósł, skończylo się 3:0. Mecz prowadził wyróżniający się wówczas sędzia międzynarodowy Michał Listkiewicz.

MIEJSCE IV:

Wielka strzelanina - rok 1987

Mecz wielkich rywali na Stadionie Śląskim. To było wspaniałe spotkanie z wielką liczbą efektownych akcji, strzałów i parad bramkarskich. Skończyło się 3:3. "Dla obu drużyn piątka z ataku, dwója z gry obronnej" - krzyczał katowicki "Sport". "Jak ci obrońcy poradzą sobie w pucharach?" - zastanawiali się dziennikarze. Ci z Górnika poradzili sobie nieźle (wyeliminowali Olympiakos Pireus), ci z GKS-u dużo gorzej (odpadli ze Sportulem Studentesc Bukareszt).

MIEJSCE III:

Wielki upał - rok 1965

 Inauguracyjne spotkanie na Stadionie Śląskim rozpoczęło się w samo południe, piłkarze musieli grać przy 35 stopniach Celsjusza! Gospodarze zagrali osłabieni brakiem swojego najlepszego piłkarza - Zygmunta Schmidta, pierwszego reprezentanta Polski w dziejach klubu. Schmidt wydatnie pomógł katowiczanom w awansie, bo w sezonie 1964/65 zdobył w II lidze aż 30 bramek! Z kolei w Górniku nie wystąpił Włodzimierz Lubański, ale bramki strzelały dla zabrzan inne asy. Do przerwy było 0:0, a publiczność głośnym "Rapid, Rapid" zagrzewała piłkarzy do skuteczniejszej gry [do fuzji, w wyniku której powstał GKS, doszło ledwie rok wcześniej i wspomnienie Rapidu Wełnowiec było ciągle żywe]. W II połowie zabrzanie zdobyli trzy gole w ciągu 25 minut - najpiękniejszą bramkę zdobył Ernest Pohl, który w 56. minucie w pełnym biegu rypnął pod poprzeczkę. W końcówce ambitni piłkarze GKS-u zdobyli dwa gole. Do historii klubu przeszedł Piotr Sobik, autor obu bramek. Szczególnie druga była piękna - spokrewniony z legendarnym śląskim fechmistrzem piłkarz oddał cudowny strzał z 30 metrów, kompletnie zaskakując Huberta Kostkę.

MIEJSCE II:

Wielka awantura - rok 1969

Mecz rekordowy pod względem frekwencji, nigdy meczu między Górnikiem i "Gieksą" nie oglądało aż 60 tysięcy kibiców. Mecz miał dramatyczny przebieg, spotkanie zakończyło się skandalem. Sędzia Hirsch z Poznania po wielkiej awanturze przerwał grę i odgwizdał koniec w 81. minucie. GKS prowadził w tym momencie 2:1, a wściekli piłkarze Górnika omal nie zlinczowali arbitra, bo nie uznał im gola na 2:2 (według dziennikarzy słusznie, bo Skowronek był na spalonym, a Wilczek faulował bramkarza). Sędzia uznał, że jego nietykalność cielesna została naruszona. Ciekawe, że pchnął go Lubański, ale zdyskwalifikowano Florenskiego, który wziął winę na siebie. Obrońca Górnika wrócił do gry po trzymiesięcznej przerwie, już w następnym sezonie. Mało kto pamięta, że Górnik wcale nie musiał przegrać tego meczu. W 42. minucie pierwszy wielki bramkarz "Gieksy" Piotr Czaja obronił jednak karnego Alojzego Dei podyktowanego po faulu Strzelczyka na Lubańskim. I jeszcze głos z epoki - inż. Gładych, wówczas kierownik sekcji Górnika: "za atakowanie sędziego można najwyżej usunąć z boiska, a nie wolno przerwać meczu!". Wynik 2:1 zweryfikowano na walkower dla katowiczan.

MIEJSCE I:

Wielkie ciemności - rok 1994

Ten mecz przeszedł do legend śląskiej piłki, ale z powodów pozasportowych. W Katowcach przy stanie 1:0 dla gości w 71. minucie lampy wież oświetleniowych po lewej stronie stadionu zaczęły syczeć i zgasły. Sędzia dał organizatorom 35 minut na usunięcie awarii. Arbiter i kwalifikator argumentowali, że warunki na obu stronach boiska nie są jednakowe. Lewa połowa była rzeczywiście gorzej oświetlona. - Każdy powinien mieć cztery cienie, a teraz ma trzy - mówił arbiter. Kiedy elektryk próbował włączyć światło na czwartym słupie, w rozdzielni nastąpiło zwarcie. Sędzia długo naradzał się z kwalifikatorem w ciemnym pokoju, aż po 75 minutach wyszedł z kapitanami na murawę i zakończył mecz. Trener Hubert Kostka był wściekły. Zasilanie podłączono pół godziny później. PZPN zdecydował o powtórzeniu meczu, był remis 1:1. Zabrzańscy kibice do dziś uważają, że Marian Dziurowicz specjalnie wydał polecenie, żeby zgasić światło...

Czy jutrzejsze spotkanie, przecież już nie na szczeblu ekstraklasy, będzie na tyle pamiętne żeby wskoczyć do Top Ten? 

PS Byłem na dwóch Ruchach - chorzowskim i radzionkowskim.

Wrażenia z piątku? Zawsze chciałbym oglądać Ruch do zejścia Straki i wejścia Pulkowskiego. Niestety, z reguły muszę oglądać Ruch od wejścia Pulkowskiego do zejścia Sobiecha. Nigdy nie chcę oglądać Ruchu od wejścia Nowackiego do obrony karnego przez Pilarza.

Dodam, że po meczu na Cichej doszło do kuriozalnej sytuacji związanej z autokarem Arki Gdynia. Ale o tym przeczytacie pewnie w innym miejscu...

Wrażenia z soboty? Tak nie wyglądają mecze na szczycie, cidry wręcz zdemolowały Polkowice. To była zabawa w kotka i myszkę. Dlatego już  nie mogę się doczekać spotkania, które odbędzie się w następnej kolejce. Kibice z Radzionkowa też nie: nawet wywiesili transparent: "za tydzień wszyscy do Sosnowca". II-ligowy hit na Stadionie Ludowym, super! Nie mogę się doczekać, ale najpierw, już za chwileczkę, I-ligowy hit na Roosevelta...

Do zobaczenia na Śląskim Klasyku!

wtorek, 23 września 2008
Gieksa i Górnik bez Ruchu nie mogą żyć. I odwrotnie

Śląski Klasyk czyli mecz GKS-u z Górnikiem był znakomitą reklamą piłki nożnej. Mnóstwo goli, piękne akcje, fantastyczne strzały, nagłe zwroty akcji, pełny stadion, żywiołowy doping - czego chcieć więcej!? Zachwyceni i dumni z siebie byli wszyscy, zarówno przegrani jak i wygrani. Słusznie.

 

madejski słucha kasperczaka

blaszok podczas derbów z Górnikiem 

Podczas takich meczów aż trudno sobie wyobrazić co kibicowanie może zrobić z człowieka. Kiedy sędzia zakończył dogrywkę jakiś rozchwiany emocjonalnie fan Górnika podszedł na trybunie głównej do prezesa gości Jędrzeja Jędrycha i - prawie szlochając ze szczęścia - upadł przed nim na kolana...  całując go rękę! Tak mocno przeżywał koniec fatalnej passy zabrzan!

Obie drużyny pokazały, że mają potencjał znacznie większy niż tylko walka o uniknięcie spadku. Obaj trenerzy - Henryk Kasperczak i Adam Nawałka - mają prawo być usatysfakcjonowani. Obecny na meczu Rafał Ulatowski, asystent Leo Beenhakkera, też był zachwycony widowiskiem -  rozpływał się w pochwałach nad Madejskim, cieszył się, że Pazdan gra na środku obrony z Hajtą i może się od niego uczyć, ale zauważał także talenty Kapiasa i Janoszki, podkreślając, że nie samą ekstraklasą selekcja żyje. 

Na tym pięknym Śląskim Klasyku jest właściwie tylko jedna rysa. Szkoda, że fantastycznie dopingujący swoje kluby kibice z Katowic i Zabrza nie wytrzymali; kilkakrotnie prawie cały stadion z nieskrywaną zaciętością, z rozbuchaną zajadłością, z niecodzienną zgodnością, ryknął zaśpiew o tym, że w Chorzowie są panie, które ”wszyscyśmy powinni szanować za ich nienaganną konduitę”. Cały stadion aż drgał, kiedy publika stwierdziła, że ”kto nie skacze ten z Chorzowa, hej, hej”. Gdyby wszystkie bluzgi wyszczekane pod adresem Ruchu załadować na węglarki to sznur wagonów ciągnąłby się od Katowic aż do kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej...

Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że dla szalikowców lżenie Ruchu stało się ważniejsze niż sam mecz. Jest to dla mnie niezrozumiałe, bo zamiast cieszyć się niezwykłym wydarzeniem jakiego nie było na Śląsku od trzech lat (ostatni raz obie drużyny spotkały się w oficjalnym meczu na zakończenie sezonu 2004/05) kibice marnują energię na wyzywanie klubu, który nie powinien ich tego dnia obchodzić. Przecież Ruch nie miał z tym spotkaniem kompletnie nic wspólnego. Czyżby to były jakieś dziecinne kompleksy?

Wiem jedno: wygrają ci, którzy uznają, że znienawidzony rywal nie jest godzien ich bluzgów. Drwiąca obojętność przechodząca w niezwracanie uwagi będzie o wiele gorszym policzkiem niż bluzgi. Którzy szalikowcy zrozumieją to pierwsi?

Mało tego; dla mnie oczywisty jest fakt, że Ruch, Gieksa i Górnik są jak Kargul z Pawlakiem - żyć bez siebie nie mogą. Gdyby któryś z tych klubów upadł na zawsze, nagle w sercach wrogich kibiców pojawiłaby się pustka. No bo jak smakowałoby życie gdyby nie było meczów Ruchu z Górnikiem albo z Gieksą? Powiedzmy sobie szczerze: to nie byłoby życie. To byłaby wegetacja.

 

 

 

 

PS Trochę żałuję, że nie doszło do karnych. Na Bukowej jakiś czas temu wycięto zardzewiałe jupitery, dlatego konkurs jedenastek musiałby się odbywać już w zapadających ciemnościach. Jestem pewien, że z powodu tak niecodziennych okoliczności o tym meczu mówiłoby się latami, a jego legenda rosłaby, rosła - jak kula śnieżna - z pokolenia na pokolenie... Ale i tak dzisiejszy Śląski Klasyk trafia na moją subiektywną listę spotkań o których warto pamiętać.

 

 

 

 

Archiwum