niedziela, 03 grudnia 2017
Co Bambo ma wspólnego z senegalskimi butami

Kiedy byłem chłopczykiem a mama czytała mi do poduszki wierszyk Jana Brzechwy o Murzynku Bambo wydawało mi się, że wszyscy mieszkańcy Afryki wyglądają tak samo. Mają więc czarny kolor skóry, kręcone krótkie włosy, grube wargi no i błyskają białkami oczu. Ci straszniejsi mają jeszcze ewentualnie dzidy i nozdrza przebite zagiętą kością.

Od tamtego czasu jednak urosłem, zdążyłem się również przejechać po Afryce subsaharyjskiej. Pięć tygodni tam spędzone zmienia optykę. Przede wszystkim zacząłem dostrzegać, że Afrykańczycy nie są jednakowi: znacznie się różnią między sobą pod względem fizycznym. Wręcz dużo bardziej niż Europejczycy! Czy gdziekolwiek w Europie znajdziecie większą różnicę niż choćby między Pigmejami Mbuti z Konga a Masajami z Kenii? Już nie mówię, że rysy ich twarzy również potrafią bardzo się różnić. Niektóre ludy Etiopii posiadają rysy wręcz europejskie...

A wzrost? Kiedy na granicy kenijsko-tanzańskiej Masajowie sprzedawali mi tarczę (taką samą jak na fladze Kenii, mam ją do dziś) nie spotkałem wśród nich niższego od siebie. Z kolei w całej Lusace, stolicy Zambii, nie spotkałem od siebie wyższego...

Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Bo nie ukrywam: zdziwiłem się kiedy usłyszałem, że PZPN negocjuje przed mundialem mecz z Ghaną albo Nigerią. Ludy Akan czy Yoruba pod względem fizycznym to zupełnie inni Afrykańczycy niż Wolof. Ciekawe czy Senegal zakontraktuje przed mecze z nami spotkanie z Hiszpanią albo Norwegią...

Wydaje mi się, że to jednak ważne kto ubierze senegalskie buty. To nie jest tak, że afrykańskie drużyny nie różnią się między sobą stylem gry. Choćby same różnice fizyczne (ale nie tylko) powodują, że jednak się różnią... Tam wszyscy oczywiście kochają atakować, ale moim zdaniem robią to w różny sposób. 

Najlepsze drużyny z Afryki subsaharyjskiej (a takie przebijają się na mundial) są zawsze fantastycznie przygotowane pod względem fizycznym. Wszyscy to oczywiście wiedzą, wydaje mi się jednak, że nie można ich traktować jak trojaczków Bambo, Lambo i Sambo.

Kiedy wyraziłem wątpliwości na twitterze - zareagoweał prezes Zbigniew Boniek.eta

 - Czyli? - zapytał jeszcze raz prezes.

- Prędzej Mali. Inny etnos, ale wydaje mi się, że pod względem fizycznym bardziej podobni. Wielu piłkarzy powyżej 190 cm, jak w Senegalu (Diabate, Konate, Coulibaly, Yatabare). W ostatnich trzech meczach eliminacji. nie stracili gola. Drużyna frankofońska co też może być nie bez znaczenia. Nie awansowali do mundialu. ale nie jest to słaby zespół. Pewnie chętniej też przyjechaliby do Polski. Tak jak Senegalczycy najpierw szukają zatrudnienia w lidze francuskiej i w efekcie u tych, którym się udało, kształtują się podobne nawyki, zachowania - odparłem.

Przyznaję się bez bicia: piłkarską reprezentacją Senegalu zainteresowałem się jeszcze przed mistrzostwami świata w 2002 roku, pisałem o niej zresztą w tamtej książce. Przypuszczałem, że zawojują Azję, a potem, że cały świat. W tamtym mundialu rzeczywiście wypadli świetnie a potem... zniknęli. Dziś to już oczywiście zupełnie inna generacja. Bardzo żałuję, że akurat z nimi Polska zagra pierwszy mecz na tych mistrzostwach. Między innymi dlatego jestem pesymistą. Obecne Lwy Terangi mają te same fizyczne atuty, którymi mogli pochwalić się ich poprzednicy. Wtedy Pape Bouba Diop, pomocnik, który mierzył 195 cm strzelił gola w zwycięskim inauguracyjnym meczu z Francją. Powtórzę: pomocnik o wzroście 195 cm. Jeśli miłośnikom europejskiej piłki to nazwisko nic nie mówi przypomnę Patricka Vieirę - wzrost 191 cm. On też urodził się w Dakarze...

Dziś senegalską obroną trzęsie Kalidou Kulibaly z Napoli (195 cm przy wadze około 89 kg; to też dla nich charakterystyczne - są bardzo smukli nie tracąc nic z siły, szybkości i zręczności). W środku pola biega Cheikhou Kouyaté z West Hamu (192 cm) itd. Oczywiście nie jest tak, że tam są same wieżowce. Zarozumiały snajper sprzed 15 lat El Hadji Diouf miał "tylko" 181 cm, jego następca Sadio Mane to na ichniejsze warunki zaledwie kurczaczek (175 cm)...

Będzie ciężko. Może być tak, że od tego pierwszego spotkania w Moskwie zależeć będzie wszystko. Orły z Polski kontra Lwy Terangi.

Jedno jest pewne. Będzie się działo. To będzie wspaniały mundial. Oczywiście nie wiadomo tylko jeszcze dla kogo.

23:17, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (13) »
piątek, 01 grudnia 2017
Nie wyjdziemy

Odbyło się losowanie piłkarskich mistrzostw świata w Rosji.

Wiadomo, że lepiej wyczytują się optymistyczne opinie - że wygramy, że przejdziemy, że zajdziemy daleko. Na szczęście nie muszę Wam się przymilać i napiszę jak uważam. A uważam, że nie wyjdziemy z tej grupy. Oczywiście bardzo chciałbym żeby ostatnie spotkanie nie było o honor, bo przeżyłem to w 2002 i 2006 (w tym drugim przypadku osobiście), ale to tylko chciejstwo.

Żeby było jasne: bardzo doceniam klasę reprezentacji Polski Adama Nawałki. Doceniam również sposób w jaki przebiliśmy się do pierwszego koszyka, a wszelkie narzekania konkurencji jedynie mnie śmieszą. Sorry, ale co nie zabronione to dozwolone. Jeśli to było działanie intencjonalne, skierowane na ten efekt to czapki głów - przecież to działanie we własnym interesie.

Gdyby obowiązywał regulamin choćby z mundialu w Meksyku, kiedy wychodziły z niektórych grup aż trzy zespoły łudziłbym się, że może się udać. 

Nie - nie staram się być na siłę oryginalny  - jedynie po to żeby odróżniać się od wszystkich innych, twierdzących, że to dobra grupa. Oczywiście z żadną z tych drużyn, które wylosowaliśmy nie stoimy na straconej pozycji. Z drugiej strony mundial to nie polska liga - tutaj nie wygra każdy z każdym. Po prostu: doceniam akurat wszystkich tych przeciwników. Dlaczego? Zapewne przyjdzie jeszcze czas, że napiszę.

Kilka wstępnych uwag:

Po pierwsze - wprawdzie jako jedyni w tym gronie byliśmy kiedyś w czwórce i być może według niektórych mogłoby to nas upoważniać na spojrzenie z góry, ale ja tak nie uważam. Prawda jest taka, że to właśnie mundial kreuje nowe potęgi i zrzuca z piedestałów stare. 

Po drugie - powtórzę: rywali, których przydzielił nam los zwyczajnie się obawiam. Nie jestem zwolennikiem teorii, że od początku powinniśmy sobie radzić z każdym jeśli myślimy o sprawach wielkich. To turniej - zawsze lepiej mieć więcej sił na pojedynki po fazie grupowej, ale mecze z silnymi, moim zdaniem, nie sprawią, że parę dni później będziemy silniejsi z innymi silnymi. 

Wszystkich naszych rywali uważam za drużyny silne, bo każda z tych drużyn, moim zdaniem, może spróbować zaatakować ósemkę. 

Rozśmieszają mnie opinie już teraz jednoznacznie rozstrzygające kto będzie najtrudniejszym przeciwnikiem w tej grupie (i że jest to to Kolumbia). Przypominam, że mundial dopiero za pół roku i wiele może się zmienić. Polska? Niech choćby złamie nogę (tfu, tfu...) ten jeden jedyny nasz piłkarz o którym myślę - optyka będzie całkowicie inna. Albo niech objawi się wielki talent... 20-letni Władysław Żmuda na Wembley nie zagrał a potem był objawieniem. Tak też może się zdarzyć!

Chciałbym się mylić co do szans Polski. Na szczęście... mogę:)

PS Założyłem się na twitterze z Wojciechem Cyganem, byłym prezesem GKS-u Katowice, członkiem zarządu PZPN, który jeśli chodzi o szanse Polaków jest większym optymistą niż ja. Stawką jest flaszka Bushmills - najstarszej irlandzkiej whiskey. Nie lubię sytuacji kiedy całkowicie przegrywam. Ale w tym wypadku jeśli przegram to i tak wygram. Jeśli wygram to i tak przegram. Z kolei prezes Cygan odważnie hołduje Blaise Pascalowi: jeśli wygra - zbierze wszystko. Jeśli przegra - nie zostanie mu choćby satysfakcja;)

PS1 Zasłońcie okna, naciągnijcie koce na głowę. Lud Wolof nadchodzi. Przyznam, że zdziwiłem się kiedy usłyszałem, że PZPN negocjuje przed mundialem mecz z Ghaną albo Nigerią. Akan czy Yoruba pod względem fizycznym to zupełnie inni Afrykańczycy niż Wolof. Ciekawe czy Senegal zakontraktuje przed nami mecz z Hiszpanią albo Norwegią...

22:25, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (13) »
środa, 15 listopada 2017
Co Sopot ma wspólnego z España'82

Czy komuś zdarzyło się spotkać bohaterów najpiękniejszej baśni z dzieciństwa? Wyobraźcie sobie, że mnie właśnie się to udało.

W przeddzień meczu z Meksykiem spotkali się członkowie polskiej ekipy, która zdobyła trzecie miejsce na piłkarskich mistrzostwach świata w 1982 roku. PZPN zaprosił piłkarzy, trenerów i działaczy z tamtej imprezy na uroczysty raut w sopockim Sheratonie, żeby powspominali stare dobre czasy. Dawne gwiazdy patrzyły na siebie z uśmiechem, zdarzało się, że niektórzy z nich widzieli się po raz pierwszy od hiszpańskiego mundialu!

Dojechali prawie wszyscy. Zabrakło jedynie Włodzimierza Smolarka (nie żyje), Andrzeja Pałasza (uczy młodzież futbolu w Szanghaju), Andrzeja Szarmacha (nie przyjął zaproszenia, nie wspomina tamtego turnieju dobrze) oraz Jana Jałochy i Tadeusza Dolnego (nie ma z nimi kontaktu).

W strojach wieczorowych piłkarze wyglądali jak absolwenci prestiżowej szkoły zaproszeni na wspominki po latach. Miałem to szczęście, że PZPN także mnie zaprosił na tę uroczystość. Bez wahania wbiłem się w gangol. Byłem jednym z zaledwie kilku gości, których wówczas w Hiszpanii nie było. Jako dziesięciolatek zafascynowany tamtą imprezą (właśnie ona spowodowała moje trwałe zainteresowanie piłką nożną) nie przypuszczałem, że zobaczę moich bohaterów zebranych w jednym miejscu. Nie zmienili się za bardzo! Właściwie nie poznałem tylko Piotra Mowlika (rezerwowego bramkarza). Mało kto pamięta – a ja mu o tym przypomniałem – że pochodzi z Orzepowic na Górnym Śląsku, tam zaczynał przecież karierę, której najpiękniejsze chwile przeżył już gdzie indziej.

Imprezę poprowadzili Zbigniew Boniek i Dariusz Szpakowski, który relacjonował mistrzostwa w 1982 roku jeszcze dla radia (telewizyjnym sprawozdawcą był Jan Ciszewski, który zmarł parę miesięcy później. Rocznica jego śmierci przypadła dokładnie w dzień naszego spotkania, uczciliśmy go minutą ciszy). Prezes Boniek – trzeba to uczciwie przyznać – to prawdziwe „zwierzę medialne” – potrafi przemawia, nawet kiedy nie występuje w telewizji. Potrafi przywołać wspomnienia, widziałem, że choćby Andrzej Buncol był wyraźnie wzruszony. Prezes wręczył wszystkim członkom ekipy pamiątkowe koszulki, a potem na ekranie oglądaliśmy najpiękniejsze akcje z hiszpańskiego mundialu, zaś Szpakowski podchodził z mikrofonem do kolejnych bohaterów, którzy dzielili się własnymi impresjami. To było bardzo interesujące! Było widać i słychać - każdy z gości tę niezwykłą imprezę - wybaczcie, muszę górnolotnie - ma w sercu.

Na niezwykły gest zdecydował się trener Antoni Piechniczek. Wymyślił coś niecodziennego, co każdy piłkarz zapewne zapamięta na zawsze: każdemu z osobna wręczył podczas tej uroczystości odręczny list, który napisał o tamtych czasach właśnie szczerze i od serca. Także Andrzejowi Iwanowi, z którym był skonfliktowany po publikacji wspomnień tego ostatniego. Wbrew nadziejom niektórych bulwarowych dziennikarzy, których nie było na imprezie – podali sobie ręce.

Niecodzienną pamiątkę przywiózł ze sobą z kolei Marek Kusto. Napastnik Wisły był wcześniej w kadrze na mistrzostwach świata w 1974 i 1978 roku, ale dopiero w Hiszpanii dostał szansę od trenera Piechniczka. Na spotkanie w Sopocie zabrał koszulkę, w której grał na hiszpańskich mistrzostwach. Trochę się zmniejszyła i sprała, ale za zgodą Kusty mogłem wziąć ją w ręce, poczuć ten materiał... Cóż to było za przeżycie! Piłkarz miał ze sobą marker i pozbierał na niej autografy kolegów.

Potem był czas na wspominki i dyskusję. Usłyszałem wiele wspaniałych anegdot. Do naszego stolika dosiadł się Zbigniew Boniek i kolejny raz muszę przyznać, że umie opowiadać. W końcu, przed drugą, się wymknąłem. Bohaterowie muszą przecież mieć czas tylko dla siebie...

Wiem jedno - ten wypad do Sopotu, w którym nigdy dotąd nie byłem, zapamiętam na całe życie.

PS Nazajutrz też było miło. Przy obiedzie trener wręczył wszystkim piłkarzom egzemplarze książki, którą napisałem o nim wspólnie z Beatą Żurek. Potem miałem okazję usłyszeć kolejną porcję nieznanych anegdot kiedy gawędziłem przy stole z Piotrem Czają, Bogusławem Hajdasem i... Wojciechem Gąssowskim* ("gdzie się podziały tamte prywatki"). Kiedy człowiek się zastanowi to lata 80. w polskiej piłce nożnej były bardzo zajmujące, dzięki nim zostałem kibicem, a potem dziennikarzem. Ale ileż niecodziennych, nieopowiedzianych historii wydarzyło się w latach 60. i 70! Żeby tak to wszystko spisać i usystematyzować...

A wieczorem na fantastycznym gdańskim stadionie odbył się mecz z Meksykiem. Silną drużynę poznać również po tym, że wie kiedy jest idealny moment na porażkę:)

PS1 Przynoszę Wam również najnowsze wieści ze słupa umocowanego na samym czubku sopockiego molo: w tej chwili królują na nim wlepki Unii Oświęcim i... Cambrigde United. Były też Legia i Lech, ale ktoś zdrapał. Przysięgam, że nie ja.

*Wojciech Gąssowski zaimponował mi kiedy z szybkością karabinu maszynowego wyrecytował z pamięci skład Gwardii Warszawa z przełomu lat 50. i 60.

23:49, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 lipca 2014
Śmieszą mnie narzekania, że wybrano Messiego

Ze zdumieniem zauważam, że jednym z głównych tematów "day after" jest fakt, iż Leo Messiemu decyzją komitetu technicznego FIFA przyznano miano najlepszego zawodnika turnieju.

Święte oburzenie śmieszy mnie z kilku powodów.

Po pierwsze dlatego, że to mogłoby sugerować prestiż takiej nagrody. A przecież to jakaś bzdura. Dla mnie cały ten szum jest jedynie jakimiś hucpiarskimi zagrywkami marketingowców FIFA. Kogo tak naprawdę ta nagroda obchodzi? Dyskusja na jej temat tylko podnosi jej prestiż. Sztuczne dmuchanie balona. A przecież w tym wypadku liczy się jedynie klasyfikacja zespołowa. Nawet nie pamiętam kogo wybrano najlepszym piłkarzem turnieju cztery, osiem albo dwanaście lat temu. 

Po drugie - chyba nikt nie zastanowił się, że przy wyborze piłkarza panowie z FIFA rzeczywiście mogli mieć jakiś myśl przewodnią, którą postanowili się kierować. Może jest tak, że najlepszym zawodnikiem turnieju obwołuje się tego, który najczęściej był wybierany najlepszym zawodnikiem meczu? Czy komuś na tym turnieju zdarzyło się to częściej niż Messiemu?

Żeby było jasne - dla mnie Leo Messi - choć to najlepszy obecnie piłkarz świata - wcale nie był najlepszym zawodnikiem tego turnieju.

Ten tytuł bezsprzecznie należy się Niemcowi.

To był wspaniały mundial pełen paradoksów. Paradoksem jest również to, że we wspaniale zorganizowanej i funkcjonującej drużynie niemieckiej dla mnie najlepszy wcale nie był napastnik, pomocnik czy obrońca. 

Najlepszy był bramkarz. 

Manuel Neuer spisywał się fenomenalnie. Jeśli do końca roku nie stanie się nic nadzwyczajnego to moim zdaniem powinien dostać "Ballon d'Or" redakcji "France Football"*. Uważałbym to za sprawiedliwy wybór. Jeśli tak się stanie - będę bił brawo.

Żeby było jasne - będę bił brawo bez... sympatii. Moją Neuer utracił w trakcie meczu finałowego kiedy staranował  Gonzalo Higuaina i sprawił, że od tego momentu oszołomiony Argentyńczyk stał się całkowicie bezużyteczny.

Oczywiście nie było faulu - to oczywiste. Najpierw przecież Neuer wybił ręką piłkę a dopiero ułamki sekund później wybił przy okazji Higuainowi piłkę z głowy. Cóż; jeśli najpierw zdążysz wybić piłkę to potem nawet jeśli przy okazji urwiesz rywalowi nogę, głowę albo rękę to jest wyłącznie jego wina, bo nie zdążył jej cofnąć. Higuain nie zdążył się uchylić więc - jak powiedzą niektórzy - "ma co chciał".

W tym "zagraniu" niemieckiego bramkarza dostrzegam jednak perfidię. Neuer to inteligentny facet. Właśnie tym detalem jego interwencja różniła się wejściem Schumachera w Battistona w półfinale mistrzostw świata w 1982 roku. No i Higuain nie stracił paru zębów.

PS W całym tym mundialu drażni mnie tylko jedna sprawa. Zauważcie, że do naszej świadomości próbuje się przemycić, że to nie są mistrzostwa świata w piłce nożnej. To są przecież "mistrzostwa świata FIFA" w piłce nożnej. Ręce opadają...

PS Rysiu, wyślij mi mailem adres.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

* tak, wiem jak fatalnie przepoczwarzyła się ta nagroda. Sformułowanie myśli w ten sposób jest wyrazem tęsknoty za dawnymi czasami kiedy "a" było "a", "b" było "b" i nikt nie podnosił ręki na świętości.

13:16, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (26) »
środa, 09 lipca 2014
Koniec epoki Maracanazo. Czas na epokę Mineirãozo

Tamten dzień straszył Brazylijczyków 64 lata. Podejrzewam, że datę "szes-nas-te-go-lip-ca-ty-siąc-dzie-więć-set-pięć-dzie-sią-te-go" do dziś jest w stanie wymienić większość z nich. Maracanazo - symbol niespodziewanej futbolowej porażki, która oznaczała tragedię, która stała się ogólnonarodową traumą.

Pewnie nikt tam nie spodziewał się, że któregoś dnia Maracanazo może zniknąć z powszechnej ogólnonarodowej brazylijskiej świadomości, że może ustąpić czemuś znacznie gorszemu.

Niespodziewanej porażki, która oznacza klęskę nie można przecież porównać do potwornej klęski, po której trudno się nawet zastanawiać co oznacza i trudno nie tylko ją pojąć, ale nawet i nazwać jej rozmiary...

Teraz może zdarzyć się, że trauma Mineirãozo (tak sobie to nazwałem od Estadio Mineirão w Belo Horizonte gdzie odbył się dzisiejszy mecz) potrwa dłużej niż 64 lata. Nie potrafię sobie bowiem wyobrazić, że gospodarze kolejnych trzydziestu mundiali mogliby przegrać u siebie wyżej niż 1:7. 

Ogromny szacunek dla Niemców za ten mecz. Byli dziś jak wielogłowy smok, który siał wokół zniszczenie. Nikt nigdy w dziejach mundiali nie wygrał z gospodarzami tak wysoko. Dotychczas ten niechlubny rekord dzierżyły Szwecja, która w 1958 roku uległa Brazylii w finale 2:5, Meksyk, który w 1970 przegrał z Włochami 1:4 oraz RPA, która cztery lata temu dostała od Urugwaju 0:3.

Gdyby w całej chlubnej historii niemieckiego futbolu wybrać ten jeden najlepszy mecz, który rozegrał Nationalmannschaft od inauguracyjnego spotkania ze Szwajcarami w 1908 roku, dzisiejsze Mineirãozo miałoby wielkie szanse na pierwszą lokatę. To była masakra dokonana bez wysiłku - na zimno a jednocześnie z jakimś upiornym wdziękiem.

Trochę jednak szkoda, że tak to się skończyło - z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że była niepowtarzalna szansa na zwycięstwo Argentyny z Brazylijczykami na ich terenie w finale mundialu. Wymarzyłem to sobie a tu nic z tego.

Po drugie dlatego, że odbyły się już dwa finały Argentyny z Niemcami. Ten mecz  - jeśli uda pokonać się Holendrów - będzie więc jedynie kolejnym ważnym meczem. 

PS Tak więc oto nowa trauma Brazylijczyków będzie trochę kojarzyć się z Górnym Śląskiem. Po pierwsze dlatego, że mineiro to górnik a po drugie dlatego, że właśnie dziś facet urodzony na Górnym Śląsku wymazał niezwykły rekord Ronaldo. Od teraz człowiekiem, który strzelił najwięcej bramek w historii mundiali jest Miroslav Klose, który na świat przyszedł - przypomnijmy fakt, który wszyscy powinni znać - w Opolu. Wymazać rekord Brazylijczyka w takich okolicznościach, właśnie w Brazylii - niezwykłe. Szesnaście goli. Czy ktoś kiedykolwiek będzie w stanie zdobyć jeszcze więcej?

PS1 Warto jeszcze zauważyć piękne stroje Niemców. Dla mnie osobiście dużo ładniejsze od podstawowej biało-czarnej wersji. Wielu brazylijskich kibiców mogło się dzisiaj czuć dziwnie - wyglądało jakby Brazylię lało Flamengo Rio de Janeiro. Do wszystkich, którym przywiozłem koszulki Fla: wierzę, że będziecie nosić je z dumą:)

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. 

00:04, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Właśnie oni mogą uratować honor Europy

Mogę się przyznać, że moim numerem 1 zawsze była i jest Argentyna, ale numerem 2 zawsze była i jest Francja.

Dlatego z zadowoleniem przyjmuję jej awans, dla mnie bezdyskusyjnie zasłużony.

Zauważcie, że Francja jest wielka kiedy ma wielką drugą linię.

1958: z Raymondem Kopą (ale nie tylko);

1984: z Michelem Platinim (ale nie tylko);

1998: z Zinedine'm Zidane'm (ale nie tylko);

2014: z... Paulem Pogbą (ale nie tylko, świetni przecież dziś byli Valbuena i Matuidi).

Oczywiście jest różnica: w trzech pierwszych przypadkach to byli podczas imprezy mistrzowskiej znani i uznani piłkarze. Kopa miał wtedy 27 lat, Platini - 29 lat, a Zidane - 26 lat.

Paul Pogba wnosi zasadniczą różnicę. Po pierwsze - ma dopiero 21 lat. Po drugie - jako zawodnik pochodzenia gwinejskiego - jest bodaj pierwszym we współczesnym futbolu czarnoskórym liderem francuskiej drugiej linii ("Czarna Perła" czyli Larbi Ben Barek to zamierzchłe lata trzydzieste, czterdzieste i początek pięćdziesiątych). Pogba wpisuje się oczywiście w tamtejszą futbolową tradycję przejmowania co najlepsze od innych nacji. W końcu Kopa z pochodzenia był Polakiem, Platini - Włochem, a Zidane - Algierczykiem.

O Francji pisałem obszernie w dodatku przedmundialowym. Ubolewałem, że brakuje tam samca alfa. Pogba jest być może na samca alfa za młody, ale umiejętności ma jednak niezwykłe. Wszyscy zachwycamy się pokoleniem piłkarzy niemieckich urodzonych w latach 90. Warto zwrócić więc uwagę na ich równolatków z Francji:

a) fantastyczny pomocnik - Pogba (rocznik 1993, gra w Juvetusie);

b) fantastyczny obrońca - Raphael Varane (rocznik 1993, gra w Realu) - do tej pory 0 fauli, 0 żółtych kartek, 0 czerwonych kartek, 18 odbiorów, ponad 85 procent dokładnych podań;

c) fantastyczny napastnik - Antoine Griezmann (rocznik 91, gra w Sociedad, ale jak długo?). Czasem zachwycają mnie takie niuanse jak szybkość powstania z murawy po upadku żeby wziąć istotny udział w niezwykłej akcji (tej dwójkowej z Benzemą).

Czy to mógłby być szkielet "tricolores" na najbliższe dziesięć lat? Pewnie tak. Mam jednak przeczucie graniczące z pewnością, że to dopiero początek wysypu francuskich superzdolniachów urodzonych w latach 90...

Jeśli Niemcy wyeliminują dziś Algierczyków zapowiada się niezwykły mecz w ćwierćfinale. Dla mnie w tym zestawieniu faworytem i tak jest Francja, która, uważam, wyrasta na zdecydowanie najmocniejszy europejski zespół.

Chyba żadna drużyna w ostatnich latach tak często nie padała żeby zaraz powstać i tak często nie powstawała żeby zaraz upaść.

Myślicie, że byłaby szansa na finał o którym nawet nie śmiałbym marzyć: Argentyna - Francja?:) Yeahhhh...

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

21:19, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (22) »
niedziela, 29 czerwca 2014
Czy to Argentyńczyk załatwi Brazylię

Już chyba pora zastanowić się czy to właśnie Argentyńczyk załatwi Brazylię zanim załatwi ją Argentyna.

Jose Nestor Pekerman osiągał ogromne sukcesy z argentyńską młodzieżówką. W 2006 roku pod jego wodzą "Albicelestes" świetnie grali w mistrzostwach świata. Kilka goli z tamtej imprezy na stałe przeszło do legendy. W ćwierćfinale pekermanowa Argentyna nie dała jednak rady gospodarzom, przegrywając w rzutach karnych. Pekerman odszedł po fali krytyki (sam byłem jego zwolennikiem i nie rozumiałem tylko jednego: dlaczego tak bezdyskusyjnie i konsekwentnie stawiał na Julio Cruza).

Dziś Pekerman jest ojcem sukcesu Kolumbii. Na razie jako pierwsza drużyna wygrała cztery mecze w tych mistrzostwach świata. W dodatku radzi sobie tak świetnie bez swego najlepszego piłkarza...

Nie mam nic przeciwko ewentualności załatwienia Brazylii w ćwierćfinale przez Argentyńczyka. Gorzej jeśli potem ten sam Argentyńczyk załatwi... Argentynę. To możliwe.

PS W świetnym tekście opublikowanym w "Kopalni" Martin del Palacio Langer - Meksykanin od siódmego roku życia mieszkający w Hiszpanii - w błyskotliwy sposób zastanawia się nad fenomenem reprezentacji Meksyku. Kiedy drużyna narodowa przegrywa, Meksykanin nie tylko cierpi, ale także jej nienawidzi. A pasja jest równie namiętna jak w innych krajach Ameryki Łacińskiej, jest jednak zasadnicza różnica.

"Meksykanin z natury jest masochistą. Narodowym przysmakiem jest papryczka chili, najpierw odczuwa się pieczenie, które potem jest przyjemne. Narodowa muzyka, mariachi, traktuje o złamanych i opuszczonych sercach. Drużyna narodowa najpierw nauczyła się cierpieć, a nie dawać radość."

Według Langera, po fatalnych eliminacjach, w których Meksyk najadł się wiele wstydu, teraz oczekiwało się jedynie, że wyjdzie z grupy, no bo zawsze przecież wychodzi już od 1978 roku (wtedy przeszkodziła im Polska).

Meksykańska klątwa trwa. Czy po takim meczu można nienawidzić własnej reprezentacji? Jedni powiedzą, że nie. Inni, z drgającymi mięśniami twarzy, tylko przeklną.

Gdybym był Meksykaninem chyba szlag by mnie trafił.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

20:44, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (19) »
środa, 25 czerwca 2014
Na lotniskach dzieją się różne rzeczy

Mundial potrafi zaskoczyć nawet w trakcie powrotu do domu.

Na lotnisku Santos Dumont w Rio de Janeiro czekałem na przelot do São Paulo. Trafiłem akurat na mecz Brazylii z Kamerunem. Tłumy pasażerów oglądały spotkanie na telebimie w głównej hali. Mecz oglądałem na leżąco na podłodze, krzesełka były dawno zajęte. Obok mnie leżał jakiś pracownik służby lotniska. Kiedy Neymar strzelił drugiego gola koledzy z tych samych służb mundurowych postanowili zrobić mu psikusa. W potężnej wrzawie, która wybuchła po bramce nagle... rzucili się na niego ze wszystkich stron i go przygnietli. To przypominało głupią zabawę z dawnych lat, która nazywała sie "kupa na biskupa". Wyciągnąłem aparat, ale dowcipnisie zdążyli się rozbiec:)

Na lotnisku Governador André Franco Montoro w São Paulo/Guarulhos czekałem na przelot do Rzymu. Miałem mnóstwo czasu - całą noc. Takich ludzie jak ja było wielu. Także mój sąsiad Chilijczyk Marcos Rojas, który czekał na przelot do Santiago. Przez całą noc można zdążyć się poznać. Okazało się, że Marcos, prawie mój równolatek, był kiedyś piłkarzem. Opowiadał, że jako wychowanek Colo Colo, w juniorskich czasach pojechał sprawdzić się do Newell's Old Boys, macierzystego klubu Leo Messiego. Choroba ojca sprawiła, że wrócił. Wielkiej kariery nie zrobił, przed kontuzją, która zakończyła marzenia zdążył zagrać w drużynie Club Deportivo Magallanes Santiago, która zarówno wtedy jak i teraz występuje w II lidze chilijskiej (Magallanes to czterokrotny mistrz Chile z lat 30.). Marcos serdecznie zaprasza mnie do siebie na najbliższe Copa America. - W 2015 roku odbędzie się u nas. Początkowo Copa miała być rozegrana w Brazylii, ale przecież teraz Brazylia organizuje mistrzostwa swiata, a w 2016 roku igrzyska olimpijskie. Nie da się robić wszystkiego więc ostatecznie mistrzostwa kontynentu odstąpili nam. A my jeszcze nigdy nie byliśmy mistrzami Ameryki - emocjonuje się Marcos.

Marcos zapewnia, że będzie świetnie, żebym koniecznie do niego przyjechał, że pokaże mi Chile. Dziś trudno mi uwierzyć w tę wizytę, ale przecież dwa miesiące temu trudno było mi uwierzyć w wizytę w Brazylii...

Na lotnisku w Rzymie-Fiumicino im. Leonarda da Vinci czekałem na przelot do Warszawy. Nie wiem co mi głupiego do łba strzeliło, ale kiedy przechodziłem przez kontrolę na zakończenie zamiast "good bye" wypowiedziałem z satysfakcją inne słowo na "G" - Godin.

Gdybym na miejscu Włocha usłyszał to słowo, sam siebie potraktowałbym z całą surowością:) Rzeczywiście - zostałem odseparowany od innych podróżnych i jeszcze raz zlustrowany. Przyjąłem to z uśmiechem, bo wiozłem co prawda dwie i pół tony kawy, ale walizkę nadaną w São Paulo miałem odebrać dopiero w Warszawie...

Co do kawy: kupiłem produkt o nazwie "Três Corações" co znaczy "Trzy serca". To wyjątkowo piłkarska nazwa więc zdziwiłem się, że Brazylijczykom w ogóle ona nie kojarzy się z futbolem. A przecież w 1940 roku w miejscowości o tej nazwie (stan Minas Gerais)  urodził się człowiek, który jako jedyny na całej planecie trzy razy jako piłkarz został mistrzem świata...

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

21:05, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Obrigado

To jest juz koniec mojej brazylijskiej przygody. Na sam koniec zalapalem sie jeszcze na miejscowa bibe. Dla Brazylijczykow kazdy pretekst do zabawy jest dobry. Bylem na imprezie z okazji dnia (a moze nocy) sw. Jana. Impreza zaczela sie przed 23, Brazylijczycy zreszta nigdy nie przychodza na balowanie wczesniej niz przed 22...

Impreze zorganizowal szwagier ojca zony mojego Gospodarza. Przyszla rodzina i znajomi - razem jakies 150 osob, ktore reprezentowalo piec pokolen. Potem okazalo sie, ze szwagier ojca to miejscowy lokalny polityk. Znany z tego, ze nie kupil glosow w ostatnich wyborach...

Telmo poczestowal mnie na imprezie bimbrem wlasnej roboty. Nigdy nie pilem tak dobrego bimbru! Okazalo sie, ze to mieszanka kaszasy, miejscowej wodki z trzciny cukrowej zmieszanej z imbirem i jeszcze kilkoma innymi tajemniczymi skladnikami. Bylo to lekko metne, wygladalo jak siki tapira, ale smak mialo naprawde zniewalajacy! W moim prywatnym rankingu alkoholi wlasnej roboty majacych powyzej 40 procent bimber Telmo awansowal zdecydowanie na pierwsze miejsce...

Ta wspaniala dwutygodniowa przygoda nie bylaby mozliwa gdyby nie pewien synek z Mikolowa, ktory zaprosil mnie do Rio. Dominik (tutaj znany juz jako Dominique) przyjechal do Brazylii na kontrakt. Okolicznosci sprawily, ze chce tu zyc i umrzec. Jest zagorzalym kibicem Ruchu Chorzow, tak samo zreszta jak i jego czterech braci, ktorzy mieszkaja na Slasku i w Niemczech (tylko jeden brat, piaty, nie interesuje sie futbolem).

Dominik zakochal sie w Alinie, dziewczynie z Santa Cruz, nauczycielce matematyki. Ozenil sie z nia, tworza swietna pare. Jego rodzina ma sportowe korzenie, bo dziadek Antoni byl zagorzalym wielbicielem motoryzacji, mistrzem Polski w rajdach samochodowych juz w latach 50. Wyobrazacie sobie jak trudno bylo wtedy zdobyc czesci do takiego auta?! W tamtych czasach kierowcy musieli wszystko zalatwiac na wlasna reke, nie bylo przeciez zadnych sponsorow. Malo tego  - komunisci raczej podejrzliwie patrzyli na takich ludzi... Dominik jest jednym z najbardziej obrotnych ludzi jakich znam wiec moge przypuszczac po kim odziedziczyl geny;)

Zreszta milosc do motoryzacji w tej rodzinie zostala, warsztat samochodowy prowadzili na Slasku dziadek i ojciec Dominika, teraz prowadza je brat (po ojcu) w Mikolowie i wujek (po dziadku) w Katowicach. Jesli kiedys na trybunach na Cichej uslyszycie portugalski - nie zdziwcie sie: to będą zapewne Dominik z Alina, ktora juz zreszta na meczu Ruchu kiedys sie pojawiła. 

Obrigado Dominique, obrigado Alina!

PS Wszystkim czekajacym na koszulki obwieszczam, ze zamowienia zostaly zrealizowane:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrocic.

PS2 Myslicie, ze wczesniej niz na trybunach w Chorzowie uslyszymy portugalski na murawie? Moze Ruch tez sie skusi na modny ostatnio w Polsce kierunek?:)

PS3 Od fazy pucharowej wpisy dotyczace mundialu beda juz tradycyjne. Jeszcze w tym tygodniu zaprosze Was na spotkanie z Zygmuntem Anczokiem. Poprowadze je przy okazji wystawy, ktora organizuje Dom Wspolpracy Polsko-Niemieckiej.

00:26, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (23) »
sobota, 21 czerwca 2014
Mistrz kierownicy ucieka

Teraz juz wiem skad Brazylijczycy sa tacy dobrzy we Formule 1. Zrodlo jest identyczne jak we futbolu: z ulicy. Nelson Piquet i Ayrton Senna z pewnoscia musieli przejsc chrzest bojowy w ruchu ulicznym wielkich brazylijskich miast.

Jesli kiedykolwiek bedziecie sie zastanawiali czy wypozyczyc w Rio samochod - zdecydowanie odradzam. Ludzie jezdza tu jak wariaci. Dzis widzialem jak autobus przywalil w ogrodzenie. Na ironiczne oklaski swiadkow kierowca odpowiedzial smiechem, pomachal reka i odjechal.

Najwiekszymi kozakami sa wlasnie kierowcy miejskich autobusow. Ich pojazdy wygladaja czasem jak stare graty, ale maja niezwykle wyostrzony gaz i znakomite hamulce. W efekcie autobus w tym wielkomiejskim tloku porusza sie zrywami. W dodatku kierowcy maja niezwykle podzielna uwage, bo bez przerwy smieja sie i uprawiaja pogaduszki z asystentkami. W Rio kiedy wchodzisz do autobusu kierowca nie zajmuje sie sprzedaza biletow (3 reale za wejsciowke) - od tego jest wlasnie asystentka, ktora siedzi na tronie przy wejsciu z przodu i kiedy zaplacisz wpusci cie przez kolowrotek. Jechalem dzis z takim mistrzem kierownicy autobusem linii 422 spod dworca pod Corcovado ("Garbata Gora") - szczyt na ktorym stoi Cristo Redentor, slynna potezna statua Jezusa Zbawiciela (widoki rzeczywiscie nieziemskie). Co przezylem w tym autobusie to moje...

Odrebna historia to prywatne busiki, ktore woza mieszkancow peryferyjnych dzielnic. To tez rajdowi kierowcy, rowniez z asystentami, taki asystent ma troche inna robote: zamyka i otwiera drzwi oraz nagania glosnym krzykiem klientow. Troche przypomina mi to Zimbabwe - z ta roznica, ze tam busik ruszal dopiero wtedy gdy i tak zapelnil sie do ostatniego miejsca, wiec w Afryce nie trzeba naganiac klientow... W kazdym razie to musi byc w Rio niezly interes, bo chętnych mnóstwo, a kas fiskalnych w samochodzikach przeciez nie ma. Ciekawe kto na tym trzyma lape... Zdziwilibyscie sie co uslyszalem od tubylców:) 

Mieszkam w Santa Cruz, peryferyjnej dzielnicy Rio, z ktorej pochodzi Thiago Silva. Pilkarz Paris St. Germain i stoper reprezentacji Brazylii stwierdzil w wywiadzie, ze gdyby nie zostal pilkarzem to skonczylby jako kierowca takiego busika. Szacun - znaczy, ze Thiago musi wierzyc w swoje rajdowe umiejetnosci...

PS Jesli dzis poruszam watek motoryzacyjny to nie moge nie wspomniec o jeszcze jednym niezwyklym zwyczaju. Wyobrazcie sobie, ze w Santa Cruz istnieje... moto-taxi. Kiedy na przyklad jakiejs pani nie chce sie dzwigac torby z zakupami, pod sklep podjezdza dzolero na motocyklu, pani wsiada z tylu i lapie sie za poly kierowcy i mototaksowka cisnie pod wskazany adres. Zeby nie bylo watpliwosci: bez kaskow, bez formalnosci. Tylko kasa z reki do reki. Ale zebyscie mieli swiadomosc ze to jakas porzadna firma, bo mototaksowkarze maja takie same kombinezony!

PS1 A poza tym Omega powinna wrocic.

02:31, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum