poniedziałek, 15 czerwca 2015
Moja recepta na sukces Katowic

Uwiera mnie, że stolica potężnego województwa od dawna nie może pochwalić się poważnymi sukcesami sportowymi. Ale jest na to sposób.

Problem z katowickim sportem (a także tym górnośląskim) polega na tym, że w obecnych, ciągle trudnych czasach, ciężko o poważny mecenat firm i osób prywatnych. Sportowców często sponsorują miasta, ale istnieją osoby, które uważają, że miasta sportu w ten sposób wspierać nie powinny. Nie zgadzam się z takim poglądem. Uważam, że sportu wyczynowego nie można traktować jak każdej innej działalności komercyjnej. Kluby sportowe pełnią ważną rolę społeczną i nie ma w tym stwierdzeniu przesady. W lokalnych społecznościach nic nie budzi poczucia wspólnej emocjonalnej własności tak bardzo, jak właśnie miejscowy klub sportowy.

Dlatego nie ulega dla mnie wątpliwości, że Katowice dobrze robią chcąc inwestować w sport zawodowy, tym bardziej, że od dawna nie miały mistrzowskiej drużyny w żadnej poważnej dyscyplinie (czyli takiej, która budziłaby powszechne emocje). Kwestią dyskusji jest oczywiście sposób rozdziału miejskich pieniędzy oraz co się powinno brać pod uwagę przy ich podziale.
Wiadomo, że kołdra zawsze będzie za krótka. Trzeba więc sobie jasno powiedzieć: absurdem jest żądanie, by wszystkim dyscyplinom dzielić pieniądze po równo. Należy wybrać dyscypliny, na które miasto chce postawić, a pozostałym klubom uczciwie wyjaśnić, że nie mają na co liczyć. Przyjętym kryterium powinien być rozmiar zainteresowania lokalnej społeczności daną dyscypliną sportu.

Katowicka kołdra jest krótka, ale przecież w łatwy sposób można ją powiększyć. Moim zdaniem warto zastanowić się czy hasło „Katowice - miastem wielkich wydarzeń” powinno obowiązywać w sporcie. Uważam, że nie ma sensu wydawać pieniędzy tylko po to żeby raz od wielkiego dzwonu zobaczyć wielkie wydarzenie, jakieś mistrzostwa czy wielki wyścig. Jaki sens ma wydawanie corocznie potężnych kwot np. na Tour de Pologne? Czy naprawdę mruczymy z dopieszczenia, że możemy zobaczyć wtedy w telewizji nasze miasto z lotu ptaka?! Byłem z Czadoblożkiem na etapie i poza szybkimi poziomymi ruchami naszych głów, gdy przejeżdżał peleton - nic się nie wydarzyło. Oczywiście, zdarzają się wspaniałe wyjątki. Nigdy nie zapomnę finału mistrzostw świata w siatkówce w Spodku, tym bardziej, że Polska go wygrała. Ale jaki jest sens organizowania u nas rozgrywek mistrzowskich, w których, owszem, startują Polacy, ale akurat w... innych miastach?

Jest prosty sposób, żeby mieć w Katowicach wielkie sportowe wydarzenia - całe pieniądze wykładane dotąd na organizację mistrzostw, turniejów tenisowych, wyścigów kolarskich, itp. powinny być oddawane najważniejszym klubom. Mocne kluby, rosnąc w siłę, oddolnie zapewnią nam wielkie wydarzenia sportowe.

W mieście do dziś pamięta się, jak ponad dwadzieścia lat temu z boiska w Katowicach ze spuszczoną głową schodził Zinedine Zidane. Chodzi o to, żeby katowickie dzieci i młodzież mogły oglądać własnych idoli regularnie i się z nimi identyfikować. Oczywiście jest to możliwe wówczas, kiedy idole reprezentują prawdziwą klasę. Dlatego warto to zadbać!

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Debaty o przyszłości katowickiego sportu z udziałem przedstawicieli katowickich klubów, urzędników i dziennikarzy będzie można wysłuchać we wtorek o godz. 12.15 na antenie Radia Katowice oraz na stronie internetowej: www.radio.katowice.pl 

poniedziałek, 23 grudnia 2013
Napędza mnie marzenie o futbolu

Ostatnie miesiące były dla mnie niełatwe. Postanowiłem, że muszę jeszcze zagrać w piłkę nożną. Nie kopałem już ostatnich kilka lat. Rosnąca waga stała się moim przekleństwem.

Kiedyś grałem od rana do wieczora. Kondycja była moją mocną stroną więc za bajtla dzieliłem życie między boisko, książki i telewizor. Biegałem jak głupi. Jeszcze na studiach grałem w argentyńskiej koszulce, a że miałem długie włosy zyskałem ksywkę "Caniggia";)

W ogólniaku ważyłem jakieś 65 kg. Na studiach jakieś 75 kg. Pech dopadł mnie na własnym weselu - Szanowna Małżonka, uprawiająca kiedyś karate kyokushin podczas tańca pary młodej pomogła załatwić mi kolano. Na pogotowiu prosiłem żeby nie rozcinali mi spodni, bo to ślubny garnitur. Lekarze nie wierzyli. Uwierzyli kiedy na izbę przyjęć wparowała Szanowna w sukni ślubnej. Podróż poślubną spędziłem w Piekarach Śląskich.

Kolano "się wyleczyło", pogrozili łąkotce, ale po zmianie stanu cywilnego zacząłem ostro przybierać. Można powiedzieć, że powoli zaczynałem przypominać Diego Maradonę, jeśli wiecie co chcę powiedzieć:) W efekcie po latach kiedy kopałem piłkę z Czadoblożkiem kolano nie wytrzymało po raz drugi.

Uznałem, że to ostatni moment na doprowadzenie się do porządku. Nie myślcie, że była to dla mnie nowość. Potrafiłem w ciągu dwóch tygodni zrzucić 9 kg, ale nie potrafiłem potem poradzić sobie z efektem jojo.

Parę miesięcy temu zawziąłem się i tym razem zrzuciłem na razie 15 kg (103 kg=>87 kg). Piszę na razie, bo chcę jeszcze zrzucić dalsze osiem (87 kg=>79 kg). Zrobiłem to bez jakiegokolwiek wysiłku fizycznego.

Czytelnik niebieskiz pyta mnie jak to zrobić.

Nie uważam się za specjalistę - mogę powiedzieć co w moim przypadku było i jest ważne.

Po pierwsze - nie warto zabierać się za to samemu. Polecam wizytę u zawodowego dietetyka. Warto zaufać specjaliście. W moim przypadku wyglądało to tak, że pani najpierw przeprowadziła ze mną bardzo obszerny i szczegółowy wywiad. Okazało się, że na wstępie zyskałem dużo, bo w ogóle nie piję kawy (to pomaga) i jem wszystko. Na nic nie jestem uczulony, nic mi nie szkodzi. Dla dietetyka taki pacjent to skarb. Zaznaczyłem tylko żeby w specjalnie dla mnie przygotowanej diecie nie było szpinaku, bo nie zdzierżę.

Spotykam się z panią dietetyk regularnie co dwa tygodnie, za każdym razem dostaję inny zestaw. To nie jest dieta kapuściana czy jakaś inna buraczana - jadłem i jem właściwie wszystko. Mięso, pieczywo, czasem cieniutko posmarowane masłem - zdarza się.

Pamiętaj także, że oprócz tego, iż spotykasz się ze specjalistą, spotykasz się z drugim człowiekiem. Będzie Ci więc zwyczajnie wstyd jeśli waga nie będzie spadać. To też może dopingować do wysiłku. Dietetyk nie zrzuci tych kilogramów za Ciebie. On może Cię jedynie nakierować.

Po drugie - koniecznie trzeba odstawić alkohol. Żadne piwko nie wchodzi w grę. To olbrzymia dawka nikomu niepotrzebnych pustych kalorii. Znów miałem z górki, bo... nie przepadam za piwem. A jeśli chodzi o mocniejsze trunki - podjąłem radykalny krok - ograniczyłem życie towarzyskie do zera. Jako że nigdy nie piję w samotności - zagrożenie z tej strony dla realizacji diety mogłem odrzucić. Na zabawie sylwestrowej nie wezmę do ust nawet kropli czegoś mocniejszego, ale cicho sza! - nie mówcie moim kumplom...

Po trzecie - warto mieć bliską osobę, która Ci pomoże. Pomoże w tym sensie, że... będzie robić posiłki. To ogromne wyzwanie, musisz wiedzieć, że jeśli kogoś o to poprosisz zrzucasz na niego ogromny ciężar. To nie jest łatwy proces (trzeba zaprzyjaźnić się z wagą i wszystko co zjesz najpierw zważyć) więc jeśli masz możliwość żeby ktoś poprowadził Cię za rączkę - masz szczęście. To sprawia, że Twoje szanse na sukces ogromnie rosną. Uważam, że mam mnóstwo szczęścia, że nie muszę przygotowywać posiłków, że muszę skupić się tylko na jednym: pamiętać o odpowiedniej porze, bo regularność posiłków jest ważna. Jem pięć razy dziennie, ostatni posiłek około 19.

Po czwarte - wysiłek fizyczny bardzo pomaga, ale w zrzucaniu kilogramów... nie jest niezbędny. Na razie jeszcze go właściwie nie podjąłem, choć jeśli zauważycie w Katowicach faceta w brylach i czarnej kurtce poruszającego się po ulicach biegiem to będę ja. Z redakcji do sklepu - biegiem, ze sklepu do auta - biegiem, z auta do sklepu - biegiem. Wszystko dlatego, że niedawno po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy spróbowałem pobiec i... nie mogłem uwierzyć jakie to przyjemne. Wcześniej bałem się załatwić kolano po raz trzeci i tylko nieporadnie kłusowałem - teraz już biegnę.

Po piąte - trzeba pamiętać, że czeka Cię mnóstwo nieprzyjemnych chwil, ale nie są one nie do przejścia. Oprócz momentów wilczego głodu, gorsze jest moim zdaniem co innego. To oczywiście kwestia indywidualna, ale miałem wrażenie, że ze zrzucaniem kolejnych kilogramów, ściągałem kolejną warstwę łachów, co niosło za sobą niezwykłe doznania. Przykład? Przez jakieś trzy tygodnie byłem niezwykle agresywny, a kto zna Czadobloga wie, że agresja jest jego ostatnią naturą. Bardzo się hamowałem, ale kilkakrotnie na mieście omal nie pobiłem się z różnymi ludźmi z różnych powodów. Nie pobiłem się dopiero po upewnieniu się czy na pewno nie mają na to ochoty.

Wyobraźcie jednak sobie, że tak jak to nagle mnie dopadło tak nagle minęło. Przeszło, wyrzuciłem z siebie kolejnego demona:)

Po szóste - w naturze człowieka jest, że upada. Jeśli nie wytrzymacie i coś podjecie - nie tnijcie się. Też zdarzyło mi się podjeść. Chodzi jednak o to żeby to było zdarzenie incydentalne. Naprawdę incydentalne, nie mówiąc o rozmiarach tej wstydliwej praktyki. To nie może być podżeranie. Nie wolno podjeść w stylu Obeliksa czyli dziesięć kurczaków z głodu naraz.

Po siódme - nastawcie się, że nie skończycie diety nagle. Dietetyk zacznie zwiększać Wam ilość kalorii w cyklu i wyprowadzać Was powoli. Chodzi o to żeby nie było efektu jojo.

                                        *  *  *

W sobotę pierwszy raz po kilku latach byłem na nartach. Po Nowym Roku rozpocznę intensywne treningi biegowe. Tak żeby wiosną zrealizować moje marzenie. Marzenie o futbolu.

PS Jeśli ktoś w Katowicach chce spróbować - niech napisze do mnie na pawel.czado@katowice.agora.pl. Wyślę mu kontakt do pani dietetyk. Pamiętajcie, że to jej zawód.

PS1 Omega w Chorzowie i czwarta trybuna w Zabrzu nie rozumieją takich problemów. Trybuna zrozumie kiedy wejdzie na nią tysiąc osób o wadze dwóch zamiast jednej.

Wesołych Świąt. Niekoniecznie dwunastodaniowych:)

poniedziałek, 02 grudnia 2013
Legia oczywiście wyjdzie na mecz z Ruchem

Bogusław Leśnodorski jest prezesem dynamicznym. Jego dynamizm powoduje czasami moją konsternację...

Szef stołecznego klubu nie patyczkuje się - miał zapowiedzieć, że Legia rozważy czy w ramach protestu po decyzji wojewody mazowieckiego o zamknięciu stadionu na mecz z Ruchem stołeczny zespół na to spotkanie w ogóle wyjdzie.

No co wy?!:) Oczywiście, że wyjdzie. L. & L. za dużo mieliby do stracenia:)

Nie lekceważcie jednak stwierdzenia prezesa Leśnodorskiego o tym, że "zwróci się do zarządu ekstraklasy o rozważenie zawieszenia kolejki".

Oczywiście; niektórzy mogliby sądzić, że akcja nie ma szans powodzenia, bo powód jest z punktu widzenia innych klubów zbyt błahy.

Oczywiście; niektórzy mogliby sądzić, że chyba ustalono złego adresata ewentualnego apelu o zawieszenie kolejki. O pomoc trzeba prosić przede wszystkim inne kluby. W jedności siła.

Ależ... to może się wydarzyć! Nieoficjalnie wiadomo, że 10 grudnia ma dojść do spotkania prezesów i właścicieli klubów. Ta sprawa jest ważna dla wszystkich. Może zdarzyć się, że przypadek Legii coś poruszy. Może sprawić, że kluby się zbuntują. Nie chodzi im o politykę. Chodzi o to, że takie ruchy bardzo godzą w klubowe finanse. Nikomu nie życzę żeby sprzedał kilka czy kilkanaście tysięcy biletów, a potem usłyszał, że zamykają mu stadion czy jakieś inne miejsce...

Czadoblog lubi odwoływać się do przeszłości. Czas więc na opowiastkę, która wprawdzie nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją, ale przypomnę - zdarzyło się już, że kolejki nie odbywały się, bo kluby fikały władzy:)

Pamiętacie sierpień 1998 roku? To był gorący czas rządów Mariana Dziurowicza.

Kluby się zbuntowały, bo Dziurowiczowi nie uśmiechało się przekazanie przez PZPN władzy nad rozgrywkami Autonomicznej Lidze Polskiej. Ta dała PZPN 21 dni. Niby chodziło m.in. o zniesienie opłat transferowych i zastąpienia ich składką, którą kluby będą płacić PZPN a także o prawo do wyznaczania i oceniania sędziów. Tak naprawdę chodziło jednak o posłanie Dziurowicza w piłkarski niebyt.

Przypomnę: łącznie z szesnastu meczów trzeciej i czwartej kolejki ekstraklasy o terminie odbył się wtedy zaledwie jeden (wiadomo że na Bukowej, GKS Katowice nigdy by Dziurowiczowi nie fiknął, dzieci nie brykają ojcom, zwłaszcza takim ojcom. Na Bukową przyjechał wtedy rewelacyjny Ruch Radzionków - byłem na tym meczu, widziałem:).

- Forma protestu zastosowana przez inne kluby jest niepoważna i niesportowa - mówił mi wtedy Jerzy Gęsikowski, członek rady nadzorczej Sportowej Spółki Akcyjnej GKS Katowice. Podczas tamtego meczu katowiccy kibice skandowali nazwisko Dziurowicza. Zwyzywali natomiast ministra Jacka Dębskiego, ówczesnego przeciwnika Dziurowicza.

Tego dnia na Górnym Śląsku miały się zresztą odbyć aż trzy mecze ekstraklasy. W Zabrzu Górnik miał grać z Pogonią Szczecin. Ówczesny prezes Pogoni Waldemar Folbrycht podjął jednak decyzję, że jego zawodnicy nie wyjdą na boisko. Tłumaczył, że po konsultacjach z szefami innych klubów postanowili nie czekać dłużej. Tłumaczyli to solidarnością, potrzebą wykorzenienia zła w naszej piłce.

Ówczesny prezes Górnika Stanisław Płoskoń był innego zdania. Jego warto zacytować, mało kto mówił tak barwnie z prezesów działających kiedykolwiek w naszym futbolu:) - My gramy dla kibiców, nie dla polityków i głupków. Czy rozmawiałem z prezesem Pogoni? Nie widzę powodów, by rozmawiać o sprawach, które powstały w głowach oszołomów. Nie chcą grać, to proszę bardzo - walkower, trzy zero i jazda do domu... Potem Płoskoń założył koszulkę i zagrał w ataku w towarzyskim meczu między drużynami Górnika. W tym czasie wściekli kibice Górnika gonili autokar Pogoni opuszczający stadion.

Z kolei Odra Wodzisław pojechała wtedy do ŁKS-u Łódź. Podopieczni Albina Mikulskiego, podobnie jak zabrzanie, wyszli na boisko. Nie pojawili się jednak na nim gospodarze. Po 15 minutach sędzia odgwizdał koniec meczu. - Byliśmy na przedmeczowym zgrupowaniu. Przygotowania kosztowały 10 tys. zł. Kto nam zwróci te pieniądze? - zastanawiał się trener Odry Albin Mikulski.

Tylko Ruch Chorzów nie chciał grać. W Chorzowie odbyć się miało spotkanie Ruchu z Polonia Warszawa. Najpierw warszawiacy zdecydowali, że nie będą grać. Wtedy władze Ruchu wydały oświadczenie, w którym "KS Ruch Chorzów solidaryzował się z warszawską Polonią". - Nie można robić z siebie durnia i szukać punktów poza boiskiem - dodał ówczesny trener Ruchu Orest Lenczyk.

Być może ta zasada znowu stanie się obowiązująca. Musicie jednak wziąć pod uwagę oczywistą oczywistość: 10 grudnia ma to do siebie, że jest jednak po 4 grudnia. A to 4 grudnia ma odbyć się mecz Legii z Ruchem:)

I wygląda na to, że się odbędzie.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS1 Sprawy pozafutbolowe nie będą już pojawiać się na tym blogu. Służy do tego inne miejsce. Dziś przeczytacie o Katowicach pachnących Kanadą.

piątek, 04 października 2013
Najgłupszy przykład mieszania polityki i sportu

Najgorzej wcale nie jest wtedy gdy polityka miesza się do sportu. Najgorzej jest gdy sport miesza się do polityki. Dochodzi do niezwykłych absurdów zwłaszcza kiedy przyglądamy się temu po latach.

75 lat temu rozeszło się info, że "na wieść o podpisaniu paktu zapobiegającego wojnie podczas meczów ligowych w Anglii zarządzono minutową przerwę dla uczczenia zasług premiera Chamberlaina".

Chodziło o to, że Neville Chamberlain jako angielski premier prowadził politykę tzw. appeasementu, która z punktu widzenia angielskiego obywatela wyglądała zupełnie inaczej niż z punktu widzenia obywatela choćby Czechosłowacji.

"Uspokajanie" hitlerowskich Niemiec uwieńczono podpisaniem układu monachijskiego, w wyniku którego oddano Niemcom część Czechosłowacji tzw. Sudetenland.

Taktyka premiera miała przyczynić się do zachowania pokoju w Europie. Pokoju za wszelką cenę. I właśnie to czcili angielscy piłkarze i kibice. Zachowanie pokoju za wszelką cenę. Tylko co z tym wspólnego miał futbol?

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna zostać wybudowana jak najszybciej. 

czwartek, 16 maja 2013
Panie, nie kupuj pan tej szczotki

Jeszcze krótko o Europejskim Kongresie Gospodarczym, który zakończył się w Katowicach. Zaskoczył mnie jeden z panelistów Piotr Wieczorek. To wiceprezydent Gliwic, który w latach 2001-2004 był prezesem Piasta.

Z jednej strony Wieczorek mówił tak: - Nie sprofesjonalizowaliśmy zarządów, nie wypleniliśmy "działaczostwa". Jest wielu, którzy nic nie potrafią. Nikt nie chce trzymać się zasady ''przychody=koszty"...

Z drugiej strony mówił tak: - Sytuacja polskiej piłki jest beznadziejna. Wydawało się, że dzięki Euro 2012 będzie jakiś impuls, a nie było. W obecnej sytuacji piłka bez samorządów nie ma żadnych szans.

Te słowa oczywiście są ważkie i dające do myślenia. Ale w jednym momencie wiceprezydentowi wyrwała się moim zdaniem opinia, która akurat jemu wyrwać się nie powinna - zwłaszcza publicznie. Otóż zdaniem Piotra Wieczorka polska piłka to nie jest produkt.

Zdaniem Czadobloga taki tekst w takim momencie i w takim miejscu do takiego gremium to duże faux pas. Za coś takiego moim zdaniem prezydent Gliwic, jako szef głównego udziałowca klubu, powinien ostro przywołać wiceprezydenta do porządku. Przecież publiczne głoszenie takich sądów to działanie na szkodę własnej spółki, mylę się?

No bo jeśli polska piłka nie jest produktem to czy Piast Gliwice, który ją wydatnie współtworzy jest produktem? A wydaje mi się, że miasto chciałoby aby klub był atrakcyjną propozycją dla jego mieszkańców. Produktem właśnie.

To tak jakbym w sklepie chciał kupić szczotkę, a sprzedawca powiedział mi: "Mogę panu sprzedać, ale szczerze radzę: nie kupuj pan tej szczotki. Moim zdaniem źle zamiata".

W momencie kiedy wiceprezydent Wieczorek mówił te nieszczęsne  słowa tuż obok niego siedział Julien Verley, prezes nc+. Jeśli Piotr Wieczorek będzie powtarzał, że polska piłka nie jest produktem to Francuz może to sobie jeszcze wziąć do serca. I wykorzystać w kolejnych negocjacjach...

Oczywiście Julien Verley nie jest idiotą. Bez opinii wiceprezydenta Gliwic wie, że polska piłka nie jest akurat czymś najbardziej pożądanym na świecie i że to jego stacja w dużej mierze czyni ją znośną do oglądania. Jest tam przecież grono licznych fachowców, którzy nawet beznadziejne meczysko zapakują w odpowiedni papierek i da to się oglądać. W tym nie ma oczywiście nic złego. Klienci, tacy jak Czadoblog, wiedzą co jest miąższem a co papierkiem, ale... i tak chcą ten produkt.

Mnie jako kibicowi polskiej piłki oczywiście tak naprawdę obojętne jest co o jej poziomie sądzą inni. Wolałbym oczywiście żeby jej poziom był wyższy (ba, znacznie wyższy), ale najważniejsze dla mnie jest jednak coś innego. Najważniejsze jest że mogę oglądać naszą ligę w telewizji, bo człowiek nie jest w stanie wszędzie pojechać żeby zobaczyć.

Dla Czadobloga polska piłka oczywiście jest produktem. Produkt jest przecież produktem chyba wtedy kiedy udaje się go sprzedać, to chyba najprostsza definicja. A paru kupujących jednak się znalazło, choćby Czadoblog. On zawsze zmieni telewizję na taką, która będzie polski futbol pokazywać.

PS A poza tym Omega powinna wrócić i oglądać polską ligę.

środa, 15 maja 2013
Będzie wojna

W Katowicach odbywa się Europejski Kongres Gospodarczy więc się kulnąłem. Pełno gości z całego świata, ja przysłuchiwałem się panelowi "Piłka nożna, biznes, gospodarka" (wcześniej było, cholera, wiele i ciekawie o Afryce, ale nie dałem rady). Przed rozpoczęciem dyskusji zapoznałem się z Bogusławem Leśnodorskim, prezesem Legii Warszawa, który w tym panelu uczestniczył (to miłe, że szef wielkiego stołecznego klubu kojarzy malutkiego lokalnego górnośląskiego Czadobloga).

Leśnodorski maluje mi się jako postać barwna, rubaszna (taki pewnie był Kazimierz Kutz za młodych lat), bardzo pewna siebie, z silną osobowością. Pewnie da się lubić. Bardzo możliwe, że zetknęliście się z tym nazwiskiem wcześniej, bo jego dziadek, profesor prawa, współnapisał podręcznik, z którego mogliście kuć do egzaminu na studiach. Junior to rekin o kapitalistycznym, wolnorynkowym zacięciu. To zacięcie może sprawić, że jeśli będzie rządził Legią dłużej - wojna domowa w polskiej piłce będzie nieunikniona.

O co chodzi? Prezes Leśnodorski chce silnej Legii i uważa, że spółka Ekstraklasa daje jej za mało w ścisłym znaczeniu tego słowa. Podczas panelu udowodnił, że piłkę rozumie jako biznes w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie akceptuje powodów dla których silni muszą wspierać słabych. "Ekstraklasa to interes i nie widzę powodu dla których Legia miałaby się dokładać do mniejszych klubów."

Jego zdaniem holowanie słabszych powoduje, że niektórym nie zależy już żeby się starać tylko żeby nic nie robić. A dla słabych klubów ma radę. - Powinny mierzyć siły na możliwości, a nie trzykrotnie przepłacać swoich zawodników, nie wydawać na pensje więcej niż mogą. Traktujmy się rynkowo. Nie mówię, że już od jutra, ale... traktujmy się rynkowo - powtarza.

A co jeśli nie będziemy traktować się rynkowo? Na razie nie ma tematu, ale Legii umowa ze spółką Ekstraklasy nie obowiązuje przez najbliższe dwieście lat. Jeśli podział pieniędzy nadal będzie niekorzystny dla Legii, będzie chciała wyjść ze spółki Ekstraklasa.

Czadoblog docenia przebojowość Bogusława Leśnodorskiego, choć widzi w rozumowaniu prezesa Legii pewne minusy. Oczywiście zawsze byłem przeciwnikiem zasady "wszystkim po równo", ale prezes Legii jest przeciwnikiem zasady "wszystkim nie po równo". On jest bowiem zwolennikiem zasady "wszystkim jeszcze bardziej nie po równo":) Chciałby chyba żeby Legia z podziału praw telewizyjnych zbierała tyle kasy w Polsce co Real albo Barcelona w Hiszpanii. Bo jak nie to jest już plan powołania klubowej telewizji.

Legia ma mocarstwowe plany, ale Czadoblog pragnie przypomnieć, że bez słabszych klubów mocarstwo przestaje być mocarstwem, no bo względem kogo miałoby nim być. Chyba zrozumieli to w Bayernie Monachium. Kiedy 10 lat temu Borussia Dortmund robiła bokami i mogła nawet wyciągnąć kopyta Bayern pożyczył jej od ręki dwa miliony Euro. "Oddacie jak będziecie mieli"...

Czy wyjście ze spółki Ekstraklasa mogłoby oznaczać dla Legii wyjście z ekstraklasy? Oczywiście, że nie. ŻADEN klub z ambicjami nie ma racji bytu poza rodzimą ligą. Ciekawy jestem czy Bogusława Leśnodorskiego zmieni futbolowa rzeczywistość. Jeśli nie - powtarzam: może zdarzyć się kolejna futbolowa wojna w Polsce. To byłaby ciekawa wojna. Bo kiedy by się zakończyła - polska piłka nożna już nigdy nie byłaby taka sama.

PS W trakcie takich kongresów tak naprawdę interesy załatwia się - albo się je wręcz wymyśla - wieczorami w sympatyczniejszych okolicznościach przyrody. Podejrzewam, ze prezes Leśnodorski też może opuszczać Górny Śląsk zadowolony.

PS1 W Monopolu - gdzie odbył się panel - mają naprawdę dobre żarcie. Jan Kiepura wiedział co robi. Właśnie tutaj 77 lat temu wyprawił weselisko. 

PS2 Pogadałem krótko z jednym z panelistów Marcinem Stolarzem. Kiedyś pracował przy zgłoszeniu Stadionu Śląskiego do Euro teraz pracuje na Stadionie Narodowym w Warszawie. Nie wiedziałem, że warszawski stadion jest otwierany już o godz. 5 rano. Można pobiegać albo poćwiczyć tai-chi. Super:)

PS3 Rozmawiałem z prezesem Legii jeszcze o tych nieszczęsnych biletach podczas meczu z Górnikiem. Leśnodorski do teraz jest zdziwiony, że tak to się potoczyło. Dziwi się Górnikowi, bo twierdzi, że umawiał się przecież z zabrzańskim klubem na pokrycie kosztów za bilety tych, którzy weszli.

PS4 A poza tym Omega powinna wrócić.

wtorek, 04 grudnia 2012
Dwadzieścia tysięcy kibiców

Damian Janikowski, nasz brązowy medalista olimpijski w zapasach żali się, że nie ma tak dobrze jak piłkarze.

Mówi: - Nie przeszkadza mi grzyb na ścianach, zimno czy braki sprzętowe. Trzeba trenować w takich warunkach, jakie się ma. Ale z drugiej strony to porażka, że piłkarze mają najlepsze warunki, że jeden zawodnik zarabia tyle, ile Polski Związek Zapaśniczy przeznacza na wszystkich zapaśników w kraju. A nie potrafią nic wywalczyć, nic wygrać, nic pokazać. To jest niefajne...

A potem jeszcze dodaje: - Jestem wszechstronny. Futbol amerykański, hokej - byłaby możliwość, to wchodzę w to. Tylko nie piłka nożna. Kiedyś grałem i lubiłem. A teraz - nie.
- Nawet nie kibicujesz, przed telewizorem?
- Bardzo rzadko. Jak już naprawdę nie ma nic w telewizji, to zobaczę mecz. Wolę poleżeć i odpocząć. Dlatego ta piłka to chyba jedyna rzecz, której nie chciałbym robić...

                                                   %

Wiadomo jaka jest sytuacja finansowa w Polsce. Wiadomo, że kryzys przekłada się na konkretne szczegóły: na przykład na warunki w jakich trenują medaliści olimpijscy (rzeczywiści i potencjalni), no i na pieniądze, na które mogliby liczyć. Wiadomo, że byłoby fajnie gdyby mieli świetne warunki do pracy i godziwie zarabiali. Oczywiście życzę im tego.

Nie mogę jednak przejść obojętnie wobec żali sportowców innych dyscyplin przyrównujących się do piłkarzy. Marudzących, że po pierwsze - mniej zarabiają, po drugie - mają gorsze warunki pracy, po trzecie - mają przecież nieporównywalnie większe sukcesy.

Przyznam, że emocjonowałem się startem Damiana Janikowskiego podczas igrzysk w Londynie (mimo, że przepisy zapaśnicze znam bardzo pobieżnie). Żywię szacunek dla jego osiągnięć. Nie zmienia to jednak faktu, że jego dąsy wobec futbolu brzmią dla mnie co najwyżej śmiesznie.

Świat jest brutalny. Nie to się liczy co dla mnie/dla ciebie/dla niego istotne, ale raczej to co ludzi interesuje w ich masie. Tak to przynajmniej działa w mediach. Już słyszę szydercze opinie, że ludzie najbardziej interesują się w Polsce piłką nożną tylko przez takie dziennikarzyny jak Czadoblog, które nie wiadomo dlaczego propagują ten sport w tak śmiesznym wydaniu jak tym naszym rodzimym.

Oponentów muszę rozczarować. To kompletna bzdura. Fakt, że futbol jest dla mnie najwspanialszą grą na świecie jedynie przypadkowo zgadza się z opinią ogółu ludzi w jakikolwiek sposób interesujących się sportem. Przynajmniej w Polsce. Masowych odbiorców sportu, którzy nienawidzą futbolu, a wolą zdecydowanie inne dyscypliny nie ma. Powtórzę, bo to słowo jest kluczem dla zrozumienia sprawy: "masowych."

Damian Janikowski rozumuje w ten sposób, że medal może równać się jedynie z innym medalem. Z tego płynie dla niego oczywisty wniosek, że polskie zapasy przynoszą Polsce więcej splendoru niż polski futbol. Polskie zapasy ten olimpijski medal w Londynie przecież wywalczyły, polski futbol nie miał nawet takiej szansy, bo przepadł wcześniej.

To myślenie moim zdaniem z gruntu błędne, bo równające wszystkich na starcie. Bo tak naprawdę co z tego, że zapasy przyniosły większy splendor niż futbol? Czy coś z tego wynika? Nic.

Wiem, że niektórzy uznają to za niesprawiedliwość. Ale równości nie było i nie ma.  I oczywiście nie będzie.

Hiszpanie w Londynie zdobyli 17 medali - m.in. w pływaniu synchronicznym, taekwondo i... zapasach. Jak sądzicie? Czy dla mieszkańców kraju za Pirenejami było to ważniejsze wydarzenie niż złoty medal wywalczony podczas Euro rozgrywanego w Polsce i na Ukrainie?

W Polsce jest ponad 6500 zarejestrowanych klubów piłkarskich, ponad 18 tysięcy zarejestrowanych drużyn, ponad 315 tysięcy zarejestrowanych piłkarzy powyżej 18 roku życia. Samych tylko piłkarskich sędziów w Polsce jest chyba więcej niż zapaśników, bo ponad 9 tysięcy.

Już tylko z tych szacunków wynika, że znacznie trudniej zostać w Polsce czołowym sędzią piłkarskim niż czołowym zapaśnikiem (nie mówię już o zawodowych piłkarzach). Trudniej, bo musisz pokonać znacznie większą konkurencję.

Ale to dopiero początek, bo najlepsi polscy piłkarze w drodze na światowe szczyty muszą zmierzyć się z zawodnikami, wybranymi z nieporównywalnie większej masy ludzkiej niż najlepsi zapaśnicy.

Ale tak naprawdę w kontekście problemu, który rozpatruję jest to... całkowicie nieważne. Bo NAJWAŻNIEJSZY JEST fakt ilu kibiców przyciąga dany sport na trybuny. To właśnie zwykli ludzie i ich zainteresowanie, a nie sportowcy decydują, która dyscyplina jest najważniejsza.

Powtórzę: narzekaniem na mierną klasę piłkarzy Damian Janikowski naraża się na śmieszność. Na ostatni mecz piłkarzy Śląska we Wrocławiu (wybrałem ten klub, bo Janikowski jest zapaśnikiem właśnie Śląska Wrocław) przyszło ponad 11 000 kibiców. W tej rundzie najwięcej pojawiło się ich na stadionie 20 000 (na zwykłym ligowym meczu z Zagłębiem Lubin).

Moim zdaniem porównywanie się z piłkarzami przez Janikowskiego będzie miało więc sens jedynie wtedy gdy na mecz zapaśników Śląska Wrocław (z tego co wiem ligi zapaśnicze istnieją) przynajmniej RAZ przyjdzie 20 000 ludzi.

20 000, panie Damianie. Do tego momentu pańskie żale względem sytuacji finansowej polskich zapasów są dla mnie oczywiście zasadne. Ale już pańskie żale względem polskiej piłki nożnej są jedynie kuriozalne.

PS Żeby było jasne: gdyby na mecze ligi zapaśniczej przychodziło tysiące ludzi, a zapaśnicy mieliby status uwielbianych przez naród celebrytów zarabiających miliony - śmiałbym się z piłkarzy porównujących się z żalem do Damiana Janikowskiego i jego kolegów z maty.

PS1 A poza tym Omega.

piątek, 30 listopada 2012
Futbol coraz bardziej zależy od nauki. Szkoda

Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem w dzisiejszym "Przeglądzie Sportowym" wywiad z Edwardem Kowalczukiem, trenerem przygotowania fizycznego Hannoveru 96.

Z zainteresowaniem, ale i ze smutkiem. Nieważne, że akurat nie należę do tych, dla których postęp jest w życiu najważniejszy. Przede wszystkim martwię się, że futbol coraz bardziej zależy od nauki, bo im więcej nauki we futbolu to tym mniej w nim improwizacji. Oczywiście może imponować zmyślność, inteligencja, wiedza i zaangażowanie ludzi, którzy niczego nie chcą pozostawić przypadkowi, a to właśnie nauka niczego przypadkowi pozostawić nie chce.

Ale ja bardziej martwię się, że geniusz staje się bezradny i wręcz niepotrzebny wobec wytrenowanego, obliczonego sprawnie działającego mechanizmu, którego reakcje na wydarzenia są wyszkolone.

W masowej produkcji superpiłkarzy geniusze są przecież niepotrzebni. Geniusz nie jest efektem postępu, jego nie da się wytrenować. On się przecież objawia albo nie. A jako taki jest ciałem obcym w zuniformizowanym, wyszkolonym, nienagannym fizycznie, zdrowozębnym, lśniącym, wytrenowanym uśmiechem futbolowym świecie przyszłości.

Genialnym zagraniem, strategią, strzałem, dryblingiem można zachwycić raz na jakiś czas, wytrenowanym mechanizmem można być bez przerwy. Każdy prezes, każdy trener jeśli będzie miał do wyboru genialnego gola co pięć kolejek czy gola wyszarpanego dzięki doprowadzanym do perfekcji przyjętym wcześniej założeniom - nie będzie się pewnie nawet zastanawiał.

Jak się okazuje grunt to maksymalna siła i szybkość w jak najkrótszym czasie. W zawodniku małosilnym i małoszybkim uśpiony geniusz nawet nie zdąży się objawić.

Powtórzę: geniusz futbolowi tak naprawdę jest niepotrzebny. Jeśli tylko zapewnione będą emocje niosące zachwyt tłumów - wszyscy będziemy zatracać się w grze 22 cyborgów, których zachowania i reakcje będą być może całkowicie wyuczone, całkowicie przewidywalne. Przewidywalne nie przez nas, ale przez trenerów. Pod warunkiem jeśli wcześniej na ławce nie zastąpią ich komputery analizujące przebieg gry i odpowiednim momencie zalecające odpowiednie korekty czy nawet całkowitą zmianę w sposobie gry.

Bo już wiadomo, że nauka zdominuje futbol. Nauka wszędzie przecież przydaje się tam gdzie można zarobić. I rację ma Edward Kowalczuk - tego procesu nie da się zatrzymać.

To wiadomość zła także z innego powodu. Nauka zawsze najlepiej służy najbogatszym. A najbogatsi zawsze zdążą ściągnąć do siebie nie tylko najnowszą technologię. Także zdolnych ludzi, którzy u siebie nie będą w stanie się tak rozwinąć na ojcowiźnie.

My najbogatsi nie byliśmy. Nie jesteśmy. Nie będziemy.

Dziura może się powiększyć.

PS Omega z nostalgią wspomina koniec lat 30.

PS1 Dziś brzydka pogoda więc ten wpis jest jedynie wynikiem przygnębienia Czadobloga. Jutro będę wierzył, że we futbolu miejsce dla geniuszy, których będziemy oglądać na bezdechu zawsze się znajdzie.

Oczywiście geniuszy... zuniformizowanych:))))

UPDATE

Postanowiłem napisać jeszcze jedno zdanie żeby mieć pewność, że zostałem zrozumiany: chciałbym po prostu żeby rywalizacja rozstrzygała się na boisku w dniu meczu, a nie gdzie indziej:) 

poniedziałek, 26 listopada 2012
Przeprowadzka

Właśnie sobie uświadomiłem, że prawie wszystkie najważniejsze kluby na Śląsku nigdy się nie przeprowadzały*. Z tego schematu wyłamują się jedynie Szombierki, które w 1968 roku przeniosły się z ul. Zabrzańskiej na Frycza-Modrzewskiego (przeprowadzki Ruchu Chorzów z Kaliny na Cichą nie liczę, bo to czasy mityczne).

Zwolennicy znajdą plusy takiego rozwiązania, przeciwnicy - minusy. Zastanawiam się nad przeprowadzkami, bo właśnie dziś, po czternastu latach pracy w Tychach, przeprowadziłem się na powrót do Katowic. Bardzo się cieszę, bo to moim zdaniem wspaniałe miasto - oprócz tego, że moje rodzinne - do tego jeszcze jedno z najciekawszych w Polsce. Pracę w Tychach będę mile wspominał, ale nie ma to jak praca w śródmieściu:) Patrzę przez okno z jednej strony - widzę śląską wersję podwórka z "Lalki" Bolesława Prusa (na podniebieniach podwórek okazuje się, że kamienice to familoki:). Patrzę z drugiej - widzę złowrogie miejsce, gdzie kiedyś stała gilotyna, która ścinała także piłkarzy.

Bardzo się cieszę. Nie ma to jak po wyjściu z roboty zanurzyć się w tłum ludzi i żyć rytmem miasta.

PS A poza tym Omega.

PS1 Rozśmieszył mnie Stefan Szczepłek swoim felietonem o Stadionie Śląskim. Szczególnie zakończeniem: "55 meczów międzypaństowych. I to by było na tyle".

Oczywiście doceniam, że redaktor z troską pochylił się nad nieszczęsnym obiektem, ale śmieszy mnie jednocześnie jego pewność, że reprezentacja Polski już tam nie zagra. "I to by było na tyle?" Założymy się, że nie?:)))))

*Mam oczywiście na myśli polskie powojenne kluby piłkarskie. Drużyna Beuthen 09 miała za sobą kilka przeprowadzek, podobnie jak 1. FC Katowice - klub, działający w polskich strukturach z którym sympatyzowali przede wszystkim niemieccy Ślązacy.

środa, 10 października 2012
Widzicie to?

Szanownych Czytelników coraz częściej denerwowała winietka Czadobloga. Nie chodziło nawet o facjatę gościa (choć zdaję sobie sprawę, że nie przypominam bynajmniej Humphreya Bogarta) lecz o logo z prawej stronyRzeczywiście, zapraszanie wszystkich podczas Euro na najpiękniejszy stadion w Polsce mijało się już z celem. To wprawdzie nadal najpiękniejszy stadion w Polsce, ale Euro minęło bezpowrotnie. Bokiem.

Dlatego postanowiłem zmienić wreszcie winietkę. Tak jak za pierwszym razem wyprodukował ją Przemek Jendroska (choć pomysł na wygląd jest mój, nie starcza mi graficznych umiejętności żeby go zmaterializować).

Na winietce jest istota bloga: futbol na Śląsku, najlepiej przedwojenny, bo często przypominam tu historie z przeszłości. Znika gęba Czadobloga. W efekcie nie będą go już rozpoznawać na stadionie w Bratysławie albo w hurtowni klinkieru gdzie kupował cegły na podwyższenie murku:) Zresztą tamta fotka od dawna jest nieaktualna, bo Czadoblog zmienił friz tak bardzo, że bardziej się nie da.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 TUTAJ przeczytacie fajną historię o dwóch kolegach z Rozwoju Katowice, którym ułożyło się nie tak samo. Kiedy fotoreporter robił im zdjęcie w sklepie, Maciek Blaut - który pisał tekst o chłopakach - powiedział sprzedawczyni żeby sobie je wycięła z gazety, bo oni kiedyś będą gwiazdami reprezentacji Polski i będzie dumna, że to jej sklep służy jako tło zdjęcia.

Na razie słowa Maćka się nie sprawdziły, ale procent pomyłki ostatnio gwałtownie zaczął spadać:)

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum