piątek, 18 maja 2018
Jacuś, piździelec, paciulok. Swój chłop

Właśnie wróciłem z Maroka. Byłem tam m.in. na Jemaa el Fnaa, niezwykłym miejscu w Marrakeszu. To plac od którego może zawrócić się w głowie. Kobry tańczą wśród ludzi w takt niepokojących melodii wygrywanych na fujarkach, zaraz obok wsadzają ci małpę na ramię żeby zrobić zdjęcie albo robią wykład o męskiej potencji...

W 2001 roku ten plac został uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo tradycji przekazu ustnego. Gdybym tego nie widział na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył. Jakiś starzec w bardzo sugestywny sposób opowiadał bez pośpiechu po arabsku historię, która tłum stojący wokół doprowadzała raz do spazmatycznego śmiechu a raz do łez...

Do Maroka wziąłem ze sobą wspomnienia Jacka Gmocha, selekcjonera reprezentacji Polski w drugiej połowie lat 70. Połknąłem je już w samolocie. Muszę przyznać, że czyta się je fantastycznie. Uważam, że Jacek Gmoch zafascynowałby Jemaa el Fnaa, w równym stopniu co mnie. Oczywiście niektórzy mogliby się zastanawiać co w jego wspomnieniach jest prawdą, a co przypuszczeniem, że to prawda, lecz ja myślę o tej książce jedynie z sympatią.

Miałem przyjemność rozmawiać z Gmochem, kiedy pisałem książki o Antonim Piechniczku a potem o Górniku Zabrze i przekonałem się wówczas, że Śląsk wiele dla niego znaczy. Na oba interesujące mnie tematy wypowiadał się z dużą atencją.

„[Koledzy z boiska] nauczyli mnie kochać Śląsk. Przede wszystkim za etos pracy a nie gadanie po próżnicy - mówi we własnej książce [to wywiad-rzeka].Jest jednak w jego opowieści wątek, który nie dawał mi spokoju. Gmoch opowiada: „Pamiętam mecz z Ruchem Chorzów, w trakcie którego dałem lekcję Gienkowi Faberowi - wtedy ich najlepszemu napastnikowi, z którym prywatnie bardzo się lubiliśmy. Ciąłem go równo. Jak w końcu po moim wejściu poleciał aż za linię autową, to cały stadion skandował: „Jacuś lipa! Jacuś lipa!”. A po śląsku „Jacuś” to taki piździelec, nie do końca chłop...”

To stwierdzenie mnie zdumiało, bo nigdy z czymś takim w swoim życiu nie spotkałem. Rozmawiałem z kilkoma Ślązakami z dziada pradziada, zainteresowanymi futbolem od dziecka, rewelacyjnie znających śląski, pamiętającymi dobrze tamte czasy. Nie potwierdzili stwierdzenia, że „Jacuś” to piździelec. Zdaniem niektórych z nich kibice wtedy użyliby na stadionie raczej słowa „paciulok” albo „ciuluś”, bo „ciul” byłoby jednak zbyt wulgarnie...

Niemniej jego wspomnienia to jedna z najlepszych książek futbolowych jakie ostatnio przeczytałem. Gmoch to człowiek z talentem. Także narracyjnym o czy i wy możecie się przekonać.

Najlepszy trener na świecie. Z Jackiem Gmochem rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

wyd.WAB. 

17:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 kwietnia 2018
Ciarki

Styk futbolu, polityki i historii zawsze wywołuje we mnie dreszcz. Książka Zbigniewa Rokity sprawia, że na plecach występuje mi ten najbardziej ulubiony przeze mnie rodzaj ciarek.

Jak wiadomo, najbliższy mundial odbędzie się już wkrótce w Rosji. Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” pokazuje, jakie ta dyscyplina ma znaczenie w kraju gospodarza. Książka pozwala zrozumieć między innymi, czym był futbol w Rosji i jak się tam zmieniał. Ma wiele zalet. Jedną z nich jest fakt, że napisana została językiem, jaki lubię. Żywym, a przy tym niepopadającym w emfazę. Jest w nim miejsce na ironię i humor. Opowiada o świetnych, często nieznanych mi historiach. Jak choćby tę, kiedy rosyjscy piłkarze mają szansę wziąć udział w igrzyskach sztokholmskich w 1912 roku, ale najpierw muszą zapisać się do FIFA. Niezły numer wycinają mieszkający w Petersburgu Anglicy. Nie pytając Rosjan o zgodę, wysyłają do Zurychu, gdzie siedzibę na FIFA, pismo z prośbą o nadanie im członkostwa jako przedstawicieli... Rosji! FIFA nie ma właściwie pojęcia, kto prosi, i... wyraża zgodę! Gieorgij Aleksandrowicz Diupierron, który stojąc na czele futbolu w Petersburgu, robi, co może, żeby to jego FIFA zauważyła (związek rosyjski nie ma jeszcze siedziby, więc korespondencję trzeba słać na adres biblioteki, gdzie pracuje Diupierron...).

Niedługo później Rosję (a więc i futbol) przejmują bolszewicy. W porewolucyjnej Rosji piłka nożna uchodzi początkowo za sport podejrzany. Niektórzy z ideowców twierdzą, że istotą futbolu jest oszukiwanie rywala, a co może być pożytecznego w oszustwie? Bolszewikom chodzi o kiwanie i zwody (sic!). Oni zawsze wiedzieli wszystko lepiej, więc wymyślili „futbol proletariacki”. O co chodzi? Boisko dzieli się na kwadraty, w każdym może znajdować się tylko jeden piłkarz. Zawodnicy mają podawać sobie piłkę. Nie mogą z tym zwlekać: piłka w kwadracie nie może znajdować się dłużej niż pięć sekund... Jakie to szczęście, że te banialuki nie znalazły poklasku w realnym świecie.

Muszę zaznaczyć, że o Rosji dużo w tej książce, ale nie tylko. Jest też m.in. wątek polski – a właściwie górnośląski. Nie dziwię się, że autor podjął ten wątek – losy Ernesta Wilimowskiego rozpalają każdego, kto je pozna. Jest o węgierskich waterpolistach, którzy miesiąc po upadku rewolucji w 1956 roku grają z Rosjanami podczas igrzysk w Melbourne. Mecz jest brutalny, w ruch idą pięści, basen spływa krwią [„Węgier czuje coś ciepłego na twarzy. Dużo krwi (...) Powie później, że cios był tak silny, że zobaczył cztery tysiące gwiazd. Lekarze przeliczają gwiazdy na szwy i wychodzi im trzynaście” – piękne].

Jest też o niezwykłej koszykarskiej rywalizacji litewskiego Żalgirisu z CSKA Moskwa. Centrzy obu klubów – Sabonis i Tkaczenko (obaj 221 cm wzrostu) – są wówczas najlepsi w Europie. Autor przytacza kawał: „Wracają razem z knajpy, zauważyli na ulicy rubla. Zabrali na szczęście. Okazało się, że był to właz do studzienki kanalizacyjnej”... Opowieść kończy się wizytą w Abchazji, gdzie w zeszłym roku odbyły się mistrzostwa świata drużyn, które nie zostały uznane przez FIFA. Przyjechali m.in. Lapończycy, drużyna wysp Czagos, reprezentacja Seklerszczyzny i Cypru Północnego (w finale gospodarze spotkali się z Pendżabem). Zakończenie abchaskiej przygody jest reporterskim opisem przechodzącym właściwie w poezję. Majstersztyk.

Nie zdradzę, sami musicie dać się pochłonąć.

Zbigniew Rokita

Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

wyd. Czarne

08:49, pavelczado , Książki
Link Komentarze (9) »
środa, 06 grudnia 2017
Piękny rok 1922

Jak to jest, że kiedy polski futbol był światową potęgą powstawało o nim tyle książek co kot napłakał, a dopiero kiedy próbuje odbudować dawne pozycje w ciekawych pozycjach możemy przebierać?

Roczniki to niezbędne kompendium wiedzy dla kibica. Okazuje się jednak, że nie tyle te bieżące są interesujące. Właśnie udało się zrealizować interesujący pomysł futbolowej opowieści o roku... 1922! Co przeciętny polski kibic piłki nożnej mógłby o tym okresie powiedzieć? Chyba nieliczni, że tamtego roku mistrzem Polski została Pogoń Lwów i... to by było na tyle. Tymczasem działo się!

Piotrowi Chomickiemu, Leszkowi Śledzionie, Edwinowi Kowszewiczowi oraz ich współpracownikom udało się na ponad 360 stronach przedstawić szeroką panoramę ówczesnego futbolu. Znajdą w tej książce coś dla siebie miłośnicy interesujących tekstów (wśród nich znajdziemy opowieść Bartłomieja Rabija o Ameryce Południowej tamtego okresu a także wywód Witolda Łastowieckiego o kolorach strojów ówczesnej reprezentacji Polski), zdjęć (ponad 350!) i... tabel (prawie 190).

Górny Śląsk nie stał wówczas w hierarchii przesadnie mocno więc przesadnie mocno jego obecność w tej książce nie jest zaakcentowana. To się jednak wkrótce całkowicie zmieni - autorzy chcą bowiem kontynuować idee wydawania rocznika z lat 20. i 30. Nadejdzie więc czas, że Górny Śląsk (a zwłaszcza Wielkie Hajduki będą rządzić). 

Dodatkowym bonusem są rzeczywiście wspaniałe pocztówki, na które mogą liczyć wszyscy chętni, którzy nabędą książkę przed świętami. pocztówki. To pokolorowane zdjęcia m.in. reprezentacji Polski przed zwycięskim meczem ze Szwecją, Cracovii czy Warty Poznań. 

Całość mnie się bardzo podoba. Więcej informacji znajdziecie na www.rocznikpilkarski.pl

12:44, pavelczado , Książki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 sierpnia 2017
Cztery piwska i dwie lufy

Polską ligę oglądam namiętnie, wystarczy żebym miał czas - obejrzę każdy jej mecz w dowolnym zestawie rywali. Z Bundesligą jest to niemożliwe o tyle, że ta liga nie wywołuje moich namiętności. Na Śląsku znam jednak wielu ludzi – i to będących powszechnie kojarzonymi z innymi dziedzinami życia społecznego – którzy ją uwielbiają. Jednym tchem potrafią wymienić skład Bayernu (brrrr....), Schalke lub jednej czy drugiej Borussii. Musiałbym być oczywiście wariatem żeby nie doceniać Bundesligi. Doceniam, ale osobiście na jej punkcie nie szaleję.

Szaleję natomiast na punkcie książki Ronalda Renga. Muszę przyznać, że mnie urzekła. W niezwykle pomysłowy sposób odmalowuje dzieje dużo młodszej siostry naszej ligi (przypominam, że aż o 35 lat). To fantastyczna, świetnie skonstruowana, oryginalna i wartka opowieść. Najbardziej lubię kiedy o powszechnie znane historie opowiada się w niebanalny i nowatorski sposób. Tak właśnie o Bundeslidze opowiedział bardzo utalentowany Ronald Reng.

Spoiwem tej historii jest życiorys postaci z punktu widzenia polskiego czytelnika marginalnej. 79-letni Heinz Höher był piłkarzem Bayeru Leverkusen, Meidericher SV, holenderskiego Twente i Bochum. Od razu wziął się za trenerkę, pracował w zawodzie do 1996 roku, m.in. w Bochum, Duisburgu, Düsseldorfie i Norymberdze. Można by przyznać, że nie są to kluby mogące przyprawiać przeciętnego polskiego kibica o zawrót głowy. Niemniej – jak się okazuje – to właśnie Höher wszystko widział, wszędzie był i wszystko przeżył. Jego losy nierozerwalnie splątane z niemieckim futbolem są tak niebanalne i zajmujące, że momentami aż nie do uwierzenia.

Mnie bardzo się podoba sposób w jaki w tej książce pokazywane są zmiany. Bo zmienia się wszystko: nastawienie, mentalność, podejście do zawodu i ilość pieniędzy. Wątków o których mógłbym gadać i gadać jest wiele. Dletego zacytuję tylko jeden fragmencik. „Już wiele razy po bolesnych porażkach [Höher] odczuwał w sobie taką nagłą pustkę. Według jego wiedzy na określenie tego stanu nie było żadnego fachowego terminu medycznego choć przecież psychika zaczęła odgrywać w niemieckim sporcie znaczącą rolę najpóźniej w momencie gdy Boris Becker wyznał, że wygrywa swe mecze dzięki mentalnej sile. Ale poczucie psychicznego wyczerpania uznawano za słabość i aby ją pokonać, Heinz Höher musiał sobie walnąć od czasu do czasu cztery piwa i dwie lufy i zachowywać się tak jakby mu nic nie dolegało.”

Ciekawe ile razy niemoc, brak umiejętności radzenia sobie z poczuciem psychicznego wyczerpania oraz poczucie, że to coś wstydliwego wyprowadziła na manowce ludzi futbolu w naszym kraju.

O polskiej lidze nikt jeszcze w nie napisał w taki sposób jak Reng o Bundeslidze.

Przeczytałbym.

 

***

Ronald Reng

Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu

wyd.SQN (2017)

 

18:30, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 marca 2017
Obsesja wreszcie puściła

Przez ostatni rok bardzo ciężko pracowałem. Przejechałem tysiące kilometrów po Europie, przeprowadziłem dziesiątki rozmów, w archiwach spędziłem dziesiątki godzin.

Warto było. Usłyszałem i przeczytałem mnóstwo niezwykłych historii. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Czułem uniesienie, wzruszenie, oszołomienie, podziw, czasem złość lub niedowierzanie.

Właśnie skończyłem. Książka jest napisana. To był wspaniały okres, ale cieszę się także, że dziś wreszcie opuściło mnie pewne paskudne uczucie.

Przez ten rok za każdym razem kiedy zajmowałem się czymkolwiek innym niż pracą miałem poczucie marnowanego czasu. To stawało się moją obsesją.

Obejrzałem stary western z bliskimi w niedzielę - szept do ucha: "marnujesz czas, masz go coraz mniej".

Poszedłem do pracy na piechotę - szept do ucha: "marnujesz czas, mogłeś podjechać autem".

Znienacka wrzuciłem parę słów na Czadoblogu - szept do ucha: "głupi jesteś? Wiesz o ile mogłeś w tym czasie popchnąć książkę dalej?"

Złapałem infekcję - szept do ucha: "zwariowałeś?! Uważasz, że możesz sobie pozwolić na wylegiwanie w łóżku?"

Ale teraz jestem szczęśliwy i spokojny. Obsesja puściła. Dziękuję wszystkim, których przez ostatni rok spotkałem na reporterskim szlaku.

Wyłączam komputer i idę na spacer. Wreszcie będę mógł wystawić twarz do słońca na rynku w Katowicach bez poczucia, że marnuję czas.

I wiecie co? Jak nie będzie słońca to wystawię ją nawet do chmur. Mam to gdzieś. Koniec z pośpiechem.

11:46, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
sobota, 24 grudnia 2016
Jak zniechęcić psa do biegania

Na jedną ze stu najważniejszych książek przeczytanych w życiu nie trafia się przypadkiem, nic o niej wcześniej nie wiedząc. Mnie to się właśnie przytrafiło.

                                        ***

Lubicie spacerować po księgarniach przeglądając co wam wpadnie w ręce? Ja uwielbiam. Co prawda zawsze wcześniej namierzam książkę o którą mi chodzi, a w księgarni jedynie spadam na nią jak sęp kołujący nad padliną, łapię i zadowolony biegnę do kasy*. Oczywiście podczas kołowania chwytam w ręce różne, pierwsze z brzegu książki, bo na tym przyjemność kołowania polega, ale - choć później czasami do niektórych z tych książek nawet wracam - nigdy nie kupuję ich od razu tylko dlatego, że przeczytałem szybko jakiś ustęp.

Tym razem było inaczej. Niedawno podczas takiego rekonesansu moja ręka całkowicie przypadkowo omsknęła się na cieniutką książeczkę w czerwonej okładce. Wyciągnąłem ją z półki i zajrzałem. A kiedy zajrzałem to zamknąłem ją zdumiony po godzinie i poleciałem do kasy.

Przyznaję z rumieńcem na twarzy: nie wiedziałem wcześniej kim był Ota Pavel. Te zawstydzające braki uzmysłowił mi kolega z redakcji, kiedy zachłyśnięty lekturą spytałem go czy słyszał kiedykolwiek o kimś takim, a on bez wahania odparł, że to ten facet co napisał „Śmierć pięknych saren”.

Niektórzy pogardzają reporterami sportowymi, uważają ich za gorszy sort. Na pewno nie czytali więc prozy Pavla, który już w wieku trzynastu lat pracował jako górnik na kopalni w Kladnie. Krótko po wojnie został komentatorem sportowym w czechosłowackim radiu, a od 1964 roku jego reportaże o tematyce sportowej zaczęły ukazywać się jako książki. Właśnie wtedy, podczas zimowych igrzysk w Innsbrucku zapadł na ciężką chorobę psychiczną męczącą go do śmierci, która przytrafiła się dziesięć lat później. Od wpadnięcia w chorobę pisanie było dla niego formą terapii.

„Bajka o Raszce” to zbiór w niezwykły sposób "wymyślonych" prawdziwych opowieści. Tytułowa opowieść poprowadzona jest jak baśń, ale baśń do której autor zrobił szczegółowy research. Kiedy czytałem jak Emil Zatopek zniechęcił do biegania psa to prawie zapomniałem oddychać z wrażenia. Zawsze myślałem, że najlepiej pisze się o piłce nożnej, tymczasem na ten zbiór składają się teksty o skoczku narciarskim, dwa o kolarzach, o alpinistach, szczypiornistach, lotniku, gimnastyczce, hokeistach i biegaczu. To nie są reportaże w ścisłym tego słowa znaczeniu, to raczej jedyne w swoim rodzaju „otapavelortaże”. Czytelnikiem miotają uczucia podziwu dla bujnej wyobraźni, umiejętności niecodziennych skojarzeń i niezwykłego bogactwa języka.

                                         ***

Ale dlaczego właściwie piszę o tej książce w tym miejscu? Co ona ma wspólnego ze Śląskiem? Cóż; Adamowi Małyszowi zabrakło chyba tylko jednego: żeby ktoś opisał jego karierę tak jak Ota Pavel napisał o zmarłym cztery lata temu Jirzim Raszce... A pretekst od biedy też się znajdzie. Otóż pierwsze zdanie brzmi: „W niewielkim mieście Frenštát pod Radhoštěm, pośród beskidzkich lasów żył sobie szewc Oldrich Raszka”. Na Śląsku też są Beskidy, Frenštát leży w kraju morawsko-śląskim:)

Wiem, że pretekst trochę naciągany, ale czy żeby zachwycić się taką książką potrzeba pretekstu?

 

Ota Pavel

„Bajka o Raszce i inne reportaże sportowe

wyd. Dowody Na Istnienie

PS Na szczęście Ota Pavel pisał też o futbolu. Błagam: niech ktoś wyda w Polsce „Dukla mezi mrakodrapy” z 1964 roku!

PS1 Wszystkiego dobrego na święta wszystkim. Zdrowia!

*nie kupuję książek przez internet. Niczego nie kupuję przez internet. Kupowanie przez internet przypomina mi działanie orgazmotronu ("Śpioch", reż. Woody Allen, prod. USA, 1973). Dlatego własnoręcznego kupowania będę się trzymał już do końca - albo rzeczywistości pozainternetowej albo mnie.

10:59, pavelczado , Książki
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 grudnia 2016
O skupieniu, szaleństwie, wierności i smutku
"Piłka nożna bez kibiców jest niczym" - tak uważał słynny szkocki trener Jock Stein, który z Celtikiem Glasgow niespełna pół wieku temu wygrał Puchar Europy.

Stein ukochał futbol aż za bardzo: 10 września 1985 roku, w trakcie meczu eliminacji do mundialu w Meksyku z Walią na Ninian Park zmarł na zawał serca. Jego słowa jednak pozostały i to one rozpoczynają niezwykły fotograficzny album "Going to the match" Przemka Niciejewskiego. W Polsce dotąd nie ukazało się chyba nic podobnego. To opowieść o kibicowaniu: o przeżywaniu, radości, skupieniu, szaleństwie i wierności, uniesieniu i smutku.

Na ponad dwustu stronach starannie wydanej publikacji Niciejewski prowadzi nas przez kibicowski świat. Nie tylko w Polsce. Oprowadza nas prawie po całej Europie, w albumie znajdziemy również mnóstwo fot z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Jak to dobrze, że są również zdjęcia z Górnego Śląska. Dla autora pod względem futbolowym to miejsce niezwykłe. – Jest w tym miejscu jeszcze wiele starych stadionów na których panuje niezwykła atmosfera, które mają duszę. Warto to uwiecznić – opowiada mi Przemek. Wyszło mu świetnie. Na jego zdjęciach widać, że piłkę nożną, najwspanialszy sport świata kocha się tak samo zarówno w Londynie jak i Łyskorni. Że futbol kochają w równym stopniu staruszki z Oldham jak i chłopcy z Zambrowa.

Warto dodać, że wstęp do tego albumu napisał Jonathan Wilson. Dla miłośników literatury futbolowej to guru. Ten brytyjski dziennikarz sportowy, piszący m.in. dla Guardiana, The Independent i Sports Illustrated, opublikował kilka bestsellerów. Jego „Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej” podbiła świat. W tym roku wydał opowieść o argentyńskim futbolu. Jego „Aniołowie o brudnych twarzach” mają też wyjść w Polsce.

Wilson opisuje jak to się stało – i co stało się później – kiedy w wieku sześciu lat pierwszy raz usiadł na trybunach. W jego przypadku był to Roker Park, stadion Sunderlandu. Pisze o tym jak opanowało go to dojmujące uczucie, którego doświadczamy przecież wszyscy, którzy kochamy futbol.

Warto.

Going to the match

Przemek Niciejewski

wyd. Magnus

19:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 grudnia 2016
Piłkarz-katolik ma większe skłonności do oszustwa?!

Guillem Balague to znakomity reporter. Kolejnym dowodem jest jego biografia Cristiano Ronaldo. Autor ma dobry styl, umiejętnie prowadzi narrację, jest przenikliwy, rzeczowy, wie jak poukładać opowieść i co chce osiągnąć. Choćby z tego względu warto sięgnąć po tę książkę, a przecież dodatkowym atutem jest bohater tekstu. 

Niemniej, chcę popolemizować. Oczywiście nie z całościową wymową świetnej przecież biografii. Jeden fragment zaskoczył i zdumiał mnie jednak niezwykle. Nie mogę zgodzić się z wnioskami autora w pewnym względzie, ale żeby się odnieść muszę najpierw przytoczyć fragment Ballague'a:

"W Portugalii widoczne na każdym korku są wpływy brytyjskie, mieszkańcy tego kraju są w znacznej części katolikami. Rozbieżność obu tych kultur tylko podkreśla różnice między mentalnością brytyjską a mentalnością katolickiej Europy kontynentalnej. Ta dywagacja znajdzie przełożenie na piłkę nożną, w której możemy zaobserwować podobne różnice (...) Ogólnie można przyjąć, że europejscy katolicy mają luźniejsze podejście do moralności niż brytyjscy protestanci" (...)

Etyka protestancka ma czysto legalistyczny charakter. Zasady są po to żeby ich przestrzegać. W ciągu dwóch tysięcy lat trwania katolickiej moralnej skrupulatności pojawiła się nowa mentalność, w ramach której poszukiwano sposobów naginania zasad na tyle, aby nie wykluczyć możliwości zbawienia. Katolik zawsze mógł iść się wyspowiadać i mieć czyste konto."

"(...) Obywatele krajów katolickich zwykle nie za bardzo przejmują się przestrzeganiem zasad. Bardziej interesuje ich, jak te zasady obchodzić i nie dać się przyłapać. Właśnie dlatego elementem kultury tych krajów, w tym mojego, jest korupcja. 

Odnoszę wrażenie, że przedstawione przeze mnie zjawiska - nawet jeśli uproszczone i uogólnione - w dużej mierze znajdują przełożenie na piłkę nożną.

Poczucie wyższości wartości brytyjskich wad nad wartościami wyznawanymi przez inne narody jest najlepiej widoczne w świętym oburzeniu na nieprzestrzeganie zasad fair play (udawanie kontuzji, nurkowanie po faulu, którego nie było, i tak dalej) oraz w przedstawianiu takiego zachowania jako przykładu perfidii całego narodu.

Owszem, angielskim piłkarzom też zdarza się zanurkować i odstawić teatrzyk, ale tego typu zachowania są wówczas komentowane jako "skutek zbyt wielu wpływów z zagranicy" - albo - moim zdaniem najlepsze - przykład niesportowej postawy.

Odmienne podejście do kwestii przestrzegania zasad w krajach katolickich tłumaczy dlaczego tamtejsi piłkarze często starają się  oszukać sędziego i jawnie cieszą się gdy im się to uda. Gdy jakiś zawodnik zanurkuje w polu karnym, obrońcy drużyny przeciwnej biegną do sędziego, by nie dać się zwieść. W Anglii w pierwszej kolejności defensorzy rzucają się z pretensjami do autora teatrzyku jak gdyby chcieli mu powiedzieć: Jak mogłeś zrobić coś takiego? Jaki sens ma tego rodzaju łamanie zasad?" 

Dla  mnie wysnuwanie takich wniosków to wyższa umiejętność żonglerki. Piłkarze z kontynentu oszukują bardziej, bo w 1534 roku w Anglii ogłoszono niezależność tamtejszego kościoła od Rzymu? Gdyby nie ten fakt, gdyby nie zerwanie przez Henryka VIII kontaktów dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską to piłkarze rdzennie angielscy rzucaliby się dziś głównie z pretensjami jednak do sędziego a nie do kolegi udawacza z przeciwnej drużyny? Nie zdawałem sobie sprawy, że w naszej lidze (kraju ciągle uznawanego jednak za katolicki) gra tylu angielskich protestantów, bo dość często jednak widzę pretensje po upadku piłkarzy do rywali a nie do sędziego... 

Całkowicie nie mogę zgodzić się ze zdumiewającym stwierdzeniem, iż "ogólnie można przyjąć, że europejscy katolicy mają luźniejsze podejście do moralności niż brytyjscy protestanci". Byłem na Wyspach wielokrotnie i w sobotnie albo niedzielne poranki widziałem nieraz zużyte kondomy wytaplane w rzygowinach na trotuarach centrów miast. Nie wiem czy dałoby się obronić twierdzenie, że wszędzie był to przede wszystkim efekt niewłaściwego zachowania "katolickich przybłędów", bo Wyspiarzowi na użycie prezerwatywy i zwymiotowanie w miejscu publicznym nie pozwalałaby przecież religia.

Z kolei hasło, że "obywatele krajów katolickich zwykle nie za bardzo przejmują się przestrzeganiem zasad. Bardziej interesuje ich, jak te zasady obchodzić i nie dać się przyłapać" gdyby nie było tak śmieszne, można by je nawet uznać za obraźliwe. Żeby napisać coś tak drastycznie rozstrzygającego trzeba mieć za sobą poważne opracowania, statystyki, a nie jedynie własne obserwacje w stylu co być może dzieje się u rodziny wujka lub ewentualne relacje maltretowanej szwagierki. 

Reasumując: wysuwanie tak daleko idących wniosków jest moim zdaniem absurdalne. Z moich obserwacji wynika, że wszędzie, w każdej społeczności, znajdują się zarówno ludzie wartościowi jak i mendy. Bo generalizowanie jest zawsze błędem. To tak jakbym twierdził, że wszyscy błękitnoocy Pigmeje albo kibice Legii Warszawa albo ciemnoskórzy łyżwiarze figurowi albo miłośnicy koloru chamois są nic nie warci. To oczywista bzdura, prawda?

W Wielkiej Brytanii niedawno wybuchła afera pedofilska: setki ofiar, byłych piłkarzy-dzieci mówią o seksualnym wykorzystywaniu przez byłych trenerów piłkarskich w latach 70., 80. i 90. Dwóch znanych piłkarzy, którzy popełnili samobójstwa - Alan Davies w 1992 roku i Gary Speed w 2011 roku - byli wychowankami jednego z tych trenerów. Czy można praźródeł tej historii szukać w korzeniach religijnych tych szkoleniowców?

Proszę - nie mieszajmy religii do futbolu.

13:18, pavelczado , Książki
Link Komentarze (20) »
piątek, 04 listopada 2016
Bardzo daleki rzut kamieniem młyńskim

Polski futbol ma ogromne szczęście i wielkie sukcesy. Także dlatego, że jego siły budują nie tylko piłkarze, trenerzy, działacze, sędziowie i kibice (tych ostatnich konsekwentnie odróżniam od kiboli). Ma szczęście i sukcesy - mimo że nigdy nie mieliśmy drużyny, która wygrałaby mistrzostwo świata, nigdy nie mieliśmy również klubu, który byłby najlepszy w Europie. Jest jednak coś co umiejscawia nas absolutnie w światowej czołówce i czego inne nacje, niby lepsze na boisku, mogą nam zazdrościć.

Tym razem nie chodzi o wspaniałe mecze, talenty, nadzieje i emocje. Chodzi o czystą, przefiltrowaną wiedzę.

***

Po książki sięgamy z wielu powodów. To truizm, ale jednak przypomnę jego założenia: książki pozwalają poszerzać nam słownictwo, uczą nas myślenia, dają relaks i odprężenie, pozwalają lepiej się wysławiać, poprawiają pamięć...

Wiadomo jednak, że w zalewie szmiry nie zawsze jesteśmy zadowoleni. Dlatego dziś czytanie książki jest jak przychodzenie na stadion. Kiedy chodzisz na mecze wśród iluś przeciętnych spotkań, na które miałeś nieszczęście trafić, przydarza ci się wreszcie taki mecz, który zapamiętujesz do końca życia. Tak samo jest z książkami. Nie da się za każdym razem trafić na książkę wybitną. Wolę kiedy dech w trakcie lektury zatyka mi kilka razy w roku niż gdyby miało zatykać mnie codziennie. Także dlatego, że mogę to wtedy bardziej docenić.

Kiedy dowiedziałem się, że Andrzej Gowarzewski w ramach encyklopedii piłkarskiej FUJI rozpoczyna serię „mistrzostwa Polski, stulecie” od razu wiedziałem, że będzie odlot. Nie przypuszczałem jednak, że aż taki! Seria jest już – jak to u Gowarzewskiego – w najdrobniejszych szczegółach zaplanowana, do 2018 roku ma ukazać się osiem tomów. Jednak już tom pierwszy ("Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie") rzuca na kolana.

Nie spodziewałem się, że kogoś takiego jak ja, który opisuje futbol od prawie ćwierćwiecza, można czymś zadziwić. Po lekturze książki Andrzeja Gowarzewskiego zmieniam zdanie. Pora uzmysłowić sobie fakt, że myśląc o przedwojennej futbolowej historii Polski poruszaliśmy się dotąd po pewnych utartych już ścieżkach. Wydawać by się mogło, że właściwie wszystko już w tej sprawie zostało rozpoznane i nie ma nikogo, kto zdołałby dorzucić choć garść nowych wiadomości. Mogliśmy dawne dzieje odtwarzać z nielicznych przedwojennych dokumentów, zachowanych pisemnych relacji albo pożółkłych stron starych gazet (ewentualnie niepożółkłych pod warunkiem, że zdigitalizowanych).

Tymczasem tylko ten jeden pierwszy tom to baza wiedzy nieznanej dotąd futbolowej publiczności. Pierwsze przekartkowanie pozwala na stwierdzenie, że wreszcie wiele „białych plam” z historii polskiej piłki zostaje wyjaśnionych. Także tych plam, z których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

***

Tą książką Gowarzewski podniósł do góry kamień młyński i dalekim rzutem przesunął granicę naszej wiedzy. W tej dziedzinie mógł to zrobić tylko ten człowiek. Z czterech powodów, które idealnie się nałożyły:

a) wyjątkowości pomysłu;

Dziś wielu by chciało go naśladować, ale trzeba było wpaść na to w czasach głębokiego PRL-u, co już samo z siebie stawiało od początku bardzo trudne przeszkody. Gdyby ktoś chciał zacząć gromadzić materiały dziś, szybko poległby z frustrującą świadomością, że nie podoła zadaniu;

b) chęci i reporterskiej ciekawości;

Niecodzienne zawodowe losy Gowarzewskiego – opowiada o nich zresztą w tym tomie – sprawiły, że od połowy lat 70. mógł poświęcić się tej idei w pełni. Latami, dzień w dzień, od rana do wieczora. Ilu ludzi byłoby na stać na taką pracowitość?

c) momentu rozpoczęcia; Gowarzewski zaczął zbierać materiały w momencie kiedy żyło jeszcze mnóstwo bohaterów doby przedwojennej. Dzięki temu złapał osobisty kontakt z niezwykłymi ludźmi i uzyskał szczegółowe informacje. Ktoś kto chciałby go dziś naśladować nie ma żadnych szans, bo ci ludzie od dawna nie żyją. Ale Gowarzewski też musiał się śpieszyć. W maju 1980 roku na klatce schodowej łódzkiej kamienicy minął mężczyznę, którego twarz wydała mu się znajoma.

– Pan Jańczyk?

– Owszem.

– Właśnie idę do pana ojca, byłem umówiony na dziesiątą.

– Spóźnił się pan, tata umarł dziś w nocy.

Roman Jańczyk był wielką gwiazdą ŁKS-u przełomu lat 20. i 30;

d) umiejętności;

Wydaje wam się, że wystarczyło ustalić gdzie mieszka interesująca nas osoba i ją przepytać? Nie, nie! To tak nie działa. Najpierw trzeba dopracować, także metodą prób i błędów, metodykę i metodologię pracy. No bo jak oddzielić ziarno od plew? Skąd wiedzieć kiedy opowieść jest prawdziwa a kiedy zwyczajnie zmyślona, albo – nawet choć podana w dobrej wierze – całkowicie nieprawdziwa? Przypominam, tu chodzi o opowieści z lat 20. i 30. Trzeba wiedzieć po pierwsze – jak i gdzie szukać. Po drugie – jak i gdzie sprawdzać. A sprawdzać – okazuje się – powinno się wszystko. Począwszy od metryki. Bo nic może nie być takim jakie nam się wydaje. Przykład? Pierwsza złota medalistka olimpijska Halina Konopacka wcale nie miała na pierwsze imię Halina, a nasza najlepsza sprinterka wszech czasów Stanisława Walasiewiczówna nie była... Stanisławą. Doszedł to tego właśnie Gowarzewski.

Metodą prób i błędów doprowadził używanie sita oddzielającego ziarno od plew do perfekcji.

***

Dlaczego do głowy ciągle przychodzi mi młyński kamień? To oczywiste: wydawać by się mogło, że o przedwojennej piłce wiadomo co wiadomo i wiadomo czego już nie będzie wiadomo. Niby granica była nie do ruszenia. Tymczasem Andrzej Gowarzewski nie tylko ją porusza, ale jedną publikacją nagle przesuwa ją znacznie dalej. Wręcz niewyobrażalnie dalej. On tym kamieniem młyńskim rzuca z łatwością Asteriksa. Ta łatwość jest efektem czterdziestoletniej pracy. To tak jakby kulę pchnąć nagle na 40 metrów.

Pod względem wartości sam tylko pierwszy tom już teraz jest jedną z najważniejszych książek w historii polskiego futbolu. Czterdziestoletnie poszukiwania autora właśnie ujrzały światło dzienne. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie jest to „książka do czytania” w rozumieniu kilkudniowej lektury. Nie da się jej przeczytać od deski do deski na bezdechu, zamknąć i nie wracać. To dzieło do wertowania, nawet latami. Esencja wiedzy to niespełna dwa tysiące not biograficznych podanych drobnym maczkiem: uczestników meczów oficjalnych i nieoficjalnych reprezentacji (także nieuczestników, autorowi wystarczyło powołanie do szerokiej kadry), uczestników meczów o mistrzostwo Polski (ligowych od 1927 roku), trenerów itd.

Jeśli wydaje wam się, że z powodu formy jest to sucha, nudna książka, przez którą mogą się przedzierać jedynie najbardziej zainteresowani szaleńcy – jesteście w ogromnym błędzie. Ta wiedza jest podana w najlepszy, możliwie przystępny sposób, a dosłownie każda (powtórzę – każda!) strona przynosi scenariusz na film.

Pewne jest, że będzie stanowiła punkt odniesienia dla następnych pokoleń ludzi zainteresowanych polską piłką.

***

Niezwykłe w tym dziele jest to, że można się nim zachłystywać na różne sposoby. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mając tak niezwykłe dane można tworzyć przeróżne statystyki. Piłkarskie, ale nie tylko piłkarskie. Na przykład można sprawdzić: ilu z tych piłkarzy zginęło jako żołnierze polskiego wojska w kampanii wrześniowej, ilu pod rozkazami Andersa we Włoszech a ilu na froncie wschodnim w szeregach Wehrmachtu? A jest też o tych, którzy stracili życie w gettach żydowskich, w Katyniu i hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Tragizm czasów II wojny światowej wychodzi wszędzie – także w dziejach piłki nożnej.

***

Książka ukazała się zaledwie parenaście dni temu, a już słyszałem zachwyty nią wielkich polskiej piłki.

I ja nie mogę inaczej.

Panie, panowie! My Polacy, właśnie zdobywamy mistrzostwo świata. Właśnie zdobywamy Ligę Mistrzów! Żeby to sobie uzmysłowić wystarczy sięgnąć po najnowszą książkę Andrzeja Gowarzewskiego.

Andrzej Gowarzewski

Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie

tom 51 encyklopedii piłkarskiej FUJI

wyd. GiA, Katowice

 

18:02, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
sobota, 01 października 2016
Dwaj panowie W.

Wstrząsnęło mną ostatnio kiedy okazało się, że ludzie - wydawałoby się - poważni, twierdzą, iż po drugiej grupowej porażce do zera naszego przedstawiciela w Lidze Mistrzów (i bez oddania celnego strzału w całym meczu) absolutnie nie ma powodów do wstydu. Drużyna była właściwie bohaterska, bo przegrała niżej niż w pierwszym meczu.

Kiedy i dlaczego Polakom tak skurczyły się ambicje? Od kiedy coś co kiedyś było powodem do wstydu teraz tym powodem już nie jest a za chwilę będzie powodem do dumy?

Otrzymałem właśnie konkretną odpowiedź. Wystarczyło czytać dwie książki jednocześnie. Pierwsza o trenerze W. i druga o trenerze W.

Pierwszemu z nich właśnie mija niecodzienna rocznica. Arsene Wenger już od dwudziestu lat jest trenerem Arsenalu Londyn, na tym poziomie to wyczyn godny podziwu. Dlatego z zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Johna Crossa "Generał i jego kanonierzy". Odnosi się wrażenie, że trochę pisana z kolan, co być może nie będzie dziwić jeśli pamięta się, że Wenger jest czarującą osobowością o magnetycznym wdzięku, któremu autor - a już jego ojciec kibicował Arsenalowi - zapewne musiał ulec.

Niemniej książka jest interesująca i można na wiele sposobów szukać odpowiedzi dlaczego Wenger odniósł taki sukces. Mógłbym o tym dużo i długo, zahaczę jednak o jeden tylko wątek.

Zainteresował mnie bowiem wątek... lojalności. Pytanie brzmi: wobec kogo szkoleniowiec powinien być lojalny? Odpowiedź jest oczywista: wobec klubu. Ale co to właściwie znaczy?

Metoda Wengera jest oryginalna. On przede wszystkim jest lojalny wobec piłkarzy, nawet wtedy jeśli lojalność wobec nich czasami negatywnie odbija się na sile drużyny. O co dokładnie chodzi - przeczytacie w książce. Do mnie dotarło jednak, że właśnie ta droga na samym końcu daje ten efekt, że najbardziej zyskuje na tym  klub.

Gdybym miał wybrać jednego zagranicznego trenera, którego chciałbym zobaczyć w polskiej lidze byłby to Arsene Wenger.

Na przemian z biografią Wengera czytałem pozycję o wiele mówiącym tytułem  "Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach". To dzieło byłego selekcjonera Janusza Wójcika.

Książka sprawiała mi ból. Fizycznie bolało mnie porównywanie obu osobowości, które miały decydujący wpływ na wiele spraw dotyczących piłki nożnej. Jeden pan W. zmieniał futbol na zachodzie, drugi pan W. - w Polsce. Mamy efekty!

W przypadku książki Wójcika nie ma sensu mówić o konkretach. To nużąca mieszanka megalomanii i merytorycznych błędów wynikających z faktu, że Wójcikowi źle się coś zapamiętało. Darujmy sobie jego wizję futbolu, sugestie jak powinien wyglądać, jak powinien się zmieniać. Żebyście poczuli smak jego specyficznej narracji przytoczę zdanie o Legii. Jakbym czytał wynurzenia menela po dwóch flaszkach:

"Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mam Legię w sercu. (...) Dlatego serce mi się kraje, kiedy widzę, jak przegrywa z ogórami (...). Zdobycie mistrzostwa to powinno być dla Legii małe pierdnięcie a nie wielki wysiłek. Powtórzę po raz tysięczny - każdy kto usłyszy słowo "Legia", powinien dostawać biegunki ze strachu!"

Tego typu bełkotu jest znacznie więcej, właściwie całość jest bełkotliwa, dlatego szkoda czasu na uważne czytanie. W książce Wójcika zająłem się więc czymś konkretnym.

Poniżej spis tego co jest w tej książce najbardziej konkretne. Być może w ogarnięciu błędne, ale przy liczeniu zaczęło mi się kręcić w głowie.

Otóż autor budując narrację użył następujących słów:

ciule (1 raz, jeśli dalej bez szczegółów to właśnie raz), cioty, cycki, chuj - 10 razy (wersje odrębne: w chuj - 2, w chuja - 2  od chuja - 2, chuja trudno), chuje - 2, chujowe, chujstwo; dojebiemy; dupa - 7 (wersje odrębne: w dupie, dali dupy); dupeczki - 4; dupy - 3 (dupy do wyruchania); gówno - 4; jebać, jebała, jebany - 3, jebnać, jebnął, jebnęli - 2, jebnąłem; kurewsko - 4, kurwa - 31 (liczba mnoga - 5 oraz kurwa nędza); najebał - 2, najebka, nakurwiały, napierdala, napierdalać - 2, napierdalanka, napierdałałem, napierdalałby, napierdolony; nasrali; nie wkurwiaj; obsraj, odpierdalać, odpierdolić - 2, opierdalali, opierdalany, opierdolił, opierdolić - 2, opierdolili, opierdoliłem, opierdoliliście, pierdnięcie, pierdol, pierdolnąć, pierdolenie - 4 (w tym o Szopenie), pierdolnęli, pierdolnęliśmy, pierdolił - 3, pierdoliło, pierdolnie - 3, pierdolnął - 2, pierdolnęło, pierdolnik, pierdzielce, podpierdolił, podymać, pojebało, poruchać - 2, przejebane, przypierdolić - 3, przypierdoli - 2, przypierdolił - 2, przypierdalał, rozjebać - 2, rozjebanie - 2, rozpierdolić, rozpierdolili, ruchać, ruchanie, skurwiel, skurwiele, skurwysyn - 3, skurwysyny - 2 (skurwysynów, skurwysynu), spierdalaj - 3, spierdalał, spierdalali, spierdalać - 5, spierdalajcie, spierdalali, sracz, srasz, upierdolił, wjebali, wkurwiałem, wkurwiałem się, wkurwia, wkurwiało, wkurwiały, wkurwieni, wkurwił - 5, wkurwiłem się, wkurwiony - 2, wpierdalał, wpierdol - 3, wpierdolą, wpierdolić - 3, wpierdolił, w pizdu - 4, wyjebał, wyjebane, wypierdalać, wypierdalaj, wypierdol, wypierdolę - 2, wypierdoli, wypierdolił się - 1, wypierdoliły, wysrał, zadupczyć, zajebał, do zajebania, zapierdalać, zapierdalaj, zapierdalasz, zapierdalał - 7, zapierdalałby - 2, zesrany, zesrani, zesra się, zjebał, zjebie a także dwa  - jak je nazwałem - wójcikizmy: kraby- sraby oraz konta-sronta.

PS Jeśli chcecie przepłukać usta to TUTAJ jeszcze recenzja o Cichej. Ruch Chorzów naprawdę ma szczęście.

13:22, pavelczado , Książki
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum